trzydziestotrzylatka
07.11.09, 20:59
Witam. Wiem, że temat który poruszam jest już oklepany. Dawno temu zakochałam
się. Mężczyzna, którego kochałam długo się wahał, robił mi nadzieje, w końcu
nie zdecydował się być ze mną. Siła tego uczucia była i niestety wciąż jest
wielka z mojej strony. Nie ukrywam, że przez całe swoje 33-letnie życie nie
przeżyłam zawodu miłosnego. Próbowałam z tym walczyć. Próbowałam uciekać w
hobby, a miałam ich mnóstwo, w pracę, w zabawę, niestety bezskutecznie.
Próbowałam się od niego odizolować, nie udało się, gdyż jest to osoba z
najbliższego otoczenia. Mija już trzeci rok, a ja wciąż nie mogę pogodzić się
z sytuacją, to wciąż boli a ja wciąż kocham. Dzisiaj jestem wrakiem człowieka,
który wegetuje i chodzi do pracy. Zaniedbałam się, nie jestem w stanie nic
przy sobie zrobić, w domu syf, straciłam już wszelkie zainteresowania.
Potrzeba utrzymania zmusza mnie jeszcze do wstawania do pracy. Mam wrażenie,
że coś we mnie umarło, że moje życie się skończyło. Inni mężczyźni przestali
dla mnie istnieć odkąd zakochałam się. Nie jestem w stanie się z nikim
spotkać, przejaw męskiego zainteresowania moją osobą budzi we mnie złość. Moje
libido? Wszystko ogranicza się do marzeń o ukochanym, a w realnym życiu nie
mam już libido. Wszystko przestało mnie obchodzić. czuję się jakbym umarła.
Czy nieodwzajemniona miłość może zniszczyć aż tak?