Dodaj do ulubionych

niestety, nie poradziłam sobie...

07.11.09, 20:59
Witam. Wiem, że temat który poruszam jest już oklepany. Dawno temu zakochałam
się. Mężczyzna, którego kochałam długo się wahał, robił mi nadzieje, w końcu
nie zdecydował się być ze mną. Siła tego uczucia była i niestety wciąż jest
wielka z mojej strony. Nie ukrywam, że przez całe swoje 33-letnie życie nie
przeżyłam zawodu miłosnego. Próbowałam z tym walczyć. Próbowałam uciekać w
hobby, a miałam ich mnóstwo, w pracę, w zabawę, niestety bezskutecznie.
Próbowałam się od niego odizolować, nie udało się, gdyż jest to osoba z
najbliższego otoczenia. Mija już trzeci rok, a ja wciąż nie mogę pogodzić się
z sytuacją, to wciąż boli a ja wciąż kocham. Dzisiaj jestem wrakiem człowieka,
który wegetuje i chodzi do pracy. Zaniedbałam się, nie jestem w stanie nic
przy sobie zrobić, w domu syf, straciłam już wszelkie zainteresowania.
Potrzeba utrzymania zmusza mnie jeszcze do wstawania do pracy. Mam wrażenie,
że coś we mnie umarło, że moje życie się skończyło. Inni mężczyźni przestali
dla mnie istnieć odkąd zakochałam się. Nie jestem w stanie się z nikim
spotkać, przejaw męskiego zainteresowania moją osobą budzi we mnie złość. Moje
libido? Wszystko ogranicza się do marzeń o ukochanym, a w realnym życiu nie
mam już libido. Wszystko przestało mnie obchodzić. czuję się jakbym umarła.
Czy nieodwzajemniona miłość może zniszczyć aż tak?
Obserwuj wątek
    • de_witch Ta miłość, którą opisałaś 07.11.09, 21:13

      Nie ma nic wspolnego z miłością. Jej przebieg wygląda podobnie do
      wszelkiej maści narcyzmu. W jednym z wątków, osoba przytoczyła link
      do tematu dość dobrze napisanego o narcyzmie.

      Narcyz skończył według mitu smiercią, ponieważ Echo go w końcu
      porzuciło.

      Ten sposób kochania świadczy o problemie z Ja i indentyfikacji. I
      powinnaś poszukac psychologa, który pomoże ci wyjść na dobrą drogę.
      • moniq35 Re: Ta miłość, którą opisałaś 07.11.09, 21:15
        To samo chciałam napisać. To już nie jest miłość, to uzależnienie i powinnaś jak
        najszybciej poszuakać psychologa, który pomoże Ci wyrwać się z tego letargu.
        Uwierz mi, szkoda życia...
      • de_witch Zacytuje ten link 07.11.09, 21:16
        jest w tresci owego linka cos co moze podsunie ci pomysl?

        pracownia4.wordpress.com/2008/05/12/uwieziony-w-lustrze/
      • to.niemozliwe Re: Ta miłość, którą opisałaś 07.11.09, 21:20
        Mity w ogóle są bardzo ciekawe, ćwicze teraz z córką mitologię, bo
        ma w szkole. Wiele z nich to naprawdę mądre opowieści.
        W ogółe ta koncepcja wielu Bogów, np. grecka jest o tyle sensowna,
        że ludzie składając ofiary i czcząc Bogów od "róznych spraw"...mieli
        te rózne sprawy na względzie. A współczesnie nadmiernie
        przywiązujemy się do jednej sfery życia, np pracy, albo własnie
        uczuć, lub liczy się tylko pasja, a reszta zupełnie nie
        obchodzi...:).
    • to.niemozliwe Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 21:15
      Jeżeli jakaś część Twojej natury czerpie z tego korzyść, to tak. Nie
      wiem jaka? Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że obiektywnie to
      popełniasz błąd zamykając się na ludzi i normalne życie?
    • gadagad Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 21:30
      To nie narcyzm.Narcyz bierze się za niszczenie osoby, która nie spełniła jego
      oczekiwań, bądź ją karze samobójstwem.Autorka jest raczej typem grzecznej
      dziewczynki, która wie, że zadanie trzeba spełnić przynajmniej na czwórkę, bo
      inaczej koniec, - zmarnujesz sobie życie, nic nie jesteś warta, - jak to ,że
      sobie z tym nie poradziłaś, co ty sobie wyobrażasz, że w życiu będziesz
      robić?!Został jej niezaliczony egzamin i jak tu teraz iść dalej.Wybrała faceta,
      a tu pała.Ani jej na czwórkę nie kocha, by może bez dzikiego entuzjazmu,ale
      jednak ją zaakceptował i wziął do domu.I teraz nie tyle faceta kocha, co męczy
      się ze swoją wartością, którą, myśli, jedynie jego akceptacja może jej zwrócić.
    • dyn-ex Re: niestety, nie poradziłam sobie 07.11.09, 21:33
      dobrze ze facet obudzil sie w pore i dal noge od ciebie. kto
      chcialby byc z takim koltunem bez szacunku do samego siebie?
      • e.blackberry.easy Re: niestety, nie poradziłam sobie 07.11.09, 22:39
        Nie rozumiem, dlaczego brak szacunku? Dlatego, że ktoś jest słaby i z rozpaczy popadł w depresję? Dyn- ex piszesz głupoty! Ludzie potrafią się tak załamać, najczęściej właśnie z powodu odejścia ukochanej osoby lub nieodwzajemnionej miłości. Znam takie przypadki. Nieodwzajemnione uczucia czy odejście partnera, śmierć. To nie jest żaden brak szacunku do siebie, ani żaden narcyzm. Nie dorabiajmy ideologii do najzwyczajniejszej w świecie depresji! To przecież klasyczne objawy pogłębiającej się depresji! To, że zakochana cierpi świadczy jedynie jak wiele czuła do tamtego faceta. Gdyby chodziło tu jedynie o ego i poczucie własnej wartości zapewne ,,wyleczyłaby się" następnym uczuciem i byłoby po kłopocie. To jest depresja którą trzeba leczyć. Trzydziestolatko, życzę ci wytrwałości.
        • dyn-ex nie poradziłam sobie 08.11.09, 01:28
          e.blackberry.easy napisał:

          > Nie rozumiem, dlaczego brak szacunku? Dlatego, że ktoś jest słaby
          i z rozpaczy
          > popadł w depresję? Dyn- ex piszesz głupoty! Ludzie potrafią się
          tak załamać, na
          > jczęściej właśnie z powodu odejścia ukochanej osoby lub
          nieodwzajemnionej miłoś
          > ci. Znam takie przypadki. Nieodwzajemnione uczucia czy odejście
          partnera, śmier
          > ć.

          xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

          coz, tekst rodem z brodzika. mieszasz smierc z daniem jej kopa
          przez jej fagasa ktory w pore zorientowal sie ze miesko cuchnie i
          lepiej sie go pozbyc....
          w niedlugim czasie ta sama nieszczesnica bzdzaca bedzie wirtualnie
          umierala....bedzie skamlec i dyszec....by znalezc pocieszenie u
          takich jak ty....
          zycie bywa przwrotne....a takie dramaty sa niczym polski, szary
          papier toaletowy ktorym najlepiej podciera sie zad

          • de_witch A tutaj stronka dla ciebie dyn-ex... 08.11.09, 21:48

            hem.bredband.net/b120394/
            • dyn-ex Re: A tutaj stronka dla ciebie witch 10.11.09, 01:20

              www.youtube.com/watch?v=it3GE3yVy-8
    • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 22:55
      Jesteś w pogłębiającej się depresji...Nie wiem, czy sama dasz radę się z tego
      wyciągnąć...
    • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 22:57
      miłosc
      Miłosc jest jednym z najsilniejszych i najbardziej złozonych uczuc pozytywnych.

