Gość: mks
IP: *.firma / 192.168.20.*
21.10.02, 15:17
Mieszkamy razem rok, a ze soba ponad trzy. Jest nam ze soba dobrze i pasujemy
do siebie, choc mamy nieco inne charaktery, a zainteresowania zarowno wspolne
jak i kazdy ma swoje fascynacje. Dzielimy miedzy siebie obowiazki domowe,
zona sprzata, pierze, ja gotuje, razem robimy zakupy. Mamy niezla prace, stac
nas na godne zycie, wyjazdy wakacyjne, ciekawe spedzanie czasu, itp. itd.
Wydawalo by sie -idylla. Jednakze po slubie zona ma czeste napady smutku.
Wielokrotnie rozmawialismy - ona zamyka sie w sobie i nie chce mowic o co
chodzi. Po jakims czasie zaczela napomykac, ze nie czuje sie dobrze ze
wzgledu na to, ze mam malo czasu dla siebie, na wyjscia ze znajomymi, na
spotkania z rodzina. Jest bardzo blisko ze swoja siostra, z ktora
telefonicznie rozmawia codziennie, a spotyka sie ze dwa razy w tygodniu. Ma
calkowita wolnosc i wychodzi kiedy zechce. Z drugiej strony dba o dom, ale
czuje ze nie sprawia jej to przyjemnosci, zostawiajac wiele spraw ktore
musimy zalatwic "na pozniej". Po jakims czasie powiedziala, ze nie moze
pogodzic zycia w malzenstwie z "obowiazkami" wobec swojej rodziny. Dodam, ze
rodzina mieszka w tym samym miescie i robimy dla nich sporo, w ramach
mozliwosci, to cos przywiezc, pojezdic po sklepach, zeby wybrac jakies rzeczy
do mieszkania. czuje, ze zwlaszcza samotna siostra jest zazdrosna o nasze
szczescie, a nasze zaproszenia koncza sie czasami przyjeciem, a duzo czesciej
odmowami. Sama tez nas raczej nie zaprasza nas(bylismy razem moze ze dwa
razy), oczywiscie dla siostry jest dom otwart. Dodam, ze poza tym jest nam
dobrze - czulosci, kwiaty, niespodzianki, choc glownie z mojej strony, a z
raz w tygodniu zaczyna sie problem w postaci smutku, ktory wlasciwie jest
nieuzasadniony. Rozmowy przynosza skutek ... na tydzien, dwa, potem powtarza
sie to samo. Przerazajace jest to , ze stalo sie to po slubie, wczesniej bylo
cudownie. Zona przed slubem nie byla osoba zbyt samodzielna, wlasciwie
wiekszosc rzeczy robila mama. Ja, mimo zewiecej pracuje, pomagam sporo w
domu, a gotowanie jest moja domena. Czesto jak trzeba cos zalatwic, czy dla
nas, czy jej rodziny, urywam sie z pracy, wspierajac ja w takich chwilach.
Ludzi, co sie dzieje i jak to zmienic....?
Staram sie zachowac spokoj i mimo bezzasadnych pretensji od czasu do czasu,
wypowiadanych bardzo ogolnikowo, ja staram sie z nia rozmawiac, biorac ja za
reke, przytulajac i probujac dowiedziec, co moglibysmy zmienic. Spotykam sie
wtedy z reakcja raczej odpychajaca lub lzami w oczach i stwierdzeniami, ze:
"Jest mi zle", "To wszystko jest dla mnie za trudne" itp. Jesli jednak chce
sie dowiedziec czegos blizszego, badz zapytac co chcielibysmy zmienic, zeby
bylo jej dobrze, brak jest konkretow. I tak co tydzien czy dwa. Ja zyje juz w
stresie bo nawet jak zona jest w swietnym humorze, boje sie o to co bedzie
jutro, pojutrze, z tydzien.
Co ja mam o tym myslec i jak porozmawiac? Z kim porozmawiac? Doradzcie cos.