Gość: Buka
IP: *.aster.pl / *.aster.pl
30.12.04, 19:31
Zaprzyjaźniam sie z osobami, z którymi czuję się dobrze: wrażliwymi,
empatycznymi, delikatnymi, szanującymi innych... Te przyjaźnie sa bardzo
ciepłe, pełne życzliwości i mniej wiecej równego dawania i brania. Problem w
tym, że moi przyjaciele często biorą od życia po głowie - i w pewnym momencie
postanawiają coś zmienić: idą na psychoterapię!
Tu pragnę zaznaczyć, że ja jestem raczej podobna do nich: tez wyczuwam ich
potrzeby, szanuje prawa, nie próbuję wykorzystywać i nie ode mnie doznaja
krzywd: przeciwnie, często ja je wspieram i rozumiem, gdy wszyscy inni sobie
na nich używaja ile wlezie!
W trakcie terapii nieuchronnie przychodzi moment, gdy zaleca sie moim
znajomkom wzmacniać własne ego i ćwiczyc na innych moc własnego wpływu,
stawiać żądania, wywierać presję i kreować nowy obraz siebie. I wtedy mam sie
z pyszna, albowiem jestem pierwszym obiektem, na którym moje kumpele trenuja
swoje nowe umiejetności!
Dzieje się tak, jak myślę, dlatego, że od czegoś vel kogoś trzeba zacząć, a
strach tak od razu brać sie za męża - despotę albo za wszystko kontrolującą
matke. Tu i związanie duże, i ryzyko: materialne, rodzinne, a ja - tylko
koleżanka, w razie czego mogę iść na odstrzał...
Nagle więc bezrobotna /a więc mająca czas/ i zupełnie zdrowa koleżanka wrabia
mnie w chodzenie dla niej na pocztę celem nabycia znaczków i kłamie, że tam,
gdzie teraz mieszka - poczta jest bardzo daleko / tak uczą w "Grzeczne
dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą" - zeby cedowac na
innych upierdliwe czynności a samej skupiac sie na własnym sukcesie/. Gdy idę
do niej z tymi znaczkami, okazuje sie, że poczta jest b. blisko... Albo:
upiera się, żebym to ja do niej przyjeżdżała, bo ona nie ma czasu /a ma go b.
dużo, tylko w "Grzcznych dziewczynkach.." zalecają, żeby mówić ludziom, ze
się nie ma czasu, bo tylko ofermy mają czas/. Rozmowy z nia to wyliczanka jej
sukcesów z małą przerwą na moja prezentację osiagnięć - jakaś taka
gorączkowa, powierzchowna paplanina, bez pozwolenia na wątpliwości albo
smutek. Dawniej moja kolezanka nigdy by się tak nie zachowywała. /Pisze o
jednej, ale dwa razy obserwowałam podobny proces/.
Aktualne zachowanie "zmienionych" nie podoba mi sie - nie dlatego, że, jak
sądzą, zazdrośni ludzie nie akceptuja ich nowej siły, tylko dlatego, że na
cholerę mi taka przyjaźń, która bardziej przypomina walkę niz sojusz?
Przyjacielowi chce ufać i czuc sie z nim bezpiecznie, a nie miec sie przed
nim na bacznosci wiedząc, że w każdej chwili moze mnie wyrolować?
Czy naprawdę w dzisiejszym swiecie nie ma miejsca na staroświecka przyjaźń i
nie mozna byc delikatnym i uważnym, bo sie nie przetrwa? Czy konieczne jest
traktowanie innych, nawet tych najniewinniejszych, którzy nigdy nic złego nam
nie zrobili, przedmiotowo, manipulatorsko i w kontekscie wykorzystania?
Czy moze ja czegos nie rozumiem? Co jest grane?