      Dobrze rozumiana jesli sie pojawia daje mase pozytywnej encergi, pozytywnego
      nacechowania emcojonalnego, buduje marzenia, wypelnia sens.

      Skoro to takie piekne dlaczego kazdy nie kocha?

      Otuz nie jest to uczucie dla kazdego.

      Prosci ludzie zeby poradzic sobie z miloscią maja proste reakcje oszukwainia sie
      rezygnowania. I moga kochać na jakims poziomie jdnoczesnie nie ryzykuja wiele
      wlana malenkością.

      Kiedy czlowie kambitny sie zakochuje z jakims poziomem wartposci zakochujac sie
      wchodzi na sciezke zycia ktora wymusza odpowiedzialnosci prawdziwosc jego serca.
      Czystosc rozumeinai milosci.
      Tak milosc jest bezwzgledna, stala, silna, nigdy nei zaprzeczona, doepelniana,
      czysta, pragnaca szczscia i dobra obiektow milosci, dazaca do jednosci.

      I wszystko jest piekne, dookola fruwaja motylki, czjesz sie szzesliwa masz wokol
      siebie ludzi i masz swojego ukochanego mezczyzne ktory jest z toba, poznajecie
      sie, układacie sobie zycie. BAwicie sie razem pracujecie, planujecoe, ogladacie,
      podrucujecie, smiejecie sie itp
      Wypelniacie sie porpzez wspolegzstencje jednaczac swojeserc na jakims poziomie.

      ...
      ale zaraz zaraz
      ja tu slysze o bólu egzystencji, problemie, nieawaniu rdy, zalamywaniu sie,
      poddawaniu, zaniedbywaniu itd...
      cos tu jest nei tak.
      Czy to jest milosc?

      nie. To nie jest milosc.
      Co to jest? NIerozumienie milosci izastepowanie ja jakims rodzajem ucieczki,
      autodestrukcji, zagubienia, pozytywne emcoje zastepowane sa zalem, zloscią,
      poczuciem winy i bezradnosci
      to nie milosc to cos co wynika z niedzialania wg milosci i nierozumienia jej.

      Co zatem rodzbic, jak to rozumiec?

      "Mężczyzna, którego kochałam długo się wahał, robił mi nadzieje, w końcu nie
      zdecydował się być ze mną"
      A wiec byłas z nim i wszystko bylo w porzadku przez jakis czas, ale wiekszosc
      tego co o tym mowisz i co ma konsekwencje do dzis bierze sie z tego co robilas w
      tamtym czaie i jak rozumialas pewne sprawy wtedy i jak rozumiesz dzis.

      ten cytat...
      hehe on jest starcznie niepokojący
      "wahał się"
      "robił mi nadzieje"
      ja tu wyczuwam ze juz wtedy mialas problemy z rozmieniem czym jest prawdziwa
      milosc i jak ja rezliowac.
      To co napisalas to naprawde bardzo mało. Wiec latwo o nieprawdilowe wczucie sie
      w to.
      Tzn wyglada to tak jak by od niego oczekiwala, jak by tu byla jakas presja w
      stylu - kocham cie wiec zdecyduj sie bo mnie to juz boli...
      To tragiczne podejscie.
      Taki mezczyzna postawiony pod sciana z kobeita ktora nie radzi sbie ze swoimi
      emocjami oczywiscie ucieka

      rozwiazan z ej sytuacji jest naprawde sporo.
      Wszystkie jednak powinny sie orintowac na miłosc w ogole, i jej rpawidlowe
      zrozumienie tylk owtedy jak sadzie przyneisie ci to pelna ulge i statysfalkcje
      wlasciwego rozwiazania tego co czujesz.

      Niektoryz nie zapominają, mogą sie tak meczyc przez 20 lat.

      prawdziwa milosc za tem jet tak ktora ptragnie szczescia drugiego czlowieka -
      wiec jesli on zdecydowal to bedzie z tym szczesliwy.
      Bol icie to ze czulas ze to bylo troche zpaprane.
      Ze sama siebei zawiodlas.
      Podejrzewam ze kiedy sie rozstawals nie bylo najlepiej, ale potem z dnia na
      dzien bylo juz rtylk ogorzej.

      Tej milosci ktorą w sobie masz trzeba sprostać, zrozumiec ją i ja rezliwoac.
      mozna to zrobic wprzez zwrucenie sie w stronęmilsoci do ludzi, jesli twoaj miosc
      jest przypisana do niego...
      warto wg mnie sprubowac odnowic ten kontakt przynajmniej raz.
      Teraz jednak musiala byssama milosc rozumiec łebiej i pelniej JAk ocos co
      wytycza sciezki twojego zycia i cos co powinno byc absolutnie czyste.
      Tzn bez hadrokoru z parciem na kogos aby ktos za ciebei odwalil wszystko i
      spelnil swoje oczekiwania ale na czyms co polegalo by na natrualnym dawaniu
      czegos od siebie,

