Dodaj do ulubionych

TANIEC DUCHÓW

15.05.03, 10:02
TANIEC DUCHÓW, synkretyczny ruch rel. rozwijający się wśród Indian Ameryki
Pn. od lat 70. XIX w. w Kalifornii, następnie na terenie Wielkiej Kotliny i
na Wielkich Równinach; łączył elementy tradycyjnych wierzeń plemiennych z
pierwiastkami chrześc.; był nowym zjawiskiem kulturowym, skutkiem upadku
polit., destrukcji tradycyjnych wzorów życia, poczucia bezradności. Do
najważniejszych elementów obrzędowych i doktrynalnych ruchu należały:
millenarystyczne proroctwo zbliżającego się końca świata — kosm. katastrofy,
która zniszczy świat, przede wszystkim białych i zło, które wprowadzili —
oraz taniec, który przyspieszy jej nadejście; 1885 Wovoka (znany też jako J.
Wilson), Indianin z plemienia Pajutów, miał wizję, w której ujrzał Boga oraz
Indian, zdrowych i szczęśliwych, cieszących się tradycyjnym życiem; otrzymał
polecenie nauczania ich miłości w stosunkach z pobratymcami i pokoju w
kontaktach z białymi; Bóg nakazał Indianom poniechanie kradzieży, kłamstwa,
wojny i zalecił pracowitość oraz święty taniec; po spełnieniu tych warunków
mieli oni połączyć się ze swymi zmarłymi przodkami w odrodzonym świecie, w
którym nie będzie śmierci, chorób i starości. Taniec Duchów trwał 4 kolejne
dni i noce, tańczący mieli na sobie tradycyjne stroje; wielu doświadczało
wizji, których treść była oznajmiana wszystkim. Wśród plemion usposobionych
pokojowo Taniec Duchów nie przybrał postaci wojowniczej. Dopiero Indianie z
plemienia Siuksów nadali mu cechy agresywne; wykonywanie Tańca Duchów przez
Siuksów zakończyło się dramatycznymi wydarzeniami, znanymi jako masakra w
Wounded Knee; tańczący uznani za wojowników przygotowujących się do wojny,
zostali zaatakowani przez wojsko federalne; zginęło ponad 200 osób, w tym
kobiety i dzieci, a wielu rannych, którym nie udzielono pomocy, zamarzło na
śmierć. Po 1891 nastąpił schyłek Tańca Duchów; z czasem stał się trwałym
elementem tradycji niektórych plemion.
Obserwuj wątek
    • tancezr TANIEC Słońca 15.05.03, 10:04
      Taniec Słońca, taniec rytualny Indian Wielkich Równin amerykańskich, odprawiany
      przez kilka dni i nocy podczas letniego przesilenia. Obrzęd zawiera wątki
      inicjacji myśliwskich, wojennych i szamańskich. Podczas Tańca Słońca poddawano
      mężczyzn próbom wytrzymałości na ból. Taniec posiada skomplikowaną treść
      ideową, skojarzoną z wyobrażeniami kosmologicznymi. Został zakazany w 1881
      przez rząd federalny, zakaz cofnięto w 1934.
      • maciej_florek TANIEC Słońca informacje 18.05.03, 16:49
        Parę lat temu* autor miał szczęście być świadkiem przebiegu wielkiego Tańca
        Słońca Siuksów w agencji Cętkowanego Ogona (Spotted Tail) nad Strumieniem Bobra
        (Beaver Creek) w Nebrasce. W owym czasie w agencji przebywało około ośmiu
        tysięcy Siuksów Brule, zaś czterdzieści mil dalej na zachód, niedaleko ujścia
        rzeki Białej (White River), znajdował się inny rezerwat Siuksów, liczący ponad
        sześć tysięcy ludzi. Zwykle każde plemię czy rezerwat przeprowadza własny
        obrzęd, ale tym razem, z powodu bliskiego sąsiedztwa obu agencji, uznano, że
        lepiej będzie w tym roku połączyć siły i odprawić jeden wspólny obrzęd, pełen
        splendoru i okrucieństwa. Na miejsce obrzędu wyznaczono szeroką równinę,
        rozpościerającą się w widłach potoku Chadron, w połowie drogi między agencjami.
        Biały człowiek ma niewielką szansę uzyskania zgody na zobaczenie tego obrzędu w
        całości. W osobach wodza Cętkowanego Ogona i Stojącego Łosia, głównego
        wojownika, miałem jednak bliskich przyjaciół i ich obietnica, że będę mógł
        obserwować obrzęd, powoli obejmowała coraz więcej jego szczegółów, aż w końcu
        pozwolono mi uczestniczyć od początku do końca. Obrzęd miał się odbyć w
        czerwcu, ale dzieci prerii zaczęły się schodzić na wiele dni przed rozpoczęciem
        pierwszych ceremonii, nie tylko z tych dwóch najbardziej zainteresowanych
        agencji, lecz również z odległych grup Siuksów, do których dotarła wiadomość o
        randze tego wydarzenia. Wszędzie na Równinach roiło się od malowniczych karawan
        zmierzających na płaski teren między dopływami Chadronu - konie ciągnęły tyczki
        od tipi, na których pozawieszano kosze z wikliny, wypełnione garnkami i
        szczeniakami, dziećmi i bębnami, skalpami, drewnem na rozpałkę i zwojami
        suszonego mięsa bizonów. Staruchy poganiały konie, a dokoła paradowali młodzi
        wojownicy na koniach. Gdy nadszedł dzień otwarcia, na miejscu było około
        dwudziestu tysięcy Siuksów, mieszańców (squaw i menów) z dwóch wymienionych
        agencji, choć bardziej prawdopodobna liczba uczestników wynosiła piętnaście
        tysięcy. Lepiej było dać wiarę stwierdzeniom Indian, że to najwspanialszy
        Taniec Słońca, jaki pamiętają najstarsi wojownicy, i gdy się o tym przekonałem,
        poruszyłem niebo i ziemię, aby utrzymać dobre stosunki z Cętkowanym Ogonem i
        Stojącym Łosiem.
        Gdy wszyscy już się zebrali i szamani (Medicine men) wyznaczyli dzień
