oka10
28.02.05, 18:28
Horror... brr. Właśnie byłam z mamą na zakupach. Namówiła mnie na kupienie
garnituru w rozmiarze 42. Jeszcze rok temu nosiłam 38. Dzięki terapii
przestałam się tak przejmować swoim wyglądem. Ale dzisiejszy wypad zepsuł mi
humor całkowicie. Nienawidzę garniturów, marynarek, garsonek itp. kubraczków.
Mam traumę z młodości, kiedy to mama ubierała mnie w takie zbroje, ja się
temu poddawałam, podczas gdy moje koleżanki nosiły zwiewne, lekkie, sportowe
ciuchy. Teraz pracuję w urzędzie i wypadałoby nosić coś w tym rodzaju. A ja
chodzę w swetrach, bluzach. Trochę to rzeczywiście nie pasuje, ale ja się
tylkow takich ciuchach dobrze czuję. No więc raz na rok ulegam mamie i kupuję
garnitur, którego szczerze nienawidzę, nakładam od wielkiego dzwonu i wiem,
ze jest na te okazje potrzebny. Zobaczyłam się w lustrach w sklepie z każdej
strony (były cztery) i moje samozadowolenie prysło jak bańka mydlana. Dobrze,
ze nie pomyślałam o tym żeby się najeść na polepszenie humoru. Z drugiej
strony rzeczywiście ostatnio wszystko jest na mnie za małe i chodzę w jednej
bluzie. Bardziej się martwię, co będzie jak ją zniszczę, bo tuszuje dużo,
jest w miarę młodzieżowa. Niż tym co sobie ktoś pomyśli. Moja mama jest dla
mnie oczami innych ludzi, petentów, moich przełożonych, itd. Wolałabym, zeby
te oczy wciągnęły czasem na nos różowe okulary, puściły do mnie oko. Czułam,
ze nie będzie fajnie, na szczęście wybroniłam się z koszmarnego płaszczyka i
bluzeczki z klapeczkami ala Irena Santor (z całym szacunkiem). Pozdrawiam.
Napiszcie o swoich przeżyciach związanych z kupowaniem ciuchów, chyba nie
tylko ja się z tym tak męczę...