Gość: estonia
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
16.03.02, 21:38
Mój problem to nieudany seks w związku. Mam 25 lat, on 29 i od trzech lat
mieszkamy razem. Wszystko jest dobrze, mieszka się bezproblemowo, żadnych
kłótni o brudy i gotowanie, całkowite porozumienie. Porozumienie również jeśli
chodzi o zainteresowania, poglądy, wizję świata (co dla mnie jest bardzo
istotne), jest zawsze o czym porozmawiać itd. I tylko ten nieszczęsny seks
który powoli urasta do rangi bardzo poważnego problemu, takiego który może
wszystko zniszczyć.
Jest to mój pierwszy poważny związek, ale nie pierwszy mężczyzna. Doświadczenie
seksualne miałam raczej skromne i niezbyt udane, tak więc i w tym związku nie
oczekiwałam cudów, dałam sobie czas i wierzyłam że wszystko będzie lepiej. I
rzeczywiście było, ale tylko dlatego że to ja wprowadzałam zmiany. Praktycznie
nauczyłam go anatomii kobiecej, i wszelkie nawet najdrobniejsze zmiany
wychodziły ode mnie. Jemu zawsze było dobrze i po prostu nie widział potrzeby
zmian. Z czasem zdałam sobie sprawę że on się sam nie domyśli i zaczęłam
delikatnie napomykać o różnych sprawach, później mówic wprost. Efekt mierny, on
zraniony chyba w swojej dumie. Od razu powiem że nie jestem osobą dominującą
czy szczególnie temperamentną, ale mam swoje potrzeby seksualne, które z czasem
chyba zaczęły troche rosnąć w miarę jak poznawałam siebie. I w seksie zawsze
byłam stroną ciekawą, zachwyconą partnerem, uważałam że jest to coś bardzo
szczególnego ale też że można zawsze coś zmienić, oczywiście nigdy na siłę czy
wbrew niemu.
Równocześnie cały czas uważałam że problem jest we mnie, że to ja nie potrafię
odczuwać przyjemności tak jakbym mogła, składałam to na karb problemów
wyniesionych jeszcze z domu rodzinnego. W pewnym momencie uznałam że to nie
jest najważniejsze i życie sie toczyło a seks był coraz rzadszy i bardzo
rutynowy, tak było łatwiej psychicznie bo nie musiałam znowu walic głową w mur.
Było mi z tym źle, bo to było oszukiwanie siebie, mi po prostu dobry seks z
bliską osoba był potrzebny. Ale go nie dostawałam, byłam wręcz momentami w
sposób upokarzający odtrącana, on udawał że nie rozumie moich gestów, w
paskudny sposób tygodniami wręcz wymigiwał sie od seksu nie mówiąc mi nigdy
wprost, co byłoby ok. Ale nie, zamiast tego byłam w sposób upokarzający
odtrącana.
To wszystko przy ciągłych, codziennych zapewnieniach że mnie kocha i że jestem
dla niego śliczna. To przesada, ale jestem młoda i niebrzydka, na pewno nie
odrażająca.
Tak więc było, ja sie starałam i dawałam mu w łóżku wszystko, nie musiał nawet
mówic bo starałam sie odgadnąć jego życzenia. I to nie był problem bo kochałam
i chciałam cieszyć się seksem z nim. A on odmawiał nawet rozmowy o seksie. Dla
niego po prostu nie ma o czym mówić. Ja się na to wszystko godziłam bo
potrzebowałam kontaktu fizycznego, lepiej taki niż żaden.
A nocami czasem łzy ciekły, ciało tęskniło do mężczyzny który leżał na
wyciągnięcie ręki, ale już wiedziałam że nie wolno mi pierwszej sięgnąć. Jemu
nie odmawiałam nigdy, nie potrafiłam, nie wiedziałam kiedy znowu zechce. Czułam
się kompletnie zagubiona, to było odwrócenie stereotypowych ról, to ja
chodziłam za nim i praktycznie żebrałam o seks, poznałam ból i upokorzenie
odtrącanych mężów.
A on cały czas zaprzeczał, twierdził że nic takiego nie ma miejsca, on po
prostu nie ma tak często ochoty. Dodam od razu że jest dla mnie atrakcyjny, nie
ma zadnych problemów z potencją, na pewno nie ma kochanki bo po prostu nie
miałby kiedy, nie jest przepracowany (zresztą to trwa latami). Nie jest też
gejem. Do żadnych zahamowań nie chce sie przyznać, o sprawie nie chce
rozmawiać.
Ja pogodziłam sie z losem, bo poza tym było nam dobrze, a i w seksie były
jaśniejsze chwile, takie które dawały mi nadzieje. Życie się toczyło.
Aż pół roku temu zupełnie niespodziewanie przespałam sie z innym mężczyzną. Pod
względem seksualnym to było wszystko o czym zawsze marzyłam. Mój obecny partner
nigdy sie o tym nie dowie, ja tamtego człowieka juz nigdy nie zobaczę, to
pewne. Ale teraz już wiem jak może być. NIe umiem nawet sie czuć podle, po
takim czasie udręki odkryłam że ze mna nie jest nic nie tak, że nie jestem ani
wariatką ani kobietą oziębłą. Że moje pragnienia sa normalne, że moze być
inaczej, bez zakłopotania, upokorzenia, sztuczności,dyrygowania, że moje
potrzeby są ważne, że istnieją faceci którzy nie są egoistami do stopnia jaki
wydawał mi się niemożliwy. Do tej pory nie dostałam w łóżku nic "za darmo". To
była zdrada, ale to chyba uratowało moje zdrowie psychiczne. Boże, tamten
właściwie nieznany mężczyzna był mi tamtej nocy bliższy niz ktoś kogo znałam na
wylot, bliższy i fizycznie i psychicznie, nawet słowa nie były potrzebne.
Od tamtej pory próbowałam cos zmienić. Mówiłam o swoich potrzebach, ale
delikatnie, nie chciałam go ranić, później mocniej bo chciałam o nas walczyc.
Bez większych skutków, wieczorem rozmowa a rano jakby nie pamiętał. Bo jak już
mówiłam, inne sprawy ukladały sie zawsze dobrze. Ale dwa dni temu nie dałam
rady, wykrzyczałam z siebie ból i upokorzenie, zażądałam szczerości i w końcu
obustronnej rozmowy, bo kawałki układanki po prostu do siebie nie pasują. Nie
może być tak że on mnie kocha i pożadą (jak twierdzi)a równocześnie nie może
się zdobyc na rozmowe, odtrąca, ignoruje, rani i pozbawia ważnej części życia.
Zastanawiam sie nad odejściem, a równocześnie przeraża mnie ta myśl, myślę że
nadal go kocham. I teraz czekam, czekam a dni mijają a on nie podejmuje tematu.
NIby troche rozmawiamy o tym, ale ja czuję, że niewiele sie zmieniło, dalej jak
troszkę przycisne to słyszę że on nie rozmumie dlaczego ja tak komplikuję
sprawy, ze przeciez sie kochamy, będzie dobrze. Boje się że znowu miło mijające
dni zakryją mu problem, że uzna ze wszystko jest ok.
Planowaliśmy kupno wspólnego mieszkania, to dla nas bardzo poważny krok, bo
ślubu nigdy nie chcieliśmy. I ja teraz nie wiem co robić, czy pchać się w to
czy uciec póki czas. Wiele razy próbowałam uwierzyć że seks nie jest
najważniejszy, ważne by się kochać, przyjaźnić i pasować do siebie. Jednak
ciała i duszy nie da sie oszukać, wraca ten okropny ból, taki że chce sie wyć,
ból odtrącenia i nieszczerości. I ja chyba przestaję wierzyć w zmianę, nie chcę
i nie mogę tak żyć całe życie, kochanków mieć nie chcę i nie planuję. A
równocześnie wydaje mi się, że nadal kocham i zupełnie nie wiem co robić,
zupełnie się w tym pogubiłam...
PS. I przepraszam że taki długi post, ale musiałam to z siebie wyrzucić.