kropidlo5
15.07.12, 15:30
Tak sie zastanawiam, z powodow okolicznosci zewnetrznych mialem ostatnio wiecej kontaktu z rodzicami (albo tez- pozwolilem sobie na to, wiedzac, ze to dla mnie sliski grunt, ale tez, ze okazja do pocwiczenia). Z coraz wieksza rezygnacja a zarazem spokojem, choc i buntem, zdaje sobie sprawy, ze ich stosunku do mnie ja juz zmienic nigdy nie zdolam, a to dlatego, ze a/ niewlasciwosc relacji jest tak daleko posunieta, w tresci i czasie b/ poniekad w zwiazku z a- rodzice nie chca a raczej nie sa w stanie zauwazyc, co jest nie tak, mimo jasnych tlumaczen. to tak, jakby mowic im nagle, ze mieszkaja w Chinach i sa Tybetanczykami.
Wbrew goebbelsowskiej propagandziej uprawianej tu przez pewnych uzytkownikow, w przypadku moim jak i wielu osob z 'toksycznych rodzin' problem nie lezy w stosunku dzieci do rodzicow, a w stosunku rodzicow do dzieci. Problem nie jest w zbyt malej milosci czy szacunku dzieci wobec rodzicow, ale wlasnie w odwrotna strone.
Moi rodzice tak mocno przywykli do traktowania mnie jak skrzyzowanie uposledzonego, kryminalisty i zarazem czlowieka pozbawionego praw obywatelskich, ze wszelka zmiana tutaj jest tylko w formie i tymczasowa, wymuszona i calkowicie sprzeczna z ich 'intuicja'. To wlasnie dostrzegam od paru tygodni, kiedy po dlugiej w czasie przerwie w kontaktach bezposrednich, mialem okazje kilka razy z nimi przebywa dluzszy czas czy rozmawiac.
Pomijajac fakt, ze rodzice miedzy soba dra sie jak pies z kotem i wciagaje mnie i rodzenstwo w swoje wojny, co jest nie tylko niegodziwe, ale i calkiem bez sensu, bo trwa od lat i nic nie zmienia i nie zmieni, ale niejako tworza wspolny front (choc nie sa tego swiadomi) w traktowaniu dzieci, a szczegolnie mnie, w taki a nie inny sposob. To juz byloby czy to jest jajko czy kura pierwsze, dyskutowanie, czy ojciec 'zarazil' sie od matki czy sam z siebie, ale taki jest reultat.
Jestem coraz bardziej zniecierpliwiony a zarazem pogodzony (ciekawe polaczenie) swoimi relacjami z nimi. Pogodzony z tym, ze tak mnie traktowali, traktuja i traktowac beda, a takze z tym, ze ja moge i bede to ignorowal i traktowal jako ich problem, a nie moj (a nie, tak jak myslalem wiekszosc zycia, ze to ze mna cos nie tak) a zniecierpliwiony tym, ze musze sie z tym uzerac choc juz nie mam ochoty, i tym, kiedy widze, ze im sie nie podoba moj dojrzalszy stosunek i walcza jak rekiny by wprowadzac 'stare' porzadki, nie hce mi sie powtarzac tego samego sto razy.
Od kiedy jestem juz wiele razy uslyszalem, jak bylem zlym dzieckiem, jakim leniem, pasozytem, oczywiscie tym wszystkim jestem nadal, i tak dalej, plus tradycyjne dodatki w formie skojarzen z zulami, kryminalami, narkomanami itp. I mowiac szczerze, nawet nie chce mi sie wyjasniac po kolei przy kazdej glupiej uwadze na piechote tego samego 'mamo, po co to mowisz, co masz na mysli, czy wiesz ze to mnie obraza' itp, po prostu to jest walka z wiatrakami, rozmowa z arabem po szwedzku.
Poradze sobie i innym, by sie poddac w takich sytuacjach, nie probowac nic zmieniac, na nic nie liczyc, olac, zignorowaci potraktowac takich etatowych dogryzaczy jako ludzi, ktorzy maja problem, a nie tworza problem, bo stworza go tylko wtedy, gdy beda mogli. Moja percepcja moich starych zmienila sie- wczesniej byli wielkimi psami klapiacymi wielkimi zebami by mnie zagryzc, teraz sa brzeczacymi muchami czy mniej brzeczacymi komarami, ktore lataja i czasem gryza, ale wielkiej mocy nie maja.