Gość: t.
IP: *.mcnet.pl
29.04.02, 11:19
kochani!
jestem tu z wami juz od dawna, ale nigdy nie zabieralam glosu. teraz chyba nie
obejde sie bez waszych rad, ktore bardzo sobie cenie...
pewnie to, co przezywam wyda sie niektorym banale i smieszne, wiec z gory
prosze o lagodne potraktowanie.
a wiec poznalam faceta przez net. rozmawialismy juz od bardzo dawna na zasadach
kumpelskich. strasznie go polubilam, poniewaz mial to samo poczucie humoru,
podobne spojrzenie na swiat, byl inteligentny i blyskotliwy. poprostu idealny
kumpel netowy! rozmawialismy o wszystkim, glownie moich zawirowaniach
uczuciowych, jego przeszlosci, pracy itd.
po wielu, wielu miesiacach rozmow w necie i przez telefon cos zaczelo iskrzyc.
dosc szybko ekspolodowalo i wkroczylismy w cudowny dla mnie cudowny okres,
kiedy budzil mnie smsami i czesto dzwonil. oczywiscie nieustannie rozmawialismy
w necie. bylo absolutnie cudownie.
w koncu sie spotkalismy sie w realu(pochodzimy z roznych miast). on okazal sie
czarujacym brzydalem, w ktorego towarzystwie czulam sie naprawde znakomicie.
porozumienie, ktore polaczylo nas w necie widoczne bylo takze w realu.
ja, oczywiscie, bylam ostrozna i nie zakladalam, ze to 'ten na cale zycie', ale
pozwolilam sie poniesc temu uczuciu.
oczywiscie, chcac czy nie, wpadlam na amen. zakochalam sie tym bardziej, ze
wszystkie znaki, ktore od neigo otrzymywalam wskazywaly, ze czuje to samo.
pewnego dnia poweidzial mi, ze ma zone i dziecko... banalne, nie? tak banalne,
ze az dostalam ataku smiechu, kiedy mi to wyznal. myslalam, ze zartuje, bo
takie rzeczy zdarzaja sie przeciez tylko w filmach.
pierwszy odruch kazal mi zerwac znajomosc. ale nie moglam, za bardzo cenne dla
mnie bylo to, co do niego czulam. poza tym jego historia... o ciazy dowiedzial
sie, kiedy probowal rozstac sie z nia. postanowil byc odpowiedzialnym facetem i
zgodzil sie na slub myslac, ze albo sie 'jakos sie to ulozy' albo rozwiedzie
sie z zona, kiedy dziecko bedzie troche starsze.
nie mowicie mi, ze to naiwne, wiem. albo ze ja jestem glupia, bo mu wierze w te
bajeczki. zostawiam sobie oczywiscie jakis margines, ale jestem przekonana, ze
mowi prawde.
jestem totalnie rozbita... nie wiem co robic, bo z jednej strony wiem, ze on
sie z nia rozwiedzie predzej czy pozniej. to jest poprostu nieuniknione.
poza tym, to wspanialy facet i wydaje mi sie, ze takiego wlasnie szukalam.
fakt, nie wiem tego napewno i nie ma poki co szans, zebym sie o tym przekonala,
bo niby jak?
ale boje sie. strasznie sie boje, ze jestem za slaba, zeby pomoc mu w przejsciu
przez to wszystko. przeciez sama takze musialabym wiele zniesc, bo rodzina,
moje przekonania, odpowiedzialnosc...
to wszystko mnie poprostu przerasta. czuje sie winna, bo nie potrafie ot tak
poprostu zakonczyc tej znajomosci. poza tym gdzies tam wciaz kolacze sie
pytanie 'a co jesli to ten facet?'. czy powinnam rezygnowac ze swojej szansy na
szczescie ze wspanialym czlowiekiem tylko dlatego, ze kiedys popelnil blad?
fakt, oklamal mnie, a raczej przemilczal fakt, ze jest z kims zwiazany, ale,
jak mowi, w momencie kiedy doszlo do naszej rozmowy na ten temat byl juz we
mnie zakochany i bal sie, ze nie zechce sie z nim nawet spotkac. ma racje,
pewnie tak by bylo...
tak czy inaczej, stalo sie - zakochalam sie. i nie wiem zupelnie co mam zrobic.
powiecie pewnie, zeby to zakonczyc. ok, ale jak? zerwac z nim wszelkie
kontakty? zostawic go samego? nie umiem tak...
a moze ktos z was przezyl cos podobnego i powie mi, ze warto zaryzykowac? moze
jest jakis sposob, zeby przez to wszystko przejsc?
z gory dziekuje za wszystkie rady.
t.