kropidlo5
06.11.13, 18:59
Takie refleksje mnie naszly. Narzekamy czesto na rodzicow, ze zle nas wychowali, jednoczesnie kochajac ich. Pojawia sie konflikt wewnetrzny, bo jednoczesnie narzekajac na ich wychowanie postrzegamy sami siebie w negatywny sposob i nie akceptujemy sami siebie, nie widzac swoich dobrych stron. A jakby spojrzec na to z takiej tylko negatywnej strony- ze wychowanie bylo zle- to jednoczesnie uznajemy, ze my jestesmy zli, kiepscy.
A przeciez mamy wiele dobrych stron, wiec przy dostrzeganiu bledow mozna tak dostrzec i pozytywy, dobry wklad, wszystie dobre rzeczy. W ten sposob widzimy siebie w bardziej zbilansowany sposob i jestesmy mniej krytyczni. Dziwne, ze w petli zastrzezen tak latwo mozna przeoczyc to.
Ja zawsze kochalem swoich rodzico i nigdy nie przestalem, zarazem mialem wobec nich wiele zlosci o takie czy inne bledy, i to tworzy konflikt. Kiedy patrze jednak na siebie jako na kogos, kto wcale nie jest taki zly, kto jednak ma sporo zalet, to i widze te dobra strone wychowania i zaczynam inaczej postrzegac rodzicow, konfikt zanika lub staje sie prosty w obsludze.
Takie wzajemne sprzezenie- znajdujac w sobie akceptujace uczucia wobec rodzicow (nie mowie o milosci, bo ta jest bezwarunkowa i jest inna kategoria, mowie o relacjach na innych poziomach- zrozumienia, patrzenia na calosc, widzenia w dalszej perspektywie) znajdujemy w sobie akceptacje siebie. A znajdujac cieple akceptacje siebie- znajdujemy ja takze wobec rodzicow. Jak spojrzec glebiej to za pretensjami do rodzicow stoja tak naprawde pretensje do siebie, a za pretensjami do siebie stoja pretensje do rodzicow.
Mysle, ze takie zrownowazone podejscie pomaga znalezc wiecej akceptacji dla wszystkiego, co bylo, jest i bedzie.