      To nie bedzie latwe bo w chwili powrotu musiala bys byc juz czysta emocjonalnie
      bez grama zalu czy bólu, a to mozesz uczynic przez zaufanie sobie i twojemu
      pelnego zrozumienia milosci.
      ale jest to mzolwe, i powinno byc bardzo naturalne i tym razem kiedy siee
      rozstaniecie nie powinno byc zadnych problemow. Bo nie wynikna one z twojego
      nierozumienia emocjonalnego glosu wlasnego serca.
      • trzydziestotrzylatka Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 23:38
        Może to źle opisałam w tak zwanym telegraficznym skrócie, gdyż wiadomo, że ze
        związku nic nie będzie, a najgorszym problemem jest niemoc zapomnienia o
        kochanym przeze mnie człowieku oraz strach przed zaangażowaniem się drugi raz.
        Nie stawiałam go pod murem i życzę mu szczęścia. Nigdy nie byliśmy razem. To
        długa historia. Można powiedzieć, że byliśmy przyjaciółmi, jeśli słowo
        ,,przyjaźń" można zaryzykować dla trzyletniej relacji, ale nie ważne. Nawet nie
        wiem kiedy narodziło się uczucie z mojej strony. On był niesamowitym
        indywidualistą z problemami a jednocześnie miał charyzmę i potrafił
        zafascynować, ja starałam się go wspierać. Przeczytałam z uwagą artykuł o
        narcyźmie, trochę się przeraziłam bo były tam opisane cechy mojego przyjaciela.
        Szczera uczciwa rozmowa na temat: ile dla siebie znaczymy pojawiła się
        przypadkowo. Ja mu że jest dla mnie kimś ważnym i wyjątkowym oraz, że cieszę się
        że jest przy mnie, on mi to samo...Po tej rozmowie wszystko wyglądało pięknie,
        dawał mi do zrozumienia, że jestem kimś wyjątkowym w jego życiu i że nie
        wyobraża sobie życia beze mnie. Niestety okazało się, że miał jednocześnie kilka
        takich przyjaciółek, wszystkie go tak wspierały, a on w rezultacie na wszystkie
        się wypiął i zmienił ,,klimat". Po prostu pewnego dnia przestał mieć czas i
        zaczął spotykać się z kimś innym. Już po opuszczeniu przyjaciela dowiedziałam
        się od znajomej, że on niesamowicie uzależnia od siebie kobiety a potem znika...
        Niestety nie potrafię go przestać kochać, tłumaczę sobie, że zbłądził, że nikt
        nie jest doskonały. Martwię się o niego i w przeciwieństwie do pozostałych
        rozczarowanych koleżanek życzę mu szczęścia.
        Cóż, pomyliłam się, nie wyszło, nie wiem czyja wina. Dla mnie najgorszym
        problemem jest to, że nie mogę zapomnieć o tym człowieku. Wcześniej bardzo
        dobrze radziłam sobie w związkach i byłam raczej silną osobą. Że rozpacz a
        powodu utraty odebrała mi radość życia, spowodowała że boję się angażować w
        kolejne związki - gorzej ja już nie dostrzegam innych mężczyzn. Żaden nie jest
        nim. Ja po prostu nie potrafię wziąć się w garść po tym wszystkim!
        • to.niemozliwe Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 23:44
          A to hultaj jeden ;)
          • trzydziestotrzylatka Re: niestety, nie poradziłam sobie... 07.11.09, 23:48
            to.niemozliwe napisał:

            > A to hultaj jeden ;)
            szczerze... w przeciwieństwie do pozostałych ,,przyjaciółek" nie umiem o nim
            tak myśleć i to jest cała bieda... Dla mnie wciąż jest tym dobrym...eeeech....
            • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 00:24
              "gdyż wiadomo, że ze związku nic nie będzie"
              ...
              wiadomo? hoho
              jakis prorok na m sie trafil czy co? nei am czegos takiego - ze wiadomo

              tak nie wolno w ogole mysleć
              ze wiadomo ze nic nie bedzie? kto wie? WIE... co to ku.rwa jest? Znac
              przyszlosc? w Boga sie bawic?
              Jestwm na to wyczulony... piniewaz 90% lduzi myslacych w kategorii: "bo wiadomo
              ze" cierpi na depresje po tracąchec do zycia i do działania poniewaz sadza ze
              znaja przyszlosc lub ktos zna... alo ze ejst zaplanowana,
              jako mozna zyc beda nihilistycznym fatalistą?
              nei da sie, idzie sie, i podcina sobei taka osoba zycly mentalnie przynajmniej...


              "najgorszym problemem jest niemoc zapomnienia"

              jeszcze lepiej... haha niemoc zapomnienia
              to tak naprawde jest niemoc do oszukwiania samego siebie, niemoc do bycia
              emocjonalnym oszustem.
              Ciekaw jeste mile bulu musiala doswiaczyc osoba ktora prubowala zaprzeczas soie
              i nazywala to zapominaniem.

              Tylk oto zapominanie to wykoslwianei samego siebie i swojego serca,
              to zapominanie to jest "Zapominaine" czyli rpzeczenie swercu - jesli udalo by ci
              sie "zapomnie" oznaczalo by to ze nei ejstes zdolna do rpawdziwej milosci

              "Przeczytałam z uwagą artykuł o
              narcyźmie, trochę się przeraziłam bo były tam opisane cechy mojego przyjaciela"
              -narcym, zlo, itp to sposob na zapominanie.
              Na pcozatku sadzilem ze jestes ambitna emocjonalnie,
              jestes ale tylk oczesciowo i to wewnętrznie bardziej. Dyzonas ambicji
              emocjonalnej głebi do kulturowego hochsztaplerstwa emocjonalnego rodzi brak
              spojnosci i spore negatywne emcoje których doswiadczasz.
              To emocjanalne hochsztaplerstwo to wmawianie sobei ze osoab ktora kochalismy bla
              zła, i wszystko co naprowadzilo by na to "Zło" czyli teorie wnioski, sluza po to
              by samemu uznac sie za doskoanlosci moc kochac uzurpujac zlo partnera. Ma to
              doprowadzic w zamysle do ucieczki od emcoji milosci i "zapomnieniu" o nim. To
              dziala na proste serca. Osoby "ambitne wenetrzne" zazwyczaj p otego typu
              prostackich akcjach czuja spory bol psychiczny zwiazany z oszukwianiem samego
              siebie.

              "Niestety okazało się, że miał jednocześnie kilka
              takich przyjaciółek"
              - Słonko, przyjazn to cos tak bardzo czystego,
              co Ci przeszkadzały ejgo przyjacólki, powinnas byc szczesliwa ze moa kogos przy
              sobei kto sie nim zajmował.

              "Już po opuszczeniu przyjaciela..."
              przyjaciół sie nie opuszcza.


              "Niestety nie potrafię go przestać kochać"
              dlaczego chiala bys przestac kochac?

              "dowiedziałam
              się od znajomej, że on niesamowicie uzależnia od siebie kobiety a potem znika..."
              "w przeciwieństwie do pozostałych
              rozczarowanych koleżanek życzę mu szczęścia"
              -emcojonalne hochsztaplerstwo

              "Cóż, pomyliłam się, nie wyszło"
              -w czy msie pomykiłas?
              - Co miało wyjsc?

              "nie wiem czyja wina"
              -wina czego?

              "Dla mnie najgorszym
              problemem jest to, że nie mogę zapomnieć o tym człowieku."
              dlaczego chesz zapomniec o kims kogo kochasz? to trche dziwne...

              "Ja po prostu nie potrafię wziąć się w garść po tym wszystkim!"
              -jak masz wziasc sie w grasc jak ty tymi dlonmi chialas amputowac sobei serce?
              nie sadzisz ze te ręce satroche poplamione krwią? i nie są na tyle czyste by moc
              tworzyc czysta zkumulowana na pozytywna energie siłe?
              • e.blackberry.easy Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 00:35
                Ciężko się ciebie czyta sp7. Gdzie tu laska napisała, że on jest zły a ona dobra. Dostrzegła pewne cechy w artykule. Toć ona ślepo wierzy, że on jest dobry!!!

                > wiadomo? hoho
                > jakis prorok na m sie trafil czy co? nei am czegos takiego - ze wiadomo


                Czasem nie trzeba być prorokiem, aby stwierdzić, że nie ma szans na związek. Próba odcięcia się i życia normalnie to najlepsza rzecz, jaką może zrobić.
                Dlaczego ma zapomnieć o człowieku którego kocha? Aby móc żyć normalnie. Miłość miłością ale nie można być masochistą! Myślę, że nadinterpretujesz słowa autorki wątku.
                • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 10:33
                  "Gdzie tu laska napisała, że on jest zły a ona dobra. Dostrzegła pewne cechy w
                  artykule. Toć ona ślepo wierzy, że on jest dobry!!!"

                  - PRzejawia sie to na wielu plaszczyznach stwierdzila to w kilku punktach -
                  kilka slow o tym ze jest ok, no i jak an wyczcie pruba doszukwiania sie jakis
                  jego wad ktore mialy bu usprawiedliwic jej uciekanie.
                  To jest durne wg mnie i bardzo powszechne. Ktos zostaje porzucony i potem nagle
                  "odkrywa" jak zly byl ten clzowiek. Wynajdywanie wad, uposledzen w moemencie
                  kiedy sie kocha sluzy temu by pzestalo sie kochac... to ejst jakas paranoja.
                  Moglbym sie zastanawiac dlaczego lduzie tak robią? - ale rozumiem ich, sa w
                  stanie wmowic sobei zlo wlasnego dziecka jesli ich filzoofia zycia nei znajduje
                  czasu na ich opiekie i milosc do nich.

                  To jest chore ale lduzie sa chorzy w jakims stopniu.
                  To mzoe nei jest tu az tak drastyczne bo auorka wiele nie naposiala ale czuc
                  wyraznie ze zaciaga takim typowym nurtem - co by tu na niego znalesc aby moc
                  sobie wmoic ze nie powinno sie kochac...
                  i mamy: o swietny akrtykol o narcyzmie nagle rzecz jasna autorka watku dostrzega
                  ocziwiste konotacje miedzy osobowoscia narzysctyczna a osoba ktora kocha - wiec
                  ma juz podstawy do kolejnej teorii dlaczego tak zły jest.

                  I to sie czesto objawia. Ludzie nawet hchca szukac chorob psychicznych,
                  zaburzeń, zła genetycznego w ldzuiach ktorych z jakis powodow nie chca kochać.

                  "Czasem nie trzeba być prorokiem, aby stwierdzić, że nie ma szans na związek"
                  -czasem wystarczy byc zalamanym idiotą by takie rzeczy stwierdzac.
                  Poniewaz szanse zawsze istnieja i zawsze mozna je wykorzystać.
                  Ale to trzeba powiedziec: jest trudne, eni mam ochoty, nei chce mi sie, mam
                  problemy ze soba i nie czuje sie na silach a nie wmawiac pierdoly o tym że "sie
                  nei da, nei ma szans, nei mozna" bo to sa czyste klamstwa.

                  "Dlaczego ma zapomnieć o człowieku którego kocha? Aby móc żyć normalnie. Miłość
                  miłością ale nie można być masochistą! Myślę, że nadinterpretujesz słowa autork
                  i wątku."
                  -milosc pomaga w zyciu, buduje. To o czym piszesz to bol zwiazany z przeczeniem
                  emocji, slabosciami wewnetrznymi slabosciami duszy i inne rzeczy ktore
                  sprwawiaja ze czlowiek rezygnuje z milosci na rzecz oszukwiania siebie. Sama
                  miosc nie sprawia bolu, bol sprawia neirozumienei tego czym ona jest naprawde.
                  Zamaist koncentrowac sie na uczuciu nalezalo by sie koncentrowac na ulepszaniu
                  siebei i dzialaniu. Atkei trudne to jest?
                  NIE mozna byc masochistą - zfadzam sie w pelni - autorka watku ejst masochistką.
                  KAtuje sie jakimis uczuciami ktore sluza jej destrukcji tylk odatego ze nie
                  potrafi wpoic sibei do glowy ze nei jest pepkie mswiata i ze nei jest doskonala.
                  A jesli sie kocha to trzeba sie rozwijac, sprostac temu uczuciu, umiec podazac
                  za nim czysto, pragnac szczescia czlowieka.
                  A czego ona b chciala - posmakowala kawalka dobrego enetycznei czlowieka i
                  zapragnela go dla siebie czy co?
                  ona po prostu sama nie rozumei teo co czuje tak jak 95% ludzi.
                  • e.blackberry.easy Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 13:43
                    95% ludzi nie potrafi kochać, nie wie czym jest prawdziwa miłość. Rozwalają mnie
                    twoje teorie.
                    • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:24
                      Szokujace ale prawdziwe.
                      1/20 osob tworzy calkowicie czystą miłosc pelna szczescia ktora tra nieustanie i
                      sie dopelnia.

                      reszta gdzies bładzi...
              • trzydziestotrzylatka s.p.7 08.11.09, 00:40
                Nie przeszkadzają mi przyjaciółki i nie opuściłam tylko zostałam opuszczona.
                Dlaczego chcę zapomnieć? Proste - za bardzo boli! Widzę, że łapanie za słówka
                najlepiej ci wychodzi.
                • s.p.7 Re: s.p.7 08.11.09, 01:14
                  :) łapanie za słowka?
                  heh jaki miał bym miec w tym cel?

                  być zmoe nie postawiłem Ci wyboru
                  ale tylko w formie - o caly czas jest, nie chiał bym vy to tak zabrzmiało ze Ci
                  go odbieram bo tego wcale nie chce.

                  Chodzilo mi bardziej o uzmyslowienie sobie tego wielkiego czlowieka ktorego masz
                  w seru - czyli siebie, i to ze ze ejgo zagluszanie bedzie zawsze bolało.

                  mozesz tez pojsc dalej swoja droga "zapominainia" i ja ja zawsze uszanuje i
                  kazdy to zrobic musi.

                  Jesli przez 3 lata ci sie nie udwalo dlaczego mialo by teraz udac ci sie oszukac
                  swoej wlasne serce?
                  Jaki mialo by to meic cel?

                  Wg mnie tylko madre zrozumienie tego czm jest milosc moze sercu pozwolic bic
                  czysto i sprawnie bez zalu, zlosci i frustracji. Kochac czysto.
                  Droga ucieczki jest czyms odwrotnym.
                  Czyms co kaze sadzic sercu ze kochc nie mozna nie warto. NA co nigdy sie nie zgodzi.
                  A jesli sie zgodzi to zamienisz sie w cos innego, zazwyczaj bardziej oziebłego i
                  cynicznego oraz powierzchownego i pltkiego.


                  Ale mozesz próbować zapominac dalej...
                  jesli tedy droga to tez moge ci w tym pomoc:
                  -wmawiaj sobei ze byl zlym czlowiekiem
                  -zbudduj sobie teorie mwoiaca jaki byl zly
                  -pod pojeciem zla wkladaj wszystk oco najgorsze (cham, dupek, prostak,
                  niezdecydowany czlowiek, manipulator, kasanowa, czloiwiek ktory rozkochuje i
                  ucieka, narcyz, itp)
                  -wmawiaj sobei ze milsoc jest nic nei warta, ze w sumei tylk oseks sie liczy
                  -przejmij filozofie zycia w ktorej milosc jest inaczej pojowana tak bys mozgla
                  bez wyrzutów sumienia z niej zrezygnowac
                  -zacznij kochac siebie przez cieszenie sie zyciem i drobnymi przyjemnosciami
                  ktore niesie
                  -odnalez sens w czyms co bedzie cie zajomalo na tyle ze milosci w tym nei edzie
                  potrzbea wiele a jednoczesnie bedzie dawalo ci satysfakcje - np pracoholizm,
                  seksoholoizm, itp ale lepiej by bylo to bardziej budujące,
                  -sprubuj go znienawidziec w taki sposob aby nie znienawidziec razem z nim calego
                  swiata i isiebie

                  to tez jest metoda jesli metody ucieczki szukasz a nie rozwiazania to tak to
                  mniej wiecej wyglada.Słuze uprzejmie.
                • leda16 Re: s.p.7 08.11.09, 10:23
                  Jeśli ktoś tu oszukiwał "trzydziestolatko", to wyłącznie Ty samą siebie. Przyjaźń z fascynacją erotyczną pomyliłaś. W przeciwnym razie byłabyś usatysfakcjonowana przyjaźnią z kobietą. Ty takich przyjaźni nie szukasz, natomiast mężczyzn jesteś skłonna podrywać na "przyjaźń", kłamać, że Ci na niczym więcej nie zależy i wysysać jak modliszka.
                  • nangaparbat3 Ledo 08.11.09, 14:14
                    leda16 napisała:

                    Ty takich przyjaźni nie szukasz, natomiast mężczyzn j
                    > esteś skłonna podrywać na "przyjaźń", kłamać, że Ci na niczym więcej nie zależy
                    > i wysysać jak modliszka.

                    Pozostaje tylko miec nadzieje, ze dobry Bog zadba wreszcie nie tylko o Twoje
                    miejsce na parkingu.
      • wichrowe_wzgorza w obronie Prostych ludzi:) 08.11.09, 11:48
        s.p.7 napisał:

        > Skoro to takie piekne dlaczego kazdy nie kocha?
        >
        > Otuz nie jest to uczucie dla kazdego.

        Rozbawiły mnie te słowa, jak dawno nie - przede wszystkim Miłość potrzebna jest
        każdemu od pierwszej chwili życia, do ostatniej i jest dla każdego. Uwierz.

        > Prosci ludzie zeby poradzic sobie z miloscią maja proste reakcje oszukwainia
        sie rezygnowania. I moga kochać na jakims poziomie jdnoczesnie nie ryzykuja
        wiele wlana malenkością.

        Raczej Ktoś z "nadętym" obrazem siebie oszukuje - się i innych, tworząc Iluzje
        na temat własnej wyjątkowości.
        Prości ludzie, co w Twoim tekście brzmi jak obelga, nie oszukują siebie - są
        realistyczni, nie tylko wobec siebie, lecz i wobec innych ludzi - bardziej
        skłonni do zrozumienia i zaakceptowania niepowtarzalności i indywidualności
        osoby, nie czują potrzeby naginania nikogo dla własnych potrzeb.


        >
        > Kiedy czlowie kambitny sie zakochuje z jakims poziomem wartposci zakochujac
        sie wchodzi na sciezke zycia ktora wymusza odpowiedzialnosci prawdziwosc jego serca
        > . Czystosc rozumeinai milosci.

        Zazwyczaj poziomem wartości przy wielkiej ambicji - jest "Ja":) Moje ja! Gdzie
        tam można w ogóle mówić o czystości? Moje oczekiwania, moje wyobrażenia, moje
        serce - w tym wszystkim można pogrążyć niejedną osobę - we własnej ambicji.

        :)
        • s.p.7 Re: w obronie Prostych ludzi:) 08.11.09, 18:48
          > Rozbawiły mnie te słowa, jak dawno nie - przede wszystkim Miłość potrzebna jest
          > każdemu od pierwszej chwili życia, do ostatniej i jest dla każdego. Uwierz.

          oj nie musze w to wiezyc bo ja to wiem.
          Czasami zwyczajnie uzywam pewnych skrótów myslowych,
          i oczywiscie masz racje milosc nalezy sie kazdemu i kazdy mzoe kochać
          problem w tym ze nie kazdy sobie z tym radzi, dlatego uczieka od niej.


          > Raczej Ktoś z "nadętym" obrazem siebie oszukuje - się i innych, tworząc Iluzje
          > na temat własnej wyjątkowości.
          > Prości ludzie, co w Twoim tekście brzmi jak obelga, nie oszukują siebie - są
          > realistyczni, nie tylko wobec siebie, lecz i wobec innych ludzi - bardziej
          > skłonni do zrozumienia i zaakceptowania niepowtarzalności i indywidualności
          > osoby, nie czują potrzeby naginania nikogo dla własnych potrzeb.

          UZywlas slowa "nadęci" bardziej asuje mi "ZLODOWACIALI"
          oczywiscnie nie chial bym obrazac nikogo czy niczego co bylo by "proste"
          prostota niesia sobą czyte piekno moze tak byc) bardziej uzylem tego w
          kontekscie "nieambitni"


          > Zazwyczaj poziomem wartości przy wielkiej ambicji - jest "Ja":) Moje ja! Gdzie
          > tam można w ogóle mówić o czystości? Moje oczekiwania, moje wyobrażenia, moje
          > serce - w tym wszystkim można pogrążyć niejedną osobę - we własnej ambicji.
          >


          mysel ze ambicje mogą być jak najbardziej WSPÓLNE - calej grupy lduzi, ambicje w
          tym wypadku tworza marzenia,
          Ambicje nasze - wewnerzne moga byc ukierunkwoane na zewnatrz - w takiej kategori
          myslałem o tym.
          jesli ma sie ambicje bycia najlepszym ojcem czy męzam lub matką wymusza to bycie
          najlepszym dla kogos.
    • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 00:01
      Obudził w Tobie jakąś wielką tęsknotę, poruszył cos w Twojej duszy dotąd
      uśpionego i tego jest Ci brak, tego haju...Przeżyłam kiedyś coś dosyć podobnego,
      może jeszcze bardziej niedorzecznego- no i (nomen omen) jakieś 3 lata zajęło mi
      otrząśnięcie się z tego snu złotego :) Też się długo czułam, jakbym miała w
      duszy lej po bombie- ale na koniec, gdy nabrałam dystansu do sprawy;
      uświadomiłam sobie, że nie tęsknie do tego konkretnego człowieka, ale do emocji,
      które we mnie wywoływał...
      • trzydziestotrzylatka Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 00:05
        Nie wiem...Jedno jest pewne żaden mężczyzna nie był w stanie zrobić ze mną tego,
        co się dzieje teraz. Obudzić we mnie tyle emocji! Zawsze byłam silna, a teraz?
        Nie poznaję samej siebie.
        • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 00:08
          Wiesz, to banał, ale to minie. Będziesz juz trochę inna, ale z czasem zaczniesz
          sobie cenić to doświadczenie. Zobaczysz.
    • witaminka_e Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 02:13
      Byłam w podobnej sytuacji jakieś cztery lata temu, zakochałam się jak
      nastolatka ale on wybrał drogę beze mnie. Cierpiałam tak strasznie, że nieraz
      żyć się nie chciało. Myślałam, że to koniec świata. Straciłam sens wszystkiego,
      zero motywacji, zero zainteresowań, nic, pustka, dziura. I tak cierpiałam
      strasznie aż nadszedł dzień kiedy zrozumiałam jak idiotyczna i nieuzasadniona
      jest moja rozpacz. Przyszedł dzień w którym dowiedziałam się, że umarł mój
      Brat. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę czym jest koniec świata, czym jest
      rozpacz, cierpienie, tęsknota. Cierpieć przez jakiegoś fagasa co ma kilka
      panienek na raz???? Rozejrzyj się dookoła. Popatrz na życzliwych Ci ludzi,
      którzy może potrzebują Twojej pomocy, ale boją się poprosić widząc jak się
      zamknęłaś w sobie i umiejętnie pielęgnujesz swoje cierpienie. Ostatnio wpadł mi
      w oko taki cytat "Nie martw się że coś straciłaś, martw się o to co stracić
      możesz." Resztę pozostawiam Tobie do przemyślenia.
      ___________________
    • leda16 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 10:11
      To nie żadna miłość tylko patologiczne zaleganie afektu. Lecz się.
      • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 11:05
        Skąd tak dobrze znacie definicje miłości, że potraficie autorytarnie stwierdzić,
        że to jest albo nie jest miłość ??
        Od zarania światów filozofowie, poeci, a aktualnie psychopatolodzy rozgryzają
        istote i definicje miłości, a przychodzi jakaś pani i ona wie na pewno co to
        jest; i każdemu wytłumaczy jak młotem w łeb...
        Dla ledy16 to ja się domyślam co to jest za uczucie, więc nawet nie zaczynam
        dyskusji, bo mnie jej definicje niewątpliwie przywalą jak dziesięć ton,
        wcześniej rozszarpując aortę...
        • de_witch Bo to wlasnie to. 08.11.09, 15:15

          Afektywne zaleganie uczuc. Nie czytalas nigdy na ten temat?


          ♫♪♫♫♫♪♫♪♫♪♫♪♪♪
          • anbale Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 18:00
            Jednym zalega afekt, innym zalega żółć, jeszcze innym flegma. Co człowiek to
            inny problem.
            Miłość, czy dobra, czy zła, czy jeszcze inna jest pewnym rodzajem uzależnieniem
            od obiektu miłość. Czy żonie kochającej mężą przez 50 lat też "zalega afekt" ?
            • s.p.7 Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 18:13
              jesli miłosc jes uzaleznieniem to zycie jest chorobą ktora trzeba zwalczać

              ...
              dobre rozumiana milosc nie jest uzaleznieniem.
              CZesto widać jak głupi lduzie poczuli miłosc i zaczeli sie nią "sztachać" jak
              blantami.
              Bo takie fajne czucie i ma sie "motylki w brzuszku" przezywa sie euforie.

              To jest uzalenianie sie od uczucia, Czyli to eni milosc a jakies uczucie ktore
              komu sie spodobało.
              Oczywiscie w pradziwej milosci jest ono istnotne i jest fundamentem, jednak
              nigdy uczucie samo w sobie jesli dobrze rozumiane nei jest celem.

              • anbale Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 18:23
                No, kolejna twoja złota myśl.
                Uzależnienie myli ci sie wyraźnie z jakimiś sztachnięciami, z libacjami pewnie
                też, a po prostu chodzi o to, że człowiek kochający usiłuje połączyć się z
                obiektem swej miłości. Cierpi, gdy okazuje się to niemozliwe. Czy ci się to
                podoba, czy nie- tak po prostu jest.
                Może poczytaj np. Kępińskiego, bo na razie to motasz w jakichś bliżej
                nieokreślonych hipotezach, nie wiadomo skąd wytrzaśnietych.
                • s.p.7 Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 18:38
                  Dlaczego osoba kochajaca chce byz z osoba którą kocha?
                  Poniewaz tylk otak moe rozwijac sie i realizowac prawdziwa miłosc, czyli przez
                  realna wspolegzystencje, bliskosc, czulosc, cieplosc, wspolna komunikacje,
                  pomaganei sobei na wzajem, pzonawanie siebie, rozumienie swoich potrzeb dazen,
                  formowanie wspolnych dróg.

                  JEslisie kogos kocha nei zmona tej milosci realiowac przez swoje mysli.

                  Cierpi gdy nei ejst to mzoliwe...
                  JEsli cierpi to tylko z wlasnej głupoty lub nizezrzoumienia - cierpienie jest tu
                  zbedne ,calkowicie niuzasadnione.

                  Jesli np mezczyzna kocha swoje dziecko, posyla dziecko do szkoly - i wie ze go
                  wieczorem zobaczy dlaczego mial by cierpiec? Nei cierpi.

                  A milosc to nei jest co co ma dawac przyjemnosc tylko jest dawaniem czegos
                  osobie ktora sie kocha.
                  I to m.in. dlatego uzylem okreslanie "sztachanie sie" poniewaz niektory ludzie
                  podniecaja sie samym uczuciem nie rozumiejc go, co ono oznacza. Milosc jest
                  przyjemna dlatego jej chca zapominajac co powinno ono oznaczac.

                  Takie nierzoumienie czesto przynosi cierpienie.

                  Jesli bycie razem jest niemozliwe - np dana osoba nie zyje - cierpienie nei ma
                  nic wspolnego z miloscia. jest czyms przeciwnm i calkowicie nieuzasadnianym.
                  Wynika to bezposrednio z braku kompetencji emocjonalnej.

                  Wice cierpienie w pzypadku milosci i rozstania w zasadzie powinno calkowicie nie
                  istniec.

                  Odchodzac od abstrakcji - w rzeczywistosci jest tak ze czesto dana osoba sie
                  zakochuje nieczysto - chce czegos od osoby ktora kocha. CZy np "zawodzi" sama
                  siebie i inne osoby daltego zostaje porzucona - bol jest informcja ktora mowi ze
                  powinno sie dazyc do rozwoju osobowosci tak y wiecej "nie nawalac".

                  Milosc akceptuje w pelni wole osoby - nie pwoinno sie sadzic ze posida sie na
                  wlasnosc osobe ktora sie kocha.

                  MOze ci to trudno zrozumiec ale posiadam zdolnosc myslenia jak pan Kepiński
                  zapewne dlatego sam moge tworzyc hipotezy i je dowodzic, argumentowac czy
                  dyskutowac na jej temat.
                  JEsli czytalas Kepinskiego, wiezysz ze to co napsial jest prawdziwe - prosze -
                  podaj jego teorie to bedziemy mogli podyskutowac,
                  Bo ja niestety go nie czytałem

                  • dyn-ex Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 18:53
                    s.p.7 napisał:

                    > I to m.in. dlatego uzylem okreslanie "sztachanie sie" poniewaz w
                    rzeczywistosci jest tak ze czesto dana osoba sie
                    > zakochuje nieczysto
                    xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
                    U gina
                    > mam wizyte dopiero za tydzien, a maz juz dziala i dobiera sie do
                    mnie na sile.
                    > Dzisiaj rano kiedy jeszcze spalam po prostu bez zadnego wstepu
                    zaczal seks.
                    > Obudzilam sie kiedy lezal na mnie trzymajac mnie mocno. Poddalam
                    sie.
                    > Poplakalam sie tylko w trakcie a on mnie calowal i przytulal
                    robiac swoje.
                    • s.p.7 Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 19:31
                      dynex moze na podstawie wlasnych doswiadczen z dziecinstwa sadzic mozesz ze
                      kopcenie w zad oznacza milosc - nie to nie byla milosc to byl tylko czyis popęd
                      seksualny
                      • dyn-ex Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 19:45
                        s.p.7 napisał:

                        > dynex moze na podstawie wlasnych doswiadczen z dziecinstwa
                        sadzic mozesz ze
                        > kopcenie w zad oznacza milosc - nie to nie byla milosc to byl
                        tylko czyis popęd
                        > seksualny
                        xxxxxxxxxxxxxxxx
                        jestes jak kal na penisieterzeba odgradzac sie od przeszlosci
                        szzelnymi murami,
                        nei meiszac ldzu ize soba, kazdy to indiwiduum
                        podajc to ryzywku - ona zawsze istnieje ale trzeba miec w sobei
                        odwage
                        i sile - keiy ktos jest silny nei mu iobawiac sie niczego

                        pzoatym myslec pozytywnie, miec nadzieje - keidy ty ie boisz two
                        jstrach sie
                        udziela drugiej osobie bo ona jest moze bardziej nieufna niz ty

                        wiesz musisz byc w kondycji
                        po co masz krzywdzic siebie i inncyh jak czujesz ze sie nie
                        nadajesz to sprubuje
                        sie jakosc poukladac
                        wg mnei nei ba wiekszego sensu wchdzic tak na pol gwizdka

                        przedstawanie medskiego i kbeocego punktu widzenai nie ma zadnego
                        sensu wg mnie
                        • s.p.7 Re: Bo to wlasnie to. 08.11.09, 20:04
                          Dynex ale tak szczerze ile ogorasow ci zostało w lodowce? Podejrzewam ze zapsay
                          sie skonczyły, wie mze sezon nie w pełni i wiadomo wydatki...
                          ale zrób to dla siebie, w biedronce taniej dostaniesz, maja stoiska z warzywniakami

                          a co do moich cytatów - słuchaj
                          wklejanie ich wyrwanych z kontektu nei zrobi z ciebie mądrego cżłowieka ale
                          dobre i to na początek - co prada nie spytales sie czy mozesz mnie cytowac ale
                          jak chesz zablysnac i poprawia ci to nastrój - mozesz prubowac ale madrosci ci
                          to nie doda
                          • de_witch dyn-ex 08.11.09, 20:17

                            Ma zawsze sczescie tylko do ogoreczkow...korniszonkow.

                            pu.i.wp.pl/?k=MzY1Mzk5MjAsMzE0NzIy&f=monafasola.jpg
            • de_witch Kocha? 08.11.09, 18:22

              A kto tutaj kogo kocha? Ona jedynie mysli o tym bylym facecie przez
              kolejny juz rok. Gdzie tu jest miejsce na milosc.

              czy milosc to jedynie nieustannie zamartwianie sie, smutek, tesknota
              itp.?
        • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:23
          jest albo nie jest miłosc... :)

          kazda miłosc jest inna - zawsze psizpisana do osoby ktora ja czuje - sila i
          rodzaj uczucia - oraz do obiektu - realnego badz abstrakcyjnego czy jego wybrazenia.

          NIe ma dwóch takich samych milosci a nade wszystk amo uczuie w czlowieku
          neiustannie ewoluuje i przechodzi przepbrazenia i metamorfozy.


          nie trzbea miec efinicji zeby wiedzic ze osoba krtroa emocjanonie niszczy siebei
          sama nie kocha - żal to nei milosc. Wyzwala poczucie winy, smutek.
          Co to ma wspolnego z miloscią.
          Czlowiek popadajacy w autodestukcje nei moze kochac - poniewaz aby kochac innych
          najpir trzeba budowac siebie. Wiec milosc bez milosci ktoa ma sie w sobei nie
          istnieje. Jak mozn dac komus milosc nie majac jej w sobie?

          kilkuletnie dziecko potrafilo by stwierdzic czy dana osoba kocha czy nie kocha.
          i nei trzbea do tego definicji ani filozofow
      • e.blackberry.easy Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 13:45
        leda16 napisała:

        > To nie żadna miłość tylko patologiczne zaleganie afektu. Lecz się.

        Jasne bo ty potrafisz na podstawie krótkiego postu ocenić jaki to rodzaj uczucia.
    • nangaparbat3 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 10:28
      Nieczęsto sie zgadzam z Ledą, ale tym razem tak - tez uważam, że powinnas się
      leczyc, nie tyle z miłosci co z depresji.
    • greengrey Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 12:27

      opis twoich uczuć i przeżyć odpowiada silnemu uzależnienieniu, mało
      przypomina miłość, choć rozumiem, że tak to tłumaczysz

      uzależnienie na granicy z autodestrukcją

      naprawdę potrzeba Ci psychoterapii- jak wspominali inni

      jednak chcę zwrócić uwagę na jeszcze jedno

      zrób co się da- żebyś przestała mieć z nim kontakt
      odejdź, zmień pracę, miejsca przebywania

      bo niezmiernie trudno będzie Ci wracać do równowagi, w której Twoje
      dobro jest najważniejsze, z tym czlowiekiem plączącym się co chwilę
      na Twojej orbicie

      zadbaj o siebie- warto zmienić wiele, by siebie ratować z
      uzależnienia, które niszczy Ci życie

    • alicja_w_krainie Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 17:09
      Czesc Trzydziestolatko,
      Przezylam cos bardzo podobnego, niemal identyczna milosc jakies 8
      lat temu. Dzis jestem juz tez trzydzestolatka, ale tamego uczucia
      nigdy nie zapomne. Tak samo jak w twoim przypadku bylo kompletnie
      nieodwzajemnione, nigdy z nim nie bylam w zwiazku i popadlam w
      depresje.
      Naprawde przykro czytac niektore komentarze swiadczace o kompletnym
      braku wrazliwosci. Czy to milosc czy nie milosc, ból jest.
      Chcialabym ci tylko powiedziec, ze sytuacja nie jest beznadziejna,
      ze jest wyjscie (oczywiscie nie jest nim zwiazek z ta osoba).
      Poszukaj pomocy. To co przezywasz to depresja albo poczatek
      depresji. Nie musisz tak się meczyc. Z tego jest wyjscie. Troche to
      zajmie, ale mozesz znow odzyskac siebie i byc szczesliwa. Osobiscie
      polecam psychoterapie (sama chodze teraz do psychoterapeuty i czuję
      neisamowita zmiane w moim zyciu) - zrób to dla siebie!
      • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:16
        8 lat - neizla kaszana
        znam przpadki 20 lat - ludzie to sa masochisci. Niezdolni do glebszgo spojrzena
        w duszeldzuką, rozumienie emocji i ich sensu.

