carmody
31.08.09, 14:12
Należy się wątek.
Car Mody nie ogląda koncertów na festiwalach, które zaszczyca swoją
obecnością. Wie to każde dziecko. W czasie, kiedy zwyczajni festiwalowicze
angażują się w aktywności typu machanie cyckami z nabazgranym markerem "I love
you Brian" lub kontemplują pot spływający im po czole podczas doznawania przy
lo-fi/elektropopie/dreampopie/złamasie z gitarą Carewicz zajmuje się
uprawianiem przebaunsu napędzanego używkami i produkowaniem rozbudowanych
wersji dowcipów o mniejszościach narodowych i zwierzętach hodowlanych lub
prowadzeniem takich dialogów:
car: hej, pamiętasz taki film
"Szkodnik"? Z
Johnem
Leguizamo, w creditsach występuje nawet jako scenarzysta. Debilny, jedna
z najmniej śmiesznych komedii na świecie.
yrdle: nichuja nie pamiętam, ale Leguizamo ma siekierkę za "Spun".
-Taa, ma. Nie połamał tej siekierki nawet "Land Of The Dead". Ale ten
"Szkodnik" - w oryginale "Pest" - są tam dwie sceny, które w kontekście reszty
filmu można uznać za zabawne. Pierwsza to, gdy Pest i jego ziom płyną łódką i
rzygają z powodu choroby morskiej...
-A co, zjedli o listek mięty za dużo?
-...żurają tak długo, ale w końcu im przechodzi. Pest pyta się zioma "co robią
te mewy?"; "jedzą nasze rzygowiny" odpowiada ziom i Pest zaczyna rzygać od nowa.
-Mewy. Skurwysyny. A druga?
-W drugiej mamy Pestario, którego mocno spina na dwójeczkę w środku dżungli.
Wszędzie kszory, więc skika na bok i robi co trzeba. Po kolaudacji kasety
orientuje się, że nie ma nic do podtarcia. Rozgląda się nadal kucając i jego
wzrok pada na nieskazitelnie białe skarpetki, które ma na stopach. Pest o
mordzie Leguizamo wykrzywia mordę w grymasie na
LOCO PENDEJO i podciera
się tą skarpetką. Pocąc się obficie.
-Widzę to. Za mało robotów i laserów. Nie bawi mnie to.
-Tak. Mówiłem, że to słabe. Ale wyobraź sobie, że w tej scenie zamiast Johna
Leguizamo gra
Christopher
Walken.
-Lepiej Marlon Brando. Ale taki
stary
Brando. Wiesz, z wielkim bandziochem i łysiną.
-Ło, noo! Ale myślisz, że Marlonowi wystarczyła by jedna skarpetka?
-Raczej nie, w dodatku on pewnie nosiłby jakieś aksamitne, cieniutkie skary...
-Brando potrzebowałby całego prosiaka, żeby się skutecznie podetrzeć. Świni, nie?
-Koniecznie dzikiej, w końcu to w dżungli było.
-Tak, guźca. Capnął by go tą swoją grubą łapą...
-...i wykonał tak zamaszysty ruch pocierania guźcem o swój zacny tyłek, że tej
dzikiej świni na pewno zapłonęło by futro na karku...
-...i uciekłaby w dżunglę krzycząc:
HAKUNA MATATA!
Na Nową Muzykę jechałem z założeniem: oglądam koncerty. Nie było trudno podjąć
decyzję o takim założeniu - jarałem się większością lajnapu. Udało się. Mniej
więcej.
dejo uno
Nie będę rozpisywał się o podróży do serca Śląska. Wystarczy wspomnieć, że
pociąg nie stał paru godzin w szczerym polu (pozdry Henny) i, że nie zabrakło
wielkiego tłustego faceta wpierdalającego kiełbasę i jajka. Popijał to
Kasztelanem z puszki. Ja miałem Carslbergi.
Celowaliśmy w Speech Debelle, więc konsolidacja ekipy nastąpiła przed 21:00
przy wejściu na festyn. Ekipa była całkiem mocna (pozdry ekipa). Kiedy
niektórzy pokonywali hocki klocki zwiane z karnetami przeszedł obok nas
Scroobius
Pip (ten z brodą). Powitały go głośne szepty "ooo patrz to
DAN LE
SAC". Nawet zioms, którzy przyjechali ze mną specjalnie na ich koncert
nie zorientowali się w pomyłce.
SPEECH DEBELLE
Płyta "Speech Therapy" jest bardzo oke. Nic nie obrywa (głowy, dupy, czy
czegotam), ale bardzo miła. Koncert był kiepściutki. Kiepściuteńki. Dlaczego?
Otóż...
/sprzedałem tę myśl z 10 osobom, które podczas festiwalu pytały mnie o koncert
Speech Debelle, łatwo ją obalić wysuwając jakieś argumenta sensowne, ale żadna
z tych osób nic nie wysuwała, na szczęście wszyscy byli trochę porobieni
alkiem i dali mi się wygadać/
...hip hop na koncertach musi się gnieść na dobrym bicie. To podstawa - żeby
pukało jak trzeba. A w przypadku Speech Debelle nie mogło być o tym mowy: na
płycie mamy prościutkie oszczędne biciki z żywej perkusji. Ich zadaniem nie
jest robienie groove'u, tylko poddanie bazy pod te wszystkie dęciaki, kręcące
klawiszki, smyki, klarnety i inne fleciki. I na albumie doskonale się to
sprawdza. Na żywo nie było tego całego jazz-folkującego ustrojstwa, tych
wszystkich instrumentów. Była napierdalająca prosto perkusja i chodzący z
podobną finezją kontrabas. Jakaś słabizna tych kawałków wyszła. No i pani
Debelle była potwornie skacowana. Cały zespół mocno przeżył zderzenie z
flaszką Wyborowej poprzedniego wieczoru. Może dlatego Murzynie łamał się flow
i nie trafiała w bit z kokosa.
Po tym koncercie postanowiłem uzupełnić poziom płynów w organizmie. Gdzieś w
okolicach karku rosło napięcie przed występem Dana Le Saca i Scroobius Pipa.
DAN LE SAC VS SCROOBIUS PIP
Właściwie nie ma co pisać. Kto nie był ten pipa.
Tradycyjnie zaznaczę tylko, że dziennikarze i krytycy to pipy x2. Nędzne oceny
płyty "Angles" to największe nieporozumienie 2008 roku. W jedynej pozytywnej
recenzji jaką czytałem stało, że "you got punk'd". Do szkoły osły - na
fakultecie z ironii i sarkazmu czytaliście chyba Coehlo pod ławką zamiast
słuchać wykładu.
Występ tego duetu na Nowej Muzyce był genialny. Przegit, mega.
/przygotowują drugą wspólną płytę, nowe kawałki rewelacyjne/
Pierwszego dnia to było w zasadzie wszystko. Ebony Bones oglądałem przez parę
chwil, gdy kierowałem się do wyjścia. Męki podróży bolcem w mózg wryły się
koło 1:00 w nocy i trzeba było iść spać.
dejo sekundo
Wcale się nie wyspałem. W dodatku pogoda się skiepściła. Żarcie i
kilkugodzinna wegetacja w barze BOB (właściwie to Klub Cafe BOB) wypruła ze
mnie prawie wszystkie siły...
PLANNINGTOROCK
Kabaretowa elektronika do nucenia szarym porankiem w komunikacji miejskiej
ładnie wpasowała się w jesienny wręcz klimat sobotniego dnia. Janine Rostron
ubrana była w biały habit, na głowie miała maskę wyglądającą jak ta wysoka
czapa papieżów i innych wysoko postawionych hierarchów katolickich, z tym że
to był taki model sado maso: zasłaniający twarz i błyskający ćwiekami. Wiła
się. I darła tak jak na płycie. Przyzwoicie. Nawet mi się podobało, choć nie
zagrała hitowego "Bolton Wanderer". Aha i okłamała publiczność twierdząc, że
nigdy wcześniej nie grała koncertu w naszym kraju.
cośtam uzupełnianie płynów, cośtam lekkie usypianie, cośtam Yrdle pomazał mi
markerem brzuch w jakieś okultystyczne wzorki, choć mówiłem wyraźnie, że chcę
napis WRONKI. Jeden z redaktorów Screenagers miał gorzej, bo jego pomazali bez
jego zgody, nieświadomego nawet tego aktu (ponoć lały się strumienie wódki
"Krajowej").
FEVER RAY
Oczywistości. Jasne sprawy.
Fever Ray, to takie gorsze The Knife. Koncert Karin Dreijer Andersson to taki
lepszy album "Fever Ray". Po prostu wzorowo odegrana płyta + lasery (no i
jeszcze 2 kowery, w tym Nicka Cave'a).
Fajna muzyka, fajne widowisko. Zadowolony.
/kilka osób upierało się, że był to Feler Ray. Pewnie pomylili Katrin z Gabą
Kulką i oczekiwali, że ZASKOCZY ich kowerem Iron Maiden/
Na FLYING LOTUS nie dotarłem. Nie wiem za bardzo dlaczego. Jedni mówią, że
wymiótł, inni, że za mało murzyna w murzynie było. Trochę żałuję chciałbym
mieć własne zdanie. I jeszcze tego mi żal:
Opos 11:39:22
wogle lotus powiedział na swoim koncercie ze po polsku nic nie umie b o3 godz
temu przylecial ,skonczył grac zlazl ze sceny wbiegl za 10 sekund