sabin-a222
21.09.09, 11:37
Mam 34 lata i poważny problem. Nigdy w życiu nie umiałam pokochać mężczyzny.
Nie wiem dlaczego tak się działo, nikt mnie nie skrzywdził, rodzice dali mi
miłość, cieszyłam i nadal cieszę się powodzeniem u mężczyzn. Fakt, napatrzyłam
się na nieudany związek rodziców i przyjaciół. A może po prostu nie trafiałam
na tego jedynego, podczas gdy rówieśnicy przechodzili kolejne uniesienia.
Gdzieś tam w głębi miałam obraz idealnego faceta, ale nie spotykałam nikogo
podobnego, więc starałam się zejść na ziemię. Owszem żyłam w kilku
teoretycznie fajnych związkach, bo myślałam, że może za wysoko stawiam
poprzeczkę, mężczyzna jest fajny a miłość przyjdzie z czasem...Nie
przychodziła. Mimo wszystko nie czułam się nieszczęśliwa, poświęcałam się
licznym pasjom, żyłam w spokojnym, miłym związku bez uniesień -to było moje
życie. 2 lata temu kiedy byłam przekonana, że w moim życiu nic się nie wydarzy
poznałam Piotra, artystę. Nie mogłam przestać o nim myśleć już po pierwszym
spotkaniu. Zaczęliśmy wymieniać ze sobą maile, gdyż mieszkał w innej
miejscowości. Nie wiem kiedy straciłam kontrolę. Wpadłam po uszy. Zakochałam
się. Po raz pierwszy w życiu poczułam to, co znałam tylko z opowiadań.
Niestety, kiedy po roku Piotr dowiedział się co czuję zaczął mnie unikać i
wtedy zaczął się mój koszmar. Straciłam całą radość życia, zainteresowania,
mam problemy z wyjściem do pracy. Obserwuję Piotra na portalu
społecznościowym, żyję jego życiem. Próbowałam sobie poradzić, przerwać to.
Niestety wszelkie ucieczki od niego kończyły się fiaskiem, wystarczył mały
szczegół abym znów zaczęła tęsknić i rozpaczać. To jest jakiś koszmar, który
trwa nieprzerwanie dwa lata i wciąż się pogłębia. Kiedy poznałam smak tego
uczucia, wiem, że życie bez tego mężczyzny nie ma dla mnie dalszego sensu.
Zawsze byłam zadowolona z siebie, z własnego wyglądu, a ostatnio zauważyłam że
tracę poczucie własnej wartości. Wciąż mam powodzenie, ale inni mężczyźni nie
interesują mnie, więcej - irytują. Ostatnio zaczęłam myśleć, że nie chcę
takiego życia, gdyż czuje się jak martwe ciało, które chodzi do pracy, czeka,
płacze, śpi. Mam wsparcie przyjaciół, ale też nie chcę angażować ich w moje
problemy i martwić ich. Dzisiaj rano pierwszy raz pomyślałam poważnie o tym,
żeby skrócić sobie męki. Tyle, że boję się śmierci. Nie wiem...Mam 34 lata,
poczucie bezradności, niechęć do życia. Czuję, że powoli wariuję. Nawet
przyjaciele mówią mi, że sami cierpieli z powodu nieodwzajemnionej miłości nie
raz, ale uważają że ja wyjątkowo źle to znoszę. Co mam zrobić, jak mam sobie
pomóc? Wszelkie próby pomocy kończyły się niepowodzeniem. To przypomina
zmaganie narkomana z nałogiem. Ja naprawdę bardzo się męczę i myślę aby sobie
te męki skrócić.