freewolf
18.08.05, 15:24
Temat wypracowania: "Opisz prostą rzecz od niespodziewanej strony"
Spałem sobie snem zasłużonego w ciepłym, przytulnym węźle chłonnym, gdy nagle
wpadł z krzykiem nasz sierżant:
- Wstawać lenie! Marsz na patrol! Macie 15 minut na stawienie się w lewym
biodrze! Pamiętajcie łamagi - w lewym biodrze! Żeby mi znowu jakieś ofiary
nie poleciały do prawego ramienia lub do głowy! Ruszać się, chyba, że chcecie
10 rundek dookoła ciała na rozgrzewkę!
Nie trzeba nam było lepszej zachęty. Raźno zwlekliśmy się z łóżek i
ustawiliśmy się w (prawie) równy dwuszereg.
- W leeeeewo zwrot! Naaaaaaprzód marsz! - zakomenderował sierżant.
Przewracając się o siebie (jak zawsze kilku pomyliły się kierunki) dziarsko
pomaszerowaliśmy za dowódcą.
Nie ma nic nudniejszego niż służba wartownicza, chyba że służba wartownicza
na takich peryferiach jak wewnętrzna tętnica biodrowa, więc z niekłamaną
radością przywitaliśmy z Jimmy'm zbliżanie się zabłąkanego wirusa grypy.
Jeszcze kilka ich niedobitków krążyło po organizmie po ostatniej inwazji.
Schowaliśmy się w błonie otaczającej światło tętnicy i czekaliśmy. Gdy
wyrośliśmy przed wirusem jak z podziemi, biedaczek tak skurczył się w sobie z
przerażenia, że aż zrobiło się nam go żal. Postanowiliśmy go (przynajmniej na
razie) oszczędzić. Co takie biedne maleństwo może zrobić dwóm limfocytom
cytotoksycznym T?
- Ładna pogoda. - Jimmy usiłował nawiązać inteligentną konwersację.
- Eee... na zewnątrz jest ładniej. - odparł grypiak i nagle zamurowało go -
nnie... nie zjecie mnie? - wyjąkał zaskoczony.
Limfocyt oszczędzający wirusa to niespotykane zdarzenie, a co dopiero dwa
limfocyty zagadujące go.
- Zobaczymy, to zależy od tego czy nadajesz się do rozmowy. - odparłem.
- Opowiedz, jak jest na zewnątrz. - dodał Jimmy.
- Po drugiej stronie skóry? - grypiak nadal był roztrzęsiony, ale w jego
głosie słychać było oznaki powracającej pewności siebie - No więc, świeci
słońce, jest bardzo kolorowo...
- A co to jest słońce? - Jimmy przerwał mu w pół zdania.
- To takie duże świecące kółko na nie... - nagle wirus zniknął nam sprzed
cytoplazmy nie dokończywszy wypowiedzi, a na jego miejscu pojawił się duży
cytotoksyczny limfocyt T. Z przerażeniem stwierdziliśmy, iż był to nasz
sierżant.
- Za bratanie się z wrogiem grozi ewaporacja, głąby. - krzyczał, głośno
mlaskając, gdy kończył wchłaniać naszego rozmówcę - Zaraz wezwę służbę
wewnętrzną, aby się wami zajęła.
W spełnieniu groźby, na nasze szczęście, przeszkodził mu pomocniczy limfocyt
T, który nadpłynął z dużą prędkością i wręczył naszemu dowódcy jakiś
meldunek.
- Rozkaz z biura Wielkiego Brata! Tym razem upiekło się wam ofiary. Macie 5
minut na zebranie reszty oddziału! - ryknął sierżant w naszą stronę.
Na te słowa kamień spadł nam z jądra komórkowego. Błyskawicznie ulotniliśmy
się sprzed cytoplazmy dowódcy. Woleliśmy nie czekać, aż zmieni zdanie co do
naszego losu. Przed upływem wyznaczonego czasu oddział był już zwarty i
gotowy. Zauważyliśmy inne grupy limfocytów i leukocytów zbierające się i
podążające w kierunku górnych partii ciała. Sierżant poinformował nas, iż w
lewym przedramieniu nastąpił jakiś uraz i może wdać się infekcja. Ruszyliśmy
w wyśmienitych humorach. Obserwując mijające nas oddziały. Steavy rzucił:
- Pewnie jak zwykle przesadzają. Jakieś zadrapanie, a oni uruchamiają całą
zmianę.
- Cicho bądź! Rozkazów z Góry się nie krytykuje! Poza tym przezorny zawsze
ubezpieczony. - zgasił go dowódca.
Nasz entuzjazm szybko przygasł, gdy do pochodu dołączyły oddziały z innych
zmian, które aktualnie wypoczywały w węzłach chłonnych. Takich sił nie
włączano do akcji nawet przy ostatniej epidemii grypy. Sprawa musiała być
naprawdę poważna, a my po 26 godzinach patrolu nie mieliśmy ochoty na żadną
akcję. Wpadliśmy jak burza do ręki i od razu zostaliśmy porwani przez bardzo
silny prąd. Nagle, w odległości około 10 cm przed nami ujrzeliśmy światło. To
oznaczało, że tętnica została przerwana i nieuchronnie zmierzamy do
wypłynięcia na zewnątrz. Nikt z nas nie kwapił się do umierania, więc w
panice rzuciliśmy się do ucieczki. Niestety, nurt był dla nas za szybki i
mimo naszych heroicznych wysiłków, aby się wyrwać, z łatwością wiódł nas ku
zagładzie. Chowajcie się w mięśniach krzyknął Robin znikając w błonie
otaczającej światło tętnicy. Kilku z nas podążyło w jego ślady, jednak dla
wielu było za późno. Siedząc z Jimmy'm bezpiecznie w błonie widzieliśmy jak
Mikę i Steavy usiłują chwycić się wypustkami ścianek tętnicy, a potem nikną w
potoku światła z zewnątrz. Chcieliśmy uczcić ich minutą ciszy, gdy
usłyszeliśmy skierowane do nas wołanie o pomoc. To nasz sierżant wisiał obok
nas na dwóch wypustkach i błagał nas abyśmy go wciągnęli do siebie.
Pomogliśmy mu, w końcu on też jest tylko limfocytem. Już bezpieczny, dowódca
odzyskał pewność siebie.
- Uratowanie mi życia i tak wam nie pomoże. - stwierdził - Jak tylko z tego
wyjdziemy postawię was do raportu.
Zignorowaliśmy go i zaczęliśmy się przedzierać przez komórki mięśniowe do
pobliskiej żyły. Gdy przystanęliśmy, aby odpocząć, poczułem nagle, że ktoś mi
odrywa kawałek cytoplazmy. Krzyknąłem z bólu i odwróciłem się. Zobaczyłem
olbrzymiego makrofaga przeżuwającego kawałek mojego ciała.
- Co robisz głąbie?! - rzuciłem.
- Usuwam odpadki. - odparł flegmatycznie - Nie widać?
- Ja ci dam odpadki! - byłem coraz bardziej wściekły i poirytowany - Czy ja
wyglądam na martwego lub zużytego?!
- Nie gorączkuj się tak. Nie wyglądasz najlepiej. - usłyszałem w odpowiedzi -
Myślałem, że nie jesteś już zdolny do walki, a więc jesteś niepotrzebny.
- Też byś tak wyglądał, gdybyś otarł się o śmierć. - warknąłem.
- Słuchaj, ogromnie cię przepraszam, nie wiedziałem. - agranulocyt
zaczerwienił się ze wstydu - Mam jeszcze w cytoplazmie resztki paru
gronkowców. Może poczęstujecie się na zgodę.
- Przyda się nam wzmocnienie. Oddziaaaaał! Do konsumpcji przystąąąąąp! -
zakomenderował sierżant.
Pokrzepieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze spotkaliśmy Robina, Harrego
i kilkanaście limfocytów T z innych oddziałów. 16 białych krwinek to niezbyt
silna grupa, ale wystarczy, aby poczuć się raźniej.
Po dotarciu do żyły złożyliśmy meldunek o sytuacji napotkanemu porucznikowi,
który zakomunikował nam, iż otwór został już zatkany z zewnątrz, i kazał
wracać, bo podobno wdarła się infekcja. Nie mieliśmy na to najmniejszej
ochoty, gdyż byliśmy wykończeni, a poza tym było nas zdecydowanie za mało.
Porucznik, jakby odgadując nasze myśli, stwierdził żebyśmy się nie martwili,
gdyż za 45 minut przybędzie pomoc, a na miejscu znajduje się wciąż kilkaset
tysięcy niedobitków. Dodał też, że skoro przetrwali wyciek, to muszą być
najlepsi, więc pewnie i tak będziemy tam zbędni, ale (skąd my to już znamy)
przezorny zawsze ubezpieczony. Cóż, musieliśmy zawrócić.
Nie mieliśmy ochoty przedzierać się znów przez mięśnie, więc skorzystaliśmy z
naczyń włosowatych. I to był nasz błąd. Bez kłopotów dotarliśmy do pierwszej
tętnicy bocznej i raźno wylecieliśmy zza pierwszego zakrętu. Sierżant, który,
aby dodać nam otuchy, płynął na czele, nie zdążył wyhamować i wpadł prosto w
wypustki bakterii tężca.
- Koledzy! Pomóżcie! - darł się jak opętany.
- Do boju! - krzyknął Jimmy i już chcieliśmy rzucić się na pomoc, gdy nagle
ujrzeliśmy zbliżające się kolejne Clostridium tetani. 10, 20, 50 - coraz
więcej. Ignorując krzyki dowódcy wykonaliśmy uporządkowany odwrót na z góry
upatrzone pozycje. 10 cm dalej panika, która nas ogarnęła podczas bezładnej,
szaleńczej ucieczki, powoli zaczęła ustępować.
- Właściwie to nigdy go nie lubiłem. - rzucił Robin.
- Tak, i nie napisze już na nas raportu. - mrugnąłem porozumiewawczo do
Jimmy'ego.
- Koniec z rundkami dookoła ciała, koniec z karną wartą w nerkach... -
rozmarzył się Harry.
- Jak możecie tak mówić o zmarłym! - obruszył się któryś z przyłączonych w
mięśniach.
Chcieliśmy z