        kaszana we łbie.
        • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:24
          Przez ciebie przemawia pycha. Na dodatek nie wiadomo czym poparta, bo głupoty
          wypisujesz.
          • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:41
            dyzortografia przemawia :)
            Wiesz ja byl bym szczesliwy gdybys mi powiedzial na czym te glupoty polegają, bo
            mogłbym nauczyc sie czegos od mądrosci ktora mozesz w sobie posiadać.
            Dlatego byl bym wdzieczny jesli potrafila bys lowo "głupoty" rozlozyc na
            jakikolwiek argumenty.
            Bo ja nie zakladam ze sie nei myle, ciekawi mnie jak wg ciebie wyglada prawda?
            mozemy sie czego nauczyc
            • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 18:56
              Nie aspiruję do głoszenia żadnej prawdy, ale piszesz elaboraty na temat "jak ja
              sobie wyobrażam miłość siedząc przy kompie w te długie, listopadowe wieczory" z
              zadęciem, jakbyś głosił prorocze prawdy maluczkim na forum psychologia. Nie
              jesteś w stanie pojąć, ze to jest tylko zbitka twoich poglądów, wyobrażeń,
              złudzeń i doświadczeń, bezużyteczna dla kogoś, kto posiada swoją, zupełnie inną
              zbitkę...
              Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak wygląda miłość z punktu widzenia psychiatry z
              humanistycznym zacięciem, to gnaj do biblioteki, ja Ci nie będę ułatwiać sprawy.
              Może załapiesz przy lekturze na czym polega pojęcie "uniwersalizm"
              • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 19:54
                Do prawdy mozna sie jednak zblizać i o to głownie chodzi. Ktos kto chce plywac w
                swoim relatywizmiei iluzjach nie potrzebuje dazenia do prawdy - czy idei prawd
                obiektywncyh,
                nawet ebdzie unikał ponieważ to mogło by sprawidz ze zejgo wyobrazenia okazały
                by sie błedne.

                NIe mam czasu czytać kiępińskiego, ale skoro mi zaproponowałas zebym sobie to
                poczytał to mysłałem ze cos wiesz na ten temat i mogła bys sie podzielić ta
                wiedzą ale sprawy mi nie zamierzasz ułatwiac - to trudno z Kepińsiego zrezygnuje :)

                podobnie nei za bardzo obchodzi mnie na ta chwiel uniwersalizm - nie chesz sie
                tymdzielic to trudno - zawsze zmona sobie zgooglowac

                no bo widzisz ja taki głupi jestem a ty taka madra.
                nawet rozkaz pognania do biblioteki dostalem (zebym sie nie rozleniwial) i co
                bym ogłady nabrał, definicje oszołomologów Kepinskiego, uniwersalizy poznal i
                inne madrosci swiatowe których pozbawiony jestem rzecz jasna.
                normalnie sypneło perłami przed wieprze.
                nie, serio

                hehe, jednak napisze ci to, przewinela mi sie jedna mysl przez głowe, bardziej
                wyobrazenie, jak by to było jak bysmy lezeli oboksiebie w łuzku (oczywiscie
                kontekst seksualny wykluczony - czyto jak majkel dzekoson i dzieci) - tak krotka
                migawka, lezałas obok ale nieruchoma, spojrzałem sie na Ciebie i zobaczyłem
                gnijacego trupa, z otwartymi oczami.
                To przykre i zniesmaczające oraz odpychające.
                hehe ale taka była prawda mojej wizji olsnionej ;)
                • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 19:58
                  bredzisz, no trudno.
                  • s.p.7 Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 20:05
                    ;)
            • haalszka Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 19:21
              ..a ja lubie czytac twoje posty, sa naprawde dobre.
              tylko jest jedno ale... moim zdaniem ty piszesz na wysokim poziomie tzw
              emocjonalnego porzadku np relacji miedzy ludzmi. Ja to tak odbieram, co dla
              ludzi niewtajemniczonych, moze byc trudne do zrozumienia..
              moim zdaniem autorka popadla w sidla nieszczesliwej, niespelnionej milosci,
              uczucia, zostala porzucona, odrzucona i nie ma w niej samej na to zgody...jak
              pisala nigdy nie przezyla zawodu milosnego. Ja mialam podobnie, zawsze to ja
              podejmowalam decyzje o rozstaniu, kiedy trafilam na ciezki material, pomimo
              duzej dawki negatywnych uczuc cos mnie pchalo ku temu czlowiekowi. pchalo mnie
              ogromne wyobrażenie ze mi silnej uda sie urobic tego czlowieka na partnera..
              kilka jego zwiazkow konczylo sie i do teraz jest sam. im trudniejszy partner im
              silniejsza osoba tym wieksza determinacja.
              Traca to troche uzaleznieniem, a moze to pierwszy ktory poruszyl odpowiednie
              struny? a moze to czlowiek pierwszy ktory poruszyl struny dojrzalej kobiety a
              nie mlodej, naiwnej? pamietaj ze mialas 30 lat, mialas juz osiagniety wiek w
              ktorym kobieta wie czego chce.
              i moze to jest ten problem.
              ja po rozpadzie ostatniego zwiazku dalam sobie czas np pare miesiecy na tzw
              zalobe, pozniej poszlam w tango i dzis prawie rok po rozstaniu potrafie zlec
              bylego dobijajacego sie do mnie, bo szkoda mi mnie samej, szkoda mi znowu
              cierpiec z jego powodu. wole cierpiec przez nowych innych ludzi, a moze czuc
              rozczarowanie nie cierpiec.
              daj sobie jeszcze np miesiac a po tym czasie umow sie z kims, poszalej, zobacz
              ze jest zycie, ze sa inni.
              a moze idz z kims pogadac? jakas terapia?
              powodzenia
        • alicja_w_krainie Re: niestety, nie poradziłam sobie... 09.11.09, 11:15
          s.p.7,

          w odpowiedzi na twoj post:
          napisalam 8 lat temu, a nie ze moja nieszczesliwa milosc trwala 8
          lat.
          I ty uwazasz ze jest w stanie glebiej spojrzec w dusze ludzka i
          zrozumiec czyjes emocje, kiedy twoj komentarz na temat uczuc drugiej
          osoby to 'kaszana we lbie'?
    • aries-sf Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 19:26
      Abstrahując od zakłamania bądź nie założycielki wątku nurtuje mnie
      jedna rzecz??? Skąd ta pewność że jest zakłamana??? jeśli nawet w
      jakimś sensi jest to i tak niewlele to zmienia. Zepsutą kiekierą też
      możnaodrąbać głowę. 2 + 4 = 6 ale i 4 + 2 = 6
      • anbale Re: niestety, nie poradziłam sobie... 08.11.09, 19:56
        ale o czym Ty piszesz?:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka