karakorum_hindukusz
23.08.10, 15:54
Niby nic się nie stało, a jednak wszystko runęło...
Nigdy nie byłam specjalnie silna psychicznie, chociaż wszyscy tak o mnie
myśleli i nadal myślą. W rodzinie i wśród znajomych zawsze to ja musiałam być
tą silniejszą, zawsze przy tym wzorowałam się na tacie, który jest dokładnie
taki sam jak ja i nigdy nie okazuje uczuć. Ataki depresji i nerwicy, które
pierwszy raz pojawiły się jakoś 6 lat temu, czyli w wieku mniej więcej 20 lat,
nadciągały niespodziewanie i z wielkim trudem przechodziły, łagodniały i
usypiały, nieraz już brałam leki, chodziłam do psychologa, a na zewnątrz niby
wszystko grało.
Tak jest i teraz.
Niby wszystko jest ok, skończyłam moje wymarzone studia, które są / były moją
pasją, znalazłam pracę w miarę w zawodzie, utrzymuję się sama i mimo, że nie
mam jakiejś super świetnej pracy i płacy, a raczej jest ona mocno przeciętna,
to mogę sobie pozwalać na jakieś małe przyjemności, tj. ze 2 razy do roku
jakiś niskobudżetowy trampingowy urlop gdzieś w Europie i jeszcze na wódkę
mnie stać. Praca mnie b. stresuje, miewam wymioty, ataki duszności, uderzenia
gorąca, ale problem leży we mnie, nie na zewnątrz, bo wiadomo - ludzie z pracy
są różni i spokojni, i wygadani, i fajni, i niefajni, a wszystko zależy od
mojego podejścia. Rodzice zdrowi, rodzina zwyczajna, polska, tradycyjna, jak
to w społeczeństwie, są i nauczyciele, są i prawnicy, są i alkoholicy, znajomi
są, ale raczej w Polsce i świecie, niż w moim mieście, skąd większość po
skończeniu studiów wyjechała, a ja jako jedna z nielicznych przyjezdnych się
ostałam, w zasadzie trochę osamotniona, bo nie ma z kim spontanicznie gdzieś
wyskoczyć ani spontanicznie zaprosić do siebie na kawę. Ale ogólnie nie jest
źle. Jest dobrze. Niby.
Tak na prawdę w środku odczuwam hiper-super-mega-pustkę, nic mnie nie cieszy,
na niczym mi nie zależy, nic mnie nie obchodzi i jedyne, czego chcę od życia
to mieć święty spokój.
Czuję się, jakbym dryfowała po otwartym oceanie, nie mam żadnego stałego
gruntu pod nogami i zmierzam do nikąd.
Zawsze wierzyłam, że trzeba się uczyć, pracować, działać i KIEDYŚ, w pewnej
mitycznej przyszłości, się wszystko ułoży i będzie dobrze. ...że istnieje
jakiś los, jakiś cel, przeznaczenie, czy jak to tam jeszcze nazwać, które
kieruje naszymi drogami w takim, a nie innym kierunku, nic się nie zdarza bez
powodu, wszystko się wydarza po coś, ktoś gdzieś tam o mnie myśli i o mnie dba
i jak się czegoś bardzo chce to się to osiągnie.
A tu się okazało, że jednak nie...
Znajomi, którzy nie skończyli studiów, nie uczyli się i którym nikt nie
wmawiał, że gwarancją sukcesu jest ciągła wspinaczka na szczyt, mają lepiej
ode mnie. Mają mężów, żony, dzieci, rodziny, domy, własne firmy. A ja cóż?
Włóczęga, niespokojny duch, fakt faktem mieszkałam już w kilku miastach,
zwiedziłam znaczną część Europy, imprezowałam, jeździłam na stopa, spałam pod
gołym niebem i w hotelach 5* i ogólnie mam o czym ludziom opowiadać, ale
właśnie - tylko opowiadać. Nie mam firmy, nie mam szans na znalezienie
lepszej, dobrze płatnej pracy, w mieście, w którym mieszkam studenci psują
rynek i w związku z tym jest dużo ogłoszeń, ale za niską stawkę, co dla osoby
wynajmującej pokój - czyli mnie - oznacza wieczną wegetację, nie powiem, że
jakąś złą, ale bez perspektyw podwyżki, zmiany, wzrostu... Marazm, bierność,
stagnacja.
Bez pracy nie wezmę kredytu na dom, nie zbuduję wymarzonej chatki, nie posadzę
drzew i nie będę miała ogródka z warzywami.
Wspomniani wcześniej znajomi, albo chociażby tacy, którzy - nie wiem nawet jak
to określić - byli po prostu bardziej normalni ode mnie, mają żony, mężów,
partnerów, dziewczyny, chłopaków, nadzieję, że kogoś znajdą. Ja nie. Bo zawsze
mi mówiono i zawsze żyłam w jakimś dziwnym wyidealizowanym świecie, gdzie "na
to jeszcze masz czas" i "wszystko się jakoś ułoży".
Jedynego chłopaka, którego kiedykolwiek kochałam i którym był moim jedynym
prawdziwym przyjacielem, którym się czułam bezpieczna, jak w domu, z którym
chciałam stworzyć rodzinę i urodzić mu dzieci, odepchnęłam i to 2 razy, bo nie
potrafiłam się mu przyznać do moich uczuć i jakoś zawsze myślałam, że to on,
jako mężczyzna, powinien zrobić pierwszy krok, a teraz - po różnych
perturbacjach nadal mam z nim kontakt i mimo że widzę nadal te iskierki w jego
oczach, kiedy jeszcze czasem wpatruje się w moje oczy, to zdaję sobie sprawę,
że jest już za późno i pewnych zmian, które zaszły w jego i mojej psychice na
skutek naszego, a głównie mojego, zaniechania się nie da cofnąć.
Od pewnego czasu mam poczucie, że nic się nie ułoży. Nie znajdę wymarzonej
pracy, nie zbuduję domu, nie założę rodziny, a przede wszystkim nie wyjdę za
mąż, za chłopaka, którego kocham. Jestem na życiowym zakręcie, nie wiem, co
robić dalej... Wyjechać z tego miasta, wrócić do domu, walczyć?
Jak z tym żyć?