Gość: Jednolicowiec
IP: *.idea.pl
23.03.04, 17:27
Przepraszam, to jest dlugie.
Do myślenia mi dały:
Wątek: "Wyrzuty sumienia", Gość: Dwulicowiec - 16.03.2004 12:25
Wątek: "Siła zdradzonych" i artykuł:
http://www2.gazeta.pl/kobieta/1,24365,1626405.html
---
Co o tym myślicie? Spodziewam się, że odpowiedź już znam, bo przeważnie te
oceny są jednoznaczne. Pytam jednak dlatego, bo chciałbym poznać więcej
opinii osób postronnych.
Ona (X): lat 25; mieszka sama, mama nie zyje od paru lat, ojciec z nowa
kobieta.
Ja: lat 60; rodzina: zona i 2 dorosle corki z rodzinami.
Mieszkamy kilkaset km od siebie i miedzy tymi miejscami niemal wcale nie
jezdzimy.
Poznałem X prawie rok wstecz w Internecie na ograniczonej tematycznej grupie
dyskusyjnej. Ona zapytala o potrzebny material, ja odpowiedzialem - krotko i
zwięźle. Potem przez miesiąc trwała wymiana poczty związana z tym tematem. X
jest osobą niezwykle aktywną zawodowo i społecznie, w Internecie także.
Google wywalilo mi sporo linkow do stron, na ktorych znalazlem wiecej
szczegolow dot jej zycia, takze fotografie. To akurat jeszcze nic nie
znaczylo. Momentem zwrotnym w naszej korespondencji bylo moje zapytanie dot
grupowego zdjecia. Tam jedno z nazwisk wskazywalo na goscia, ktorego kiedys
znalem. Przypadek totalny, bylo to 40 lat temu i tylko przez 2 m-ce. Zaczela
sie wtedy korespondencja coraz bardziej prywatna i mniej "oficjalna" w tonie,
czyli po prostu taka bardziej ciepła. Od poczatku znalem jej wiek, a ona moj.
Powiedzialem otwarcie ile mam lat, ze to nie podryw, ze mam rodzine itede.
Ona tez nie kryla, ze ma kogos i niebawem wezma slub.
Kiedys po spięciu z ojcem, gdy wieczorem pisala maila, wylala tam troche
goryczy na swoje zycie. Chyba od czasu tego listu poczulem sie w
roli "zapasowego ojca". Moze wlasnie potrzebny byl jej taki ojco-przyjaciel
do pogadania. Z czasem stala mi sie bardzo bliska, jak jeszcze jedna corka.
Tak zreszta powiedzialem i jej i w domu. U mnie w domu wszyscy tez wiedzieli
od poczatku o tej znajomosci, o tym, ze z nia koresponduje i jak ja oceniam.
Po paru m-cach, bedac z zona blizej tamtej miejscowosci, spotkalismy sie we
trojke w kawiarni. Zona wtedy tez ja pozytywnie ocenila. Zaprosila ja do nas.
Przyjechala na 2 dni. Pojezdzilismy troche po okolicy - taka wycieczka
widokowa przez okno samochodu. Nie bylo miedzy nami absolutnie zadnych
fizycznych gestow, czy oznak czegos, co by dawalo do myslenia. Mniej wiecej
bylo dokladnie tak, jakbym obwozil corke mojego brata - czyli kogos
odpowiednio mlodszego, ale nie calkiem obcego. Pozniej widzielismy sie raz
przez 10 minut na dworcu kolejowym w innym miescie (my tam bylismy, a
dowiedzialem sie, ze ona akurat tamtedy bedzie jechala). Na tym dworcu bylem
sam, bez rodziny, bo nikt nie chcial mi towarzyszyc. Potem, az do tej pory,
byla wylacznie korespondencja mailowa, czasem Gadu-Gadu i doslownie kilka
rozmow telefonicznych. W dalszym ciagu - zero szczegolow o zabarwieniu
erotycznym (nie liczac emotikonow i bardzo drobnej zartobliwosci).
Niedawno rzucil ja jej chlopak. Po 2 latach znalazl sobie kogos
atrakcyjniejszego i mlodszego. Dla niej to byl dramat, bo ostatnio od
dluzszego czasu mieszkala juz nawet u niego, miala tam wspaniale uklady z
jego rodzina i czula sie jak w domu lepszym od jej wlasnego - ktory w
zasadzie nie istnial. Wtedy nasza wymiana poczty zrobila sie bardzo
intensywna. Pisalem jej sporo listow z trescia na uspokojenie. Korespondencja
nasza nigdy nie byla utajniana przeze mnie. Odwrotnie, zachecalem zone do
przeczytania jej. Chcialem, zeby w jakims sensie podzielala moj nastroj. Nie
czytala, poprzestawala na moich "komunikatach" - podobnych do wielu
cytowanych np w wymienionym artykule (patrz link wyzej) i w Internecie, jako
synomim zdrady psychicznej, choc nie robilem zadnych porownan miedzy
kobietami (w sensie, tu wady tam zalety). X wiedziala zreszta takze, ze zone
uwazam za wspanialego czlowieka, z ktorym zawsze mam o czym porozmawiac. Ale
z powodu w/w dramatu mojej znajomej, moje komentarze w domu takze byly
dluzsze. W koncu kiedys zona "pękła". Dowiedzialem sie, ze z poczatku
traktowala wszystko inaczej, bo sadzila, ze bedzie to jakas przelotna, luzna
znajomosc ("chwilowo mu odbilo") i wystarczy nam tylko okazjonalna wymiana
kartek swiateczno-imieninowych. Zdziwila sie, ze X wybrala mnie - starego
obcego faceta na powiernika, zamiast poleciec na pogaduchy do najlepszej
przyjaciolki. Uslyszalem tez zarzut z tym moim wyjsciem na "spotkanie" na
dworcu i w ogole zbyt czestą korespondencje, ktora na dodatek stala sie zbyt
uczuciowa. Maile z moim "doradztwem" i wyprowadzanie X z dolka - za jej
zgoda - wydrukowalem zonie do przeczytania i porady. Ale ten wystrzal zony
nastapil wcale nie po przeczytaniu i wzajemnej dyskusji, tylko za miesiac.
Wtedy z kolei wykonalem z domu krotki telefon do znajomej, zeby zapytac kto
zmarl w jej otoczeniu.
Po ostatnim sygnale zony, ktory zabrzmial dla mnie jak scena zazdrosci (choc
powiedziala, ze nie to miala na mysli; poza tym nie byla to zadna klotnia) -
napisalem do X co sie zdarzylo, ze ja osobiscie troche sie dziwie takiej
reakcji (bo zawsze uwazalem malzonke za osobe z szerokimi horyzontami
myslowymi) i ze w niczym to nie zmienia mojego stosunku do niej. Napisala
tylko z zalem, ze teraz to chyba wizyta u nas wykluczona. Pozniej juz temat
nie byl poruszany, choc krotko raz rozmawialismy.
Ustalo tez mailowanie, nawet nie ma na Gadu "zaczepek" w rodzaju "dzien
dobry". Po prostu jest cicho.
Z komputera domowego juz po wiadomej rozmowie z zona usunalem cala
korespondencje, zdjecia itp. Kopie mam jeszcze na CD i w pracy moge z tego
skorzystac. Napisalem - czeka na wyslanie - taki calkiem ostateczny mail.
Dalem sobie miesiac na wyslanie jego - w zaleznosci od okolicznosci. Moje
pozniejsze rozmowy z malzonka sa normalne, czyli w miare mile i cieple. W
niczym nie sygnalizuja zadnych zadraznien z tamtego powodu. Musze takze
dodac, ze w tej korespondencji mailowej wcale niedwuznacznie napisalem kiedys
do X, ze uwazam nasza relacje w takim stanie za constans. Zadne inne uklady w
gre nie wchodza, bo jestem dla niej za stary i mam obowiazki rodzinne.
Powiedzialem tez, ze ona powinna sobie znalezc jakiegos innego fajnego
chlopaka ze swego przedzialu wiekowego i byc z nim szczesliwa bardziej niz
byla do czasu tego kryzysu. Calosc tego ukladu traktowalem od poczatku do
konca nie jak jakies zauroczenie dziewczyna w sensie ewolucji erotycznej.
Raczej jak wlasnie takie cieple stosunki miedzy corka i ojcem. Moje corki
niestety nie mialy dobrego ojca, bo go za dlugo i za czesto nie bylo w domu.
Przyzwyczaily sie wiec do tego, ze z ojcem sie gada malo (starsza), albo
prawie wcale (mlodsza).
I teraz moje pytanie. Czy mozna to porownac do chorego zafascynowania starego
faceta mlodą dziewczyną? Czy taki kontakt korespondencyjny, ktory de facto
nie ma w przyszlosci prawie zadnych szans na spotkania fizyczne - nie
powinien byc z tego powodu kontynuowany? Coz w tym zlego? Że dziwnego - to
sie zgadzam, bo to sie trafia b.rzadko. Przynajmniej do tej pory, bo w
czasach Internetu takich sytuacji bedzie chyba wiecej. Wtedy moze jakiejs
korekcie poddane zostana kanony "wlasciwych" zachowan, ktore sa obecnie
uznawane w naszym spoleczenstwie i w naszej kulturze. Po co takie cos ciagnac
w czasie? Na to trudno odpowiedziec. Ale przeciez chyba kontakt
korespondencyjny, nawet taki w tresci serdeczny i bliski, nie zawsze musi sie
konczyc w lozku. Albo jakąś rewolucją rodzinną. Zdecydowanie wykluczylem to
juz na samym poczatku i uwazalem, ze skoro nic nie zatajam, to chyba moze byc
tak, ze przy akceptacji wszystkich stron moglibysmy sie nawet razem spotkac
raz na rok, czy jak tam przypadek by pozwolil. Przypadek - tzn np jej
niespodziewany przyjazd w moje strony, bo ja delegacji ani wyjazdow
sluzbowych nie mam i nie moge miec. A jakis skrycie za