        rozpoczęcia Tańca, wybrano słup. Była to piękna młoda sosna albo jodła o
        wysokości 12-15 metrów i możliwie najprostszym pniu, jaki dało się znaleźć w
        niezbyt dalekiej odległości. Wyboru dokonuje zawsze jakaś stara kobieta,
        przeważnie najstarsza w obozie, o ile można to jakoś stwierdzić, która prowadzi
        grupę panien ubranych w bardzo piękne suknie ze skóry jelenia, ozdobione
        koralikami, zakładane tylko na wyjątkowe okazje. Panny mają za zadanie pozbawić
        drzewo konarów, możliwie najwyżej, bez powalania go. Biada dziewczynie, która
        utrzymuje, że jest dziewicą i przyłącza się do orszaku prowadzonego przez
        staruszkę, jeśli jej czystość zakwestionuje jakiś szanowany wojownik czy
        kobieta. Karę wymierza się jej szybko i niezawodnie, a jej poniżenie jest
        bardziej okrutne niż interesujące.
        Wybór drzewa jest jedynym szczególnym wydarzeniem w pierwszym dniu obrzędu. Po
        ścięciu prawie wszystkich gałęzi, aż do wierzchołka, wycina się także drzewa i
        zarośla wokół wybranego drzewa, po czym zostawia się je na drugi dzień. Na
        długo przed wschodem słońca niecierpliwi uczestnicy zaczynają przygotowywać się
        do kolejnego etapu próby. Mniej więcej na kwadrans przed wschodem słońca nad
        spękanymi wzgórzami z białej gliny długi szereg półnagich wojowników we
        wspaniałych pióropuszach i barwach wojennych, ze strzelbami, łukami i
        włóczniami w ręce, stanął twarzą ku wschodowi i drzewu, które znajdowało się w
        odległości ponad pięciuset metrów. Grupa wojowników liczy zwykle od
        pięćdziesięciu do dwustu mężczyzn. Stojący obok mnie tłumacz szacował, że w
        szeregu, który miałem przed sobą, znajdowało się około tysiąca ludzi. W
        niedużej odległości, na wysokim wzgórzu, wznoszącym się nad tą barbarzyńską
        scenerią, siedział stary wojownik, myślę, że szaman plemienia, którego
        uroczystym obowiązkiem było ogłoszenie, za pomocą okrzyku słyszalnego przez
        oczekujący tłum, dokładnego momentu, kiedy pierwszy promyk słońca ukaże się nad
        wzgórzami na wschodzie.
        W szeregu młodych wojowników i pośród wielkiego tłumu widzów, od których
        poczerniały okoliczne zielone wzgórza, zaległa głęboka cisza. Nagle stary
        wojownik, który cały czas klęczał na jednym kolanie, przysłaniając oczy ręką,
        powstał i wolno, dostojnie wykonał szeroki ruch kocem nad głową. Kilku
        wojowników, którzy jeszcze nie siedzieli na koniach, czym prędzej wskoczyło na
        grzbiety swych wierzchowców. Falujący szereg wyrównał się, a wówczas starzec,
        zebrawszy siły do wielkiego wysiłku, wydał okrzyk, który usłyszeć mogli nawet
        ci stojący na obrzeżach. Poranne słońce wydało swym wojownikom na ziemi sygnał
        do natarcia. Na okrzyk ze wzgórza odpowiedziało echem tysiące ludzi w dolinie,
        podjęli go także widzowie na wzgórzach, gdy tymczasem wojownicy rzucili się w
        kierunku samotnie stojącego pala - celu każdego uzbrojonego i półnagiego
        dzikusa z ryczącego szeregu. W miarę zbliżania się do drzewa, wolniejsze konie
        wycofywały się z wyścigu, a słabsze były spychane do tyłu. Jeźdźcy byli już
        coraz bliżej i rozciągnięty szereg zbił się w jedno, aż zlał się w rozkołysaną
        masę przepychających się koni i wrzeszczących, machających rękami jeźdźców. Gdy
        jadący na czele wojownicy zbliżyli się na odległość około stu metrów od pala,
        rozległ się przeraźliwy huk strzelb, a po chwili pędzący tłum stał się ścianą
        ognia; huk wystrzałów brzmiał jak szybkie uderzenia w bęben odbijające się
        echem od wzgórz. Każda strzelba, łuk i włócznia wycelowane były w pal, z
        którego odpryskiwała kora i wióry jak spod piły tarczowej. Gdy wystrzelono
        wszystkie naboje i strzały oraz rzucono wszystkie włócznie, jeźdźcy zgromadzili
        się tłumnie wokół pala, wydając głośne okrzyki, jakie tylko podekscytowani
        dzicy potrafią wydawać. Gdyby pal przewrócił się przypadkiem podczas tego
        gwałtownego natarcia, wybrano by nowe drzewo i wyznaczono inny dzień. Choć
        zdarza się to rzadko, obawiano się, że taka liczba napastników może przewrócić
        pal. Tak się jednak nie stało, chociaż pal przypominał raczej poszarpany strach
        na wróble; wióry i kora sterczały z każdej strony.
        Gdyby ten ogromny, wzburzony tłum zdołał uniknąć wypadków podczas dzikiego
        natarcia, doprowadzonego do ekstazy - strzelaniny ze strzelb, łuków i rzucania
        włóczniami - byłby to cud. Ale cud się nie zdarzył. Jeden z wielkich wojowników
        spadł z konia i dostał się pod kopyta innych w czasie natarcia; zmarł późnym
        wieczorem. Inny wojownik został zastrzelony. Siniaki, stłuczenia, zwichnięcia i
        rany, o których przy innej okazji długo by opowiadano, tutaj zostały
        niezauważone i pominięte milczeniem.
        Tego dnia drzewo zostało ścięte i przeniesione na środek wielkiej równiny w
