Gość: zona
IP: *.acn.pl / 10.131.128.*
12.04.02, 10:19
Mam problem. Mam 27 lat, od 5 jestem mezatka. Moj maz jest kochajacym facetem,
niestety troche niedojzalym. Od samego poczatku naszego zwiazku wszystko jest
na mojej glowie. Ja pierwsza zaczelam pracowac, on w tym czasie jeszcze
studiowal (troche mu sie przeciagnelo - 2 lata), w tym czasie cale utrzymanie
nalezalo do mnie. Pozniej doszly sprawy dnia codziennego, wszystkie formalne
urzedowe sprawy, regulowanie rachunkow, dalam sie w to glupia zaprzasc,
bo "nikt nie zalatwi czegos skuteczniej niz ty" - mowil. I tak juz zostalo -
przyzwyczajenie. I choc probowalam rozmawiac, zmienic to, podzielic sie
obowiazkami, to nic nie dalo. Moj wieczny chlopiec nie ma glowy do takich
spraw. Po jakim czasie okazuje sie, ze mamy zaleglosci, niepoplacone rachunki,
debet na koncie. I jak myslicie, kto to pozniej musi odkrecac?
Ponad to z domu rodzinnego wyniosl tradycyjny model rodziny - a wiadomo co sie
z tym wiaze. Gotowanie, prace domowe - to nie jest robota dla faceta!
W tej chwili mam nie zla prace, awansuje, jestem doceniana przez przelozonych i
spelniam sie tam. Moj maz dlugo nie zagrzewa miejsca w jednym miejscu pracy.
Twierdzi ze go to nudzi i chyba nie jest stworzony do pracy. Wyjsciem bylaby
wygrana w totka. Poza tym nie ma celu w zyciu, ambicji. Wystarczajaco dobrze
jest tak jak teraz, to po co cos zmienac? No ale to chyba troche moja wina - za
duzo podane na tacy.
Jednak przyszedl czas - biologia, gdy czas zastanowic sie na dzieckiem. Problem
jednak w tym ze ja chyba nie mam instynktu macierzynskiego. Nie wiem czy on sie
we mnie kiedys obudzi. A moze lek przed posiadaniem dziecka wynika z obawy, ze
kolejny obowiazek spadnie znow na mnie i moge sobie juz nieporadzic? Bo czasami
juz nie mam sily ciagnac tego wszystkiego (sama?). On na dzieko zareagowal jak
na nowa zabawke - tak oczywiscie!
Ktos powie: zostaw go. Ale to nie takie proste. Boje sie zostac sama, przeciez
juz sie przyzwyczailam zyc z facetem. Poza tym jestesmy ze soba dosc dlugo,
mamy tylko wspolnych znajomych i to prawie same pary. Po rozstaniu zostalabym
odrzucona przez towarzystwo i tego jestem akurat pewna, no i czesc rodziny.
Poza tym, jednak chyba troche go kocham, a moze to juz przyzwyczajenie? Jest
nam doskonale w lozku. On ciagle powtarza ze kocha mnie na zycie. Blaga zebym
go nigdy nie zostawila.
Czy to nie jest toksyczne? Jest jakies rozsadne wyjscie?