coconut.s
25.08.12, 15:36
mmam do pogadania z kims kto przechodzil bardzo ciezkie chwile w zyciu. ale ja osobiscie, nie spowodowalam zadnej z nich. mam wrazenie, ze wszystkie koszty psychiczne, jakie ponisol probuje teraz odbijac na otoczeniu. z jednejj strony moge rozumiec, ze takie przezycia /ciezkie/ moga czlowieka zmienic, ale odbijanie na osobach trzecich..?
pytanie jest: czy rozmawiajac z ta osoba powinnam przyjac bardziej cieple podejscie, w skrocie, po mamusiowemu; czyli rozumiejace, wspierajace, wybaczajace niewazne co zrobila i jeszcze zrobi, czy tatusiowe, tzw. meska gadka. krotko, szorstko i do rzeczy. bierzesz sie w garsc, co bylo przerob na terapii, i albo decydujesz sie na dorosle zycie. przyjmujesz to, ze zdarzaja sie w nim rozne rzeczy, i trzeba sobie z nimi radzic. a do innych, byc fair. albo zostajesz w tym swoim rozpaczaniu, boleniu i rwaniu szat i wlosow, ale nie licz, ze bede brala w tym udzial, a tobei bedzie wolno korzystac ze statusu poszkodowanego/ ej w nieskonczonosc, albo co lepsze kosztem innych osob w otoczeniu.
no i co do wybaczenia tego czym sie juz popisales/as, to nie wiem.
i czy to ma w ogole sens? to dorosla osoba, wiec zdaje sobie sprawe z tego wszystkiego co powyzej, i ktora opcje do tej pory wybrala.
pisze w obu osobach, bo dotyczy to 2.