Gość: AnnElle
IP: *.a2000.nl
25.08.02, 15:24
Od lat zmagam sie z pytaniem: odejsc od meza czy zostac?
Rezultat moich wahan jest taki, ze wpadlam w depresje i nie wiem jak dalej
zyc. Zostac nie chce, a odejsc mi ciezko. Jakos to sie kreci sila rozpedu, a
ja zapadam sie coraz bardziej. Zdarza mi sie przelezec caly weekend zwinieta
w klebek w lozku, bo nie mam sily zyc. Nie mam tez sily pojsc do lekarza, ani
nic, a wiem, ze on tez nic nie zrobi i mi nie pomoze, wiec tylko sama na
siebie moge liczyc. Jestesmy razem juz pare lat i boje sie zwyczajnie, ze
moge jeszcze gorzej trafic.
Maz obiektywnie nie jest zly. Nie pije, nie pali, chodzi do pracy, nie skacze
w bok, przychodzi do domu. Poza tym zyje jak roslina - nie ma zainteresowan,
przyjaciol, pasji, nie potrafi rozwiazac najprostszego problemu, jest
bezradny, nie ma kregoslupa, na wszystko reaguje "nie wiem", "i co ja mam
zrobic". Zachecam go ciagle, zapros kolegow, wez zrobimy impreze. Przyjdzie
jedna osoba i pojdzie po godzinie. Mowie mu, zeby poszedl do psychologa, bo
to jest nienormalne, tak nie mozna zyc. A on, ze mu tak jest dobrze i nic mu
nie potrzeba. Wiem, ze ja tez powinnam pojsc, ale tu sa sami behawiorysci,
ktorzy trenuja ludzi do usmiechania sie i pozytywnego myslenia, a jak tu sie
usmiechac kiedy dusza wyje. Przydala by mi sie psychoterapia
psychodynamiczna, ale gdzie tu taka znalezc.
Wakacje z mezem nim to KOSZMAR. Nie ma zadnych pomyslow, co bedziemy robic,
ani gdzie pojdziemy, wiec ja wszystko proponuje, planuje, wymyslam, bo ktos
musi, ale to tez jest nie dobrze. Ma humory. Nic mu nie pasuje. No to
zaproponuj cos innego, mowie mu, jak ci nie pasuje. Ale on nie zaproponuje.
Wiec ja proponuje i sie pytam, zgadzasz sie czy nie. Wiec on sie zawsze
zgadza, ale tak naprawde sie nie zgadza, bo jak juz sie "zgodzi", to potem
caly czas bojkotuje powzieta decyzje, czym doporowadza mnie do rozpaczy.
Czemu sie zgodziles jak tego nie chcesz? Przeciez nic sie nie stanie jak
powiesz "nie". Wtedy on traktuje to jak krytyke i sie wscieka. Nie znosi
krytyki. Ale ja go nie krytykuje, tylko mowie, ze jak robi tak i tak to ja
sie denerwuje. Czasem mam wrazenie, ze chce mnie wykonczyc i robi to
specjalnie.
Nie mamy dzieci, bo ja sie boje, ze sama nie dam rady a w nim nie mam
oparcia. Mam wrazenie, ze gdyby cos mi sie stalo czy zemdlalabym albo cos, to
on latalby w kolko i nic nie zrobil, az byloby za pozno. Mieszkam na
emigracji, w obcym kraju, bez wlasnej rodziny i jest mi ciezko. Na jego
rodzine nie moge liczyc, bo oni zajmuja sie swoimi sprawami i nie maja
zwyczaju pomagac sobie wzajemnie. "Pomoz sobie sam, a jak nie mozesz to
wynajmij specjaliste" - to haslo przewodnie w tej rodzinie. Na spotkanie z
wlasna matka maz musi sie umawiac na miesiac przed. Spontanicznie nie moze
jej odwiedzic, bo moze sie okazac, ze akurat sa u niej znajomi i wtedy matka
kaze mu przyjsc kiedy indziej, wiec tylko niepotrzebnie sie pofatyguje. Dla
mnie to patologia, ale nie moja sprawa. Nie raz jego matka odwolywala
umowiona wizyte, bo akurat jej znajomi mieli czas tylko w tym terminie wiec
wlasny syn musi jeszcze poczekac.
Ostatnio coraz ze mna gorzej. Ciagle jestem na tabletkach, zle sypiam, jestem
zlamana. Powinnam odejsc, jak myslicie??