        widłach Chadronu, około jednej mili. Tutaj wykopano dół i wsadzono pal, z
        którego obcięto już puszysty zielony czubek. Aby pal stał prosto, na czubku
        przywiązywano do niego liny z niegarbowanej skóry. Miały one długość 20-25
        metrów i drugi koniec przywiązywano do dwumetrowych palików, które wbijano w
        ziemię wokół słupa, naprężając liny. Paliki wbijano dość blisko siebie po całym
        obwodzie, tworząc rodzaj ogrodzenia. Wokół palików rozwieszano później skóry
        jelenia i bizona, zwoje materiału, koce i plecionki z wikliny. Czasami kładzie
        się także płótno, koce i lekkie jelenie skóry na liny podtrzymujące, aby
        uchronić się przed palącymi promieniami słońca w południe. Komuś, kto
        nadjeżdżał drogą przez kręte wzgórza, otaczające szeroką równinę w widłach
        Chadronu, cała ta konstrukcja mogła przypominać namiot cyrkowy, którego
        wierzchołek został bezlitośnie ścięty przez cyklon. Przez resztę dnia, po
        zakończeniu ceremonii strz
        • maciej_florek Re: TANIEC Słońca informacje CD1 18.05.03, 16:52
          Przez resztę dnia, po zakończeniu ceremonii strzelania, uwaga Indian skupiała
          się na wznoszeniu tej konstrukcji, pod którą za dzień - dwa będą odprawiane
          barbarzyńskie obrzędy, okrutne rytuały i samookaleczenia, które stawiały Taniec
          Słońca Siuksów na równi z o wiele lepiej znanym kultem Wisznu.
          Wcześnie rano trzeciego i czwartego dnia rozpoczynało się oddawanie czci
          słońcu, jeśli można to tak określić. Jak dotąd to ciało niebieskie dało tylko
          młodym wojownikom sygnał do ataku na drzewo. Teraz następowało odliczanie
          każdej minuty, prawie każdej sekundy tych barbarzyńskich czynności. Ci, którzy
          mieli poddać się torturom, a było ich około czterdziestu-pięćdziesięciu w Tańcu
          Słońca takich rozmiarów, byli według mojej oceny wojownikami w wieku 20-25 lat.
          Wszyscy należeli do najszlachetniejszych przedstawicieli tego wielkiego
          plemienia. Powiedziano mi, że ci wspaniali chłopcy poszczą przez kilka dni
          przed samotorturami. Jeden z informatorów powiedział, że zanim odbędzie się
          próba, wymaga się od nich siedmiodniowego powstrzymywania się od jedzenia i
          dwudniowego od picia. Chociaż ich stan nie wskazywał na taką wstrzemięźliwość,
          myślę, że okres postu rzeczywiście poprzedza te bardziej okrutne ceremonie.
          Dzień trzeci upłynął na tańcach, nie różniących się wiele od tych, które ogląda
          się na co dzień w dużych indiańskich wioskach. Tego dnia jednak rozpoczął się
          właściwy taniec. Na arenie znajdowało się 6-12 wojowników, ciągle pomalowanych
          w barwy wojenne i w pióropuszach. Stali w rzędzie zawsze twarzą do słońca, bez
          względu na to, jak mocno świeciło im w oczy; pięści zaciskali na piersiach jak
          biegacze na zawodach, podskakiwali w rytm monotonnego bicia w bęben i
          towarzyszących okrzyków ji-ji-ji-ji zgromadzonego tłumu. Czasami tancerze
          urozmaicali uroczystość swoim śpiewem i świstem kościanych gwizdków. Od czasu
          do czasu z drugiej strony areny włączał się chór młodych dziewcząt i ich
          soprany splatały się przyjemnie z chrapliwymi głosami mężczyzn. Taniec trwał
          dziesięć-piętnaście minut, po czym następowała równie długa przerwa na
          odpoczynek. I tak na przemian od wschodu do zachodu słońca.
          Równocześnie odbywało się także wiele innych ceremonii, ale na pierwszym
          miejscu były te, które się liczyły. Na arenę wprowadzono konie, a szamani,
          wymawiając zaklęcia, zanurzali dłonie w barwniku i smarowali nim boki zwierząt.
          Ponieważ były to prawdopodobnie najlepsze konie wojenne, obrzęd bez wątpienia
          był błogosławieństwem albo poświęceniem przed wojną. Czwartego dnia Tańca
          Słońca w dolinie rzeki Chadron rozpoczęły się samotortury. Powiedziano mi, że
          ci, którzy mieli się poddać tej straszliwej próbie, to ci sami wojownicy,
          którzy tańczyli wczoraj. Ci, którzy rozpoczynali taniec czwartego dnia, próbę
          przechodzili dnia piątego, zatem przez 4-5 dni tancerze, tańczący jednego dnia,
          następnego poddawali się torturom. Tancerze zajęli swe miejsca dokładnie o
          wschodzie słońca, ale tortury rozpoczęły się dopiero koło dziewiątej czy
          dziesiątej. Każdy z młodzieńców podchodził do szamana, który chwytał fałd skóry
          na piersiach, w połowie między sutkiem a obojczykiem, naciągał możliwie
          najmocniej, a następnie od spodu przebijał skórę wąskim, ale bardzo ostrym
          nożem. W tak zrobiony otwór wkładał szpikulec z kości, wielkości ołówka
          stolarskiego, po czym wyjmował nóż. Na oba końce zakładano pętlę w
          kształcie "ósemki" z garbowanej skóry, dobrej na ubrania. Do pętli doczepiano
          drugą linę, której drugi koniec przywiązany był do czubka pala stojącego
