hermina
08.01.03, 21:54
Może fabuła nie będzie z tych powszechnych, ale też i nic nowego pod słońcem.
Bohaterka (co za słowo!), czyli ja, jest istotą stanu wolnego. Powiedziałabym
nawet, że wolnego jak cholera. Nie, nie że samotna. Posiadająca jedynie
chroniczny przerost potrzeby niezależności nad wieloma innymi potrzebami
emocjonalnymi. Co w praktyce sprowadza się do tego, że mężczyzn wprawdzie
bardzo, ale to bardzo lubię, tyle że nudzą mi się oni szybko, w związku z
czym "mam" (wokół siebie, w swoim życiu, we łbie) coraz to nowych. Moi
najbliżsi przyjaciele są mężczyznami, co też istotne o tyle, że bardzo są
ważnym elementem mojego życia. Zaś najrozmaitszych
kochanków, "ukochanych", "narzeczonych" (tu podwójny cudzysłów) w cholerę.
Zajmują mi mnóstwo czasu. Tak dużo, że jakoś mnie nie ciągnie, by się z
nimi "dzielić" jeszcze i "życiem"...
Raz mi się przydarzył związek dwuletni z prawie dwuletnim wspólnym
mieszkaniem. Ponadto moje maksymalne osiągi mają kilka miesięcy. Bo tak:
Albo "nowy narzeczony" w ogóle się pojawił bez powodu poza nudą/ciekawością,
więc się nudzi niemal natychmiast po przetestowaniu; albo to ja jemu się
nudzę, przestaję mu się podobać, zaczynam go drażnić, czy tam cokolwiek; albo
się któreś zakocha płomiennie (jednocześnie też się zdarza), wtedy trwa to
trochę dłużej i zawiera teatr z cyklu "Ścieżki uczucia", kończy się z
podobnych powodów (lub któreś "zrywa" i jest dramat jednostki na końcu); albo
działa jakiś inny schemat, ale to rzadziej. Zadurzam się w mężczyznach raczej
łatwo i dość chętnie, lubię ten stan, kop do życia i różnych czynności,
euforia, zaspokajanie ciekawości, nowy człowiek, jego historia, jego
twarze... Z wieloma "byłymi narzeczonymi" utrzymuję serdeczne dość stosunki -
koleżeńskie, czasem przyjacielskie nawet. O niektórych zapominam, z
wzajemnością albo bez. Tak sobie żyję i tak mi jest bardzo dobrze, póki co.
Znaczy, póki czuję się młoda, atrakcyjna, rzeczywiście niezależna, kochana
przez najbliższych (przyjaciele, rodzice). Jakoś czuję, że "marnowałabym się"
w jakiejś formie monogamii, że dopóki nie mam potrzeby zakładania rodziny,
oparcia, wierności - to tak jest lepiej dla mnie i dla ewentualnej "ofiary"
mojego monogamicznego niespełnienia, znudzenia. Kiedyś może "dojrzeję" do
związku trwalszego, do małżeństwa może czy rodzicielstwa, na razie jest, jak
jest.
No i chciałabym Wam historię opowiedzieć o ostatnim z mych "narzeczonych". Bo
to taka dziwna trochę historia i nie bardzo wiem, co z nią począć.
Jak to często u mnie bywa, nudziło mi się lekko i rozglądałam się za nowymi
wrażeniami. Poznałam go przypadkiem, zaiskrzyło, umówiliśmy się, randka,
seks, dalej randka, pożegnanie, następna randka następnego dnia, a potem na
przykład po dwóch dniach i znowu, każda po parę-paręnaście godzin...
Znakomicie nam się rozmawia, umiemy się rozbawiać, pocieszać, dopasowani
jesteśmy pod względem preferencji (spędzanie czasu, tematyka rozmów,
erotyka), fajnie nam razem. Lubię takie początkowo zagadki, niedomówienia, i
stopniowe zanurzanie się w drugim człowieku, coraz więcej faktów z jego
życia, wspólnych spraw, bliskości. A że facet jest taksówkarzem, to i
wycieczki liczne w najprzecudniejsze miejsca... Ja zaś akurat przy kasie
(wolny zawód wykonuję, jak mi się chce, to zarobić mogę sporo, tak się
właśnie zdarzyło), no to i czasem niby "dla żartu" włączanie licznika, sporo
kasy ode mnie, prezenty itede (ja tak lubię). Sama radość, tak w ogóle, dla
obu stron.
Szybko dość, po dwóch tygodniach może, zeznał mi on posiadanie żony i dzieci.
Dzieci są liczne dość, ale z obecną żoną ma tylko jedno, ostatnie. Na
pozostałe płaci kasę i widuje czasem, wydaje mi się, że je traktuje w
kategoriach "błędy młodości". Natomiast to ostatnie jakoś go "złamało" i
postanowił sobie, że z tą rodziną już chce zostać. Wychować syna, mieszkać z
żoną, a co będzie za parę lat, to się zobaczy - ale za parę lat. Żony nie
kocha i nie kochał nigdy (to zeznał później), wydała mu się po prostu
poprawną kandydatką do "ustatkowania się z", wierna, gospodarna, spokojna,
znacie ten model. Małżeństwem są od czterech lat, nie rozmawiają ze sobą od
trzech (ale i nie kłócą się - wymieniają tylko niezbędne informacje, nie
interesują się sobą nawzajem i tyle), seksu też nie ma (nie wiem, od kiedy,
mało to dla mnie istotne). Żona nie pracuje (nic nie umie, a w domu się
dobrze sprawdza, więc niech tak jest). A on oczywiście zapiernicza od świtu
do zmroku, bo go liczne dzieci sporo kosztują, zaś od odpowiedzialności
raczej on nie ucieka, nie ten gatunek. Osobowość niezmiernie żywiołowa,
cholernie pogodny, mnóstwo w nim witalności, siły, chęci, radości, aż mu
uszami wyłazi, naprawdę. Więc "tak w ogóle lekko nie jest", ale ma poczucie,
że kiedyś był nieodpowiedzialnym gówniarzem, więc mu się teraz "należy", a w
ogóle to życie piękne jest...
No i co ja na to, no co ja na to. Nie zastanawiałam się wcześniej nad tą
znajomością w kategoriach "poważnych", więc się schlałam, zastanowiłam...
nawet mi się wydawało przez chwilę, że może lepiej to zostawić, bo to i
zdrada, i w ogóle pogmatwane... Ale długo mnie to nie trzymało. Wiecie, ten
facet jest urzekający. Naprawdę. Mnóstwo w nim empatii, szalenie
komunikatywny, i widać było z jego strony taką wielgachną radość, że mnie
widzi, że jest przy mnie, rozmawia ze mną, że ja go słucham, że nam dobrze...
Po porcji rozterek wyszło na to, że "póki co" zostaniemy "razem"...
Miałam przez pewien czas wątpliwości, czy tu przypadkiem nie występuje
przypadek "kasa i seks", i czy ten facet przypadkiem nie jest wstrętnym
pasożytem... Ale skąd. Przyszły i na mnie gorsze czasy finansowe, przestały
być prezenty, przestałam być fundamentem utrzymywania rodziny jego - i nic
się nie zmieniło, chyba że na lepsze. Wyraźnie prawdę chłopak gada, że jest
ze mną, bo mu ze mną dobrze, bo jestem cudowna...
No i tak się bujamy od paru miesięcy już... Spotykamy się niemal codziennie,
a już na pewno ze sobą codziennie rozmawiamy. Sporadycznie zdarzają nam się
wspólne noce (a to wyjazd jakiś, a to coś tam). Zeznajemy sobie nawzajem
radośnie właściwie wszystko, co się nam w życiu przydarza, co ważne... Czasem
się o coś zetniemy, ale szybciutko konflikty zażegnujemy. Całujemy się,
przytulamy, uśmiechamy do siebie niemal bez przerwy. No sielanka.
Po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że jak dla mnie to facet wręcz
idealny... Ja lubię dawać, on umie brać... Nie narusza mojej niezależności,
nie mam go za dużo wszędzie wokół, mam poczucie swobody wyboru... Pasujemy do
siebie pod każdym praktycznie względem jak dobrane puzzle. Nie jestem
zazdrosna - raz, że z natury niespecjalnie jestem, a dwa, że ta żona doprawdy
nie stanowi dla mnie "konkurencji" w żadnym zakresie. I on zazdrosny nie jest
o moje tam różne opowieści, zastanowienia (nad innymi kandydatami do mego
serca i łoża, no bo zawsze tam jacyś występują)... I że cudnie jest, no...
Jakiś czas temu jeszcze to nawet byłam w nim trochę zadurzona (albo mocno, to
w sumie nieważne). Nawet mu to kiedyś w stanie upojenia alkoholowego
ogłosiłam. Już zaczynał mieć problem ("mam się rozwodzić?"), ale ja w
międzyczasie wytrzeźwiałam i po przemyśleniu powiedziałam mu, że w sumie to
tak, jak jest, to tak jest fajnie... A jeszcze później to w ogóle ochłonęłam
i zadurzenie mi przeszło. Teraz mi z nim po prostu dobrze. Jest mi bliski. I
ja jemu. Ja jemu właściwie najbliższa...
No właśnie, bo wczoraj mi powiedział, że mnie kocha. I ja w sumie nie wiem,
co ja na to... Nie byłam na tyle odważna, by podjąć rozmowę...
I właściwie nie wiem, po co ja to na forum napisałam. Trochę dlatego, że
chciałam komuś opowiedzieć (przyjaciele nie widzą problemu, a mnie jednak w
tym wszystkim jakoś... nieswojo). Trochę, żeby Was zapytać (obcych ludzi
zresztą), co Wy byście "zrobili" na moim miejscu... Czy tu w ogóle jest jakiś
problem