kalafior56
24.11.11, 22:22
Jest taki czas, kiedy już nie daje rady myśleć pozytywnie. Próbuję analizować swoją sytuację, swoje postępowanie i nie umiem odpowiedzieć dlaczego moja córka mnie odrzuciła. Dlaczego jestem taka niedobra mimo, że moje życie było podporządkowane dzieciom. Dlaczego moje poczucie obowiązku i miłości wobec dzieci, rodziny przyniosło taki skutek. Zupełnie rozjechały się światy mojej córki i mój. Czasy były trudne, dorabianie się od zera, trzy cukierki niesione do domu dla moich dzieci. Próbowałam spełniać ich marzenia w miarę swoich możliwości. Ale córka nigdy do końca nie utożsamiała się z rodziną. Ona zawsze była o krok przed nami. Wstydziła się domu, bo było biednie. Mieliśmy wybór albo kształcenie dzieci albo zakup nowych mebli do domu. Zwykle wybieraliśmy "być" nie "mieć". Praca moja i męża przyniosła wymierne efekty. Córka jest dorosła, wykształcona, zamężna ale uważa cały czas, że nie była dostatecznie przez nas wyposażona. Mamy na utrzymaniu jeszcze dwóch synów, jeden z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, zdany wyłącznie na nas drugi na pierwszym roku studiów 6-letnich dziennych. Od dwóch lat nie zamieniła ze mną i z mężem słowa, mieszka na drugim krańcu kraju. Nie mamy kontaktu z wnuczkiem. Próbowałam dowiedzieć się dlaczego tak się od nas oddaliła ale bez rezultatu. Coraz mniej kontaktu z braćmi. Jutro są jej imieniny ale nie wiem, jak się mam zachować. W ubiegłym roku wysłałam kwiaty poczta kwiatową, wysyłałam niewielkie kwoty na urodziny czy mikołajki dla wnuczka. Żadnego odzewu, nawet zwykłego dziękuję. Wysłałam też list z prośba o rozmowę, o podjęcie próby rozwiązania konfliktu, którego tak naprawdę nie rozumiem. Cierpię z tego powodu bardzo. Stałam się bardzo drażliwa. Moja samoocena bardzo się obniżyła. Boję się rozmawiać z ludźmi, nie potrafię określić swojego stanowiska. Jedyne co mi przychodzi wtedy na myśl to krytyka własnej osoby - " nie wymądrzaj się, nawet z córką nie potrafisz się dogadać". Nigdy nie starałam się forsować swojego zdania, jestem osoba ugodową. Wydaje mi się, że nasze dzieci miały dużo swobody w podejmowaniu decyzji życiowych, ale może tylko mi się tak wydaje. Coś musiałam przegapić. Wiem, że jestem potrzebna jeszcze synom, tylko ta myśl mnie trzyma przy życiu, ale często myślę, że skoro córka mnie odrzuciła to bracia mogą wkrótce pójść za jej przykładem. Tak bardzo się staram, przecież żyjemy dla dzieci, jak ich zrozumieć?