system.tzw.edukacji
12.12.13, 09:53
Wydawało mi się naiwnie, że w sprawie szarlatanerii, modnych bzdur i pseudonauki nic nie jest już mnie w stanie zaskoczyć, ale wygląda na to, że nastąpiła pomyłka: otóż rzecz zwana „psychologią zorientowaną na proces” bije wszystko, o czym do tej pory słyszałem, z gestaltowskim bełkotem włącznie.
Szkoła ta doskonale wpisuje się w postomodernistyczno-newage’owy rys naszych czasów, stworzono ją wedle dość typowej receptury: garść klasycznych psychoanalitycznych wymysłów (w tym wypadku padło akurat na Junga, ale równie dobrze mógłby to być Froïde), do tego zapożyczenia z mądrości religii Wschodu (zdecydowano się na taoizm) – a całość, żeby było bardziej uczenie, okraszono mętnymi odwołaniami do nauk ścisłych (teoria informacji, fizyka kwantowa).
Czy zauważyliście kiedyś Państwo może taką prawidłowość, że wynalazki pseudomedycyny to na ogół panacea, leczące wiele różnych chorób naraz? Nie inaczej jest z „terapią zorientowaną na proces”. Otóż za pomocą tych śmiesznych guseł kapłani Procesu „leczą” wszystko: od chorób psychicznych, przez problemy z nawiązywaniem kontaktów, „syndrom” DDA oraz jego późniejszą mutację DDD, uzależnienia, dysfunkcje seksualne,… Ponadto, oczywiście, stymulują ludzki rozwój, osiąganie dojrzałości i tak dalej.
Ale wszystko to stara śpiewka, rzeczy znane. Psychologia procesu wprowadza jednak pewną świeżość na rynku usług psycho-, i nie mówię tu nawet o „pracy ze snem” tudzież próbach interpretacji marzeń sennych, bo tego to próbował i Froïde, ale o… psychoterapii ludzi w śpiączce (sic!).
Niniejszym życzę Państwu udanego dnia, a jedyny „Proces”, jaki polecam z czystym sumieniem, to doskonała powieść czeskiego pisarza Franza Kafki. :)