          pośrodku areny. Tak samo przekłuwano drugą pierś, wstawiano szpikulec,
          nakładano pętlę i doczepiano do liny. Celem każdego mężczyzny było uwolnienie
          się z tych pęt. Aby to uczynić, musiał spowodować, aby szpikulec z kości
          rozerwał skórę; straszne zadanie, które nawet u najbardziej zagorzałych może
          wymagać wielu godzin męczarni. Pierwsze próby uwolnienia się są bardzo proste i
          wydaje się, że ich zadanie polega na tym, aby mężczyzna przyzwyczaił się do
          bólu, który trzeba będzie znosić, zanim nastąpi zerwanie z rzemieni. W miarę
          jak zwiększa się wysiłek, wzmagają się okrzyki, wielkie krople potu spływaj ą
          po natłuszczonej, pomalowanej skórze, a na ciele widoczny jest każdy muskuł.
          Ciało tancerza kołysze się, gdy całym swym ciężarem rzuca się jak oszalały na
          linach, wstrząsany dreszczami. Towarzyszą temu przez cały czas uderzenia w
          bęben i dzikie, niesamowite, monotonne zawodzenie śpiewaków. Cudowna siła i
          rozciągliwość ludzkiej skóry jest najbardziej przekonywająco i strasznie
          ukazana w zmaganiach drżących ofiar. Widziałem zakrwawione części szpikulca
          rozciągnięte na taką długość, że mężczyzna z ledwością mógł je dotknąć na
          wyciągnięcie ręki.
          Zdaję sobie sprawę, że zbyt długie omawianie tego okrutnego widowiska nie
          należy do przyjemności. Zazwyczaj po dwóch - trzech godzinach ofiara uwalniała
          się z pęt, ale w wielu wypadkach trwało to znacznie dłużej. Czasami kilku
          mężczyzn huśta się szaleńczo na linach, idzie do pala, po czym ile sił w nogach
          biegnie w przeciwną stronę, usiłując rozpaczliwie wyrwać te przeklęte szpikulce
          z poranionego ciała. Niektórzy ambitniejsi młodzieńcy wbijali cztery paliki
          wokół słupa i przytwierdzali cztery szpikulce do piersi i ramion, po czym
          rzucali się do tyłu i do przodu na czterech linach, które przytrzymywały
          szpikulce do palików. Omdlenia zdarzały się nawet silnym Indianom, co w żaden
          sposób nie oznaczało hańby, potępienia czy utraty szacunku. Nieszczęśnika
          odcina się wówczas i układa na podłodze pobliskiego tipi, gdzie pozostaje pod
          opieką pielęgniarek. Widziałem jedną próbę uwolnienia się z podwójnych
          szpikulców z przodu i z tyłu, która zakończyła się właśnie w taki sposób. Nie
          wiem, czy mężczyźni, którym nie udało się uwolnić, kiedykolwiek jeszcze
          przystępują do tych okrutnych zawodów. Możliwe, że niektórzy niezmiernie
          ambitni wojownicy biorą w tym udział, żeby pokazać swe męstwo, ale rozumiem, że
          powinno się to zrobić jedynie raz w życiu. Nie jest to obowiązkowe i wzrasta
          liczba tych, którzy z rozsądku, świadomie powstrzymują się od tych
          barbarzyńskich praktyk. Gdy dzień dobiega końca i słoneczne bóstwo jest już na
          zachodzie, wojownicy, którzy zadawali sobie tortury, defilują jeden za drugim
          wokół areny, odziani w pięknie malowane peleryny ze skóry bizona, klękają i
          krzyżują ręce na zakrwawionych piersiach; chyląc głowę, zwracają się w stronę
          słońca i wstają dopiero, gdy ono całkowicie zajdzie.
          Opowiadano mi wiele strasznych odmian tego obrzędu, takich jak przywiązywanie
          siodła lub czaszki bizoniej do końca długiej liny ciągnącej się od szpikulca i
          bieganie po prerii i przez lasy; siodło czy czaszka podskakiwały za biegnącym,
          aż sam się uwolnił. Czasami zemdlałego tancerza podciągano z ziemi do góry, aż
          jego ciężar przeważył wytrzymałość rozciągniętej skóry. Moi informatorzy
          opowiadali, że nie ma dwóch takich samych obrzędów, ale cechą wspólną było
          zadawanie sobie tortur. Poświęcenie pala, większość tańców i śpiewów, wzmożone
          wysiłki ambitnych młodzieńców i inne ceremonie mogą niekiedy zostać całkowicie
          pominięte albo zastąpione innymi. Opisuję je tak, jak widziałem. Dodam, że ten
          Taniec Słońca, który opisałem, uznawany był przez Siuksów za największy i
          najwspanialszy, jaki kiedykolwiek zorganizowali, za największe samopoświęcenie
          największego tubylczego narodu w naszych granicach (Stanów Zjednoczonych). Rok
          później na Wzgórzach Pączka Róży (Rosebud Hills) w Montanie Siuksowie
          powstrzymali w bitwie największą armię, jaką kiedykolwiek wysłaliśmy przeciwko
          Indianom. Udało im się wycofać nad rzekę Małego Wielkorożca (Little Big Horn),
          parę mil dalej i tam tydzień później zmietli z powierzchni ziemi doborowe
          oddziały generała Custera, a majora Reno trzymali w okrążeniu przez dwa dni na
          wzgórzu. Nigdy nie przegrali bitwy zasługującej na nazwę w wojnie, która
          doprowadziła do ich ujarzmienia, i udowodnili całkowitą nieprzyd
          • maciej_florek Re: TANIEC Słońca informacje CD2 + zdjecia 18.05.03, 16:55
            i udowodnili całkowitą nieprzydatność zwycięstwa indiańskiej rasie, walczącej z
            cywilizacją.



            Fryderyk Schwatka




            Fryderyk Schwatka (1848-1892), badacz polarny, porucznik armii amerykańskiej,
            geograf, lekarz i prawnik. Jak utrzymują Wacław i Tadeusz Słabczyńscy (za W. H.
            Gilderem), pochodził z rodziny polskiej. Interesował się życiem Indian. Przez
            pewien czas mieszkał nawet wśród Siuksów, nauczył się ich języka i został
            członkiem plemienia. Przeprowadzał też badania wśród innych plemion indiańskich
            w środkowych i południowych stanach USA oraz w Meksyku.


            * Orginalny artykuł ukazał się w nowojorskim czasopiśmie "Century Magazine",
            tom 39, 1889-1890. Polski przekład pochodzi z Pisma Przyjaciół Indian "Tawacin"
            nr.3, jesień 1998 rok. Autorką tłumaczenia jest Maja Fenrych-Majewska.


            www.dakota.and.pl/ciekawe/taniecsl.jpg
            www.dakota.and.pl/ciekawe/taniecsl1.jpg
            www.dakota.and.pl/ciekawe/foto6.jpg
      • maciej_florek Re: TANIEC Słońca 18.05.03, 17:14
        Wyrzeczenia, umartwianie się czy udręki wiążące się tak często z indiańskimi
        tańcami są ofiarą składaną mocom, którym poświęcony jest taniec. W Ameryce
        Północnej ofiara taka osiągnęła szczytowy wyraz w Tańcu Słońca. Rytuał związany
        z tym tańcem był najważniejszym obrzędem przystosowanym do zmieniającej się
        sytuacji ekonomicznej plemion Prerii i Równin, w którym – podobnie jak i w
        wierzeniach Indian tego obszaru – odnajdujemy ślady kultów agrarnych.

        Tahca Ushte (Lame Deer – Kulawy Jeleń), czarownik Dakotów, pisze w swej książce
        pod tym samym tytułem, że Taniec Słońca jest najstarszą i najbardziej uroczystą
        z wielkich ceremonii. Uważa on tę ofiarę za oddanie się pod opiekę Wakan Tanka.
        Możliwe, że pierwotnie był to także rytuał płodności. Stanowi on tylko część
        wielkich dorocznych obrzędów, których przedmiotem jest ustąpienie Wielkiego
        Potopu, taniec bizona i ceremonia wtajemniczenia młodzieży, połączone w jedną
        całość.

        Głównym celem tej uniwersalnej i charakterystycznej dla Indian Prerii i Równin
        uroczystości było duchowe i cielesne oczyszczenie przez torturowanie samego
        siebie, a sama tortura pewnego rodzaju samogloryfikowaniem się jednostki, przez
        co taniec wyrażał indywidualny stosunek Indian do sił najwyższych. Był to
        taniec umierającego i na nowo ożywającego słońca, taniec umierającej i
        odradzającej się siły męskiej, taniec dziękczynienia i ofiary składanej
        gwiazdom.

        Sama ceremonia i częstotliwość jej wykonywania były różne w różnych plemionach.
        U jednych ludów Taniec Słońca wykonywano bardzo rzadko, u innych zaś gromadziła
        całe plemię raz na rok. Stanowiła ona najważniejsze wydarzenie dla tysięcy osób
        w czasie letniego przesilenia. Do tej ceremonii przygotowywano się przez cały
        rok. Organizowano ją przed rozpoczęciem polowań na bizony, kiedy preria obficie
        pokrywała się trawą i nie było kłopotów ze zdobyciem pożywienia.

        Szczytowy rozwój Taniec Słońca przypadał na początek XIX w. i był związany z
        rozkwitem kultury Wielkich Równin. Obrzędu dokonywało około dwudziestu plemion
        Prerii. Wiadomo, że istniał on wśród plemion Arapaho, Cheyenne, Siksika, Cree,
        Dakota, Assiniboin, Mandan, Crow, Ponca, Omaha, Shoshoni, Ute, nie spotykano go
        jedynie u Paunisów i Wichite oraz u kilku południowych plemion z rodziny Sju.
        Szczególnie dużą wagę do obrzędu Tańca Słońca przywiązywali Dakotowie,
        Czejenowie i Arapahowie.

        W celu odbycia ceremonii Tańca Słońca w określonym miejscu zbierało się całe
        plemię, co dawało poczucie jedności, umożliwiało zawieranie znajomości wśród
        młodzieży oraz wskazywało na siłę zjednoczonego w swym kole plemienia. W
        zwykłych obozach, w codziennym życiu, Dakotowie ustawiali tipi w równoległych
        szeregach, z wejściami do namiotu skierowanymi na wschód. Natomiast podczas
        uroczystości Tańca Słońca obóz rozbijano w kształcie dużego kręgu, do którego
        środka zwrócone były otwory wejściowe. Stanowiło to niejako odzwierciedlenie
        organizacji plemiennej, gdzie wszyscy byli sobie równi, a także wzmacniało
        poczucie wspólnoty. Każdy ród miał swoje wyznaczone miejsce dla rozbijania tipi.

        Według powszechnego zwyczaju obóz założony na obrzędy Tańca Słońca nie był
        nigdy atakowany nawet przez wrogie plemiona. Wszyscy czuli się wtedy całkowicie
        bezpieczni. Wokół obozu nie rozstawiano straży, ani nie wysyłano zwiadowców.
        Był to czas powszechnego zawieszenia broni.

        O zgromadzeniu w celu odbycia Tańca Słońca w czerwcu 1876 r. tak mówił Siedzący
        Byk w rozmowie z księdzem Genin: „Nie przybyliśmy tam, by walczyć. Zabraliśmy
        ze sobą kobiety i dzieci. Chcielismy spotkania wszystkich plemion całego
        regionu, żeby ustanawiać prawa, zawierać rozejmy, odwiedzać się nawzajem, by
        umożliwić młodzieży poznanie się, co sprzyja zawieraniu małżeństw. Spotkaliśmy
        się, tak jak czynili to od pokoleń nasi ojcowie”.

        W centrum obozu wznoszono duże tipi. W nim to specjalnie wybrani wojownicy
        przygotowywali sprzęty liturgiczne, ćwiczyli się w pieśniach, szamani
        wyjaśniali im znaczenie zbliżającej się uroczystości. Pozostali członkowie
        plemienia dzielili się na grupy, które zbierały drzewo dla wzniesienia
        specjalnej konstrukcji. Wokół niej odbywały się ceremonie religijne.
        Przygotowywano żywność na osiem-dziewięć dni. Niektóre potrawy miały również
        znaczenie rytualne. Myśliwi zdobywali nową skórę bizonią.

        Ceremonie dzieliły się na tajne – dla wtajemniczonych, i publiczne, w których
        brało udział całe plemię.

        Czterodniowe bezpośrednie przygotowania do obrzędów rozpoczynały się od
        wybrania i ścięcia świętego drzewa, które miało być wkopane w samym środku
        obozu. Pień tego drzewa był centralnym słupem dla okrągłego wspólnego domu
        obrzędów, budowanego w samym środku koła obozu z pali osłoniętych ścianami z
        wierzbowych gałęzi.

        Wyboru i ścięcia świętego drzewa mogła dokonać tylko kobieta. Wierzono, że samo
        ścinanie stanowiło tak wielką świętość, że była ona wprost niebezpieczna.
        Dlatego zadanie to powierzano przeważnie brance z obcego plemienia, aby nie
        narażać na niebezpieczeństwo własnych kobiet. Przyniesione do obozu wysokie
        drzewo, które ustawiano w centrum konstrukcji, uczestnicy ceremonii witali
        krzykiem, strzelali ze strzelb. Najwyższy kapłan rozpoczynał modlitwy.

        Następnego dnia mężczyźni ścinali mniejsze pale na okrągły szkielet budowli, a
        w trzecim dniu wszyscy zbierali wierzbowe gałęzie, z których pleciono ściany i
        dach. Kiedy ukończono budowę drewnianej konstrukcji, w której głównym elementem
        był słup, zawieszano na nim przedmioty o charakterze sakralnym. Towarzyszyły
        temu tańce wojowników. Przez cały czas długich pląsów tancerze nie otrzymywali
        napojów. W czwartym dniu rozpoczynały się właściwe uroczystości.

        Po wcześniej odbytych postach i oczyszczeniach w saunie, próbie wytrzymałości
        poddawani byli dobrowolnie zgłaszający się, młodzi mężczyźni, by w ten sposób
        uzyskać prestiż i pozycję dojrzałych wojowników. Taniec ten był modlitwą,
        podzięką za doznane dobrodziejstwa lub prośbą o nie. Wielu mężczyzn
        uczestniczyło w obrzędach Tańca Słońca dla wypełnienia ślubowań złożonych w
        zamian za pomoc otrzymaną od sił nadnaturalnych. Święty taniec zbliżał
        człowieka do wszechobecnej natury, łączył go z nią w nierozerwalną całość.
        Udział w obrzędzie Tańca Słońca mogli brać tylko mężczyźni. Jeśli kobieta
        prosząc bóstwa o jakąś łaskę ślubowała odbycie tańca dziękczynnego, tańczył za
        nią jej mąż lub brat.

        Uroczystości towarzyszyły uczty, modlitwy i pieśni cierpienia, a sam Taniec
        Słońca stanowił punkt kulminacyjny, podczas którego mężczyźni poddawani byli
        próbom męstwa.

        George Catlin (1796–1872), który obserwował uroczystość w 1834 r. w plemieniu
        Mandan swój opis rozpoczyna słowami: „Oh! Horribile visu – et mirabile dictu!
        Chwała Bogu, że to co widziałem już minęło, i że mogę o tym opowiedzieć
        światu”. Widowisko to wywarło na niestrudzonym wędrowcu i przyjacielu Indian,
        który przecież przywykł już do niejednego okropnego widoku, tak wstrząsające
        wrażenie, że kazał sporządzić oficjalny protokół podpisany przez trzech
        świadków potwierdzających, że jego zapiski odpowiadają prawdzie i że „nic nie
        jest dodane ani przesadzone”. Niemniej wstrząśnięci byli owi świadkowie
        oglądający ceremonie, Ernst von Hesse-Wartegg i inni.

        Co jest aż tak strasznego w Tańcu Słońca? Otóż chodzi o sposób, w jaki
        wypróbowuje się męstwo młodych, o sposób odbywania pohk-hong, czyli
        dobrowolnych tortur.

        Główna ceremonia rozpoczynała się specjalnym tańcem błagalnym, w trakcie
        którego patrzono na słońce, a po zachodzie słońca – na święte przedmioty
        zawieszone na centralnym słupie. Uczestnik obrzędu wchodził do domu obrzędów w
        towarzystwie starca, który był jego przewodnikiem i nauczycielem podczas całej
        ceremonii. Szaman przewodniczący obrzędom siedział w liściastej altance,
        ustawionej przy zachodniej ścianie budowli. Za n
        • maciej_florek Re: TANIEC Słońca CD1 18.05.03, 17:18
          Za nim wisiała drewniana kukła wyobrażająca potęgę Słońca.

          Zgodnie z relacją Catlina, w sakralnym tipi stary szaman plemienia, pełniący
          rolę mistrza ceremonii, wyjaśniał najpierw zebranym znaczenie Tańca Słońca,
          potem zapalał obrzędową fajkę w intencji zwycięstwa młodych wojowników nad
          bólem. Pod ścianami tipi leżeli młodzi ludzie, których specjalnie
          przygotowywano do tego rytuału przez posty i bezsenność. Wśród zebranych
          znajdowali się odziani w ozdobne stroje wodzowie i szamani, pełniący niejako
          rolę sędziów, oceniających zachowanie się młodych wojowników. Ci najbardziej
          odporni na ból w przyszłości mogli otrzymać dowództwo w różnych niebezpiecznych
          wyprawach wojennych. Uważano, że wytrzymałość na ból jest oznaką posiadania
          przez człowieka nadprzyrodzonych mocy, co niejako upoważnia do przewodzenia
          innym.

          Na polecenie przewodnika tancerz zdejmował ubranie, pozostawiając na sobie
          tylko przepaskę biodrową i mokasyny. Przewodnik malował jego ciało niebieską,
          czerwoną, żółtą i zieloną farbą. Ręce i nogi z reguły malowano na czerwono,
          natomiast niebieskie pasy przeciągnięte przez ramiona stanowiły znak niebios.
          Świeże wierzbowe gałązki przywiązywano do przegubów rąk i kostek u nóg. Potem
          wręczał mu świstawkę ze skrzydła orła.

          W pewnej chwili w środku tipi zajmowali miejsca dwaj wojownicy, w tym jeden z
          nożem do skalpowania, drugi miał w ręku przygotowane zaostrzone drewniane
          kołeczki. Podchodzącym do nich młodym ludziom przebijano skórę, przez którą
          przeprowadzano kołki. Nacięcia te wykonywano po obu stronach pleców i piersi
          wojownika. Czasami nacięcia wykonywano od nadgarstków aż po barki. Obficie
          brocząca z ran krew tworzyła „szkarłatny koc” ofiarowany Wielkiemu Duchowi (np.
          Wakan Tanka u Dakotów). Do tych przewleczonych przez skórę drewienek
          podwiązywano dwa rzemienie. Niekiedy rzemienie przepychano bezpośrednio pod
          skórą narzędziem przypominającym szydło – nie stosowano wtedy drewnianych
          kołeczków.

          Przy dźwiękach fletów, grzechotek i bębnów mężczyzna zaczynał rytmicznie
          tańczyć, to zbliżając się, to oddalając od słupa, do którego przywiązane były
          rzemienie. Tancerz ciągle zawodził modlitewne prośby, bez jedzenia i bez choćby
          kropli wody tańczył przez długie godziny, z reguły blisko dobę. Niekiedy na
          dany przez szamana znak podciągano rzemienie do góry, podrywając gwałtownie
          poddającego się próbie człowieka. Gdy jego ciało zawisło, do drewienek
          obserwatorzy przywiązywali i inne przedmioty (na przykład czaszki bizonów), co
          wzmagało ból, po czym tancerz znowu zostawał podniesiony do góry około dwóch
          metrów nad ziemię. Potem dochodziło do pomnożenia jego cierpień poprzez
          obracanie wiszącego ciała, by zmusić go do krzyku, który natychmiast
          przemieniał się w modlitwę do Ducha Słońca o opiekę w tej straszliwie próbie.
          Kiedy młodzieniec tracił przytomność (czyli stawał się „zupełnie nieżywy”
          lub „przechodził przez śmierć”), jego rytualni „oprawcy” odstępowali i na
          pewien czas zawieszali ciało nieruchomo nad ziemią. Na znak szamana opuszczano
          je na ziemię. Powracająca świadomość przynosiła wizje, będące osobistym
          przeżyciem Indianina. Torturowanie miało na celu uwolnienie się od wszystkich
          powpinanych w ciało przedmiotów. Torturowanemu nie wolno było pomagać. Przez
          cały czas pozostawał pod opieką sił nadprzyrodzonych, które same wyprowadzały
          go ze stanu omdlenia. Potem pomocnicy szamana uwalniali go od rzemieni. Po
          odzyskaniu przytomności tancerz Słońca musiał pełzać wzdłuż ścian pomieszczenia
          ku czaszce bizona, gdzie siedział inny szaman. Trzymał on w ręku toporek.
          Tancerz pragnął złożyć dodatkowy dar siłom nadprzyrodzonym: był nim mały palec
          lewej ręki, który mu odcinano.

          „Niewzruszony spokój, z jakim każdy z nich znosił tortury, przechodzi wszelkie
          pojęcie. Każdy zachowywał ten sam niezmienny wyraz twarzy. Gdy słyszałem, jak
          nóż krajał ich ciało, gdy czułem to niemal na sobie, oni spoglądali na mnie z
          łagodnym uśmiechem, a mnie mimo woli płynęły z oczu nie dające się powstrzymać
          łzy” – pisze Catlin.

          Przez takie próby przechodziło kilku młodych ludzi. Po krótkim odpoczynku
          zostawali wyprowadzeni na centralny plac, by na oczach całego plemienia
          dokończyć Taniec Słońca. Polegało to na uwolnieniu ciała od pozostałych
          powpinanych w nie przedmiotów. Każdemu z tancerzy pomagali dwaj młodzi
          wojownicy. Owijali oni nadgarstki tancerza rzemieniami i rozpoczynała się
          ceremonia tzw. „ostatniego wyścigu”. Na rozkaz szamana zaczynał się powolny
          marsz. Dopóty wleczono ofiary za sobą, dopóki wszystkie drewienka tkwiące w
          skórze nie rozerwały jej po zahaczeniu o jakąś przeszkodę terenową. Czasami
          pomagali w tym widzowie, którzy rzucali się na torturowanego tancerza. Często
          tancerz „umierał” wtedy po raz drugi. Gdy teraz odzyskiwał przytomność, mógł
          zawlec się do chaty, gdzie rodzina przywracała go do zdrowia. Blizny na ciele
          wojownika były przedmiotem dumy. Interesujące jest, że rany zadane młodemu
          wojownikowi w Tańcu Słońca szybko się zabliźniały dzięki lekom ziołowym
          stosowanym przez szamanów.

          Ze względu na samotortury i wizje, rząd federalny w 1881 r. wydał zakaz
          uprawiania Tańca Słońca. Większość kultów starali się likwidować misjonarze,
          którzy upatrywali w nich źródło jedności i siły jednostki utożsamiającej się ze
          swoim plemieniem i jego kulturą. Biuro do Spraw Indian upoważniło agentów do
          wzywania pomocy wojska w wypadku prób powracania do tego rytuału. Jednak mimo
          zakazu nie udało się wyprzeć Tańca Słońca – w tajemnicy był on nadal uprawiany
          w odosobnionych miejscach rezerwatów na całym obszarze Wielkich Równin, choć w
          nieco zmienionej formie. Brakowało już w tym okresie niektórych przedmiotów
          rytualnych, potrzebnych do prawidłowego odprawienia obrzędu. Skóry i głowy
          bizonie były rzadkie i bardzo drogie, czasem więc używano w ich zastępstwie
          kupionych od farmerów skór i głów bydła domowego. Wśród Indian Ute i Szoszonów
          pojawiła się też około 1890 roku nowa wersja tego tradycyjnego obrzędu.
          Uczestnicy przez kilka dni pościli, zadawali sobie rozmaite cierpienia, czasem
          nawet trwałe okaleczenia, w celu uzyskania siły nadprzyrodzonej. Elementy
          tradycyjnej obrzędowości zostały zatem połączone w nowy zespół kulturowy.

          Zakaz został zniesiony dopiero w 1934 r. i Taniec Słońca przeżywał w połowie
          XX wieku zadziwiający renesans. Obecnie tylko w bardzo rzadkich przypadkach
          biały mógłby uczestniczyć w tak świętym widowisku.




          BIBLIOGRAFIA

          1. Lips Ewa: „Księga Indian”; Wydawnictwo „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1960 r.

          2. Nowicka Ewa, Rusinowa Izabella: „Wigwamy, rezerwaty, slumsy. Z dziejów
          Indian w Stanach Zjednoczonych”; Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 1988
          r.

          3. Szklarscy Krystyna i Alfred: „Orle pióra”; Wydawnictwo „Śląsk”,
          Katowice 1974 r.

          4. Teplicki Zbigniew: „Wielcy Indianie Ameryki Północnej”; Wydawnictwo „Książka
          i Wiedza”, Warszawa 1994 r.

          5. Wieszyński Waldemar: „Encyklopedia kultury indiańskiej”, rękopis w
          opracowaniu.



    • maciej_florek TANIEC DUCHÓW GÓR info + zdjęcia 18.05.03, 18:59
      Jest to jeden z bardziej spektakularnych obrzędów odprawianych podczas
      tradycyjnych apackich ceremonii.
      Więcej:
      apacze.w.interia.pl/gans.html
    • mysticdance Taniec mistyczny 19.05.03, 20:22
      Taniec to coś znacznie więcej - to życie i wirowanie ENERGII... Nie bez powodu
      we wszystkich starych kulturach był uważany za święty bądź magiczny rytuał. W
      czasie tańca jednoczysz się we wspólnym rytmie z całym wszechświatem...
      Zapominasz o tym, że coś cię boli, że ktoś zrobił ci krzywdę... Wraz z
      pulsowaniem muzyki twoje rytmiczne kroki gubią żal, gniew i wściekłość... Każda
      komórka bierze udział w tanecznym misterium - jest pobudzana i masowana... Krew
      szybciej krąży, zbiera i odprowadza trujące substancje z organizmu, a
      doprowadza potrzebne pierwiastki do naszych tkanek. W ten sposób twoje ciało
      otworzy się na dobroczynne, lecznicze energie, uwolni się od wszelkich więzów i
      napięć umożliwiając Ci pozazmysłową percepcję. W sensie magicznym - taniec
      przywołuje dobre duchy opiekuńcze człowieka, które odtąd stale go będą chronić.

      MD

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka