Gość: beza
IP: *.crowley.pl
22.03.04, 16:30
Kobieta tworzy zwiazki. Pierwszy (z wazniejszych oczywiscie):
on bardzo jej imponuje, ma zainteresowania bardzo wyrazne, wie na jakie
studia isc, co robic w zyciu, jest towarzyski, jezdzi czesto do USA,
popracuje to tu, to tam.
Jest cieply, spokojny, lekko zakompleksiony.
Zaczyna sie ich zwiazek. Ona, krok po kroku wchodzi w jego zycie. Wybiera te
same studia, uczy sie tych samych jezykow, jego hobby staje sie jej hobby, ma
tylko jego znajomych (jej kolezanki ida w kat), jezdzi z nim do USA do jego
rodziny, przejmuje od niego prawie wszystko.
I we wszystkim jest lepsza. Na studia sie dostaje dzienne, on nie, jezyki zna
lepiej, wiecej zarabia w tej samej pracy. Nie zostawia facetowi zadnego
wolnego pola, na ktorym moglby jej jeszcze choc troche imponowac.
Zyje jego zyciem i jest z nim dopoty, dopoki nie wygra rywalizacji.
Wygrala.
Zrywa.
Kolejny facet.
Historia sie powtarza. Koles jest informatykiem. Ona zawziecie uczy sie
htmla, zapisuje na kursy. On zna inny jezyk perfect, ona lezie na ten sam
jezyk, byleby nie byc gorsza od faceta.
On nie lubi Busha, ona tez.
itd, itd.
Ona znow wygrywa rywalizacje, zrywa, szuka kolejnego kolesia.
Kolejny ma do zaproponowania jeszcze inne rzeczy, o ktorych ona nawet nie
snila. Wiec co robi? Zaprzecza calemu swojemu zyciu, odrzuca wszystko i
wszystkich.
Jest pochlonieta rywalizacja z facetem. Kto bedzie tym facetem bardziej? Ona
czy on?
Znow ona.
Zrywa.
I szuka kolejnego kolesia, na ktorym mozna sie wspiac gdzies, a potem go
odrzucic, jak starego smiecia.
Przestal kolezance imponowac, udowodnila sobie, ze jest lepsza.