Gość: Richelieu*
IP: *.localdomain / 213.77.25.*
12.01.04, 16:50
Małe miasteczko gdzieś w Polsce. Beżowość pomieszana z brudem. Dachówki
pstrokate. Rynsztoki suche, ale po deszczu wypełniają się fekaliami całego
miasta. Uf, co za nieznośny upał, pot leje się strumieniami ze mnie. Brudzę
buty na drodze, która niby asfaltowa jednak asfaltu spod kurzu nie widać.
Strasznie.
W oknach siedzą kwoki z zapuszczonymi korzeniami, na ławkach starzy z w
poobdzieranych łachmanach palą papierosy najtańsze pewnie. Jest też knajpa,
punkt centralny miasteczka. Chleją piwsko czerwononosy pijacy a tłusta
barmanka z wielkimi cycami co i rusz dolewa wyciągając grosze przeznaczone
na dzieciński chleb. Jakaś baba drze mordę na starego żeby przylazł na
obiad, jakby ją ze skóry obdzierano. Dzieciaki wrzeszczą i strzelają
kapiszonami kupionymi u sprzedawcy badziewia, wczoraj, na odpuście, jakby
cały odpust skupiał się na straganie, a nie w kościele. Jeszcze walają się
po centralnym placu miasteczka, który tubylcy nazywają rynkiem, jakieś
śmieci, papiery, rozbite kufle i bówiecojeszcze. Nie ma komu tego śmietnika
posprzątać. I jakiś koń narobił na samym środku rynku. Fuj.
Żar się leje z nieba, piach do ust włazi, a ja stoję jak głupi pośród tych
nienawistnych spojrzeń czepiających się przyjezdnego jak rzep psiego ogona.
Aż strach o nocleg poprosić, jeszcze okradną albo co gorszego.
Cisza i marazm, aż w uszach dzwoni, zapyziałe zabite dechami zadupie.
Małe maisteczko gdzieś na południu Włoch. Beżowość pomieszana z brudem.
Dachówki czerwonawe. Rynsztoki suche, ale po deszczu napełniają się wesołymi
strumykami spływającymi z rynien. Ach, jak gorąco, ciepło pieści moją skórę
aż ta się rumieni na złocisty brąz. Wytupuję kurz z asfaltu, a ten unosi się
i obcałowywuje moje klapki. Pięknie.
W oknach siedzą kobiety czekające aż obiad się dogotuje, na ławkach starzy w
kapeluszach po ojcach i ubraniach sprzed 20 lat pykają fajki tworząc z
kobietami w oknach obrazki do niezapomnienia. Jest też tawerna, punkt
centralny miasteczka. Sączą wino mężczyźni, a dorodna barmanka dolewa gdy
tylko któremuś zaczyna brakować. Jakaś kobieta przywołuje męża na obiad, a
głos ten odbija się od ścian domów miasteczka i ginie gdzieś tam splątany z
innymi wołaniami stęsknionych żon. Dzieci bawią się radośnie kapiszonami
kupionymi u sprzedawcy badziewia wczoraj na odpuście. Jeszcze widać jego
pozostałości na rynku, rozbite szklanice, wstążki, kwiaty, girlandy,
papierowe lampiony. I fruwają gdy wiatr powieje jakby chciały przedłużyć
odpust tak długo jak się da, a szkiełka połyskują za ziemi jak brylanty. Na
środku rynku końskie odchody przypominają, że to miasteczko nieskażone
cywilizacją.
Żar się leje z nieba, kurz tańczy we włosach, ja stoję pośród tych
życzliwych spojrzeń zapraszających na pogawędkę o istocie świata. Aż chce
się przenocować, jeszcze wchłonę się w to środowisko i na zawsze zostanę.
Cisza i zastój, piasek w klepsydrze wyleciał na drogę.