Dodaj do ulubionych

Homilie, czytania na każdy dzień...

    • iktoto Homilia 26 Sob 2 01.10.10, 15:16
      26. sobota 2
      Hi 42,1–3.5–6.12–17

      Łk 10,17–24



      Dotąd Cię znałem ze słyszenia, obecnie ujrzałem Cię wzrokiem, stąd odwołuję, co powiedziałem, kajam się w prochu i w popiele (Hi 42,5n).

      Księga Hioba, która jest pięknym poematem o cierpiącym człowieku i jego sporze z Bogiem, kończy się takim, wręcz lapidarnym, stwierdzeniem. Zdumiewa nas pewna dysproporcja pomiędzy długim, dramatycznym ciągiem wypowiadanych żalów i mów obronnych Boga, które do niczego nie prowadzą, niczego nie wyjaśniają, a tym krótkim momentem spotkania, które całkowicie uspakaja, mało tego, skłania do odwołania wszystkich zarzutów.

      Istnieje bardzo piękne stwierdzenie ujmujące głębię życia duchowego: „Spojrzenie Boga jest WSZYSTKIM w życiu duchowym”. Tak właśnie jest w życiu Hioba: obecnie ujrzałem Cię wzrokiem, stąd odwołuję, co powiedziałem (Hi 42,5). W tym widzeniu nie chodzi o dosłowne widzenie Boga, jak kogoś przed sobą. W całym Starym Testamencie istniało przekonanie, że Boga nie można zobaczyć swoim wzrokiem. Gdyby człowiek zobaczył Boga, musiałby umrzeć. Dlatego też wszystkie widzenia Boga przez Mojżesza i Izraelitów na pustyni zostały zinterpretowane w ten sposób, że widzieli oni jedynie Anioła, posłańca Jahwe. U Hioba „widzenie wzrokiem” stoi w opozycji do „znajomości ze sły­sze­nia”, czyli z przekazu kogoś innego. „Ujrzenie wzrokiem” wskazuje na bezpośrednie spotkanie i głębokie doświadczenie Boga.

      Orędzie Księgi Hioba można by podsumować następująco: sensu niesprawiedliwego cierpienia człowieka nie da się uzasadnić żadnymi racjonalnymi argumentami, podobnie w obliczu człowieka cierpiącego nie da się „usprawiedliwić Boga” żadnymi racjami rozumowymi. Cierpienie ukazuje swój sens dopiero w momencie żywego spotkania się z Bogiem. Inaczej mówiąc, niesprawiedliwe cierpienie nie ma uzasadnienia na tym świecie, w logice tego świata. A tej nie jesteśmy w stanie inaczej zmienić, jak tylko przez prawdziwe spotkanie z Bogiem.

      Całe Pismo Święte jest historią stopniowego objawiania się Boga człowiekowi. Można prześledzić, jak zmienia się kontekst i sens relacji Boga do człowieka od zewnętrznej obrony i błogosławieństwa po głębokie pragnienie bliskości i oblubieńczej miłości. W zależności od oczekiwania człowiek inaczej widzi Boga. W Księdze Hioba przyjaciele prezentują wizję Boga Stwórcy i Pana, któremu trzeba się podporządkować jak sługa swojemu panu i wtedy Bóg, usatysfakcjonowany taką relacją, udziela błogosławieństwa, co jest równoznaczne z powodzeniem tu, na ziemi.

      Inna jest postawa Hioba, któremu cierpienie nie pozwala pozostać na poziomie takiej wizji, szuka więc bezpośredniego spotkania z Bogiem prawdziwym, aby przed Nim uzyskać odpowiedź na nękające go pytania. U niego problem Boga ukazuje się w kontekście pytania o miłość i sprawiedliwość, a zatem w tym przypadku chodzi już o relację partnerską, a nie relację całkowitej zależności i niewolniczej podległości. Zobaczmy: cierpienie nie pozwala zadowolić się zewnętrzną wizją Boga. To jest jego ogromna wartość, choć nie prowadzi ono samo z siebie w sposób automatyczny do pogłębienia duchowego. Wielu ludzi w obliczu cierpienia się buntuje, a nawet obraża na Boga, który powinien być taki, jakim go sobie wyobrażali. Dlatego zamykają się na Niego, tracąc jednocześnie szansę na spotkanie z Bogiem prawdziwym, który przerasta ich wyobrażenia. Wszystko zależy od nas, od naszego wyboru.

      W przypadku Hioba mamy do czynienia z prawdziwym otwarciem, intensywnym poszukiwaniem Boga żywego, z jednoczesnym buntem wobec Boga zafałszowanego przez oficjalne nauczanie, co w księdze reprezentują przyjaciele i Elihu. Jego uparte otwarcie i szukanie przyniosło owoc w postaci zobaczenia Boga „swoim wzrokiem”.

      Ewangelia dzisiejsza także mówi o widzeniu Boga jako o czymś rozstrzygającym w życiu:

      Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom [= ludziom prostym] (Łk 10,21).

      I dalej:

      Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli (Łk 10,23n).

      W Ewangelii to widzenie stoi także w opozycji do innej postawy: radości z władzy nad duchami! Pragnienie władzy, siły jest jednym z zasadniczych pożądań na świecie (pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia – 1 J 2,16). Zauważmy, że dla osiągnięcia takiego panowania nad innymi siłami Bóg jest potrzebny jedynie jako władca, pan, który takiej władzy udziela. Właściwie wystarcza układ: król – zarządca. Pan Jezus natomiast mówi:

      Jednak nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie (Łk 10,20).

      Prawdziwa radość wyrasta z udziału we wspólnocie w domu Ojca, trzeba dodać: wspólnocie miłości. Stąd bierze się owo wysławianie Ojca za to, że te rzeczy zakrył przed mądrymi i roztropnymi, bo owi mądrzy i roztropni to ci, którzy pragną przez swoją wiedzę dominować nad innymi, pragną się wywyższyć, panować nad przedmiotem swojej wiedzy. Ludzie prości natomiast to ci, którzy umieją przyjąć objawienie się Boga jako niezasłużony dar miłości i w tym samym duchu na niego odpowiedzieć, bez szukania dla siebie jakiejkolwiek przyczyny ich wyniesienia, bez jakiejkolwiek pretensji, że im się cokolwiek należy. Właśnie ta prostota staje się kluczem do „widzenia”. A widzenie odnosi się do tego, na co uczniowie patrzą, a czego nie mogli wcześniej oglądać prorocy i królowie, czyli widzą Jezusa Chrystusa. Pamiętamy, że w Ewangelii według św. Jana Pan Jezus mówi do Filipa: Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca (J 14,9).

      Trzeba powiedzieć, że nam jest obecnie łatwiej „zobaczyć Boga”, bo poznaliśmy Jezusa Chrystusa, Jego Syna, a na Jego obliczu rozpoznajemy oblicze Ojca:

      Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem i że Ja nic od siebie nie czynię, ale że to mówię, czego Mnie Ojciec nauczył (J 8,28).

      „Widzenie” jest w tym miejscu streszczeniem poznania, czyli wejściem w zażyłą więź, prawdziwym spotkaniem w miłości albo, odnosząc się do ostatniego cytatu z Ewangelii św. Jana, zrozumieniem Jego miłości do końca.
    • iktoto Homilia 2.10 03.10.10, 15:22
      2.10. – Świętych Aniołów Stróżów
      Wj 23,20–23

      Mt 18,1–5.10



      Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem (Wj 23,20).

      Ta zapowiedź Boga odnosiła się do Izraela idącego przez pustynię Nasze życie jest także drogą i wędrówka Izraela przez pustynię jest dla niej obrazem i punktem odniesienia. Każdy z nas, podobnie jak Izrael, ma na tej drodze anioła posłanego przez Boga. Anioł oznacza Bożego posłańca, sługę Boga. W katechizmie czytamy, że anioł jest istotą duchową i jako taki swoją doskonałością przewyższa wszystkie widzialne stworzenia. I właśnie taka istota jest przez Boga posłana na służbę!

      Zobaczmy, jak to współgra z tym, co mówi Pan Jezus o sobie:

      A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mt 20,27n).

      Jest miejsce, w którym Pan Jezus także wypowiada się na temat władzy we wspólnocie uczniów. W dzisiejszej Ewangelii natomiast za wzór stawia małe dziecko:

      Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim (Mt 18,3n).

      Zauważmy, jak w orędziu Chrystusa wszystko jest niezwykle konkretne i spójne. Jeżeli mówi o konieczności służby, to jednocześnie sam służy i daje wzór służby. Ta zasada odnosi się także do aniołów, mieszkańców królestwa Bożego. Nie chodzi zatem jedynie o przejściową zasadę odnoszącą się do naszego życia na ziemi, ale o zasadniczą postawę aktualną w królestwie Bożym. Nie wystarczy zatem uniżać się jedynie okazjonalnie, w pewnych sytuacjach, aby wykazać się przed Bogiem. Nie chodzi o to, by przez uniżenie zdobyć zasługi, ale chodzi o zasadniczą zmianę naszej postawy: Jeśli się nie odmienicie...

      I trzeba powiedzieć, że w naszym życiu chrześcijańskim właściwie o taką przemianę chodzi. Temu służy między innymi posłuszeństwo w życiu zakonnym. Nie jest ono jedynie ćwiczeniem dla początkujących, by następnie przejść do wyższej kategorii, dla której posłuszeństwo przestaje mieć znaczenie. Ono pozostaje stałym narzędziem przemiany do postawy dziecka, o jakiej mówi Pan Jezus w Ewangelii.

      Potrzebę uniżenia się odkrył już Stary Testament. W Księdze Syracydesa czytamy:

      O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana (Syr 3,18).

      W chrześcijaństwie jest ona jednak postawiona jako wymaganie we wzajemnych stosunkach. Święty Paweł w gorącym napomnieniu przed hymnem o kenozie Chrystusa pisze do Filipian:

      niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich! (Flp 2,3n).

      Podobnie w Liście do Galatów pisze:

      Wy zatem, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie! (Ga 5,13).

      Zobaczmy zresztą, jak postawa służby w naturalny sposób jest wpisana w ludzkie życie. W życiu rodzinnym to matka służy dziecku, a nie ono jej. Podobnie i ojciec. Dlaczego w relacjach społecznych pojawił się duch wyniosłości? W tej perspektywie jest on wynikiem szatańskiej pokusy. Zresztą żądza władzy należy do trzech wymienionych przez św. Jana pokus: pożądliwości oczu, ciała i pychy tego żywota. Właśnie pycha żywota zawiera w sobie żądzę władzy i dominowania. Ona całkowicie zniszczyła relacje międzyludzkie. Stąd tak radykalnie Pan Jezus mówi o konieczności uniżenia się, by wejść do królestwa Bożego. Ponadto Pan Jezus wraca do relacji rodzinnej. Ucząc nas modlitwy, poleca nam zwracać się do Boga: Ojcze... Podobnie i nasze wzajemne relacje powinny być braterskie, a wszystkich, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je, nazywa swoimi krewnymi: matką, braćmi i siostrami. To nowa rodzina, żyjąca zgodnie z pierwotnym zamysłem Boga, Jego duchem, który jest jednocześnie duchem służby. Tego ducha mają także aniołowie, którzy są do nas posłani, aby służyć!


    • iktoto Homilia 27 Nd C 03.10.10, 15:23
      27. Niedziela C
      Ha 1,2–3; 2,2–4

      2 Tm 1,6–8.13–14

      Łk 17,5–10

      Panie, Przymnóż nam wiary!

      Taka modlitwa jest dzisiaj bardzo potrzebna. Potrzeba prawdziwej wiary, a nie jedynie przyzwyczajenia, ideologicznej deklaracji czy próby zabezpieczenie swojej niepewnej przyszłości po śmierci.

      Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna (Łk 17,6).

      Ziarno gorczycy jest symbolem czegoś najmniejszego – zatem Pan Jezus mówi uczniom, że ich wiara nie jest właściwą wiarą, jest rodzajem niewiary. W sposób ewidentny pokazało to doświadczenie paschalne: uczniowie się załamali mimo wcześniejszych zapowiedzi Pana Jezusa i mimo znaków, jakie widzieli, mimo przemienienia, jakiego byli świadkami trzej z nich (Piotr, Jakub i Jan). W Ewangelii Pan Jezus wiele razy wyrzucał im brak wiary: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? (Mt 8,26) – mówił uczniom na jeziorze, gdy panowała burza, a On spał. Podobnie mówił im, gdy zbytnio troszczyli się o dobra doczesne:

      Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary? (Mt 6,30).

      Na czym polega prawdziwa wiara w odróżnieniu od „małej wiary”? W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus daje nam jedno ważne wskazanie. W dalszej części mówi o postawie sługi, który niczego nie oczekuje za swoją posługę. Podobnie i uczniowie Jezusa powinni sobie stale mówić: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać (Łk 17,10). Można by powiedzieć: w prawdziwej wierze nie chodzi o żadną korzyść. Pewna cysterka wypowiedziała bardzo trafne stwierdzenie: „Z Bogiem nie da się niczego załatwić”. Prawdziwa wiara jest bezinteresowna.

      Zobaczmy w pierwszym czytaniu, gdzie prorok Habakuk modli się usilnie o sprawiedliwość. Taka modlitwa zawsze jest potrzebna, dzisiaj tak samo jak wówczas. W modlitwie proroka widać jednak jakąś pretensję do Boga, bo nie wysłuchuje jego próśb. W odpowiedzi otrzymuje zapewnienie, że wyroki Boże są niezawodne i ich wypełnienie niechybnie nastąpi. Sprawiedliwości stanie się zadość: Oto zginie ten, co jest ducha nieprawego, a sprawiedliwy żyć będzie dzięki swej wierności (Ha 2,4). Bóg apeluje o cierpliwość i zaufanie. Niecierpliwość w modlitwie zdradza ludzkie oczekiwanie, że nam się coś należy za naszą wiarę. Trzeba by sobie tutaj przypomnieć, że Bóg nie pragnie śmierci grzesznika, lecz by się nawrócił i żył (por. Ez 33,11). Prawdziwa wiara troszczy się o pełne dobro, o ostateczne zwycięstwo sprawiedliwości nie jest jedynie w tym, co nas dotyczy, ale jest zwycięstwem obejmującym wszystkich ludzi. Pretensja do Boga świadczy jednocześnie o braku prawdziwego zawierzenia, że On szczęśliwie doprowadzi do końca swoje dzieło zbawienia. Nasza własna wizja zwycięstwa przysłania nam takie widzenie. Pamiętajmy, że właśnie to stało się przyczyną odrzucenia Pana Jezusa przez jemu współczesnych Żydów. I tak dzieje się do dzisiaj.

      W prawdziwej wierze chodzi o dobro i zbawienie takie, jakie przygotował Bóg, a nie takie, jakie sami sobie wyobrażamy.

      Święty Paweł przypomina nam w dzisiejszym drugim czytaniu o innej prawdzie dotyczącej wiary. Otóż jest ona nam dana przez sakrament, jest zatem w nas obecna misteryjnie. Nie jest wynikiem naszych osobistych wysiłków, ale jest łaską. Jednocześnie spoczywa na nas obowiązek jej rozwijania i właściwego wykorzystania. Apostoł pisze: przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie od nałożenia moich rąk (2 Tm 1,6). Pawłowi chodzi o sakrament kapłaństwa i wnikający z niego charyzmat przekazywania wiary. Ale także podczas sakramentu chrztu, jak i sakramentu bierzmowania kapłan czy biskup nakładał na nas ręce, przekazując w ten sposób dar wiary i umocnienia w niej. Dlatego do każdego z nas odnosi się całość posłania, jakie na krótko przed śmiercią Apostoł przekazywał Tymoteuszowi: Dobrego de­pozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka (2 Tm 1,14).

      Niestety, dosyć rzadko uświadamiamy sobie tajemnicę mieszkającego w nas Ducha Świętego, a przecież jedynie On może udzielić nam prawdziwej wiary i ją wzmacniać, i to jedynie wówczas, gdy będziemy z Nim współpracowali. Przy czym Apostoł wyraźnie mówi, że na tej drodze czekają nas trudy i przeciwności, które trzeba będzie znosić dla Ewangelii. Wiara w naszym życiu nie jest prostą deklaracją ideologiczną połączoną z przyjęciem niewielu związanych z nią obowiązków, jak: przychodzenie w niedzielę do kościoła, posyłanie dzieci na katechezę, przystępowanie przynajmniej raz w roku do spowiedzi, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątki, katolicki ślub itd. Trzeba powiedzieć, że nie są to wielkie obowiązki. Wystarczy porównać je z obowiązkami żydów, aby to zobaczyć. Ale prawdziwa wiara jest trudem autentycznego uczenia się i przyjmowania Bożej woli we własnym życiu. Nie jest bowiem łatwo wierzyć, gdy się widzi pomyślność ludzi nieuczciwych, stałe sukcesy tych, którzy nie przejmują się Bogiem i Jego pouczeniami. Wiara wymaga zawierzenia Bogu, że przeprowadzi swoje zamierzenia do końca.

      Wiara jest prostotą bycia uczniem Chrystusa bez żadnego lęku, udawania, stwarzania pozorów: Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości oraz trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego (2 Tm 1,7n). Jeżeli jesteśmy uczniami Chrystusa, to bądźmy nimi prawdziwie od początku do końca, nie bójmy się przyznać do tego wobec innych. Nie chodzi jednocześnie o to, byśmy się obnosili z naszą wiarą, głośno o niej mówili i wykazywali innym, że im jej brak. Prostota wiary zawiera w sobie także skromność, która bierze się stąd, że zdajemy sobie sprawę, iż jest to wiara pochodząca od Boga, a nie od nas i dlatego stale się jej uczymy, a nie jesteśmy jej dysponentami.

      Wiara nie jest żadną podstawą do chełpienia się, wynoszenia nad innych i oczekiwania dla siebie słusznej nagrody, nie jest niczym w logice: coś za coś. Ona sama jest życiem i radością, bo ukazuje całą głębię sensu naszego istnienia. Dlatego człowiek wierzący nie domaga się czegoś w zamian za swoją wiarę, ale cieszy się nią i służbą dla niej, bo w niej już teraz dostrzega życie, a jednocześnie oczekuje jego pełni w przyszłości, zdając sobie sprawę, że sam z siebie nie jest godny mieć udział w tym życiu, że jest mu to dane jako ogromna łaska. Dlatego uczniowie Chrystusa wiedzą i cały czas pamiętają, że są „sługa­mi nieużytecznymi”, wykonując to, co do nich należy.


    • iktoto Homilia 4.10 04.10.10, 15:11
      4.10. – Świętego Franciszka z Asyżu
      Ga 6,14–18

      Mt 11,25–30



      Postać św. Franciszka uderza przede wszystkim przez swoją wręcz dziecięcą prostotę, która ma dwa wymiary: z jednej strony piękno radości ze wszystkiego, co spotyka w życiu, jako daru od Boga, z drugiej strony Franciszek całkowicie idzie za tym, co odkrył w spotkaniu z Bogiem. Ten jego radykalizm, jak to określamy, jest typowo dziecięcy, bo jedynie dzieci potrafią tak całkowicie, jednoznacznie i bez żadnych oporów zaangażować się, „pójść na całego”.

      Wszystko zaczęło się u niego od innego spojrzenia na świat, na siebie i na Boga, czyli od metanoi, zmiany sposobu patrzenia i rozumienia wszystkiego. Właśnie do tego nas wzywał od samego początku głoszenia Ewangelii Pan Jezus. Dzisiejsza Ewangelia wyraża to wezwanie z jednej strony w formie modlitwy dziękczynnej:

      Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom [= ludźmi prostymi] (Mt 11,25).

      Z drugiej strony w formie pocieszenia:

      Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28).

      Nie chodzi w tym przypadku o to, że Pan Jezus da nam jakiś szczególny rodzaj ochrony w kategoriach tego świata, np. jeżeli ktoś pragnie nam zrobić krzywdę, to Pan Jezus sprawi, że to mu się nie uda. Niewątpliwie może tak działać, ale nie o to zasadniczo chodzi. On mówi: Przyjdźcie do Mnie. To znaczy, że pokrzepienie znajdujemy w Nim, a nie w czymś, co może nam z zewnątrz dać. I dale mówi, z czego bierze się owo pokrzepienie: Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Mt 11,29). Pokrzepienie jest owocem ducha, jakiego miał Jezus, ducha cichości i pokory. Przypomina się w tym miejscu błogosławieństwo: Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię (Mt 5,5).

      Otóż większość naszych rozterek, cierpień... bierze się z napięcia pomiędzy naszymi pragnieniami a tym, co nam życie przynosi. Pragniemy czegoś, a otrzymujemy zupełnie nie to, czego oczekujemy. Stąd ból i cierpienie. Cichość i pokora pozwalają odkryć głębszą wartość. O niej pisze św. Paweł:

      Co do mnie, to nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie; a ja dla świata (Ga 6,14).

      Jesteśmy przyzwyczajeni do mówieniu o krzyżu i jego wartości pozytywnej, ale trzeba sobie uświadomić, że takie sformułowanie jest wręcz szaleńcze – jakżeż można „chlubić się z krzyża”? I tak to widzą ludzie, trzeźwo oceniając wszystko w kategoriach tego świata. Bo w tych kategoriach jest to rzeczywiście szaleństwo. Tak się dzieje, ponieważ gdy mówimy o krzyżu, od razu nasuwa się nam myśl o cierpieniu w jego najstraszniejszej formie. To budzi przerażenie! Taka jest naturalna reakcja człowieka.

      Święty Paweł chlubi się jednak: z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa. Co w tym krzyżu naszego Pana jest takie ważne? To, że w nim objawiła się Jego miłość do nas, miłość do końca, a przez tę miłość Syna ukazuje się miłość Boga, który jest Ojcem. Cóż może być wspanialszego nad wieść o tak wielkiej miłości Boga do nas? W Liście do Rzymian św. Paweł napisze:

      Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczę­dził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? (Rz 8,31n).

      Krzyż Jezusa Chrystusa stał się dla nas dowodem Bożej miłości, a tym samym źródłem naszej nadziei obejmującej wszystko. Cóż zatem może być bardziej dla nas pocieszającego, co może być ważniejszego, co miałoby nas zajmować? Właśnie „krzyż Jezusa Chrystusa” staje się punktem zwrotnym w naszym spojrzeniu na świat. Świat zaczyna wyglądać zupełnie inaczej: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?

      Nie tylko żadne dobra tego świata nie są w stanie nam zaimponować w obliczu miłości Bożej, ale nawet cierpienia, doświadczenia, jakich byśmy nie chcieli, czyli nasze krzyże, wcale nie są znakami naszej klęski, lecz mogą stać się udziałem w krzyżu Chrystusa. To jest niesamowite! Uczeń Chrystusa jest nie do pokonania, jeżeli tylko autentycznie trwa w prawdziwej wierze.

      I tutaj odnajdujemy tę fascynującą dziecięcą prostotę św. Franciszka, który po prostu uwierzył w moc krzyża Chrystusowego i podobnie jak św. Paweł postawił kropkę nad „i”, pozwalając by świat stał się ukrzyżowany dla niego; a on dla świata (por. Ga 6,14). I tak się rzeczywiście dzieje ze wszystkimi, „dla których nie ma nic droższego od Chrystusa” (RB 5,2) – do czego nas wzywa nasz Ojciec, św. Benedykt.


    • iktoto Homilia 2 Pn 2 05.10.10, 20:24
      27. poniedziałek 2
      Ga 1,6–12
      Łk 10,25–37

      Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową (Ga 1,7).

      Nie ma innej prawdy, takiej, jaką byśmy chcieli widzieć. Istnieje tylko jedna prawda i albo ją przyjmiemy, albo będziemy się starali sobie stworzyć rozmaite alibi, usprawiedliwienia, filozofie wyjaśniające, że „czarne jest białe, a białe jest czarne”. Trzeba powiedzieć, że wykazujemy zdumiewającą energię, aby starać się prawdę nagiąć do naszych chęci. W istocie wiemy wiele. Wiemy, co i jak należałoby zrobić, ale nie zawsze nam to odpowiada i chcielibyśmy uzyskać zwolnienie od wymagań i konsekwencji. Istnieje w nas skłonność do takiego prowadzenia naszego wewnętrznego dialogu, aby uzyskać potwierdzenie naszych wyobrażeń i pragnień. Święty Paweł, świadomy tej tendencji, mówi zdecydowanie:

      Gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! (Ga 1,8).

      Prawda jest jedna i nie ma innej. Kto ją zniekształca, czyni wiele zła i dlatego: niech będzie przeklęty! Święty Paweł nie wyłącza przy tym nawet siebie samego.

      W Ewangelii mamy do czynienia z sytuacją, gdy ktoś szuka prawdy, ale niekonsekwentnie. Pyta, co ma robić, aby się zbawić. A Pan Jezus pokazuje mu, że doskonale wie, co ma robić, mianowicie wypełniać podwójne przykazanie miłości Boga i bliźniego. Ten człowiek doskonale zna odpowiedź na pytanie o najważniejsze przykazanie, o to, co należy robić, aby się zbawić. Zawstydzony, starając się usprawiedliwić, pyta o to, kto jest dla niego bliźnim, czyli wobec kogo obowiązuje go przykazanie miłości. Innymi słowy, pyta o granice swojego zobowiązania wobec drugiego człowieka. To zobowiązanie wydaje mu się ciężkie. W odpowiedzi otrzymuje słynną przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Istotne w niej jest to, że sytuacja jest zupełnie przeciwna, niż się wydawało pytającemu. Pan Jezus zadaje pytanie odwrotne: Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? (Łk 15,36). Ważne jest to, wobec kogo sami stajemy się bliźnim. Być bliźnim to godność, jaką zdobywamy przez gest miłości. Trzeba tę zasadę odczytać w kontekście innej wypowiedzi Pana Jezusa: Coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Stać się bliźnim drugiego człowieka, kimkolwiek by on był, to znaczy stać się bratem Chrystusa i Jemu okazać miłość. Nie ma większej godności.

      Nasze lęki i naciąganie rzeczywistości powodują, że tracimy to, co najcenniejsze w życiu.




    • iktoto Homilia 27 Wt 2 05.10.10, 20:25
      27. wtorek 2
      Ga 1,13–24
      Łk 10,38–42

      Można być bardzo gorliwym zarówno religijnie, jak i w posłudze bliźnim, a jednak nie uchwycić tego jednego – tego, co jest najlepsze. Mało tego, można wręcz walczyć z samym Bogiem i Jego miłosierdziem. Tak było w przypadku św. Pawła. Szczególnie zapalczywy w zwalczaniu uczniów Jezusa w imię tradycji, w istocie walczył z samym Bogiem. Niestety, tak może być także i dzisiaj. Istnieje wiele przykładów żarliwej „służby” Bogu, która ewidentnie jest służbą szatanowi. Niewątpliwym przykładem jest terroryzm z inspiracji religijnej, mordowanie członków innej religii w imię swojego boga, zniewalanie psychiczne innych w imię szczytnych ideałów, takich jak np. posłuszeństwo, co dokonuje się w różnego rodzaju sektach. Aby mieć moralną pewność, że nasze działania nie prowadzą do zła, musimy je rozeznać. Jak je rozeznać? Najlepiej można je rozpoznać po owocach. Ale jakich? Jakie są owoce? Wymienia je św. Paweł w Liście do Galatów w rozdziale 5. Owoce przede wszystkim odnoszą się do duchowych wartości realizowanych w życiu.

      W scenie z Ewangelii mamy przykład konfliktu dwóch wartości pozytywnych. Marta, bardzo służebna w odniesieniu do gości, „martwiła się i niepokoiła o wiele”. Maria z kolei, siedząca u stóp Jezusa, skupiona była na słuchaniu Jego słów. Zarówno usługiwanie, jak i słuchanie słów Jezusa są czymś dobrym. Problem pojawił się wówczas, gdy Marta podeszła do Pana Jezusa z pretensją, że On nie widzi oczywistej dla niej niesprawiedliwości, bo Maria zamiast pomóc swojej siostrze, siedzi sobie spokojnie u stóp Jezusa. Wtedy Pan Jezus odpowiedział jej:

      Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona (Łk 10,42).

      Potrzeba tylko jednego. Czym jest to jedno? Jest nim spotkanie z Bogiem żywym w sercu. Marta, zatroskana o wiele, łatwo mogła utracić to jedno. Jej słowa zwrócone do Jezusa świadczyły o tym, że się zagubiła w swoich pretensjach. Takie żywe spotkanie z Bogiem całkowicie zmieniło życie św. Pawła. Z zaciekłego wroga stał się chrześcijaninem głoszącym właśnie tę żywą relację. Paweł napisze dalej:

      Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie (Ga 2,20).

      I właśnie Ewangelia, która nie jest żywą więzią z Chrystusem, jest niczym, jest pozorem. Maria z dzisiejszej Ewangelii siedziała u stóp Jezusa, całkowicie zasłuchana w Niego, w żywej relacji, w tym „jednym”, naprawdę potrzebnym. Pewnie po interwencji Siostry poszła jej pomóc, ale już więź miłości została. Później, podczas ostatniej wizyty Pana Jezusa u nich, na kilka dni przed męką, w geście miłości namaści mu stopy drogocennym olejkiem. To był gest wypływający z serca, które spotkało się z miłością nie do pojęcia.




    • iktoto Homilia 27 śr 2 05.10.10, 20:26
      27. środa 2
      Ga 2,1–2.7–14
      Łk 11,1–4

      Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze (Łk 11,2).

      Ta krótka odpowiedź Pana Jezusa na jedno z najbardziej właściwych pytań, jakie usłyszał, streszcza zasadniczą prawdę Ewangelii: Bóg jest Ojcem, a dokładniej Abba, kochanym ojcem, tatą, do którego można się zawsze zwrócić. Jednak samo takie stwierdzenie nie oddaje jeszcze pełnej prawdy. Jest ono bowiem rodzajem relacji o czymś. Jeżeli Pan Jezus mówi do nas: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, to od razu stawia nas w sytuacji dziecka, które właśnie zwraca się do swojego ojca z całą miłością i ufnością. Nie jest to zatem sytuacja człowieka, który wie, że Bóg jest Ojcem, ale człowieka, który właśnie woła do Boga: Ojcze!, sytuacja człowieka, który niejako wchodzi całkowicie w wypowiadane przez siebie słowo, aby znaleźć się przy Ojcu i przylgnąć do Jego piersi. „Ojcze” jest zawołaniem przyzywającym Jego obecność. W Katechizmie czytamy, że „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560).

      Bóg Biblii jest Bogiem żywym, co oznacza, że nie jest jakąś ideą, wspaniałą koncepcją intelektualną, która może zachwycić i wzruszyć człowieka. Jest żywy, to znaczy jest taki, jaki jest jedynie w bezpośredniej więzi, w spotkaniu i dialogu. Kiedy mówimy o „Nim”, to już nie mamy do czynienia z Bogiem żywym, ale jedynie z ideą Boga. Słowa: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze dają nam klucz do tej żywej relacji. „Ojcze” jest dla nas imieniem Boga, tak jak dla każdego z nas „Ojcze” lub „Mamo” jest imieniem naszego ojca i mamy, innych dla każdego z nas. Zawsze jednak właśnie: „Ojcze”, „Mamo” jest imieniem najprawdziwszym. To imię daje nam klucz do ich serca; wzywając je, odwołujemy się do ojcowskich lub macierzyńskich uczuć. Kiedy zwracamy się do Boga w ten sposób, także odwołujemy się do Jego miłości, sami wyznajemy wówczas naszą miłość dziecka do Niego. Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 18,3).

      Modlitwa: „Ojcze” w sposób zasadniczy ustawia naszą relację do Boga. Według naszego odczucia i naszego poczucia sprawiedliwości taką postawą jest skrucha serca, ale według Bożego pragnienia jest to postawa dziecka całkowicie zawierzającego Ojcu. Modlitwa „Ojcze” jest dla nas szkołą prawdziwej postawy względem Boga. Postawy, jakiej On oczekuje, a nie takiej, jaką sami sobie wyobrażamy, że powinna być.

      Święty Paweł we wczorajszym pierwszym czytaniu mówił o sobie. Wpierw pragnął czcić Boga tak, jak uważał, że należy Go czcić:

      Przez to z niezwykłą gorliwością zwalczałem Kościół Boży i usiłowałem go zniszczyć, jak w żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników z mego narodu, jak byłem szczególnie wielkim zapaleńcem w zachowywaniu tradycji moich przodków (Ga 1,13n).

      Potem jednak, kiedy spotkał Jezusa pod Damaszkiem, całkowicie poddał się Mu i głosił Go takim, jakiego poznał i jak On sam polecił mu się głosić. Dzisiaj słyszymy, że musiał nawet sprzeciwić się św. Piotrowi i napomnieć go za nieszczere postępowanie. Jeżeli Bóg sam przygarnął pogan, to uczniowie Jezusa nie powinni ich odrzucać. Dziecięca postawa, w jaką nas wprowadza Jezusowa nauka modlitwy, zawiera w sobie prawdziwe otwarcie na wszystkich ludzi autentycznie szukających Boga i prawdy.
    • iktoto Homilia 27 Czw 2, 7.10 06.10.10, 19:42
      27. czwartek 2
      Ga 3,1–5
      Łk 11,5–13

      Wczoraj Pan Jezus uczył nas modlitwy. Powiedział: Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze… (Łk 11,1). Ten zwrot otwiera właściwą przestrzeń spotkania z Bogiem. Jest to przestrzeń spotkania osobowego, i to w niespodziewanej bliskości. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić w tym życiu ani samej bliskości Boga w relacji do nas, ani jej konsekwencji. Niemniej objawiona nam przez Pana Jezusa bliskość staje się dla nas przestrzenią zawierzenia i odkrycia w doświadczeniu życiowym. W opozycji do takiego odkrywania staje nasz „ziemski realizm” opierający się na przekonaniu, że realne jest to, co bezpośrednio uchwytne. Więź z Bogiem przy spojrzeniu z perspektywy owego „ziemskiego realizmu” jawi się jako coś abstrakcyjnego, idealnego, „duchowego”, rozumianego w sensie oderwania od bezpośredniego doświadczenia. Jednocześnie pojawia się pęknięcie pomiędzy dwiema dziedzinami: bezpośrednim, namacalnym doświadczeniem z tego świata z jednej strony, a idealnymi wymaganiami i pragnieniami duchowymi z drugiej. Obie dziedziny rządzą się odmiennymi prawami i z czasem uczymy się przechodzić z jednej dziedziny do drugiej, nie dostrzegając sprzeczności w naszej postawie. Idealne wymagania domagają się zachowania prawa, życie natomiast domaga się realizmu w działaniu. Największa tragedia takiego pęknięcia polega na tym, że Bóg jest potraktowany jako ktoś obcy, jako zewnętrzna instancja.

      Zarówno Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, jak i św. Paweł starają się uświadomić nam, że nie można sprowadzić wiary do wymiaru formalnych zasad, że Bóg jest bliski, że właściwą postawą w odniesieniu do Niego jest żywa więź. Że można tej więzi zawierzyć i otrzymać to, co dla nas dobre:

      Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11,13).

      Charakterystyczne przy tym jest to, że Bóg, obdarowując nas, nie daje czegoś, ale siebie samego. Na tym polega dar Ducha Świętego. Taki dar jednak domaga się właściwej odpowiedzi w postaci daru z siebie. I to chyba jest największą dla nas przeszkodą na drodze do spotkania się z Bogiem. Boimy się oddać Bogu siebie bez reszty i dlatego uciekamy w relację rzeczową z Nim, ale taka relacja nie przynosi zbawienia. Bóg pragnie, byśmy autentycznie byli Jego dziećmi.



      7.10. – NMP Różańcowej
      Dz 1,12–14

      Łk 1,26–38



      Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z nie­wiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego (Dz 1,14).

      Dzieje Apostolskie są „ewangelią Ducha Świętego”, który działa w Kościele. W opisie pierwotnego Kościoła św. Łukasz, autor tej księgi Nowego Testamentu, podaje kilka razy ciekawe streszczenia, które są jednocześnie wspaniałymi syntezami na temat Kościoła. Przytoczone zdanie należy do takich streszczeń. Inne to np.: Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łama­niu chleba i w modlitwach (Dz 2,42). Takie zdania pięknie oddają istotę wspólnoty chrześcijan, wskazując jednocześnie na to, co jest najważniejsze.

      Przy dzisiejszym święcie otrzymujemy wyrażoną w ten sposób istotę pobożności Maryjnej: „trwać jednomyślnie na modlitwie razem z nie­wiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z Jego braćmi”. Taki jest sens modlitwy różańcowej. Jest to modlitwa nieustannego trwania przed Bogiem w jedności z Matką Bożą i naszymi braćmi, jakich nam dał Pan Jezus, tymi, którzy są przecież Jego braćmi, jak to sam określa w scenie sądu ostatecznego w Ewangelii św. Mateusza (25,40).

      Sama modlitwa różańcowa jest oparta na scenie zwiastowania, podczas której anioł mówi do Maryi: Bądź po­zdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami (Łk 1,28). Czyli w naszym brzmieniu: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami”. A dalsze słowa streszczają zapowiedź narodzenia Syna: „i błogosławiony owoc Twojego łona Jezus”. Tak brzmiała pierwotnie modlitwa „Zdrowaś Mario”. Nieco później dołączono orację, czyli wezwanie modlitewne skierowane do Maryi: „Święty Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i na wieki wieków. Amen”.

      Zauważmy, że w pierwotnej formie modlitwa upraszczała się do jednego zdania, które streszczało scenę zwiastowania i Bożą obietnicę odnoszącą się do Matki i Jej Dziecka, stając się w ten sposób medytacją nad „wielkimi dziełami, jakie uczynił Jej Wszechmocny”, jak to później wyraziła w swoim Magnifikat. W tej postaci „Zdrowaś Mario” należało do formuł medytacyjnych, jakie mnisi podejmowali w ciągu swojej pracy. Maryja i scena zwiastowania są dla nas szczególnym momentem, w którym Bóg objawia cudowny zamiar odnoszący się do nas wszystkich: całkowitą solidarność z nami przez narodziny jako Człowiek! Ta obietnica przekracza najśmielsze nasze wyobrażenia i oczekiwania. Ona jest naszym największym błogosławieństwem i jednocześnie odpowiedzią zarówno na nasze najgłębsze pragnienia, jak i bóle i cierpienia. W tym orędziu zawiera się najpełniej odpowiedź Boga na to, co najgłębsze w naszym sercu.

      Jednocześnie Maryja odpowiada na Boże zwiastowanie w sposób najwłaściwszy i najpełniej: Oto [ja] służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego (Łk 1,38). W tekście greckim nie ma nawet owego „ja”, co tym bardziej podkreśla całkowite poddanie się woli Bożej i świadczy o prawdziwej pokorze. Kiedy mówimy „Zdrowaś Mario...” pamiętamy o tej odpowiedzi i uczymy się jej w naszym życiu. Bóg przychodzi do nas w różnym czasie, najczęściej zupełnie zaskakując nas, i to zarówno w czasie, jak i przez treść swojej woli. Najważniejszą sprawą w naszym życiu jest właściwa odpowiedź na Jego słowo. Medytując scenę zwiastowania, uczymy się od Maryi tej odpowiedzi.

      Dołączona do tekstu z Pisma Świętego oracja wyraża prośbę, aby Ona wstawiała się za nami grzesznymi. Chodzi przede wszystkim o pomoc w naszej odpowiedzi na Boże wezwanie. Nie można jej jednak rozumieć jako błaganie Maryi o wsparcie naszej modlitwy u Boga, ponieważ boimy się Go, a Ona jako Matka nas lepiej rozumie i kocha. W tej postaci byłaby to herezja. Jeżeli wypowiadamy ją w duchu uciekania się do „dobrej Matki” w obliczu „karzącego Ojca”, to modlitwa ta wyraża jakieś ogromne zagubienie wierzących. Przecież Maria jako człowiek jest jedynie obrazem Boga, który jest miłością! Na tym tle potrzeba było s. Faustyny, która głosi orędzie o „Bogu miłosiernym”. Trzeba specjalnego objawienia prywatnego, żeby zwrócić naszą dzisiejszą myśl na to, co przecież jest najważniejszą treścią Ewangelii!

      Modlitwa „Zdrowaś Mario...” jako medytacja Bożej łaski i najpełniejszej odpowiedzi na nią jest nastawiona na Boga i spotkanie z Nim. Maria w ten sposób staje się dla nas nauczycielką i wzorem otwartości. U niej szukamy ludzkiego wsparcia dla naszej osobistej odpowiedzi dawanej Bogu. Ona właśnie tak widzi swoją rolę w dziejach zbawienia. I tak widzi Ją podsumowanie z Dziejów Apostolskich: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z nie­wiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego.

      Oby „Zdrowaś Mario” oraz cały różaniec były dla nas owym nieustannym trwaniem na modlitwie z Marią, Apostołami i wszystkimi braćmi we wierze.


    • iktoto Homilia 27 Pt 2 07.10.10, 18:47
      27. piątek 2
      Ga 3,7–14
      Łk 11,15–26

      Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza (Łk 11,23).

      Nie jest to arbitralne stwierdzenie, wymagające ślepego posłuszeństwa. Ono jest wnioskiem z sytuacji podobnych do tej, jaką opisuje dzisiejsza Ewangelia. Pan Jezus wyrzucał złe duchy. Fakt, który wszyscy mogli zobaczyć, jednak niektórzy z tłumu rzekli: Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy. Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba (Łk 11,15). Wobec ewidentnego znaku oczekiwali znaku. Jaki znak mógłby być im jeszcze dany? Myśl, że przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy, jest ewidentnie nielogiczna, co Pan Jezus wykazuje słuchaczom. Jeżeli ktoś tak mówił, to musiał mieć złe nastawienie do Jezusa. I właśnie w odniesieniu do takiej postawy Pan Jezus mówi o byciu z Nim lub przeciw Niemu. Jeżeli ktoś jest z Nim, to szuka prawdy i otwiera się na nią, a prawda prowadzi go do odczytania znaków, zrozumienia słów Jezusa i rozpoznania w Nim Mesjasza. Kto jednak nie szuka prawdy, ale potwierdzenia siebie i własnych racji, ten tak czy inaczej odrzuca prawdę i będzie zaprzeczał temu, co oczywiste. Wydaje się, że dzisiaj ta ostatnia postawa jest dosyć szeroko rozpowszechniona. Coraz częściej próbuje się „kreować” nowe wartościowanie, nazywać zło dobrem, oczywiste prawdy wyśmiewać i głosić bezsens jako prawdę.

      Pan Jezus nie wymaga od nas nierozumnego fideizmu, ale wiary, która jest konsekwencją otwarcia na prawdę. Jeżeli dla własnych chęci lub upodobań zaprzeczamy prawdzie, ma to bardzo konkretne konsekwencje. Końcowa część dzisiejszej Ewangelii mówi o sercu człowieka, które zamieszkują złe duchy:

      Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni (Łk 11,24–26).

      Kto nie jest z prawdą, nie wprowadza jej do swojego serca, ten otwiera swoje serca złym duchom, które powodują w nim ogromne spustoszenie. W tym kontekście trzeba odczytać słowa św. Pawła z Listu do Galatów mówiące o prawdziwych synach Abrahama. Są nimi ci, którzy zawierzyli prawdzie i konsekwentnie za nią idą. Oni prawdziwie otwierają się na Jezusa, który jest „drogą, prawdą i życiem”.
    • iktoto Homilia 27 Sob 2 08.10.10, 23:50
      27. sobota 2
      Ga 3,22–29; Ps 19

      Łk 11,27–28

      Błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je (Łk 11,28).

      Pan Jezus przynosi nam zupełnie nową zasadę życia i więzi międzyosobowych. W innym miejscu mówi jeszcze bardziej „kontrowersyjnie”: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8,21). Więź rodzina otrzymuje zupełnie nową zasadę: słuchanie słowa Bożego i poważne traktowanie go. Inaczej mówiąc: czerpanie, branie swojej tożsamości z Boga–Ojca.

      Niektórzy dostrzegają w tych tekstach pomniejszenie, jeżeli nie wręcz odrzucenie Maryi. Ale wystarczy tylko przypomnieć sobie inne słowa z tej samej Ewangelii: Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pa­na (Łk 1, 45). Oto służebnica Pańska[1], niech mi się stanie według słowa twego (Łk 1,38). I wówczas zamiast pomniejszenia zaczynamy widzieć prawdziwe wywyższenie Maryi. Możemy wówczas za św. Augustynem powiedzieć, że jest Ona bardziej godna czci przez to, że była służebnicą Pańską, że całkowicie zawierzyła słowu Bożemu i przez to duchowo stała się Matką Chrystusa niż przez to, że Go fizycznie zrodziła. Pan Jezus w tych scenach wskazuje nam Jej prawdziwą wielkość. Kiedy Ją czcimy, powinniśmy o tym pamiętać, tym bardziej że właśnie w tym możemy Ją naśladować, iść za Nią, uczyć się od niej. Fizycznie nikt z nas nie jest w stanie być matką Jezusa: ani żadna kobieta, a tym bardziej żaden mężczyzna.

      Tę zasadę nowego życia bardzo dobitnie wskazuje św. Paweł w dzisiejszym I czytaniu. Ten tekst uważany jest przez ludzi za trudny. Takie teksty: Pismo poddało wszystko pod [władzę] grzechu (Gal 3,22); Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary (Gal 3,23), wydają się trudne do interpretacji. Jak Pismo Święte miałoby nas niejako zniewalać, poddawać pod władzę grzechu?!

      Kiedy jednak spokojnie przeczytamy ten tekst w szerszym kontekście, zaczynamy rozumieć. Zobaczmy, na czym polega dramat grzechu. Najlepiej oddaje to opis „upadku pierwszych rodziców”, czyli tak zwanego grzechu pierworodnego. Ukazuje on istotę tego grzechu: człowiek dał się skusić i zwątpił w absolutną dobroć Boga, Jego całkowitą i bezinteresowną miłość do niego. Dlatego zaczął szukać na zewnątrz, poza żywą więzią z Bogiem, dla siebie dobra, szczęścia, swojej realizacji. Szatan powiedział: wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5). Zatem Bóg nie chce pełnego dobra dla człowieka! Dlatego Ewa, łamiąc zakaz Boży, próbuje zdobyć to, czego Bóg nie chce dać.

      Paradoks polega na tym, że Bóg właśnie chce człowiekowi dać pełną wiedzę i wspólnotę ze sobą, chce, byśmy byli podobni do Niego, tacy jak On: Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski (Mt 5,48). Ale to można osiągnąć przez pełną ufność, przez powierzenie się Mu i zgodę na Jego prowadzenie. Natomiast grzech wprowadził nieufność: człowiek zwątpił w bezwzględną dobroć Boga. Dlatego na zewnątrz, w zewnętrznych kryteriach szuka on swojego dobra, a także ocen własnej godności, dobroci, mądrości, wielkości itd. Prawo, jakie Bóg dał człowiekowi, mówi o właściwych relacjach międzyludzkich i o sprawiedliwości względem Boga – Stwórcy: należy się Mu cześć i wdzięczność. Ale cała historia biblijna ukazuje, jak wszyscy ludzie grzeszą, wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej (Rz 3,23). W ten sposób całe dzieje ukazują, jak w sporze człowieka z Bogiem to człowiek okazuje się niewierny, grzeszny, małostkowy, fałszywy itd. Natomiast Bóg nie zgrzeszył przeciw człowiekowi, nie okazał się interesowny w odniesieniu do człowieka. Wręcz przeciwnie: Jezus Chrystus przez swoją miłość do końca ukazał pełnię oblicza Boga–Ojca.

      Nikt zatem nie może się przed Bogiem chlubić swoją czystością, bezgrzesznością, doskonałością, niewinnością. Jeżeliby zastosować kryteria sprawiedliwości w relacji do Boga, to wszyscy zasługujemy na potępienie. Zbawienie jest nam dane na zupełnie innej zasadzie: poprzez miłość, gest miłosierdzia i usprawiedliwienia w Osobie Jezusa Chrystusa.

      Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą [który miał prowadzić] ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie (...) Wszyscy bowiem dzięki tej wierze jesteście synami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie (Gal 3,24.26–28).

      I tutaj odnajdujemy ostateczny sens tej nowej zasady życia, opartej na osobowej więzi. Żadna „sprawiedliwość” oparta na zewnętrznych normach nie jest w stanie nas usprawiedliwić, dać pełni sprawiedliwości. Prawdziwe życie może dać jedynie żywa więź osobowa z Chrystusem, Bogiem wcielonym, Bogiem, który tak bardzo nas umiłował, że wydał siebie na śmierć za nasze życie.

      Odkrycie tej prawdy ma ogromne znaczenie dla każdego z nas. Prawdziwe życie istnieje bowiem jedynie we wzajemnej więzi miłości. Poza nią błąkamy się na bezdrożach. Zaś nasza miłość, jak to także ukazuje cała historia zbawienia, nie jest możliwa bez autentycznej miłości Boga i wierności Jego wskazaniom. Od zawierzenia Bogu i Jego słowu, czyli od wejścia w żywą relację z Nim, rozpoczyna się prawdziwa więź osobowa pomiędzy ludźmi, nowa rodzina, nowe życie braterskie. Jest ono o wiele wspanialsze od naturalnych więzi rodzinnych, które bywają bardzo różne. Co więcej, ta nowa więź jest w istocie prawdziwsza, bo wypływa z samego źródła naszej ludzkiej tożsamości. My naprawdę jesteśmy najbardziej sobą w spotkaniu z Bogiem i jednocześnie jedynie wychodząc od tego spotkania, możemy prawdziwie spotykać się z drugim człowiekiem.

      Eucharystia jest szczególnym momentem i misterium naszego spotkania w Chrystusie. Ona powinna mieć swoje konsekwencje w naszym codziennym życiu. Eucharystia jest dla nas szkołą. Od nas zależy, na ile z niej skorzystamy.





      --------------------------------------------------------------------------------

      [1] W tekście greckim nie ma „ja”, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w polskich przekładach. Ten brak być może podkreśla jeszcze mocniej bezwarunkowość jej oddania Bogu. Nie ważne jest Jej „ja”, ale Boża wola.
    • iktoto Homilia 28 Nd C 10.10.10, 10:34
      28. Niedziela C
      2 Krl 5,14–17

      2 Tm 2,8–13

      Łk 17,11–19

      Je­zu­sie, Mis­trzu, ulituj się nad nami (Łk 17,13) – człowiek chory za wszelką cenę chce odzyskać zdrowie. Potrafi w tym celu zrobić wszystko. 10 trędowatych z dzisiejszej Ewangelii woła o pomoc do Jezusa, który, jak wierzyli, mógł ich uzdrowić. I rzeczywiście tak się dzieje. Pan Jezus ich uzdrawia. Ale w tym momencie ujawnia się przedziwna cecha nie tylko ich, ale i nas wszystkich: brak wdzięczności.

      Czy nie dziesięciu zostało oczysz­czo­nych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, któ­ry by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzozie­miec (Łk 17,17n).

      Istnieje w nas przedziwna zdolność zapominania dobra, jakiego doświadczyliśmy. Zamiast wdzięczności pojawia się zadowolenie, że się udało odzyskać zdrowie. Zapominamy jednocześnie o tym, komu to zawdzięczamy. W Ewangelii takie sytuacje się powtarzają niejednokrotnie. Uzdrowiony po 38 latach paraliżu nie potrafi nawet powiedzieć, kto go uzdrowił (zob. J 5,13). Podobnie odzyskawszy wzrok, ślepy od urodzenia traci Jezusa ze swojego pola widzenia (zob. J 9,12).

      Sprawa jest o tyle ważna, że samo uzdrowienie z choroby było dla Pana Jezusa jedynie znakiem, rodzajem orędzia o prawdziwym zbawieniu. Jeżeli nie zauważamy, że jest to łaska, to tym samym nie dociera do nas coś o wiele ważniejszego. Naszą tragedią jest brak zdolności odczytania tego orędzia. Z 10 uzdrowionych potrafił to zrobić jedynie jeden, i to Samarytanin:

      Jeden z nich, widząc, że jest uzdro­wio­ny, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Sa­ma­rytanin (Łk 17,15n).

      Wdzięczność jest właściwą odpowiedzią człowieka na Bożą dobroć. Jeżeli jej brak, nie wchodzimy wówczas w prawdziwą więź osobową z Bogiem. Uzdrowienie fizyczne jest rodzajem zaproszenia do wejścia w misterium zawierzenia, którego owocem jest pełnia życia w Bogu. Widać to wyraźnie w przypadku wspomnianego niewidomego od urodzenia, który pod presją zarzutów faryzeuszy nie pozwolił sobie odebrać prawdy, że uzdrowił go człowiek Boży. Spotkał potem Pana Jezusa w świątyni i tam dokonało się prawdziwe uzdrowienie oczu:

      Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon (J 9,35–38).

      Kluczem do prawdziwego zawierzenia Jezusowi stało się osobiste uświadomienie sobie, że Ten, który uzdrowił, posiada moc od Boga. Nie jest to coś naturalnego, coś, co mi się należy, jak np. dzisiaj opieka zdrowotna, coś, co można kupić. Tak było w przypadku Naamana, dla którego było oczywiste, że uzdrowienie zostało dokonane mocą Bożą. Stąd jego wyznanie wiary w jedynego Boga. W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus także mówi na końcu do tego jednego z dziesięciu uzdrowionych: Wstań, idź, twoja wiara cię uz­drowiła (Łk 17,19). To błogosławieństwo Pana Jezusa niesie w sobie większą głębię niż zwykłe zdrowie fizyczne, które już uzyskał. W różnej formie powtarzał On słuchaczom zapewnienie: Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11,25). W tym celu domaga się od nas nawet ofiary z życia.

      Święty Paweł całkowicie zawierzył Jezusowi i był gotów dla głoszenia Ewangelii nie tylko iść do więzienia, ale nawet oddać życie. W dzisiejszym drugim czytaniu zapewnia nas: Jeżeliśmy bowiem z Nim współ­umarli, wespół z Nim i żyć będziemy (2 Tym 2,11). To krótkie zdanie streszcza sens naszej relacji z Jezusem. Jest to relacja więzi wspólnotowej, wspólnoty życia, która istnieje nawet mimo śmierci. Całe Jego orędzie, głoszone słowem i czynami, także przez uzdrawianie, prowadzi do takiej więzi na życie i śmierć. Jedynie w niej osiągamy zbawienie. Nasza ślepota na rozmaite znaki Jego łaski, jaką otrzymujemy, brak umiejętności rozpoznania życiowej prawdy, nie są zwykłym przeoczeniem, ale utratą szansy na pełnię życia.
    • iktoto Homilia 28 Pn 2 10.10.10, 21:20
      28. poniedziałek 2
      Ga 4,22–24.26–27.31–5.1
      Łk 11,29–32

      To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku (Łk 11,29), a przecież znaki są mu ciągle dawane. Wielu ludzi przecież przychodziło do Pana Jezusa po to, by ich uzdrowił, by wyrzucał złe duchy z nich... Widać potraktowali te uzdrowienia i uwalnianie z mocy złych duchów jak zwykłe leczenie. I rzeczywiście, gdy dokonywało się to w szabat, faryzeusze się gorszyli i oskarżali Jezusa, że robi w szabat to, czego nie wolno, czyli potraktowali Jego cuda jako zwykłą pracę! A przecież nikt nie widział, aby ktoś dokonywał takich cudów. Jak można było nie dostrzec znaków w tych cudach?! Nawet zdarzyło się, że Jezus wskrzesił kogoś z martwych (młodzieniec z Nain, Łazarz). Czego jeszcze trzeba było, aby wskazać, że oto w Nim jest moc Boża? Okazuje się, że można było nawet przypisać Mu, że mocą Belzebuba wyrzuca złe duchy. Na to Jezus odpowiedział im: Lecz jeśli Ja mocą Ducha Bożego wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło do was królestwo Boże (Mt 12,28).

      Zadziwiająca jest ta ślepota! Ale jeżeli się dobrze rozejrzymy wśród nas, to i dzisiaj dostrzeżemy tak samo wiele przykładów ślepoty w obliczu gestów życzliwości, miłosierdzia i dobroci. Okazuje się, że ludzie potrafią podsuwać innym rozmaite fałszywe intencje, aby tylko nie uznać ich życzliwości i dobroci! Jeżeli ktoś jest nastawiony negatywnie, to zawsze znajdzie dla siebie odpowiednie wyjaśnienie, aby nie przyjąć prawdy o czyjeś dobroci. I tak było z Panem Jezusem. Rzeczywiście trzeba było mieć bardzo negatywne nastawienie, aby nie widzieć znaków, jakie Pan Jezus dawał w różnych sytuacjach. Stąd tak surowa odpowiedź Pana Jezusa:

      To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza… Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz (Łk 11,29.31n).

      Problem właściwego nastawienia: wiara albo pewność na zasadzie dowodu są przejawami dwóch zasadniczych wyborów duchowych. Święty Paweł obrazuje te dwie postawy symbolicznie potomstwem z niewolnicy Hagar i z prawdziwej żony Abrahama Sary. Synostwo z Hagar jest symbolem niewolniczego podejścia do obietnic Bożych przez prawnicze ich rozumienie. Synostwo z kobiety wolnej, z Sary, jest symbolem zawierzenia całej prawdzie Bożej obietnicy, uwierzenia, że jesteśmy synami i stąd wolni od niewoli Prawa. Synami rządzi prawo wolności, świadomość wielkiej godności nie pozwala im upadać w grzech. Dopóki człowiek jest niewolnikiem, zawsze pozostanie w nim pokusa kombinowania, szukania swego przez okradanie pana. Syn i dziedzic nie musi szukać „swego”, bo wszystko jest jego: Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli (Ga 5,1). Nie ulegajmy ponownie lękom wynikającym z niepewności, czy prawdziwie jesteśmy zbawieni, czy prawdziwie jesteśmy kochani i jesteśmy dziećmi Bożymi. Chrystus prawdziwie nas wyzwolił! I temu zawierzmy.
    • iktoto Homilia 28 Wt 2 11.10.10, 16:08
      28. wtorek 2
      Ga 5,1–6
      Łk 11,37–41

      Może nas zdziwić, że św. Paweł tak mocno walczy z przyjmowaniem przez pogan Prawa Starego Testamentu. Przecież Prawo jest dobre, sam Bóg je nam dał. Przestrzeganie Prawa człowieka kosztuje. Ignorowanie go jest łatwiejsze. Dlaczego zatem taka walka? Święty Paweł mówi wręcz, że ci, którzy poddali się obrzezaniu, zdradzili Chrystusa.

      Zerwaliście więzy z Chrystusem; wszyscy, którzy szukacie usprawiedliwienia w Prawie, wypadliście z łaski (Ga 5,4).

      Są to bardzo mocne słowa. Co chciał św. Paweł powiedzieć?

      Otóż św. Paweł nie walczy z samym Prawem, nie mówi, że ono jest złe. Święty Paweł walczy o właściwą nadzieję. W czym pokładamy nadzieję? Czy liczymy na swoje „dobre postępowanie” i jako porządni chcemy stanąć przed Bogiem, oczekując nagrody dla siebie, czy – świadomi swojej słabości – całą nadzieję pokładamy w Chrystusie? Otóż jeżeli liczymy na swoją dobroć, wynikającą z naszego wysiłku, to Chrystus nie jest nam potrzebny, zbawienie zdobywamy sobie własnym wysiłkiem. Nikt z nas nie może o własnych siłach dojść do królestwa Bożego, bo każdy jest grzesznikiem, każdy grzeszy i nie jest w stanie o własnych siłach ze swojego grzechu się wyzwolić. Wyzwolenie daje nam jedynie Chrystus. Jest to łaska darmo dana. Kiedy sobie z tego zdajemy sprawę, potrafimy z większą pokorą patrzeć na innych, na tych, którzy grzeszą, błądzą... Często chcą oni zakryć przed sobą i innymi swoje grzechy, udowodnić, że są dobrzy i mądrze postępują... Wszystko dlatego, że nie odkryli prawdy, że jedynie łaska Boża może im dać prawdziwe życie. Sami go nie osiągną. Kto to prawdziwie odkrywa, patrzy na innych z większą pokorą. Bez osądzania i potępiania.

      Pokładanie ufności w Prawie, a dokładnie mówiąc w swojej doskonałości, prowadzi do wywyższania się i do ciągłego szukania potwierdzenia własnego dobra w przeciwieństwie do czyjejś niegodziwości. Prawo i zwyczaje starszych stają się kryterium do porównania. Właśnie z taką sytuacją spotkał się w Ewangelii Pan Jezus. W odpowiedzi na to dał zalecenie: dajcie to, co jest wewnątrz, na jałmużnę, a zaraz wszystko będzie dla was czyste (Łk 11,41).

      Gest miłości i miłosierdzia oczyszcza przede wszystkim tego, kto go okazuje. Na tym polega największa wartość miłości – ona nam samym daje prawdziwe życie. Prawdziwa miłość niczego się nie spodziewa w zamian za swój gest, bo wypływa z doświadczenia miłości Boga do nas. Jest jedynie przedłużeniem miłości Boga. Nagrodą dla człowieka miłosiernego jest udział w tej miłości Bożej, radość z tego, że może się Bogu odwdzięczyć za Jego miłosierdzie względem niego. Dlatego nigdy nie będzie on nosił w sobie pretensji, że drugi powinien mu się odwdzięczyć.
    • iktoto Homilia 28 Śr C 12.10.10, 14:20
      28. środa 2
      Ga 5,18–25
      Łk 11,42–46

      Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa (Ga 5,18).

      Dzisiejsze czytania bardzo ostro stawiają opozycję pomiędzy dwoma nastawieniami do rzeczywistości. Święty Paweł wyraża ją określeniami: ciało i Duch. Jednak zaskakuje nas w tym zestawieniu mówienie o „niewoli Prawa”. W ten sposób Prawo jest postawione jak gdyby po stronie ciała! Takie ustawienie budzi w nas zdziwienie, a u Żydów musiało budzić szok. Dlaczego?! O co chodzi?

      W zrozumieniu tego pomaga nam dzisiejsza Ewangelia, gdzie Pan Jezus piętnuje zarówno faryzeuszy, jak i uczonych w Piśmie, którzy wprowadzają rozmaite przepisy prawne, obciążając nimi ludzi, a co najgorsze – przez mnożenie rozmaitych przepisów zaciera się to, co najważniejsze: sprawiedliwość i miłość Bożą (Łk 11,42). Widać, że można do Prawa nastawić się w sposób lękowy, dbając o skrupulatne spełnienie wszystkich przepisów. Zasadniczym zmartwieniem wówczas jest nasza porządność, niewinność, uznana przez innych. Taką postawę zarzuca Pan Jezus faryzeuszom i uczonym w Piśmie. Postawa lękowa nie prowadzi do życia i nie buduje innych, ale wpycha ich w podobną niewolę Prawa. I to właśnie potępia św. Paweł. Samo Prawo jest duchowe, o czym św. Paweł pisze w Liście do Rzymian (zob. Rz 7,14). To nasze podejście do niego powoduje, że stajemy się niewolnikami. Niemniej Prawo nie daje nam siły do pokonania grzechu. Ono jedynie mówi, co jest dobre, a co złe. Siłę do pokonania grzechu czerpiemy z wiary i miłości, jakiej doznaliśmy od Boga. To miłość wzbudza w nas nadzieję i ufność, co pozwala przyjąć tego samego Ducha miłości i według niego żyć.

      W Liście do Galatów św. Paweł wymienia owoce życia według ciała i według Ducha. Przez nie możemy poznać, czym naprawdę żyjemy. Zazwyczaj trudno nam ocenić samych siebie, bo przecież we własnym mniemaniu mamy dobrą wolę i pragniemy dobra. To, jaka jest prawda o naszym sercu, ujawnia się właśnie po owocach. Podane listy tych owoców warto sobie dobrze przemyśleć. One najbardziej jednoznacznie wskazują, jakim duchem żyjemy.

      Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5,22n).

      Jeżeli brak takich owoców w naszym sercu, to inspiracje, jakimi się kierujemy, choćby były najbardziej pobożne, nie pochodzą od Ducha. Takie kryterium, przystawione do mnożenia przepisów, doskonale ukazuje błędną inspirację. Mnogość przepisów wzbudza skrupuły i lękowe przeżywanie religii. Brak pokoju, radości, łagodności… jednoznacznie wskazują na fałszywe ukierunkowanie. Trzeba zmienić sposób patrzenia i relację z Bogiem. To sprawiedliwość i miłość Boża prowadzą do wymienionych przez św. Pawła owoców Ducha. W nich zawiera się zatem prawdziwe życie według Ducha.
    • iktoto Homilia 28 Czw 2 13.10.10, 19:03
      28. czwartek 2
      Ef 1,1–10
      Łk 11,47–54

      Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli (Łk 11,52).

      To bardzo mocne oskarżenie. Na czym polega owo przeszkadzanie innym w poznaniu Boga? W dzisiejszej Ewangelii punktem wyjścia do takiego stwierdzenia jest oskarżenie Jezusa rzucone tym, którzy budują pomniki grobowe prorokom zamordowanym przez ich ojców, w ten sposób bowiem ci budowniczowie potwierdzają, że są tacy sami jak ich poprzednicy. Nieco światła na ten temat daje nam relacja z Ewangelii św. Mateusza, która przytacza słowa Pana Jezusa do uczonych w Piśmie i faryzeuszy: Mówicie: Gdybyśmy żyli za czasów naszych przodków, nie bylibyśmy ich wspólnikami w zabójstwie proroków (Mt 23,30). Otóż łatwość odcięcia się od czegoś, co zostało w końcu uznane za zło, świadczy o braku prawdziwej refleksji nad własną grzesznością. Takie zachowanie jest przejawem obrony siebie przed ewentualnym zarzutem bycia winnym. Jednocześnie z tą postawą łączy się łatwość potępiania innych, z czym Pan Jezus spotykał się bardzo często ze strony faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Ostatecznie ci ludzie niedługo będą krzyczeli: „Ukrzyżuj!”. W ten sposób dopełni się miara niesprawiedliwości. Natomiast „pomszczenie krwi sprawiedliwych pomordowanych” prawdopodobnie odnosi się do zniszczenia Jerozolimy w niedalekiej przyszłości i wypędzenia Żydów z Palestyny. Po tym wypędzeniu zaczęli oni wracać do ojczyzny dopiero po 1900 latach!

      Dla uczciwości naszej wiary potrzebne jest przeżycie tajemnicy nieprawości, jaka jest ukryta w naszym sercu. Wiąże się to ze zrozumieniem, że nie jesteśmy lepsi od innych, że sami uczestniczymy we wspólnocie grzeszników. Ujawniony grzech innych jest dla nas przypomnieniem podobnej pokrętności naszych myśli. W tym jesteśmy podobni. I chociaż sami mogliśmy materialnie nie zgrzeszyć tak ciężko jak inni, to jednak we własnym sercu nosimy tajemnicę własnej nieprawości, podobną do innych. Dlatego „Modlitwa Jezusowa” podczas której powtarzamy: „Panie Jezu, Synu Boga żywego, zmiłuj się nad nami grzesznymi” wyrasta ze zrozumienia prawdy o naszej „solidarności w grzechu”. Przez to jest ona bardzo autentyczna.

      Fatalna „solidarność w grzechu” bierze się stąd, że wpierw i przede wszystkim jesteśmy przez Boga wybrani i powołani przed założeniem świata do tego, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem w Chrystusie. W Nim napełnił nas [Bóg] wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich (Ef 1,4.3). Jeżeli jesteśmy jako jedność powołani do udziału w życiu samego Boga, to także grzech jest zdradą wobec tego Bożego zamysłu miłości i dlatego jest grzechem nas wszystkich. Wysiłek odrodzenia musi ogarnąć wszystkich. Nie możemy w łatwy sposób odcinać się od innych, niejako amputować części organizmu, bo w ten sposób także grzeszymy przeciw naszej jedności. Musimy się odciąć od grzechu, ale człowiek uwikłany w grzech nadal pozostaje naszym bratem. Stąd spoczywa na nas wysiłek braterskiej pomocy drugiemu, wysiłek, który musi być poprzedzony zrozumieniem jego biedy; dalej misja ewangelizowania i głoszenia Chrystusa wszystkim, przede wszystkim ludziom słabym i pogubionych w grzechu.


    • iktoto Homilia 28 Pt 2 15.10.10, 14:37
      28. piątek 2
      Ef 1,11–14
      Łk 12,1–7

      Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli (Łk 12,7).

      Jesteśmy kimś ważnym dla Boga. To orędzie, jakie przyniósł nam Pan Jezus, jest zasadniczą treścią Ewangelii, która jest słowem prawdy, Dobrą Nowiną o waszym zbawieniu (Ef 1,13). Zawierzenie jej staje się podstawą do wejścia w żywą relację z Bogiem. Znając Jego ogromną miłość, możemy spokojnie i z dziecięcą ufnością powierzyć Mu swoje troski i słabości i prosić o wsparcie. Do takiej postawy nas wzywa Pan Jezus: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego (Łk 18,17).

      W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus przestrzega przed inną postawą, postawą u ludzi pobożnych(!): Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów (Łk 12,1). Postawa ta bierze się z przeżywania Boga jako sędziego, przed którym trzeba się wykazać własną doskonałością. Nikt jednak tego nie jest w stanie osiągnąć. Tajemnica grzechu pierworodnego w nas powoduje naszą niezdolność. Jeżeli jednak mamy bardzo mocno zakodowaną w sobie potrzebę wykazania się własną doskonałością, to zasadnicza energia pójdzie na to, by udowodnić sobie i innym, że jesteśmy do­sko­na­li. Ta tendencja leży u podstawy obłudy. Wobec tego Pan Jezus ostrzega: Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome (Łk 12,2). Każde kłamstwo będzie odsłonięte, obłuda ujawniona. Nie da się w ten sposób oszukać Boga i osiągnąć zbawienia, bo On wszystko widzi i przed Nim wszystko jest jawne. Określenie: będzie słyszane i głosić będą na dachach oznacza, że Bóg sprawi, że będzie słyszane i będzie ogłoszone na dachach. Nie tylko nie da się ostatecznie oszukać innych na swój temat, ale przede wszystkim, uciekając się do kłamstwa, zawierzamy czemuś innemu, a nie Bogu. I to jest największy grzech tej sytuacji.

      Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła (Łk 12,4n).

      Bojaźń, o jakiej mowa, to bojaźń Boża, która według Starego Te­sta­men­tu jest początkiem mądrości. Nie jest to lęk, który paraliżuje i powoduje w nas postawy nieszczere, kombinowanie i agresję względem innych, ale świadomość powagi, z jaką stajemy przed Bogiem. Przy czym ta świadomość obejmuje jednocześnie Ewangelię, czyli prawdę o ogromnej miłości Boga do nas. Dzięki temu w Bogu pokładamy swoją nadzieję. Jego miłość zawarta w zbawczym zamyśle Boga uprzedza nie tylko nasze narodzenie, ale nawet stworzenie świata. Ona też jest podstawą Bożego działania. O tym pisze św. Paweł w Liście do Efezjan.

      W Chrystusie dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu… On [tj. Duch Święty] jest zadatkiem naszego dziedzictwa w oczekiwaniu na odkupienie, które nas uczyni własnością [Boga], ku chwale Jego majestatu (Ef 1,11n.14).

      Z naszej strony nie musimy się wykazać doskonałością, aby uzyskać nagrodę, lecz powinniśmy powierzyć się Bożej miłości i poddać Jego działaniu w naszym sercu. Dokonuje się to jedynie wówczas, gdy jesteśmy otwarci na prawdę i nie staramy się stwarzać żadnych pozorów odnoszących się do naszej osoby.


    • iktoto Homilia 28 Sob 2 16.10.10, 21:01
      28. sobota 2
      Ef 1,15–23
      Łk 12,8–12

      Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie przebaczone (Łk 12,10).

      To zdanie w kontekście wcześniejszego zdania o wyparciu się Syna Człowieczego przed ludźmi wydaje się brzmieć wręcz sprzecznie. Jeżeli wyparcie się Syna Człowieczego przed ludźmi jest jednoznaczne z nieprzyjęciem do królestwa Bożego, to dlaczego jest mowa dalej, że wypowiedzenie słowa przeciwko Synowi Człowieczemu będzie przebaczone? Czytając te zdania z intencją szukania normy postępowania, można widzieć w nich pewną sprzeczność. Co zatem wolno, a czego nie wolno?

      Nie taki jest jednak sens całej perykopy. Zasadniczą sprawą w niej jest otwarcie na Ducha Świętego albo mówiąc inaczej, zasadniczy wybór: życie według Ducha lub przywiązanie do tego świata. Zaparcie się Syna Człowieczego wobec ludzi oznacza wybór życia na tym świecie i zbagatelizowanie obietnicy życia nowego w Duchu, obietnicy, którą przyniósł Pan Jezus i sam stał się kamieniem węgielnym tego życia. Wyparcie się Go oznacza zdradę prawdy, a tym samym odrzucenie Ducha Świętego, Ducha Prawdy, Tego, który doprowadza nas do całej prawdy. Pan Jezus nie mówi w tym przypadku o motywach tego wyparcia się: czy jest ono powodowane lękiem, czy wygodnictwem, czy mniemaniem, że jakoś Pan Bóg i tak przebaczy... Najczęściej jest to chyba lęk, fałszywy wstyd. Zwracam uwagę na to, że Pan Jezus nie daje w tym momencie żadnego usprawiedliwienia dla tych, którzy ulegają temu lękowi. W obliczu ostatecznych wyborów lęk traci swoje znaczenie. Przestaje być usprawiedliwieniem.

      Na zakończenie Pan Jezus mówi o pozytywnej roli Ducha Świętego w życiu:

      Nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty nauczy was w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć (Łk 12,11n).

      Życie ucznia Chrystusa jest życiem w Duchu Świętym. Wybór Boga i Jego królestwa dokonuje się nieustannie wewnątrz nas, przez odpowiednie skierowanie naszej nadziei. Kiedy staramy się szukać najlepszych argumentów dla własnej obrony, naszą nadzieję pokładamy we własnej inteligencji, sprycie, sile argumentacji... Spokojne Chrystusowe: „nie martwcie się!” wnosi pokój, uwalnia od lęku, który szuka obrony w sile rozumu. Właśnie pokój wewnętrzny otwiera na Ducha Świętego. Walka, w jakiej uczestniczymy, jest o wiele głębsza, niż sobie z tego zdajemy sprawę. Nie jest to walka z ciałem i krwią, jak to powie gdzie indziej św. Paweł, ale z mocami ciemności. Tę walkę może wygrać jedynie Chrystus. Właśnie o tym zwycięstwie mówi w pierwszym czytaniu św. Paweł. Bóg postawił Chrystusa ponad wszelką władzą i panowaniem i mocą, czyniąc Go Panem, władcą tego wszystkiego. On zwyciężył jako Syn Człowieczy całkowicie ogarnięty Duchem Świętym i posłuszny w tym Duchu Ojcu.

      I taka sama jest nasza droga. U jej początku leży decyzja całkowitego powierzenia się Duchowi Prawdy. Nie jest to łatwa decyzja, bo oznacza jednocześnie konfrontację z prawdą o sobie samym. A ta prawda ma swoje bardzo nieprzyjemne dla nas oblicze. Umiejętność przyjęcia niechcianej prawdy staje się znakiem naszego autentycznego otwarcia się na Ducha. Dopiero wtedy możemy doświadczyć wyzwalającej mocy prawdy. Jeżeli to nie zajdzie, jeśli zlękniemy się konfrontacji z trudną prawdą o sobie, to wcześniej czy później w trudnej sytuacji nie będziemy umieli przyznać się do Chrystusa przed ludźmi. Ten lęk nas zdominuje.

      Rozstrzygające jest to, na ile decydujemy się na pójście za Duchem Prawdy, a co za tym idzie, na konfrontację z trudną prawdą o sobie. To doświadczenie dopiero daje człowiekowi światłe oczy i prawdziwą mądrość, o co modli się św. Paweł dla Efezjan. Ta modlitwa pozostaje zawsze aktualna dla nas wszystkich:

      [Proszę w nich], aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. [Niech da] wam światłe oczy serca tak, byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przemożny ogrom Jego mocy względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły (Ef 1,17–19).
    • iktoto Homilia 29 Nd C 16.10.10, 21:02
      29. Niedziela C
      Wj 17,8–13

      2 Tm 3,14–4,2

      Łk 18,1–8

      Zawsze powinniśmy się modlić i nie ustawać!

      Jeżeli te słowa rozumielibyśmy jako wezwanie do nieustannego odmawiania rozmaitych modlitw, byłby to koszmar. Pan Jezus nie wzywa nas do nieustannego zajmowania się modlitwą kosztem innych prac i zajęć. Byłoby to zresztą niemożliwe. Do czego zatem nas wzywa?

      Dla wyjaśnienia podaje przypowieść o bezbożnym sędzim i nieustępliwej wdowie. Ostatecznie spełnia on prośbę biednej kobiety ze względu na jej natarczywość – na stale ponawianą prośbę. W przypowieści nie ma mowy o nieustanności czasowej, ale o ciągłym ponawianiu prośby. „Nieustannie się módlcie” nie oznacza zatem „bez przerwy czasowej”, bo to jest niemożliwe, ale: stale powracajcie do modlitwy.

      Wezwanie do nieustannej modlitwy było bardzo ważne dla mnichów. Dlatego wiele na ten temat rozważali. Odkryli prawdę, że modlitwa, do jakiej nas Pan Jezus wzywa, nie jest odrębną czynnością obok innych i dlatego „nieustanna modlitwa” nie polega na nieprzerwanym zajmowaniu się nią. Istniała grupa mnichów (tzw. euchici, tj. mesalianie), którzy właśnie tak rozumieli to wezwanie i chcieli nieustannie się modlić, nie zajmując się niczym innym. Ojcowie musieli wyprowadzać ich z błędu, pokazać, że nie da się tego zrobić ani nie jest to dobre.

      Nieustanna modlitwa w tradycji Ojców Pustyni polega przede wszystkim na wypracowaniu w sercu nieustannego wzywania Boga. Mnisi podczas swojej pracy powtarzali w sercu krótkie wezwania modlitewne, często brane z psalmów, które odmawiali podczas liturgii. I tak niezależnie od tego, co robili, czym się zajmowali, mogli nieustannie zwracać się do Boga. Jest to wielka mądrość dla każdego człowieka. Zazwyczaj nie mamy wiele czasu na długie pozostawanie na modlitwie w kościele albo nawet w domu na kolanach przed krzyżem. Niezależnie jednak od tego, czym się w życiu zajmujemy, czy pracujemy, czy jesteśmy już na rencie, czy dojeżdżamy do pracy, czy pracujemy na miejscu, jak np. matka, która prowadzi dom i wychowuje dzieci, niezależnie od tego wszystkiego możemy praktykować nieustanną modlitwę jako ciągłe powtarzanie wezwań kierowanych do Boga.

      W tradycji Kościoła istnieje bardzo bogate doświadczenie w tej dziedzinie. W Kościele wschodnim bardzo znana jest modlitwa Jezusowa, która polega na nieustannym powtarzaniu słów: „Panie Jezu, Synu Boga żywego, zmiłuj się nad nami grzesznymi”. Przy czym wartość modlitwy nie polega na ilości wypowiedzianych wezwań, ale na zjednoczeniu się w sercu z tym wezwaniem, które całkowicie zwraca nas ku Chrystusowi. Jej celem jest nieustanne przebywanie z Jezusem niezależnie od tego, co zewnętrznie się robi. Całe nasze życie staje się wówczas zjednoczone z Chrystusem.

      W naszej tradycji do takiej modlitwy należy różaniec. On także jest nieustannym powtarzaniem słów po to, by samemu upodabniać się do Maryi w Jej zawierzeniu i zjednoczeniu z Bogiem. Można tę modlitwę odmawiać, idąc do pracy, czekając na autobus, w samym autobusie, w sklepie, przy gotowaniu obiadu, jadąc samochodem, wykonując rozmaite czynności fizyczne. Nieco trudniejsze jest to, gdy potrzeba skoncentrowania umysłu przy pracy. Ale i wtedy, jeżeli się ktoś nauczy, można nieustannie nosić w sercu wezwanie modlitwy Jezusowej.

      Dla mnichów nieustanna modlitwa miała jeszcze jedną ważną cechę: była ona związana z czytaniem Pisma Świętego, stanowiła odpowiedź na usłyszane słowa lub próbę wniknięcia w ich głębię. O tym pisze św. Paweł do Tymoteusza:

      Wszelkie Pismo, od Boga jest na­tchnio­ne i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do po­p­rawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby czło­wiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego do­b­rego czynu (2 Tm 3,16n).

      Nieustanne powtarzanie krótkiej sentencji z Pisma Świętego pozwala prawdziwie wniknąć w ukrytą mądrość, która kształtuje serce człowieka. Taka modlitwa nie tylko jest wyrażaniem własnych pragnień czy radości i wdzięczności, ale nauką Bożej mądrości. Tradycyjnie mówimy, że modlitwa jest rozmową z Bogiem. Jeżeli tak, to w tej rozmowie powinniśmy przede wszystkim słuchać, a nie mówić. I takie powtarzanie Słowa Boga jest wsłuchiwaniem się w Jego mowę do nas, a jednocześnie umożliwieniem Mu, aby kształtował nasze serce.

      Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na samo zakończenie dzisiejszej Ewangelii. Ono chyba odsłania zasadniczy zamysł Pana Jezusa:

      Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg czyż nie weź­mie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wo­łają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Po­wia­dam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jed­nak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyj­dzie? (Łk 18,6–8).

      Jeżeli wierzymy, że Bóg jest dobrym Ojcem, to czy może on nie wysłuchać naszych autentycznych modlitw?! Jeżeli nawet zły sędzia wysłuchuje natarczywych próśb biednej kobiety, to czy Bóg miłosierny nie wysłucha?! Czy prawdziwie wierzymy, że Bóg nas wysłuchuje, że nie jest obojętny na nasze błagania? Pytanie nie jest banalne. Wielu ludzi, a myślę, że nawet każdy z nas, doświadcza zachwiania się w wierze, gdy nie uzyskuje tego, o co tak bardzo się modli. Przecież to, o co prosiłem, jest dobre, np. zdrowie dla najbliższych, uratowanie kogoś od wyboru złej drogi itd. Dlaczego nie dzieje się od razu tak, jak o to prosimy?

      Jest to wielka tajemnica. Nie wiemy, dlaczego właśnie tak się czasem dzieje. Ale przypowieść o złym sędzim upewnia nas, że Bóg na pewno wysłuchuje. Niemniej to On wie, co naprawdę jest dobre w tej chwili dla mnie i dla drugiego. Dlaczego się tak właśnie stało, dowiemy się dopiero na sądzie ostatecznym i wtedy zrozumiemy. Dzisiaj trzeba zawierzyć Bogu, że daje nam to, co najlepsze, choćby wydawało się to nieszczęściem. Przecież tak było nawet w życiu Pana Jezusa. Ostatecznie przecierpiał śmierć na krzyżu, chociaż modlił się: „oddal ode Mnie ten kielich”. Krzyż wówczas był uważany za całkowitą klęskę. Ale właśnie on stał się narzędziem zwycięstwa. Człowiek by tego nie wymyślił, ale Bóg to wiedział. Dlatego taka modlitwa Jezusa do Ojca: „ale Twoja, nie Moja wola niech się stanie”. I taka powinna być nasza modlitwa. Codziennie w „Ojcze nasz” modlimy się: „Bądź Twoja wola!”. Twoja, bo tylko Ty wiesz, co jest dobre, co nas prowadzi do jedności z Tobą. I właśnie takiego zawierzenia oczekuje od nas Pan.
    • iktoto Homilia 18.10. 17.10.10, 18:56
      18.10. – Św. Łukasza Ewangelisty
      2 Tm 4,9–17a

      Łk 10,1–9

      Natomiast Pan stanął przy mnie i wzmocnił mnie, aby się przeze mnie dopełniło głoszenie [Ewangelii] (2 Tm 4,17).

      Ostatni, przedśmiertny list św. Pawła, swoisty testament Apostoła: aby się przeze mnie dopełniło głoszenie Ewangelii. To piękne świadectwo. Chrześcijanin jest świadkiem Chrystusa i Ewangelii. To jest jego zasadnicza misja. Oczywiście nie chodzi o zewnętrzną działalność jako zadanie do wykonania, a równocześnie życie czymś zupełnie innym. Świadectwo chrześcijanina jest świadectwem Chrystusowym, czyli takim, jakie dawał sam Pan. Zawsze jest to świadectwo życia, świadectwo prawdy.

      W Ewangelii Pan Jezus rozsyła uczniów, dając im polecenie:

      Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie (Łk 10,3n).

      Dlaczego tak? Po pierwsze sam Pan tak chodził. Istotne jest jednak doświadczenie: mimo tego że idą między wilki i to bez obrony, bez żadnego zabezpieczenia, to jednak żadna krzywda się im nie dzieje. Ubóstwo pozwala im tego doświadczyć. Gdyby mieli jakieś środki zabezpieczające przynajmniej ich własny byt, to łatwo mogliby w naturalny sposób pomyśleć, że to, co osiągają, jest wynikiem ich osobistego wysiłku. Nic nie mając, widzą, że wszystko jest łaską, darem od Boga. Ewangelia jest rzeczywiście bliskością królestwa Bożego (por. Łk 10,9). Jej głoszenie to nie żadna ideologia, żadne nowe sposoby na życie, ale prawda o bliskości Boga: Przybliżyło się do was królestwo Boże. Cóż może być ważniejsze dla nas?

      Misja jest zadaniem każdego chrześcijanina, każdy w swoim miejscu jest powołany do dawania świadectwa. Paweł dziękuje Bogu, że dzięki Jego wsparciu przez niego dopełniło się głoszenie Ewangelii. Otóż, jak czytaliśmy wczoraj w Liście do Efezjan, każdy z nas otrzymuje od Boga powołanie do tego, by dopełnił głoszenia Ewangelii w jakimś zakresie, na swoim miejscu. Królestwo Boże, będąc królestwem Boga, jest jednocześnie królestwem ludzi i dla ludzi. My musimy je dopełnić. I to jest nasze najważniejsze zadanie w życiu. Bóg nie chce i nawet nie będzie królestwa wprowadzać na siłę. Ono potrzebuje z naszej strony przyjęcia i podjęcia go w życiu. Inaczej mówiąc – dopełnienia z naszej strony.

      Warto w tym miejscu sobie przypomnieć, że każda wspólnota chrześcijańska ze swej istoty jest miejscem doświadczania królestwa Bożego i najważniejsze jest właśnie to doświadczanie. Także głoszenie Ewangelii polega przede wszystkim na tym, że się ją w swoje życie wciela.

      Zwróciłbym jeszcze uwagę na fragment Ewangelii, który mówi: wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał (Łk 10,1). Po pierwsze wysyła ich „po dwóch”, czyli jako najmniejszą z możliwych wspólnot, a nie pojedynczych głosicieli. Ewangelia jest głoszona przez wspólnotę! To niezmiernie ważne. Chodzi o osobiste doświadczanie wartości królestwa Bożego i jednocześnie o jego konkretny wspólnotowy charakter. Nie jest to ideologia, ale życie we wzajemnej więzi. Z drugiej strony Pan Jezus wysyła ich, dokąd sam przyjść zamierzał. My, którzy Go głosimy, jesteśmy zwiastunami Jego przyjścia. Stąd wynika bardzo ważna uwaga odnośnie do samego głoszenia: nie głosimy czegoś, ale Kogoś, kto przychodzi. Naszym zadaniem jest zatem budzenie wrażliwości serca, gotowości na osobiste przyjęcie Chrystusa. Stąd ogromna rola świadectwa. Nie wystarczy przepowiadanie samej idei, myśli, choćby najgenialniejszej. Przygotować kogoś na spotkanie to znaczy przygotować go na bardzo osobiste otwarcie serca, w co sami nie mamy żadnego wglądu. Nasza rola kończy się na tym przygotowaniu kogoś. Potem powinniśmy zrobić miejsce dla samego Chrystusa.
    • iktoto Homilia 29 Wt 2 18.10.10, 20:49
      29. wtorek 2
      Ef 2,12–22

      Łk 12,35–38

      Pan Jezus wzywa nas dzisiaj w Ewangelii do czujnej gotowości, do postawy wyczekiwania Pana, który ma przyjść: [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć (Łk 12,36). Wyczekiwanie powinno być pełne tęsknoty i pragnienia. Taka postawa ma w sobie swoiste napięcie modlitewne. „Modlitwa – czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie – jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia. Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” (KKK 2560). Dopiero wejście w to tęskne wyczekiwanie prowadzi do doświadczenia, które jest całkowicie zaskakujące: Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc, będzie im usługiwał (Łk 12,37). Okazuje się, że Bóg o wiele bardziej tęskni i wyczekuje nas, niż my jesteśmy w stanie wyczekiwać Jego. Na innym miejscu w Ewangelii Pan Jezus obiecuje, że kto szuka, znajdzie (zob. Łk 11,10), w tym przypadku można powiedzieć: kto prawdziwie wyczekuje, doczeka się owego błogosławionego momentu nadejścia Pana.

      Nasze wyczekiwanie niezmiernie się intensyfikuje podczas Eucharystii, podczas której Pan przychodzi. Przychodzi jednak do serc otwartych i czekających. Wówczas dochodzi do prawdziwego doświadczenia tego usługiwania nam przy stole. Ale nie tylko nam usługuje, ale sam staje się tym, co nam podaje! Jednocześnie dokonuje się to całkowite zbliżenie, o którym pisze św. Paweł w dzisiejszym pierwszym czytaniu: teraz w Chrystusie Jezu­sie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem (Ef 2,13n). Jeżeli prawdziwie zdajemy sobie sprawę z tego, co się dokonuje podczas Eucharystii, w naszych sercach wali się mur wszelkich podziałów i wyłączania kogokolwiek ze wspólnoty z nami. Wszelkie mury są jawnym zaprzeczeniem sakramentu miłości, w jakim uczestniczymy.

      Otwórzmy serca na Jego miłosierdzie, wpierw uznając przed Nim nasze grzechy, aby mógł nas oczyścić i uczynić gotowymi na Jego przyjście.
    • iktoto Homilia 29 śr 2 21.10.10, 12:47
      29. środa 2
      Ef 3,2–12

      Łk 12,39–48

      Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, podobnie jak wczoraj, znowu wzywa nas do czujności: bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowie­czy przyjdzie (Łk 12,40).

      Czujność jest jedną z najważniejszych cnót moralnych w Nowym Testamencie. W ujęciu Pana Jezusa polega ona na wyczekiwaniu nadejścia Syna Człowieczego, czyli Jego ponownego przyjścia. Jej przeciwieństwem jest zapatrzenie się w dobra tego świata i życie tak, jak gdyby wszystko zamykało się w tym, co tu osiągalne. Czujność jest postawą, która w każdym momencie jest świadoma ostatecznego celu. Chrześcijanin jest człowiekiem eschatologicznym, czyli całkowicie wychylonym ku ostatecznej przyszłości.

      Ta przyszłość została nam dana w Chrystusie przez dzieło pojednania Boga z człowiekiem i ludzi między sobą, o czym pisze św. Paweł. Jednak Paweł daje nam dzisiaj jeszcze bardziej zdumiewającą perspektywę, perspektywę kosmiczną:

      Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa i wydobyć na światło, czym jest wykonanie tajemniczego planu, ukrytego przed wiekami w Bogu, Stwórcy wszechrzeczy. Przez to teraz wieloraka w przejawach mądrość Boga poprzez Kościół stanie się jawna Zwierzchnościom i Władzom na wyżynach niebieskich – zgodnie z planem wieków, jaki powziął [Bóg] w Chrystusie Jezusie, Panu naszym (Ef 3,8–11).

      Boży plan zbawienia jest tajemnicą ukrytą przed wiekami, o której nawet nie wiedzą Zwierzchności i Władze, czyli odpowiednie chóry aniołów i mocy niebieskich! To człowiek stanął w centrum tej tajemnicy i w jego historii ona się dokonała i ujawniła! Stało się to przez Jezusa Chrystusa, który jest wcielonym Synem Bożym. Przez niego człowiek otrzymał przystęp do Ojca!

      Ta perspektywa nas zdumiewa i nie wiemy, co ona naprawdę znaczy. Niemniej widać, że nas całkowicie przerasta. Niestety, my często grzeszymy małostkowością: skoncentrowani jedynie na naszych doraźnych problemach, nosimy w sobie pretensje do świata i do Boga za to, że nie dzieje się nam tak, jak byśmy chcieli. Święty Paweł pozwala zobaczyć zupełnie inną perspektywę, która powinna nam pomóc w pełni zrozumieć wielkość Bożego zamysłu.

      Eucharystia jest sakramentem zawierającym w sobie ogrom tej tajemnicy. Posiada ona wymiar kosmiczny, bo jest jedyną ofiarą, w której Syn Boży ofiarował siebie.
    • iktoto Homilia 29 Czw 2 21.10.10, 12:48
      29. czwartek 2
      Ef 3,14–21

      Łk 12,49–53

      W naszym życiu nie chodzi o proste moralne życie w spokojnym oczekiwaniu na nagrodę w niebie. Chrześcijanin to nie gentleman, który w spokojnym dystansie patrzy na wszystko i potrafi przejść ponad „niskimi” postępkami innych, sam pozostając niewzruszony w swojej doskonałości. Pan Jezus pragnie nas zapalić, uczynić gorącymi w miłości: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię, i jakże pragnę, ażeby już zapłonął (Łk 12,49). Jednak taki żar owocuje agresją ze strony innych. Agresja pojawia się nawet w domu między najbliższymi:

      Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej (Łk 12,52n).

      Jest to nieco przerażająca perspektywa. Jednak okazuje się, że wybór wiary w Jezusa jest tak zasadniczy, że nawet więzi rodzinne muszą przed nim ustąpić. Tym bardziej agresji doświadczą uczniowie Jezusa od ludzi, którzy są letni w wierze, od tych, którzy tanio chcą kupić swój udział w królestwie Bożym, albo wręcz są jego wrogami, Ten, kto idzie za Chrystusem w pełni, staje się oskarżeniem dla nich wszystkich.

      W życiu ucznia Chrystusa chodzi o pełnię życia w Duchu Świętym. O nią modli się św. Paweł w pierwszym czytaniu. Pragnie on, aby

      Chrystus zamieszkał przez wiarę w naszych sercach; abyśmy w miłości zakorzenili i ugruntowali, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą (Ef 3,17–19).

      To wszystko odnosi się do wcześniej podanej perspektywy ogarniającej cały kosmos, perspektywy, która całkowicie nas przerasta i zdumiewa. I chyba właśnie z tej racji, że nas całkowicie przerasta, nie potrafimy jej autentycznie przyjąć. Jest dla nas abstrakcyjna, nie do uwierzenia. Jest perspektywą szaleńców. Stąd całkowity brak zrozumienia, bo bez doświadczenia Ducha Świętego nie da się tej perspektywy zrozumieć i przyjąć. Wydaje się rozsądnym ludziom śmieszna. Ale przecież dzisiaj właśnie taką perspektywę otrzymujemy w obu czytaniach.

      Oto stajemy przed misterium Eucharystii, w której to wszystko się zawiera. Podczas niej zostajemy napełnieni całą Szerokością, Długością, Wysokością i Głębokością Chrystusa. Podczas komunii mówimy temu wszystkiemu: „Amen”, czyli „tak, to niezachwiana prawda”. Obyśmy dali się porwać temu ogniowi miłości w wierze.
    • iktoto Homilia 29 Pt 2 23.10.10, 10:27
      29. piątek 2
      Ef 4,1–6

      Łk 12,54–59

      Gdy idziesz do urzędu ze swym przeciwnikiem, staraj się w drodze dojść z nim do zgody (Łk 12,54).

      Istnieje w nas ogromna siła dochodzenia swojego, potwierdzenia własnych racji, udowodnienia własnej niewinności i winy innych. Najczęściej taka tendencja nie kończy się w sądzie, ale sprowadza do sporów słownych, nieporozumień, urazów, kłótni, niechęci, obrażania się… Wszystko to jednak jest „małe”, świadczy o zdominowaniu przez świat w pojęciu św. Pawła. W pierwszym czytaniu św. Paweł wzywa nas, abyśmy postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliśmy wezwani (Ef 4,1). O tym powołaniu mówiły wcześniejsze fragmenty tego listu. Święty Paweł przedstawił kosmiczną wizję naszego wybrania jeszcze przed założeniem świata, powołaniem nas do godności dzieci Bożych, do udziału w Bożym królestwie, do sądzenia nawet aniołów. Wszystko to uzyskujemy w Chrystusie. Taka ogromna godność zobowiązuje do odpowiedniej postawy:

      Z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój (Ef 4,2n).

      Ta postawa jest właściwie udziałem w postawie Chrystusa wobec nas. To On wpierw okazał nam ogromną cierpliwość w pokorze, znosząc nas w miłości i wybaczając nasze grzechy. W swojej miłości posunął się do tego, że życie oddał za nas jako grzeszników! On też dał nam Ducha, czyli udział w sobie samym. Jeżeli z wiarą przyjmujemy tę godność udziału w Chrystusie, to właściwą godną postawą może być jedynie postawa taka, jaką miał Chrystus. To postawa jednocząca wszystkich. Wcześniej w Liście do Efezjan czytaliśmy:

      On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość (Ef 2,14).

      Ta jedność wyraża się „jednym Ciałem, jednym Duchem, jednym chrztem, jedną wiarą… i jednym Bogiem-Ojcem, który [jest i działa] ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich (Ef 4,6). Działanie rozbijające, budzące niepokój, wzajemne waśnie, pretensje, nienawiści itd. nie tylko nie jest licuje z godnością synów Bożych, ale jest zasadniczo wymierzone w cały trud Syna Bożego i Jego misję. Jest to zatem działanie szatańskie. Jeżeli miłość jest bezinteresowną życzliwością i szczerym darem z siebie, to w świecie można dostrzec bezinteresowną nieżyczliwość i dążenie do niszczenia innych. Po takim działaniu najlepiej widzimy prawdziwą aktywność Złego na świecie. To pokazuje, że na świecie toczy się ogromna walka duchowa, w której nie wolno dać się wprowadzić w ducha złości, ale żyć z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. To musi być głęboka, wewnętrzna i świadoma decyzja, bo inaczej bardzo łatwo damy się wprowadzić w istniejące w świecie niechęci i rozgrywki. Wspomniana decyzja staje się prawdziwym wyznaniem wiary w odwieczny, tajemniczy zamysł Boży, który został nam objawiony w Jezusie.
    • iktoto Homilia 29 Sob 2 23.10.10, 10:28
      29. sobota 2
      Ef 4,7–16

      Łk 13,1–9

      Jeżeli się na nawrócicie, podobnie zginiecie (Łk 13,5).

      W Ewangelii słyszymy z ust Pana Jezusa bardzo mocne ostrzeżenie przed opieszałością w nawróceniu. Cierpliwość Boża kiedyś się skończy. Dzisiaj czasami nie chce się tych groźnych fragmentów Ewangelii przypominać, aby nie wpędzać człowieka w lęki. Ale takie słowa w Ewangelii występują, a ich celem nie jest znerwicowanie człowieka, ale wezwanie do nawrócenia, do przemiany i wolności.

      Jeżeli wytwarza się u nas mniemanie, że i tak jakoś będzie, to jest to bardzo demobilizujące, a tym samym demoralizujące, gdyż pozwala pozostać w stagnacji i duchowym marazmie. Obok miłosierdzia Bożego istnieje jednak rzeczywistość, która ma swoje prawa. Najbardziej brutalnie dochodzi ona do głosu w momencie śmierci. Nie można bez końca mamić się nadzieją, że jakoś będzie. W końcu, gdy przychodzi śmierć, takie myślenie ukazuje swoją ironiczną pustkę. Tego dotyczą słowa Pana Jezusa: przychodzi moment, gdy wszystko się kończy i nie da się dalej uciekać przed prawdą, i albo wybierzemy życie, albo pogrążymy się w nierzeczywistości, czyli w śmierci.

      Życie ucznia Chrystusowego jest udziałem w życiu Chrystusa, co przyjmuje postać wspólnoty życia. Wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Każdy z nas otrzymał właściwy sobie dar, łaskę do budowania Ciała Chrystusowego. Naszym zadaniem jest nieustanny wysiłek budowania siebie w miłości (Ef 4,16), co możemy robić jedynie we wspólnocie. Przez to jednak dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa. Nie można samemu, bez braci, dojść do człowieka doskonałego. Możemy to zrobić jedynie „wszyscy razem”, we wzajemnej więzi miłości. To wydaje się o wiele trudniejsze niż indywidualne osiąganie doskonałości. I tak jest, jeżeli pozostajemy skoncentrowani na sobie. Natomiast gdy żyjemy w logice „bezinteresownego daru z siebie”, sytuacja wygląda dokładnie odwrotnie: we wzajemnej więzi miłości droga staje się łatwiejsza i przede wszystkim pewniejsza.
    • iktoto Homilia 30 Nd C 23.10.10, 18:19
      30. Niedziela C
      Syr 35,12–14.16–18

      2 Tm 4,6–9.16–18

      Łk 18,9–14

      Modlitwa biednego przeniknie obłoki i nie ustanie, aż dojdzie do celu (Syr 35,17).

      Jak się modlić? To bardzo często stawiane pytanie. Jak się modlić, by modlitwa została wysłuchana? Właśnie o tym mówi zarówno przypowieść, jaką opowiada Pan Jezus, jak i Syracydes, mędrzec Starego Testamentu.

      Syracydes mówi z głębokim przekonaniem o wysłuchaniu modlitwy biednego, pokrzywdzonego. W jego wypowiedzi chodzi o przeciwstawienie się złudnej nadziei – tak charakterystycznej do dzisiaj – że mimo naszych nieuczciwości „jakoś to będzie”. Wcześniej prorok Jeremiasz ostrzegał Izraelitów przed niesprawiedliwością wobec biednych, bezbronnych. Mówił, że za tę niesprawiedliwość na cały naród spadnie kara w postaci wrogów. Widział jednocześnie, że mimo tej niesprawiedliwości rządzący uczęszczali do świątyni, składali ofiary, chełpili się tym, że są wierzący. Ostrzegał ich, żeby nie robili ze świątyni „jaskini zbójców”, czyli miejsca, gdzie mogą zawsze szukać schronienia po swoim łupiestwie (zob. Jr 7,11).

      Otóż Syracydes mówi w podobnym kontekście i przypomina, że Bóg nie ma względu na osobę, to znaczy nikt nie ma u Niego specjalnych względów, prawo dla wszystkich jest jednakowe. Bóg jest cierpliwy, czeka na nawrócenie, ale ostatecznie jest sprawiedliwy i nikogo nie będzie traktował na warunkach wyjątkowych.

      Ewangelia natomiast ukazuje dwie postacie: faryzeusza, człowieka, który chce być bardzo wierny wszystkim przykazaniom, zawsze w porządku wobec Boga, oraz celnika, który jest człowiekiem pogubionym – poszedł na współpracę z okupantem dla poprawienia sobie bytu; jednym słowem był przysłowiowym typem zdrajcy sprawy narodowej i człowiekiem religijnie bardzo wątpliwym. Obaj ci ludzi przyszli do świątyni, by się modlić. Oczywiście sympatia wiernych była po stronie faryzeusza, który nie tylko wypełniał Prawo, ale z własnej inicjatywy robił więcej, niż Prawo wymagało.

      W tej sytuacji rozstrzygnięcie Pana Jezusa było dla wszystkich szokujące: Ten, czyli celnik, odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten, czyli faryzeusz! Dlaczego tak!? Pan Jezus podaje uzasadnienie: Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony (Łk 18,14).

      W tej przypowieści nie chodzi o to, by pochwalić celnika za jego życiowe wybory, za jego filozofię życiową. Mało tego, właśnie jego nieliczenie się z przykazaniami w życiu – często celnicy uciskali swoich rodaków, ściągając od nich wyższe podatki (!), bardziej go stawiało w rzędzie owych krytykowanych przez proroka Jeremiasza obłudników, którzy szukają w świątyni dla siebie ucieczki, schronienia, uspokojenia sumienia. Dlaczego zatem właśnie on odszedł do domu usprawiedliwiony! Otóż w przypowieściach Pana Jezusa często występuje szczególne zaostrzenie sytuacji, by wskazać jeden jedyny moment, o który Panu Jezusowi chodzi. W tej przypowieści tym momentem jest prawdziwa skrucha celnika i jednoczesny jej brak u faryzeusza. Właśnie skrucha rozstrzyga o przyjęciu lub nie modlitwy przez Boga.

      Trzeba powiedzieć, że jedyną prawdziwą postawą człowieka wobec Boga jest właśnie skrucha. Nikt z nas nie jest bez winy i nikt nie może się niczym chełpić przed Bogiem. Wszyscy jesteśmy biedni, bo brak nam tego, co najważniejsze: prawdziwej czystości i niewinności. Wszyscyśmy zgrzeszyli, jak pisze św. Paweł, i pozbawieni jesteśmy Jego chwały (por. Rz 3,23).

      Ten duch pokory jest kluczem do prawdziwej modlitwy. Modlitwa nie jest miejscem szukania swojego usprawiedliwienia, jak to było w przypadku faryzeusza, nawet gdyby nasze czyny były więcej niż zgodne z literą przykazań. W modlitwie nie chodzi o załatwienie czegoś dla siebie, uzyskanie potwierdzenia swojej sprawiedliwości, przeforsowanie swojej woli, pragnień itd. W modlitwie chodzi o przemianę naszego serca i jedynie, gdy to serce prawdziwie otwieramy na działanie Boga zgodnie z Jego wolą, On nas usprawiedliwia, to znaczy daje nam przystęp do siebie, doprowadza do pojednania z Nim.

      Boże, miej litość dla mnie, grzesznika! W tej pokornej modlitwie nie chodzi o uzyskanie czegoś dla siebie, ale o uratowanie swojego życia. To jest najważniejszy wymiar modlitwy. Bóg pragnie spotkania z nami, a nie chce być kimś, kto potwierdza nam naszą sprawiedliwość. Jemu chodzi o nas samych, o nasze serce, nasze życie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka