Dodaj do ulubionych

historia jak historia...

08.01.03, 21:54
Może fabuła nie będzie z tych powszechnych, ale też i nic nowego pod słońcem.

Bohaterka (co za słowo!), czyli ja, jest istotą stanu wolnego. Powiedziałabym
nawet, że wolnego jak cholera. Nie, nie że samotna. Posiadająca jedynie
chroniczny przerost potrzeby niezależności nad wieloma innymi potrzebami
emocjonalnymi. Co w praktyce sprowadza się do tego, że mężczyzn wprawdzie
bardzo, ale to bardzo lubię, tyle że nudzą mi się oni szybko, w związku z
czym "mam" (wokół siebie, w swoim życiu, we łbie) coraz to nowych. Moi
najbliżsi przyjaciele są mężczyznami, co też istotne o tyle, że bardzo są
ważnym elementem mojego życia. Zaś najrozmaitszych
kochanków, "ukochanych", "narzeczonych" (tu podwójny cudzysłów) w cholerę.
Zajmują mi mnóstwo czasu. Tak dużo, że jakoś mnie nie ciągnie, by się z
nimi "dzielić" jeszcze i "życiem"...

Raz mi się przydarzył związek dwuletni z prawie dwuletnim wspólnym
mieszkaniem. Ponadto moje maksymalne osiągi mają kilka miesięcy. Bo tak:
Albo "nowy narzeczony" w ogóle się pojawił bez powodu poza nudą/ciekawością,
więc się nudzi niemal natychmiast po przetestowaniu; albo to ja jemu się
nudzę, przestaję mu się podobać, zaczynam go drażnić, czy tam cokolwiek; albo
się któreś zakocha płomiennie (jednocześnie też się zdarza), wtedy trwa to
trochę dłużej i zawiera teatr z cyklu "Ścieżki uczucia", kończy się z
podobnych powodów (lub któreś "zrywa" i jest dramat jednostki na końcu); albo
działa jakiś inny schemat, ale to rzadziej. Zadurzam się w mężczyznach raczej
łatwo i dość chętnie, lubię ten stan, kop do życia i różnych czynności,
euforia, zaspokajanie ciekawości, nowy człowiek, jego historia, jego
twarze... Z wieloma "byłymi narzeczonymi" utrzymuję serdeczne dość stosunki -
koleżeńskie, czasem przyjacielskie nawet. O niektórych zapominam, z
wzajemnością albo bez. Tak sobie żyję i tak mi jest bardzo dobrze, póki co.
Znaczy, póki czuję się młoda, atrakcyjna, rzeczywiście niezależna, kochana
przez najbliższych (przyjaciele, rodzice). Jakoś czuję, że "marnowałabym się"
w jakiejś formie monogamii, że dopóki nie mam potrzeby zakładania rodziny,
oparcia, wierności - to tak jest lepiej dla mnie i dla ewentualnej "ofiary"
mojego monogamicznego niespełnienia, znudzenia. Kiedyś może "dojrzeję" do
związku trwalszego, do małżeństwa może czy rodzicielstwa, na razie jest, jak
jest.

No i chciałabym Wam historię opowiedzieć o ostatnim z mych "narzeczonych". Bo
to taka dziwna trochę historia i nie bardzo wiem, co z nią począć.

Jak to często u mnie bywa, nudziło mi się lekko i rozglądałam się za nowymi
wrażeniami. Poznałam go przypadkiem, zaiskrzyło, umówiliśmy się, randka,
seks, dalej randka, pożegnanie, następna randka następnego dnia, a potem na
przykład po dwóch dniach i znowu, każda po parę-paręnaście godzin...
Znakomicie nam się rozmawia, umiemy się rozbawiać, pocieszać, dopasowani
jesteśmy pod względem preferencji (spędzanie czasu, tematyka rozmów,
erotyka), fajnie nam razem. Lubię takie początkowo zagadki, niedomówienia, i
stopniowe zanurzanie się w drugim człowieku, coraz więcej faktów z jego
życia, wspólnych spraw, bliskości. A że facet jest taksówkarzem, to i
wycieczki liczne w najprzecudniejsze miejsca... Ja zaś akurat przy kasie
(wolny zawód wykonuję, jak mi się chce, to zarobić mogę sporo, tak się
właśnie zdarzyło), no to i czasem niby "dla żartu" włączanie licznika, sporo
kasy ode mnie, prezenty itede (ja tak lubię). Sama radość, tak w ogóle, dla
obu stron.

Szybko dość, po dwóch tygodniach może, zeznał mi on posiadanie żony i dzieci.
Dzieci są liczne dość, ale z obecną żoną ma tylko jedno, ostatnie. Na
pozostałe płaci kasę i widuje czasem, wydaje mi się, że je traktuje w
kategoriach "błędy młodości". Natomiast to ostatnie jakoś go "złamało" i
postanowił sobie, że z tą rodziną już chce zostać. Wychować syna, mieszkać z
żoną, a co będzie za parę lat, to się zobaczy - ale za parę lat. Żony nie
kocha i nie kochał nigdy (to zeznał później), wydała mu się po prostu
poprawną kandydatką do "ustatkowania się z", wierna, gospodarna, spokojna,
znacie ten model. Małżeństwem są od czterech lat, nie rozmawiają ze sobą od
trzech (ale i nie kłócą się - wymieniają tylko niezbędne informacje, nie
interesują się sobą nawzajem i tyle), seksu też nie ma (nie wiem, od kiedy,
mało to dla mnie istotne). Żona nie pracuje (nic nie umie, a w domu się
dobrze sprawdza, więc niech tak jest). A on oczywiście zapiernicza od świtu
do zmroku, bo go liczne dzieci sporo kosztują, zaś od odpowiedzialności
raczej on nie ucieka, nie ten gatunek. Osobowość niezmiernie żywiołowa,
cholernie pogodny, mnóstwo w nim witalności, siły, chęci, radości, aż mu
uszami wyłazi, naprawdę. Więc "tak w ogóle lekko nie jest", ale ma poczucie,
że kiedyś był nieodpowiedzialnym gówniarzem, więc mu się teraz "należy", a w
ogóle to życie piękne jest...

No i co ja na to, no co ja na to. Nie zastanawiałam się wcześniej nad tą
znajomością w kategoriach "poważnych", więc się schlałam, zastanowiłam...
nawet mi się wydawało przez chwilę, że może lepiej to zostawić, bo to i
zdrada, i w ogóle pogmatwane... Ale długo mnie to nie trzymało. Wiecie, ten
facet jest urzekający. Naprawdę. Mnóstwo w nim empatii, szalenie
komunikatywny, i widać było z jego strony taką wielgachną radość, że mnie
widzi, że jest przy mnie, rozmawia ze mną, że ja go słucham, że nam dobrze...
Po porcji rozterek wyszło na to, że "póki co" zostaniemy "razem"...

Miałam przez pewien czas wątpliwości, czy tu przypadkiem nie występuje
przypadek "kasa i seks", i czy ten facet przypadkiem nie jest wstrętnym
pasożytem... Ale skąd. Przyszły i na mnie gorsze czasy finansowe, przestały
być prezenty, przestałam być fundamentem utrzymywania rodziny jego - i nic
się nie zmieniło, chyba że na lepsze. Wyraźnie prawdę chłopak gada, że jest
ze mną, bo mu ze mną dobrze, bo jestem cudowna...

No i tak się bujamy od paru miesięcy już... Spotykamy się niemal codziennie,
a już na pewno ze sobą codziennie rozmawiamy. Sporadycznie zdarzają nam się
wspólne noce (a to wyjazd jakiś, a to coś tam). Zeznajemy sobie nawzajem
radośnie właściwie wszystko, co się nam w życiu przydarza, co ważne... Czasem
się o coś zetniemy, ale szybciutko konflikty zażegnujemy. Całujemy się,
przytulamy, uśmiechamy do siebie niemal bez przerwy. No sielanka.

Po pewnym czasie przyszło mi do głowy, że jak dla mnie to facet wręcz
idealny... Ja lubię dawać, on umie brać... Nie narusza mojej niezależności,
nie mam go za dużo wszędzie wokół, mam poczucie swobody wyboru... Pasujemy do
siebie pod każdym praktycznie względem jak dobrane puzzle. Nie jestem
zazdrosna - raz, że z natury niespecjalnie jestem, a dwa, że ta żona doprawdy
nie stanowi dla mnie "konkurencji" w żadnym zakresie. I on zazdrosny nie jest
o moje tam różne opowieści, zastanowienia (nad innymi kandydatami do mego
serca i łoża, no bo zawsze tam jacyś występują)... I że cudnie jest, no...

Jakiś czas temu jeszcze to nawet byłam w nim trochę zadurzona (albo mocno, to
w sumie nieważne). Nawet mu to kiedyś w stanie upojenia alkoholowego
ogłosiłam. Już zaczynał mieć problem ("mam się rozwodzić?"), ale ja w
międzyczasie wytrzeźwiałam i po przemyśleniu powiedziałam mu, że w sumie to
tak, jak jest, to tak jest fajnie... A jeszcze później to w ogóle ochłonęłam
i zadurzenie mi przeszło. Teraz mi z nim po prostu dobrze. Jest mi bliski. I
ja jemu. Ja jemu właściwie najbliższa...

No właśnie, bo wczoraj mi powiedział, że mnie kocha. I ja w sumie nie wiem,
co ja na to... Nie byłam na tyle odważna, by podjąć rozmowę...

I właściwie nie wiem, po co ja to na forum napisałam. Trochę dlatego, że
chciałam komuś opowiedzieć (przyjaciele nie widzą problemu, a mnie jednak w
tym wszystkim jakoś... nieswojo). Trochę, żeby Was zapytać (obcych ludzi
zresztą), co Wy byście "zrobili" na moim miejscu... Czy tu w ogóle jest jakiś
problem
Obserwuj wątek
    • hermina historia jak historia... dokończenie 08.01.03, 21:55
      ... Czemu bywa mi w tym dziwnie?... Czy to “rokuje”?... “Co będzie dalej?”...
      Czy to "dobre" jest?... Jak w ogóle reagujecie na taką historię?...

      Z góry dziękuję osobom, które może zechcą ze mną o tym pogadać :-) Pozdrawiam
      wszystkich.
      • fnoll Re: historia jak historia... dokończenie 08.01.03, 22:05
        myślę, że prędzej czy później się rozstaniecie - siła nawyku, i to po obu
        stronach

        co nie znaczy, ze nie powinniscie sie wiazac, bo czemu by nie? bedzie cool

        pozdrawiam goraco

        fnoll
        • hermina Re: historia jak historia... dokończenie 08.01.03, 23:11
          Wiązać?... Sznurkiem do snopowiązałek najwyżej chyba...
          Związany to on już jest... ja się wiązać niespecjalnie chcę (a być może głównie
          boję), a już na pewno nie chcę, żeby się on rozwiązał i wiązał nie daj Boże raz
          jeszcze, i to ze mną... :-)

          Fnollu. Proroku :-) Czy jak człowiek się starzeje, to mu potrzeba trwałości nie
          przysłania tego nawyku rozstawania się? Nie żebym się tak od razu chciała
          starzeć... ale tak myślę i myślę...

          No bo jakby wszystko było jak zwykle, zgodnie z przywołaną przez Ciebie siłą
          nawyku, to mnie by nie było tak dziwnie... A mnie coś tu nie gra, i nie bardzo
          wiem, co... Aha, ja naprawdę nie chciałabym się wiązać z takim "gatunkiem" pod
          żadnym pozorem, mimo całej tej bliskości i czułości. To może to nie gra? że jak
          nie ma nadziei (choćby idiotycznej), to jakoś...
    • maly.ksiaze Cudna historia... 08.01.03, 22:08
      ... temat na poemat. No dobrze, na opowiadanie. Porady Ci nie udziele, bo moje
      porady diabla sa warte, ale...

      ... nie rokuje. Bo co po drugiej polowce komus, kto uwaza sie jeszcze za cale
      jablko?

      Pozdrawiam,

      mk.
      • hermina Re: Cudna historia... 08.01.03, 23:15
        Pisać nie umiem, więc jeśli Ci, Książę, temat pasuje, to upoważniam do
        wykorzystania. Poemat lub opowiadanie chętnie zaś ujrzę :-)

        Wiesz co, to nie to, że się uważa za całe jabłko. Rośnie jeszcze :-) I dopóki
        nie urośnie, to skąd ma wiedzieć, która to jest jej połówka? Nie chciałaby się
        pomylić, kogoś skrzywdzić i siebie rozczarować... A poza metaforą - ja nie
        wiem, ja się za nic nie uważam... Tylko jakoś tam obserwuję własne zachowania,
        to nie znaczy, że ja mam taki model albo że mi się to podoba, albo że tak
        robię, bo tak uważam... Tak po prostu jest, a ja się zmieniam...
        • maly.ksiaze Re: Cudna historia... 08.01.03, 23:17
          Ehh... kiedy mi sie to Twoje opowiadanko podobalo. Nie o tym jednak. Tak sobie
          po prostu pomyslalem, ze nie wierze w trwalosc sama z siebie. To wymaga
          strasznie duzo pracy, taka trwalosc. Chcesz tego? Podobno chciec - to moc.

          Pozdrawiam,

          mk.
          • Gość: Malwina Re: Cudna historia... IP: proxy / *.w.club-internet.fr 08.01.03, 23:42
            calkiem przyzwoicie napisane ....:-)
            • maly.ksiaze Re: Cudna historia... 08.01.03, 23:46
              chciec to moc ;-).

              Ide do domu... pa!

              Pozdrawiam,

              mk.
            • hermina o napisaniu / podobaniu 08.01.03, 23:48
              Za komplementa w kwestii formalnej dziękuję :-)
              Ale to może tylko życie jest ładne, a niezdarne słowa zdają się przyjemną
              formą, gdy się o życiu opowiada?
              • maly.ksiaze Re: o napisaniu / podobaniu 08.01.03, 23:50
                hermina napisała:

                > Za komplementa w kwestii formalnej dziękuję :-)
                > Ale to może tylko życie jest ładne, a niezdarne słowa zdają się przyjemną
                > formą, gdy się o życiu opowiada?

                Zycie jest ladne? To dosc odkrywcza mysl... Moze byc piekne, ale ladne?

                mk.
                • hermina Re: o napisaniu / podobaniu 08.01.03, 23:52
                  "Piękne" zbyt nadęte. "Ładne" zbyt nasączone rozumieniem estetycznym. No to jak
                  to powiedzieć?
                  (a zresztą - pod estetycznym względem to ja jestem trochę Grochowiakiem, więc
                  ja mogę spokojnie mówić "ładne" :-))
                  • maly.ksiaze Re: o napisaniu / podobaniu 08.01.03, 23:59
                    Piekne moze byc bardzo brzydkie. Jak w 'Life is beautiful'. Ladne - to ladne.
                    Zycie rzadko bywa ladne. Chociaz - jesli ktos lubi szary plastik i rozowe paper-
                    mache, to czemu nie...

                    Pozdrawiam,

                    mk.
                    • hermina Re: o napisaniu / podobaniu 09.01.03, 00:09
                      No przecież mówię. Słowo "ładne" ma zbyt jednoznaczne konotacje z estetyką. Nie
                      twierdzę, że to dobre słowo. Ale "piękne" tym bardziej mi nie pasuje. Piękno
                      jest wzniosłe. Głębokie. A ja przecież w wątku opowiedziałam tylko historyjkę o
                      powierzchni rzeczy. Na powierzchni rzeczy nie ma piękna. Nie ma i w tej
                      historyjce, w słowach o tym, co zdarzyło się. (Może jest w "zajściu", w
                      zdarzeniu, w nie napisanym poemacie o dziwnym spotkaniu dwojga ludzi - ja je
                      tam widzę, ale to w końcu moje życie, a ja jestem egzaltowana :-))
                      • Gość: xyz Re: o napisaniu / podobaniu IP: 62.233.244.* 09.01.03, 00:24
                        A ja w tej historyjce widze bardzo PIĘKNA duchowo kobiete,nic mnie nie obchodzi
                        jak to odbierzecie ale tak odczułem--boisz się tej miłosci bo bardzo zagmatwana
                        ta historyjka a facetowi zazdroszcze i współczuje

                        ps,Też bym sie zakochał w Tobie
                        • hermina xyz 09.01.03, 00:38
                          Nawet gdy nieprawdziwe, takie słowa dech w piersi zapierają, każdej kobiecie,
                          tej pozbawionej piękna duchowego też :-) Dziękuję, Tajemniczy.
                          Ta tutaj kobieta, to ona o piękno nie dba (z dobrocią, to co innego - tę bardzo
                          chciałaby posiąść, i więcej, i jeszcze więcej). Jakieś pewnikiem "wydziela",
                          skoro ktoś je widzi (słowa, słowa... ile w nich iluzji? może ja nie
                          istnieję?)... ale cóż tam te jej maleńkie odblaski...
                          Zakochać się we mnie pozwalam. Będę zaszczycona :-)
                          A o historii - coś Ty. Ta historia to nie żadna miłość. Miłość się rodzi wśród
                          brudnych skarpetek, łez, chorób, i upływających godzin, dni, lat. Nie wśród
                          krajobrazów, kieliszków, perfum, pościeli i dzieci na fotografiach. Ta historia
                          nie ma z miłością wiele wspólnego. Ta historia jest o pasji życia, o radości,
                          plątaninie zjawisk, o drgnieniu chwili. O miłości to ja jeszcze nawet marzyć
                          nie śmiem (tylko po ciemku, gdy nikt nie patrzy, czasem).
                          • Gość: xyz Re: xyz IP: *.elsat.net.pl 09.01.03, 00:49
                            Pięknie piszesz----a to dusza podpowiada--jak nie będziesz umiała wytrzymac bez
                            tego człowieka jednego dnia rozłąki--lub piec minut braku obecności w twych
                            myslach --wiec ze to wiecej niż fascynacja

                            ps,chciałbym cos mądrego napisać--cos co by spowodowało dreszcz na ciele ale
                            nic nie przychodzi do głowy---jeżeli on wywołuje dreszcze na sama mysl to ok---
                            albo i jeszcze większy problem??
                            • hermina Re: xyz 09.01.03, 01:10
                              Wytrzymać bez?... Wytrzymać można bez wszystkiego (poza funkcjami
                              fizjologicznymi). Tak sobie myślę, że jeślibym nie mogła bez kogoś wytrzymać
                              (dnia, tygodnia, pięciu minut), to tylko mój problem byłby i moja
                              niedojrzałość, chciejstwo, brak cierpliwości, bez której żadna mądrość nie
                              wykiełkuje... Nie, to nie wyznacznik. A co wyznacznikiem dla mnie? najpierw to,
                              że kocham go nawet wtedy, gdy mu łyżka spadnie, i nie zapominam o tym w
                              gniewie... potem to, że chcę się z nim zestarzeć... to, że chcę, żeby on
                              wychowywał ze mną moje dzieci... a potem to już wiadomo, że po prostu dla Nas
                              chcę i mogę zrobić wszystko... a on ma to samo, w przybliżeniu... To wtedy ja
                              bym pomyślała po cichu, że miłość... Tak mam, bo ja mam rodziców, którzy się
                              kochają. Naprawdę. Kompletnie. Bezgranicznie. Na zawsze. Nie widziałam nigdy
                              takiej miłości, nie byłabym w stanie takiej wymyślić. Ale jest ona. Więc ja
                              pokornie to słowo traktuję. Jeszcze wiele stromych wzgórz przede mną, żebym
                              myśleć o takiej mogła.
                              A z drugiej strony nie chcę mówić, że ten facet z historii to tylko fascynacja,
                              ulotna i durna, pół-zwierzęca, pół-szaleńcza. Bo to już bliskość jest też,
                              czułość nie-chwilowa, zaufanie jakieś. Może przyjaźń kiedyś, jakbym się miała
                              pobawić w proroka, to tak bym obstawiała...
                          • Gość: xyz Re: xyz IP: 62.233.244.* 09.01.03, 00:52
                            hermina napisała:

                            > Nawet gdy nieprawdziwe, takie słowa dech w piersi zapierają, każdej kobiecie,
                            > tej pozbawionej piękna duchowego też :-) Dziękuję, Tajemniczy.
                            > Ta tutaj kobieta, to ona o piękno nie dba (z dobrocią, to co innego - tę
                            bardzo
                            >
                            > chciałaby posiąść, i więcej, i jeszcze więcej). Jakieś pewnikiem "wydziela",
                            > skoro ktoś je widzi (słowa, słowa... ile w nich iluzji? może ja nie
                            > istnieję?)... ale cóż tam te jej maleńkie odblaski...
                            > Zakochać się we mnie pozwalam. Będę zaszczycona :-)
                            > A o historii - coś Ty. Ta historia to nie żadna miłość. Miłość się rodzi
                            wśród
                            > brudnych skarpetek, łez, chorób, i upływających godzin, dni, lat. Nie wśród
                            > krajobrazów, kieliszków, perfum, pościeli i dzieci na fotografiach. Ta
                            historia
                            >
                            > nie ma z miłością wiele wspólnego. Ta historia jest o pasji życia, o radości,
                            > plątaninie zjawisk, o drgnieniu chwili. O miłości to ja jeszcze nawet marzyć
                            > nie śmiem (tylko po ciemku, gdy nikt nie patrzy, czasem).

                            pięknie piszesz---jak za kare mogłbym to 1000 razy napisać--pozwól że przytule
                            wirtualnie---sama wyobraźnią
                            • hermina Re: xyz 09.01.03, 01:11
                              No, no, tylko nie karę!
                              Przytulić wirtualnie mogę też... Ale wirtualnie chyba lepiej rozmawiać...
                              Przytulenia i tak nie poczujesz, choćbyś wyobraźnię wytężał do granic. A słowa
                              gdzieś wpadną i zostaną... tak sobie myślę...
          • hermina o trwałości 08.01.03, 23:46
            Ja na razie w żadną nie wierzę, nawet tę wypracowaną potem najkrwawszym. Świat
            jej zaprzecza, to cóż ja mam się, z końmi kłócić...

            Tylko o skłonności ludzkiego ducha mówiłam... Tej sprzecznej z vanitas... Ale
            nie przekładam jej na możliwości, chcenia. Może sceptycyzm, a może rezygnacja,
            a może się tylko czaję i kombinuję z ukrycia (i jak mi się uda jakimś cudem, to
            wtedy wyskoczę jak Filip z konopi i się pochwalę?), a może ograniczenie moje.

            A Ty w nią wierzysz?
            • maly.ksiaze Re: o trwałości 08.01.03, 23:49
              W trwalosc? Czy w 'chcenie', w wole? W 'chcenie' tak, w trwalosc nie. Ona jest
              tylko pomyslnym zbiegiem okolicznosci.

              Pozdrawiam,

              mk. (filozof-amator)
              • hermina Re: o trwałości 08.01.03, 23:50
                Skąd wiesz?
                A nie milej wierzyć w związek przyczynowo-skutkowy chcenia z okolicznością
                trwałości? No bo po co to chcenie, skoro efekt od boskiego rzutu kośćmi zależny
                miałby być?
                • maly.ksiaze Re: o trwałości 08.01.03, 23:56
                  hermina napisała:

                  > Skąd wiesz?
                  > A nie milej wierzyć w związek przyczynowo-skutkowy chcenia z okolicznością
                  > trwałości? No bo po co to chcenie, skoro efekt od boskiego rzutu kośćmi
                  > zależny miałby być?

                  Wiesz, bycie 'wbrew wszystkiemu' moze i zalezne jest od naszej woli. Ale co to
                  za przyjemnosc? To szczera udreka, zadna przyjemnosc. Niesamowitego szczescia
                  trzeba, aby to 'wszystko' bylo po naszej stronie. Albo przynajmniej ta istotna
                  czesc wszystkiego, cokolwiek nia jest.

                  Pozdrawiam,

                  mk.

                  PS. Popatrz tyle slow. A przeciez chodzi o to, ze caly w tym ambaras, aby dwoje
                  chcialo na raz.
                  • hermina Re: o trwałości 09.01.03, 00:04
                    Czyli chcenie pod warunkiem, że "szczęście" (jako łut) sprzyja?
                    To skąd tyle nadziei i złud w nas? I dlaczego to najbardziej wzrusza, gdy
                    okoliczności okoniem stają, a człek ku pięknu... ku dobru... prze jako
                    głupek?... albo ku miłości, o właśnie?...

                    A w ogóle to miałeś tak kiedyś, że wiedziałeś "na bieżąco", która z możliwych
                    wersji wydarzeń to właśnie ten korzystny zbieg okoliczności (nic wspólnego
                    z "pożądanym")? Bo ja nie miałam, ale ja to młodziutka, durna, nie musiałam -
                    tymczasem jednak zdaje mi się, że to dopiero dłuuugo po fakcie wiadomo, w
                    którym miejscu nas los obdarza... i kto by się wtedy spodziewał... Ale mogę się
                    mylić, może za mało wiem, a kiedyś się nauczę i będę wiedzieć od razu...

                    • maly.ksiaze Re: o trwałości 09.01.03, 01:27
                      Czy tak mialem? Nie, chyba zartujesz. Nawet jakbym tak
                      mial, chocby i w tej chwili, to bym nie powiedzial. Taka
                      piekna liryczno-fatalistyczna teorie by mi licho zabralo...
                      Nie moge do tego dopuscic.

                      Pozdrawiam,

                      mk.
                      • hermina Re: o trwałości 09.01.03, 01:31
                        Jakie licho? Czepliwa baba, ot i co.
                        Zresztą jeśli się tak bardzo do niej (tej teorii, znaczy) przywiązałeś, to Ci
                        ani czepianie niestraszne, ani jakieś nie daj Boże fakty niewygodne. Precz z
                        faktami! Precz z preczem... to jak wreszcie? nie ma trwałości? a dusza jak do
                        niej skowyczy wbrew rozsądkowi, to co wtedy? (hipotetycznie mówię - mnie dopada
                        z rzadka doprawdy...)
                        • Gość: xyz Re: o trwałości IP: 62.233.244.* 09.01.03, 01:48
                          Zawsze to mówiłem--facet przy kobiecie malutki--dlatego one obdarzone darem
                          rodzenia---niestety jestem tego potwierdzeniem --nie nadarzam za twym tokiem
                          myślenia i odczuwania---wystarczająca kara
                          • hermina Re: o trwałości 09.01.03, 01:57
                            Może jak wyżej spojrzysz, xyz (czyli tam, gdzie do Ciebie słowa), to Ci się
                            przejaśni :-)
              • Gość: Malwina Re: o trwałości IP: proxy / *.w.club-internet.fr 08.01.03, 23:52
                specjalistka w materii trwalosci w nietrwalosci ci mowi : pracuj wytrwale nad
                konstrukcja braku przyzwyczajen i nie osiadaj nigdzie indziej jak tylko na
                walizkach bo sie pomylisz co do przeznaczenia swego a masz jak masz i tak
                trzymaj
                • maly.ksiaze dziekuje za rade 08.01.03, 23:59
                  wloze do albumu; tego w zielonej walizce
                  • hermina ja też dziękuję 09.01.03, 00:11
                    Ale po co zaraz walizki? W nich też tylko kurz i pył...
    • carduus Re: historia jak historia... 09.01.03, 12:24
      Hermino droga!
      Tak mi to coś przypomina. Okoliczności wprawdzie inne zupełnie, ale ta kwesita
      uczuciowa... Znajoma jakoś. Ja ci powiem jedno: miłość niejdno ma imię. I wcale
      nie musi się zaczynać piorunami i gromami z nieba. Czasem skarada się za nami
      jak kot bezszelestnie, ani listka trąci, ani zamruczy. Usiądzie na kolanach
      cichutko, delikatnie tak, że nie zauważysz. Machinalnie pogładzisz ręką futerko
      i będzie Ci tak dobrze, tak spokojnie, jak tylko z kotem na kolanach. I nawet
      nie bedziesz wiedziała, że jakis kot u Ciebie na kalanach mruczy a on już
      będzie coraz bardziej Twój i coraz bardziej niezbędny. I dopiero kiedy zniknie
      z jakichś powodów na chwilę, dzień, miesiąc, rok, nagle któregoś dnia ze
      zdumieniem przeogromnym skonastatujesz, że to - o zgrozo ! - miłośc
      prawidziwa.

      I mój wrodzony rozsądek i poczucie sprawiedliwości każe mi nie życzyć Ci tego,
      a już na pewno nie z tym kotem, bo on choć swoimi drogami chadza (jak to kot),
      to jednak obowiązki ma całkiem inne. Trudna sprawa. Dałby Bóg, żeby inaczej się
      to skończyło. Kto to widział tak się plątać... Aż mi smutno.

      carduus
      • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 12:33
        Smutno?...

        Smutność Twoja, Carduus, mnie zdziwiła nieco. Nie przeczę, że w tej historii
        jest smutek, może w tle, a może ona ma drugie dno, do opisania którego znacznie
        trudniej znaleźć słowa stosowne... i zresztą smutek przecież po drugiej stronie
        każdego lustra gdzieś tam się czai... Ale nie pokazywałam go, nie zaznaczałam
        nijak jego obecności... stąd moje zdziwienie.

        To fajne uczucie, coś opisać, i otrzymać odzew, który nie tylko się wczuwa, ale
        jeszcze nie ponaglany znajduje inne odcienie mojej historii. Dziękuję za to.

        A w miłość się chwilowo zagalopowywać nie będę... W nocy bardziej byłam butna i
        bardziej mi się wydawało, że dużo rozumiem słów i pojęć. Ale teraz jest dzień,
        odsłania wszystkie smugi na powierzchni prostoty, i już nie jestem taka mądrala.
        • carduus Re: historia jak historia... 09.01.03, 12:40
          Smutno mi hermino, bo ja jestem widzisz poukładana i rozsądna do obrzydliwości.
          I gdybym była na Twoim miejscu a jednocześnie miała swoje doświadczenia to
          bałabym się, że to się skończyć może nieróżowo wcale. Choć napjrawdopodobniej
          mój rozsądek nie zgodziłby się na wikłanie w romans z żonatym (choćby
          bezmiłośnie) facetem.
          Ale może się mylę? Może to wcale nie tak? Tylko skoro on kocha, to już chyba
          różowo nie jest?

          carduus
    • pastwa historia jak historia... 09.01.03, 13:02
      Gdyby pewność nie skrzywdzenia i nie rozczarowania się, miała zawsze poprzedzać
      coś, co nazywa się związkiem dwojga ludzi , nie byłoby chyba takiego na
      świecie.
      Twoje obawy przypominają mi troszkę rozterki Adasia Miauczyńskiego marzącego o
      kobiecie idealnej, która gdyby tylko się pojawiła uczyniłaby go pewnie wygodnie
      żyjącym z kobietą facetem. Kiedy w jego wizji takowa się pojawia, rodza się
      szybko liczne „zastrzeżenia”, które wymarzona uznaje z pełna wyrozumiałością,
      i gdy brak już Adasiowi jakichkolwiek „ale” stwierdza wystraszony, ze może
      jednak poczeka, może trafi się jeszcze lepsza kandydatka.
      Zastanawia mnie Twoje wyobrażenie o byciu razem, takim jakiego się teraz
      obawiasz, ze niby co, chcesz mu obiecac 20 lat w błogostanie i braku
      jakichkolwiek fiksacji z Twej strony,boisz się ze pewnego dnia nie zapanujesz
      nad potrzeba swego umysłu do jakiejś dziwacznej odmiany , lub panowanie nad nim
      będzie zbyt uciążliwe ?
      Może temu facetowi własna taka Ty się podobasz, mnie by nie przeszkadzało wcale
      w podjęciu decyzji, przed która Ty masz opory to ,że kobieta z która mi dobrze
      może kiedys kazac mi spadac, bo ma ochote wstapić do zakonu kontemplacyjnego by
      zerżnąć tam kilku uduchowionych facetów. Trudno, wiedziałem co brałem, było mi
      dobrze, a nikt inny by mi tego „dobrze” o takiej jakości nie dał, co więcej,
      przykrosci mniejsze czy większe są wpisane w każdy układ dwojga,trojga ...
      ludzi.


      • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 13:49
        Miauczyńskiego mam prawo przypominać, choć trochę się rumienię, bo wolałabym
        nie sięgnąć aż takiego poziomu śmieszności :-) Tak czy inaczej, nie wytykaj mi
        tego tak brutalnie... Puściłam trochę "konie po betonie", no pewnie, przyznaję,
        zdarza mi się zagalopować w wizjach, pojęciach, jak każdemu zresztą chyba.

        Jakkolwiek to z moimi wizjami jest - nie tyczą one ani wspomnianego przez
        Ciebie "bycia z kimś", ani o obietnicach żadnych nie ma mowy... Chodziło mi
        raczej o pewność samej siebie. No jasne, że nie pewność niezachwianą, pomnikową
        i niezłomną. Taką... większą niż mam teraz. Większa jednoznaczność pragnień
        (teraz jej - jednoznaczności - nie ma prawie wcale, zamazana jakaś). I o
        jeszcze parę elementów mojej osobowości, które w danej chwili nijak nie pasują
        do związków, które bym mogła nazwać nie-przelotnymi.

        To, że parę sentencji obrzydliwie nadętych i absurdalnych wygłosiłam, to tylko
        słowa jakieś, to wyraz nastroju może, sposób rozmawiania z samą sobą (myślenie
        też mnie czasem nudzi, więc je stroję w dziwaczne piórka czasem). Nie strofuj,
        Pastwa, chyba nie ma o co :-))
        • pastwa Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:04
          Broń mnie panie Mieciu od strofowania kogokolwiek, jednowymiarowosci nie
          oczekuje od ludzi, absolutnie, fuj. Wyglada mi tylko, ze ta Twoja potrzeba
          wyrazistosci dla swych przyszłych dróg zyciowych, kierunku dajacego jakies
          długotrwalsze spełnienie,bedzie i tak Cie poruszać i dreczyc bez wzgledu czy
          zapomnisz o owym facecie, czy potraktujesz go "powazniej', jest on niejako
          spoza tego, co próbujesz w sobie rozgryźć. A ze i jego te dylematy dotknac
          mogą, no cóż, dla mnie coś takiego, to sama słodycz choć ciernistą sie wydawac
          może, tak wiec, w tej materii damsko- meskiej niech sie dzieje, jak sie działo,
          bez zbednej paniki, bo po coż ona...
          • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:08
            Ano pewnie, że jedno z drugim ma niewiele wspólnego (tj. "przypadek męski" z
            moimi rozterkami abstrakcyjno-przyszłościowymi). Wydawało mi się, że to dość
            wyraźnie zaznaczyłam. Ale widać nie. No to teraz mówię, że no przecież mówię,
            Pastwo, no mówię to, co i Pan, mówię :-))
            • pastwa Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:14
              To powiem brutalnie, te rezterki, to wieksza częśc Twojego uroku ;o)


              • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:16
                Cholera, wiem. To mnie rozbestwia :-(
                • pastwa Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:22
                  Niemniej bestialstwa w Twoim zachowaniu nie dostrzegam ;o0
                  • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:26
                    Rozbestwienie natomiast, hmm :-)
                    Gdyby te moje poetyczno-wzniosłe pojękiwania nie były "chwytliwe", nie
                    robiłabym z siebie Miauczyńskiego (nawet jeśli mało kto go tam dostrzega, to i
                    tak nie jest wcale fajne). Ale że bywają urocze, to się czasem nie hamuję...
                    Ech tam. Jakieś wady muszę mieć :-)
                    • pastwa Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:34



                      I dlatego na swiecia jest jako taka symbioza, bo istnieje pewien typ ludzi
                      goniący po dzikich obszarach w poszukiwaniu kośliwej bestyi,a i ta ma radosc
                      gdy takiego delikwenta ukąsi, bo choc mogłaby jesć tylko dżem, to nuda i
                      gnuśnośc takiego zywota nie do zniesienia byłyby.
                      I jak juz miec wady, to przynajmniej dobrej jakości, zatem gratuluję ;o)

                      Powodzenia
                      • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:41
                        To jeszcze tylko wymamroczę, że bestia nie jest podejrzliwa - bo gdyby była, to
                        uznałaby, iż pan Pastwa co najmniej milion dolarów chce od niej pożyczyć -
                        kadzi jej bowiem tak nieprzyzwoicie, że jej wyrastają skrzydełka za uszami oraz
                        indycze korale. Mniej oględnie - bardzo Pan miły, panie Pastwa. Dziękuję.
                        Za życzenia powodzenia też :-) W ciemno, ale odwzajemniam. Pozdrawiam.
                        • pastwa Re: historia jak historia... 09.01.03, 14:45
                          Ja tylko szanowey bestyi nieco dżemu w pyszczek wcisnąłem, aby doceniła
                          bardziej spowszedniale jej ostanio dzikie "łydki" wszelakich poszukiwaczy ;o)


                          Ps.Numer konta przsłałem na skrzynke ;o)
                          • hermina Re: historia jak historia... 09.01.03, 15:00
                            Doceniła?? No wiesz Pan! Toć ona życie tym "łydkom" zawdzięcza, hołdy im
                            składa, co udaje, to udaje, a przecież na pierwszy rzut oka widać, że dla tych
                            łydek to na sałatkę by się dała pokroić...
                            (Cała duża bańka USD to lekkie przegięcie. Fakt. No dobra, przesadziłam z tym
                            docenianiem. No bo i też kto by tam kobietom wierzył.)
    • elena10 Re: historia jak historia... 09.01.03, 21:14
      Czytając i wnikając w głębię Twoich myśli, nie mogę się powstrzymać, by nie
      zakrzyknąć z zachwytem, jesteś "jako ten cymbał grzmiący".
      • Gość: Malwina Re: historia jak historia... IP: proxy / *.w.club-internet.fr 09.01.03, 23:28
        (cholera, kto to jest Miauczynski ...???????)
        • Gość: eeeee Re: historia jak historia... IP: 212.106.158.* 09.01.03, 23:37
          Gość portalu: Malwina napisał(a):

          > (cholera, kto to jest Miauczynski ...???????)

          Bohater polskiego filmu "Dzien świra". Polecam.
      • Gość: eeeee Re: historia jak historia... IP: 212.106.158.* 09.01.03, 23:35
        elena10 napisała:

        > Czytając i wnikając w głębię Twoich myśli, nie mogę się powstrzymać, by nie
        > zakrzyknąć z zachwytem, jesteś "jako ten cymbał grzmiący".

        :)))))))))))))))))))))))
        ..a panowie zbiegli się jak muchy do miodu
        co śmieszy mnie jeszcze bardziej :))))
        • Gość: Malwina film IP: proxy / *.w.club-internet.fr 09.01.03, 23:44
          za pozno, za pozno ....
          • ta_mar_ta Re: film 10.01.03, 01:26
            Ten film , to serio! Także ;) polecam. Jeden z lepszych polskich filmów o
            kondycji polskiej inteligencji. Gorzko-kwaśny, w sam raz.
        • maly.ksiaze Re: historia jak historia... 10.01.03, 03:44
          Gość portalu: eeeee napisał(a):

          > :)))))))))))))))))))))))
          > ..a panowie zbiegli się jak muchy do miodu
          > co śmieszy mnie jeszcze bardziej :))))
          Bo to widzisz, prawdziwa rzadkość, ktoś, kto się potrafi
          wysłowić bez dwudziestu ośmiu emoticonów w trzech
          linijkach tekstu.

          Pozdrawiam,

          mk.

          PS. Cudze rozterki zawsze zdają się płytkie.
        • hermina Re: historia jak historia... 10.01.03, 07:09
          Eeeee - miło mi, że mogę Ci dostarczyć rozrywki :-)
          Eleno - miło mi tym bardziej, że dzięki mnie możesz się poczuć lepsza :-)
          • elena10 Re: historia jak historia... 10.01.03, 12:05
            Ani lepsza ani gorsza, tak mi sie wydaje. To Ty powinnaś wiedziec, jaka
            jesteś. Mało kto to wie dokładnie ale w ogólnych zarysach, w sprawach o
            których piszesz, to powinno byc jasne. A może to kokieteria? Nie musisz brać
            sobie do serca mojego zdania, nie jestem znawcą tematu pt. flirt.
          • calusna Re: historia jak historia... 10.01.03, 12:18
            hermina napisała:

            > Eeeee - miło mi, że mogę Ci dostarczyć rozrywki :-)


            Nie tylko Eeeee dostarczyłaś rozrywki hermino , zabawa była przednia!
            Gratuluję pomysłu. ;-)
            calusna
    • dundee_girl Re: historia jak historia... 10.01.03, 01:40
      Wszystko ladnie i pieknie, piszesz ze faceta zapierdziela od switu do nocy a tu
      prosze ma czas na randki i spedzanie nocy z Toba.
      Aha, jakos tak mi przyszlo na mysl ze ten amant to jak filmowy "Tulipan" tylko
      ze na taxi jezdzi.
      • hermina Re: historia jak historia... 10.01.03, 07:12
        dundee_girl napisała:

        > Wszystko ladnie i pieknie, piszesz ze faceta zapierdziela od switu do nocy a
        tu prosze ma czas na randki i spedzanie nocy z Toba.

        No ma. Wcale nie twierdzę, że jest go dość (tego czasu). Weź jednak pod uwagę,
        że występuję także w roli klientki :-)

        > Aha, jakos tak mi przyszlo na mysl ze ten amant to jak filmowy "Tulipan"
        tylko
        > ze na taxi jezdzi.

        Cholera, Tulipana niestety nie pamiętam :-(
    • alfika Re: historia jak historia... 10.01.03, 07:40
      A mnie się ta historia diabelnie nie podoba! Przyznaję, napisana świetnie, ale
      treść - jakaś niemiła i byle jaka.
      Dni upływające wyłącznie na zabawie życiem i "róbta co chceta"? Przykro mi, ale
      wybitnie mi to nie leży!
      • carduus Re: historia jak historia... 10.01.03, 07:54
        No właśnie. Coś w tym jest. Może historia nie do końca szczera? A może właśnie
        zbyt szczera na to, by mogła nam się spodobać bez zastrzeżeń? I chyba również
        dlatego smutna.

        carduus
        • Gość: Malwina historia jak historia... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.01.03, 09:19
          eee, moralnosc zescie wlaczyly do odbioru, dziewczyny, a tu literatury
          (fantazji ;-) trzeba...
          -no tak, przyszlo mi komplementy prawic
          Przepraszam uprzejmie, poprawie sie na przyszlosc
          • alfika Re: historia jak historia... 10.01.03, 10:11
            Eeee tam, zaraz moralność.
            To raczej odrobina czegoś, co nie pozwala skoczyć np. z okna po to, żeby
            zobaczyć, jak się lata.
            Walory literackie doceniłam, carduus chyba też (tyle że wcześniej), ale
            literatura + fantazja powinny dostarczać miłych wrażeń. Dla mnie wrażenie
            pustki nie zalicza się do miłych - cóż, tak mam...
            • Gość: Malwina Re: historia jak historia... IP: *.abo.wanadoo.fr 10.01.03, 10:30
              czasem gdy z okna skoczysz okazuje sie ze potrafisz latac...;-)
              • alfika :))) 10.01.03, 10:55
                Malwinko, uważaj z taką reklamą, bo już nawet na opakowaniu stroju Batmana musi
                być napis, że w tym się nie lata! Ktoś sobie weźmie do serca i akurat pechowo
                nie poleci w wytyczonym kierunku z zamierzoną prędkością...
                • Gość: Malwina Re: :))) IP: *.abo.wanadoo.fr 10.01.03, 10:57
                  tylko ze tu dzieci nie pisza (tak mysle ;-)
                  a zyc i tak jest niebezpiecznie....
                  • hermina Re: :))) 10.01.03, 11:04
                    I niezdrowo (kto żyje, ten umiera :-))
                  • alfika Re: :))) 10.01.03, 11:06
                    Osobiście mam przeświadczenie, że trochę mi jednak bezpieczniej bez
                    wyskakiwania. A wynika to przeświadczenie (wyłącznie w tym przypadku, mam
                    nadzieję) z całkowitego braku polotu :)))
                    • Gość: carduus Re: :))) IP: proxy / 10.30.1.* 10.01.03, 12:24
                      Zwłaszcza, że głupich nie sieją, sami sie rodzą. Weźmie sobie taki jeden z
                      drugim do serca i hajda skakać. A potem płacz, że noga złamana, albo co gorzej.
                      Chyba że skoczą z wystarczjącej wysokości, żeby się potłuc ostatecznie. To może
                      niezła metoda na eliminację głupoli, Malwino? Tylko chyba niezbyt humanitarna.
                      Ech jakiś makabryczny humorek mi się przyplatał...

                      carduus
          • maly.ksiaze O tak, Malwino 10.01.03, 14:44
            Bo całe to forum to po prostu forma literacka. No,
            prawie. Ta nazwa 'Psychologia' jest taka myląca.

            Pozdrawiam,

            mk.
            • Gość: Malwina Re: O tak, Malwino IP: *.abo.wanadoo.fr 10.01.03, 14:54
              mk, jestes jak albatros - duze skrzydla przeszkadzaja ci chodzic.
              Lataj.
              • hermina Re: O tak, Malwino 10.01.03, 15:54
                Nie znam oryginału, ale w polskim przekładzie "Albatrosa" to właśnie tak
                jest, "poeta jest podobny KSIĘCIU na obłoku" :-) Że Małemu, to nie było
                napisane. No ale nie musiał Bodlerek pamiętać całego nicka.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka