milosc a zycie codzienne

04.02.03, 10:26
Nie wiem, czy ktokolwiek zetknal sie takim dziwacznym problemem. Jestesmy po
slubie 4 lata. Kocham ja do nieprzytomnosci i przejawia sie to we setkach
czynow i slow. Ktos, kto patrzy z boku powie pewnie, ze jestesmy rewelacyjna
para. Jest jednak cos dziwnego w tym zwiazku bo tak jak bardzo ja kocham tak
cala ta milosc i malzenstwo mi ciazy.
Nie mamy dzieci ale to nasza wspolna decyzja - jestesmy w okolicach 35 i
uznalismy, ze nie chcemy by dziecko mialo rodzicow staruszkow.
Finansowo lepiej niz dobrze.

Dokladniej opisujac problem to jest tak, ze ja potrzebuje czasu dla siebie i
robienia rzeczy, ktore mi odpowiadaja. Tymczasem caly czas wydaje mi sie, ze
musze poswiecac czas dla niej i robic to czego ona oczekuje. Stad rezygnuje
czesto z wlasnych przyjemnosci by byc z nia lub by razem spedzac czas tak jak
ona lubi. Ona zreszta takze czesto robie to, co ja proponuje, jakies wspolne
wyjscia czy cos takiego. Latwo mi jest zreszta rezygnowac z np. meczu dla
niej bo to tylko mecz a ona to ona - jest wspaniala.
No i wieczoram jak patrze na swoj dzien to nie bylo tak, jakbym chcial.
Czasami mysle, ze lepiej by bylo, jakbysmy mieszkali oddzielnie a widywali
sie tylko po to, by byc razem jak oboje tego chcemy. Tak, tak to by bylo
dobrze.
Nie mam nikogo na boku i ani mi to w glowie. Nie potrzebuje takze wolnosci by
sobie kogos znalesc. To tylko chodzi o to, by ze spokojem robic rzeczy, na
ktore ma sie akurat ochote a nie wciaz byc w stresie, czy to pasuje do tego,
co ona by chciala widziec.

Czy moze ktos ma podobne odczucia? I jak z tego wyjsc? Oboje pracujemy wiec
nie wydaje mi sie, ze widujemy sie wiecej niz przecietne pary. Wszystko jest
dobrze miedzy nami, nie klocimy sie, w lozku doskonale, zadnych konfliktow
czy problemow. Po prostu idealna para a jednak? Czy szukam dziury w calym?
Powiem nawet cos wiecej. Czasami mysle, ze gdyby ona zaproponowala rozwod to
zwyczajnie by mi ulzylo i zgodzilbym sie choc wiem, ze kochalbym ja zawsze i
jest najlepszym, co moze zdarzyc sie mezczyznie. Ladna, seksowana, madra. Jak
to zrozmiec?

Dariusz.
    • Gość: ToeToe Re: milosc a zycie codzienne IP: *.ihug.co.nz / *.ihug.net 04.02.03, 10:37
      Z opisu jakbym czytala o swoim znajomym. Bardzo podobny swiatopoglad.. U niego
      najprawdopodobniej nastepstwo bardzo przykrych zdarzen z dziecinstwa..
    • Gość: Sera Re: milosc a zycie codzienne IP: *.ellaz.pke.pl 04.02.03, 11:03
      Nie możesz tak żyć. Nie można całego swojego zycia podporządkowywać drugiej,
      nawet najbardziej uwielbianej osobie. Kazde z Was musi mieć swoje własne życie,
      swoją wyspę. Ponieważ jestem łasuchem napisze tak: czekolad jedzona cały czas w
      końcu doprowadzi Cie do mdłości, a gdy na kilka dni z niej zrezygnujesz smakuje
      tak jak nic na świecie.
    • miauczynska Re: milosc a zycie codzienne 04.02.03, 11:20
      Strasznie to u Was poukłane ,to życie. Rezygnuję z meczu żeby być z nią , ona
      rezygnuje z własnych przyjemności żeby wyjść ze mną a to powoduje że ja nie
      mogę zawieść jej oczekiwań i muszę oglądać z nią ... o matko kochana!
      Dlaczego nie To i To? Dlaczego nie i mecz i jej przyjemności i wspólne wyjście
      i własne hobby itd.???? Dlaczego z góry skreśliliście wspólne dziecko?
      Jacy rodzice staruszkowie? Przeanalizuj znajomych.Wielu ludzi decyduje się na
      pierwsze dziecko po trzydziestce a już na pewno drugie i następne są powszechne
      w Waszym wieku. Moim zdaniem zbyt rozważacie , układacie i przewidujecie swoje
      bycie razem a dodatku trudno Wam zrezygnować z nawyków samotnego życia.
      Teraz mniej ważne jest JA a bardziej MY. Spróbuj przestawić myślenie
      z pojedynczego toru na podwójny. Przekonasz się jak po szynach gładko,
      miękko i z przyjemnością pędzi pociąg zwany 'kochające się małżeństwo'.
      • Gość: Malwina kocham ja do szalenstwa IP: 193.250.96.* 04.02.03, 11:34
        i dlatego chce sie rozwiesc :-)
        tego jeszcze nie grali
        byl juz rozwod po wlosku teraz jest rozwod po dariuszowsku
        sliczne ;-)
        • swierk1000 Re: kocham ja do szalenstwa 04.02.03, 12:22
          Toe,toe, czy mozesz rozwinac? Twoj trop mnie zainteresowal.

          Co do dziecka to nie jest priorytet bo mamy 37/38 (ona jest starsza). Moze
          mlodym ludziom wydawac sie, ze malzenstwa zaklada sie dla dzieci ale w starszym
          wieku jest juz inaczej. Wystarczy wspolne zycie i to, ze nie jest sie samotnym.
          W gre wchodzi takze pewna sprawa osobista, ktora jednak tak naprawde nie ma
          zwiazku z tym, o czym pisze.
          Czasami wlasnie myslalem o tym, ze moze za dlugo bylismy sami. To jest nasze
          pierwsze malzenstwo i tak ona jak i ja bylismy przedtem tylko sami. Nie
          poczuwam sie do starokawalerstwa i ona takze nie byla stara panna. Jezdzila na
          stypendia za granice, robila dodatkowe studia. Prowadzila dosc aktywne zycie i
          raczej zaniedbywala dom - w jej mieszkaniu panowal zawsze spory balagan. Nie
          myslcie, ze to typ pedanta i osoba pielegnujaca podlogi i kwiatki. Luz w zyciu
          jest nasza cecha. Ale czegos wciaz brakuje i nawet nie wiem czego.
          Jak wstaniemy rano w sobote i zjemy cos razem to przychodzi taki moment, ze cos
          trzeba zrobic z czasem i wtedy ja zaczynam wlasnie o tym myslec, ze gdyby ona
          tak sobie wyszla na caly dzien to by byla najlepsza sobota pod sloncem. Ale ona
          jest. Robi sobie cos tam a ja co innego ale wciaz czuje jej obecnosc i to, ze
          ona pewnie chce tej opieki, zrobienia herbaty, podania jablka, posprzatania lub
          zrobienia obiadu. Czesto pomagam jej bo jak tylko ona zlapie za szczotke to ja
          nie potrafie juz lezec i czytac. To jest cos, o czym nie rozmawiamy bo tak
          naprawde to nie ma o czym rozmawiac. Ona zawsze powie 'rob co chcesz' a to mi
          nie wystarcza bo ja nie jestem w stanie robic tego co chce poki ona jest ze
          mna. Najgorsze w tym wszystki jest to, ze ja ja kocham, tak naprawde i do
          konca. Jak na nia patrze kiedy spi to mnie az trzesie tyle mam w sobie uczuc do
          niej. Ale jak mamy zyc na codzien to juz jest inaczej. Czasami mam ochote uciec.

          Chce jeszcze wyjasnic, ze nie chce sie rozwiesc. Pisalem tylko, ze jezeli ONA
          by chciala to CZASAMI mysle, ze moze tak by bylo lepiej.
          I jeszcze jedno. Jest znacznie gorzej niz myslicie. To nie jest jakas blacha
          sprawa bo to rosnie i jest coraz gorzej.

          Darek
          • Gość: Malwina Re: kocham ja do szalenstwa IP: proxy / *.d1.club-internet.fr 04.02.03, 12:26
            no naprawde uwielbiam - jestes swietny
          • agniecha3 Re: kocham ja do szalenstwa 04.02.03, 13:05
            swierk1000 napisała:

            > trzeba zrobic z czasem i wtedy ja zaczynam wlasnie o tym myslec, ze gdyby ona
            > tak sobie wyszla na caly dzien to by byla najlepsza sobota pod sloncem. Ale

            Moze tego wlasnie Wam brak? Jej - kolezanek, z ktorymi moglaby sie umowic,
            Tobie kolegow, z ktorymi moglbys wyskoczyc na przyslowiowe piwo, bez niej :)
            mysle, ze to nic niepokojacego, ze masz takie potrzeby. Kazdy czlowiek jest
            samodzielna jednostka i jesli nie ma odskoczni, w pewnym momencie zaczycna sie
            dusic. Jestescie razem non stop, a chyba przydalaby sie choc chwila, przez
            ktora moglibyscie poczuc tesknote do siebie :)

            > jest. Robi sobie cos tam a ja co innego ale wciaz czuje jej obecnosc i to, ze
            > ona pewnie chce tej opieki, zrobienia herbaty, podania jablka, posprzatania
            lub
            >
            > zrobienia obiadu. Czesto pomagam jej bo jak tylko ona zlapie za szczotke to
            ja
            > nie potrafie juz lezec i czytac.

            po pierwsze, jesli o tym nie rozmawiacie, to nie wiesz, czy ona rzeczywiscie
            tego oczekuje, czy po porstu przyjmuje gesty, ktore robisz w jej strone. A po
            drugie - jak juz poczujesz nastepnym razem, ze lezac i czytajac powinienes jej
            pomoc, ZMUS SIE do zostania na kanapie. Przeciez ona nie przestanie Cie kochac
            tylko dlatego, ze akurat masz ochote robic cos innego. Sam sobie daj do tego
            prawo. Daj jej mozliwosc poproszenia Cie o cos, nie czytaj ciagle w jej myslach.

            Wiesz, z tego co piszesz robicie na mnie wrazenie dobrego malzenstwa, tylko
            brak Wam chwili oddechu od siebie. ALe tego mozna sie nauczyc i wlasnie tego Ci
            zycze - zebys umial bedac z nia, byc jednak soba.

            Jesli moge cos polecic na sobotnia lekture, to niesmiertelnego Greya "kobiety
            sa z Wenus, mezczyzni z Marsa". Ja wiem, ze to juz oklepany i dla nie ktorych
            moze nudny tytul, ale mam takie dziwne wrazenie, ze Tobie (a wlasciwie Wam, bo
            chyba warto, zeby kazde z Was przeczytalo te ksiazke) moze bardzo pomoc.

            powodzenia :)
          • atlantis75 Re: kocham ja do szalenstwa 04.02.03, 15:33
            swierk1000 napisała:

            > Toe,toe, czy mozesz rozwinac? Twoj trop mnie zainteresowal.
            >
            > Co do dziecka to nie jest priorytet bo mamy 37/38 (ona jest starsza). Moze
            > mlodym ludziom wydawac sie, ze malzenstwa zaklada sie dla dzieci ale w starszym
            >
            > wieku jest juz inaczej. Wystarczy wspolne zycie i to, ze nie jest sie samotnym.
            >
            > W gre wchodzi takze pewna sprawa osobista, ktora jednak tak naprawde nie ma
            > zwiazku z tym, o czym pisze.
            > Czasami wlasnie myslalem o tym, ze moze za dlugo bylismy sami. To jest nasze
            > pierwsze malzenstwo i tak ona jak i ja bylismy przedtem tylko sami. Nie
            > poczuwam sie do starokawalerstwa i ona takze nie byla stara panna. Jezdzila na
            > stypendia za granice, robila dodatkowe studia. Prowadzila dosc aktywne zycie i
            > raczej zaniedbywala dom - w jej mieszkaniu panowal zawsze spory balagan. Nie
            > myslcie, ze to typ pedanta i osoba pielegnujaca podlogi i kwiatki. Luz w zyciu
            > jest nasza cecha. Ale czegos wciaz brakuje i nawet nie wiem czego.
            > Jak wstaniemy rano w sobote i zjemy cos razem to przychodzi taki moment, ze cos
            >
            > trzeba zrobic z czasem i wtedy ja zaczynam wlasnie o tym myslec, ze gdyby ona
            > tak sobie wyszla na caly dzien to by byla najlepsza sobota pod sloncem. Ale ona
            >
            > jest. Robi sobie cos tam a ja co innego ale wciaz czuje jej obecnosc i to, ze
            > ona pewnie chce tej opieki, zrobienia herbaty, podania jablka, posprzatania lub
            >
            > zrobienia obiadu. Czesto pomagam jej bo jak tylko ona zlapie za szczotke to ja
            > nie potrafie juz lezec i czytac. To jest cos, o czym nie rozmawiamy bo tak
            > naprawde to nie ma o czym rozmawiac. Ona zawsze powie 'rob co chcesz' a to mi
            > nie wystarcza bo ja nie jestem w stanie robic tego co chce poki ona jest ze
            > mna. Najgorsze w tym wszystki jest to, ze ja ja kocham, tak naprawde i do
            > konca. Jak na nia patrze kiedy spi to mnie az trzesie tyle mam w sobie uczuc do
            >
            > niej. Ale jak mamy zyc na codzien to juz jest inaczej. Czasami mam ochote uciec
            > .
            >
            > Chce jeszcze wyjasnic, ze nie chce sie rozwiesc. Pisalem tylko, ze jezeli ONA
            > by chciala to CZASAMI mysle, ze moze tak by bylo lepiej.
            > I jeszcze jedno. Jest znacznie gorzej niz myslicie. To nie jest jakas blacha
            > sprawa bo to rosnie i jest coraz gorzej.
            >
            > Darek


            Darku, sprawa rzeczywiście nie jest błaha i wymaga
            podstawowej rzeczy: musisz się zastanowić czego tak
            naprawdę oczekujesz od związku, małżeństwa? Mówisz, że
            kochasz ją do szaleństwa, ale jednocześnie wyraźnie
            piszesz, że gdyby zaproponowała rozwód poczułbyś ulgę...
            Coś tu nie gra. To nie jest dobra miłość. Z jednej strony
            uwielbiasz na nią patrzeć, gdy śpi - z drugiej męczy cię
            wspólnie spędzona sobota. Zastanów się czego chcesz, jak
            widzisz wasz związek. Wiesz, można kochać kogoś do
            szaleństwa (uczucie wzruszenia, pożądanie, podziw itp.),
            ale nie chcieć z nim być - i to nie jest prawdziwa miłość,
            która spełnia się we wspólnym życiu. Głęboka miłość
            budowana jest także poprzez codzienność, poprzez wspólne
            zajęcia i cele. Co nie znaczy, że masz rezygnować z siebie
            - ze swoich zainteresowań i pasji. Chcesz spędzić osobno
            weekend? Co za problem? Przecież to normalne. Zresztą nic
            nie piszesz, że twoja żona zabrania ci zajmowania się
            swoimi sprawami, wyjazdu osobno na weekend. Przecież mówi
            ci: "Rób co chcesz". Dlaczego w takim razie nie zaczniesz
            realizować swoich pomysłów, tylko leżysz na kanapie i
            "czujesz jej obecność"?
            Miłość nie polega na ślepym przywiązaniu, nie rozstawaniu
            się ani na minutę. Mój brat miał kiedyś kanarka, który
            notorycznie uciekał z klatki. Wystarczyło nie domknąć
            drzwiczek, a on już desperacko rzucał się do ucieczki. W
            końcu brat otworzył klatkę: "A leć sobie gdzie chcesz!".
            Wyleciał, polatał po pokoju, wrócił do klatki... Może to
            niezbyt trafny przykład, ale mam wrażenie, że stworzyłeś
            sobie właśnie taką klatkę. I myślisz, że tak powinno
            wyglądać małżeństwo i miłość. To błędne myślenie być może
            ma przyczynę w jakimś małżeństwie, które miałeś okazję
            podpatrzyć. Może chodzi o rodziców? Może któreś z nich
            czuło się uwięzione w małżeństwie i ty to widziałeś?
            Zastanów się nad tym.
            I zacznij coś robić! Nie siedź i nie myśl, że to wasz
            koniec. Popracuj nad sobą. Zacznij się realizować, może
            jakieś hobby? To na pewno uzdrowi atmosferę w waszym
            małżeństwie, na pewno żona poczuje się lepiej! Bo na
            razie, z tego co piszesz, jakaś nuda się wkradła i trzeba
            bestii łeb ukręcić :)
            Jeżeli ci tak na niej zależy - nie niszcz tego co
            zbudowaliście!
            Życzę powodzenia.
            Atlantis

            P.S.
            A na dzieci nie jesteście za starzy. Tylko może zbyt
            wygodni...
            • charissa Re: kocham ja do szalenstwa 04.02.03, 15:46
              matko!! Jest z nia jest nieszczesliwy, bez niej tez jest nieszczesliwy...
              to brzmi jak jakis dramat z zamierzchlych czasow, nic tylko na scenie wystawiac

              • swierk1000 Re: kocham ja do szalenstwa 04.02.03, 17:03

                Widze, ze nie zdajecie sobie zupelnie sprawy jak to jest. Gdyby rzeczywiscie
                nie bylo problemu to po co sie zwracac o pomoc?
                Sam jestem zaskoczony sytuacja i gdyby tak bylo, ze ktos by mi kiedys
                powiedzial, ze tak moze byc to bym go wysmial. Jak mozna kogos kochac i nie
                chciec z nim byc. No ale tak jest naprawde.
                Co do tej aktywnosci to strzal kula w plot. Bardzo duzo czasu spedzamy razem
                wlasnie na aktywnym wypoczynku i tak sie sklada, ze oboje mamy sporo wakacji -
                taki typ pracy. Ale wtedy jest dobrze jak jestesmy razem i nowe otoczenie
                dookola. Ona latwo nawiazuje znajomosci i nie ma problemow, nie jest nudno.
                Robimy sporo rzeczy razem takze w powszednie dni i weekendy. Ale zawsze jest
                ten moment, kiedy jest jej za duzo. Jej obecnosc mnie meczy bo caly jestem
                spiety i nastawiony na to, by bylo nam czy jej dobrze. No i na dluzsza mete to
                jest meczace.
                Owszem, wiem swietnie, ze jak bede chcial byc sam to ona powie 'tak' ale w
                glebi nie jestem pewien, czy nie bedzie to brala za cos zlego, ze nasze
                malzenstwo sie sypie, ze nie jest jak dawniej bo kiedys to nie wypuszczalem jej
                reki ze swojej a teraz szukam czegos innego, uciekam. Moze to bedzie
                rozczarowanie? Chyba tego sie boje. Nie wyleguje sie na tapczanie i jestesmy
                oboje rownie aktywni. To zupelnie nie ten trop. Najgorsze jest jednak to, ze
                cos, co wydaje sie malutenkim problem w porownaniu z rzeczywistymi
                nieszczesciami jakie spadaja na ludzi w moim przypadku jest takie wielkie, ze
                zabiera mi cieszenie sie zyciem. W tej milosci jest jakis pierwiastek niecheci
                i sam nie wiem, jak moze byc lepiej. Takie czy inne rozwiazanie wydaje sie zle.
                Wszysto jest zle a dluzej tak zyc nie mozna. Jak ktos radzi pracowac nad naszym
                malzenstwem to ja mu powiem, ze moze jest to malzenstwo przepracowane bo chyba
                mlo kto tyle wklada w bycie razem ile to my robimy, a przynajmniej ja. I gdyby
                bylo tak, ze jej nie kocham to wszystko bylo by proste. Tymczasem ja kocham ja
                nad zycie bo drugiej takiej nie ma.

                Darek
                • Gość: ToeToe Re: kocham ja do szalenstwa IP: *.jetstream.xtra.co.nz 04.02.03, 21:52
                  Wiesz Swierk, jakas przyczna takiego a nie innego zachowania musi byc, nie ma
                  bata.. A co szkodzi przejsc sie do dobrego psychologa, mozesz tylko zyskac..
                  (Nie ma to jak specjalista)
                  Pozdrawiam.
                • atlantis75 Zaczynam rozumieć... 05.02.03, 12:55
                  swierk1000 napisała:

                  >
                  > Widze, ze nie zdajecie sobie zupelnie sprawy jak to jest. Gdyby rzeczywiscie
                  > nie bylo problemu to po co sie zwracac o pomoc?
                  > Sam jestem zaskoczony sytuacja i gdyby tak bylo, ze ktos by mi kiedys
                  > powiedzial, ze tak moze byc to bym go wysmial. Jak mozna kogos kochac i nie
                  > chciec z nim byc. No ale tak jest naprawde.
                  > Co do tej aktywnosci to strzal kula w plot. Bardzo duzo czasu spedzamy razem
                  > wlasnie na aktywnym wypoczynku i tak sie sklada, ze oboje mamy sporo wakacji -
                  > taki typ pracy. Ale wtedy jest dobrze jak jestesmy razem i nowe otoczenie
                  > dookola. Ona latwo nawiazuje znajomosci i nie ma problemow, nie jest nudno.
                  > Robimy sporo rzeczy razem takze w powszednie dni i weekendy. Ale zawsze jest
                  > ten moment, kiedy jest jej za duzo. Jej obecnosc mnie meczy bo caly jestem
                  > spiety i nastawiony na to, by bylo nam czy jej dobrze. No i na dluzsza mete to
                  > jest meczace.
                  > Owszem, wiem swietnie, ze jak bede chcial byc sam to ona powie 'tak' ale w
                  > glebi nie jestem pewien, czy nie bedzie to brala za cos zlego, ze nasze
                  > malzenstwo sie sypie, ze nie jest jak dawniej bo kiedys to nie wypuszczalem jej
                  >
                  > reki ze swojej a teraz szukam czegos innego, uciekam. Moze to bedzie
                  > rozczarowanie? Chyba tego sie boje. Nie wyleguje sie na tapczanie i jestesmy
                  > oboje rownie aktywni. To zupelnie nie ten trop. Najgorsze jest jednak to, ze
                  > cos, co wydaje sie malutenkim problem w porownaniu z rzeczywistymi
                  > nieszczesciami jakie spadaja na ludzi w moim przypadku jest takie wielkie, ze
                  > zabiera mi cieszenie sie zyciem. W tej milosci jest jakis pierwiastek niecheci
                  > i sam nie wiem, jak moze byc lepiej. Takie czy inne rozwiazanie wydaje sie zle.
                  >
                  > Wszysto jest zle a dluzej tak zyc nie mozna. Jak ktos radzi pracowac nad naszym
                  >
                  > malzenstwem to ja mu powiem, ze moze jest to malzenstwo przepracowane bo chyba
                  > mlo kto tyle wklada w bycie razem ile to my robimy, a przynajmniej ja. I gdyby
                  > bylo tak, ze jej nie kocham to wszystko bylo by proste. Tymczasem ja kocham ja
                  > nad zycie bo drugiej takiej nie ma.
                  >
                  > Darek

                  Wiesz, trudno zdać sobie sprawę z rzeczywistego sedna
                  twojego problemu po przeczytaniu dwóch postów.Ale teraz
                  chyba zaczynam rozumieć, gdzie jest pies pogrzebany...

                  Napisałeś: "Jej obecnosc mnie meczy bo caly jestem
                  spiety i nastawiony na to, by bylo nam czy jej dobrze".
                  Myślę, że twój problem leży właśnie w takim podejściu do
                  żony i do małżeństwa. Wydaje mi się, że jesteś
                  perfekcjonistą, który ciągle kontroluje sytuację: czy
                  dobrze robię, czy ona dobrze się czuje itd. Związek dwojga
                  ludzi nie polega tylko na "czuciu się dobrze". Wiadomo,
                  że w każdym, nawet najbardziej zgranym i kochającym się
                  stadle, zdarzają się kryzysy, zmęczenie i problemy.
                  Najważniejsze to być SOBĄ. Sobą nie tylko doskonałym,
                  potrafiącym w mig spełnić każde życzenie, ale także sobą
                  przemęczonym, znudzonym, przeżywającym rozterki itd.
                  Chodzi o szczerość uczuć... Co z tego, że ciągle się
                  starasz być doskonałym mężem, jeżeli te starania powodują,
                  że "ukochana cię męczy"... Wydaje mi się, że to NIE jej
                  obecność cię męczy, ale twoje podejście do niej. Problem
                  leży w tobie, nie w niej. W twoim stosunku do bycia razem.
                  Jesteś spięty po 4 latach małżeństwa? Denerwuje cię i
                  męczy, że musisz zabiegać o jej dobre samopoczucie? Spójrz
                  się realistycznie: samopoczucie twojej żony nie zależy
                  wyłącznie od ciebie, to, że nie zrobisz jej kawy, albo nie
                  będziesz się jednbego dnia starał - nie znaczy, że miłość
                  wygaśnie, albo że ona pomyśli, że coś jest nie tak. Bądź
                  sobą. I co z tego, że ją tak mocno kochasz, jak nie możesz
                  być w stosunku do niej szczery? Miłość to szczerość,
                  przyznanie się do błędów, do zmęczenia. Każdy kochający
                  człowiek to zrozumie.

                  Napisałeś: "mlo kto tyle wklada w bycie razem ile to my
                  robimy, a przynajmniej ja". Ile wkładasz? I co ci to daje?
                  Sam piszesz, że ona cię męczy. To może pora zmienić
                  stosunek? Może pora przestać się starać wypelniać 200
                  proc. normy, tylko pobyć sobą? Zastanów się nad tym. Piszę
                  to nie przez złośliwość, ale zwyczajne zainteresowanie
                  sprawą. To, że tak się czujesz a nie inaczej, to wyraźny
                  sygnał, żeby zmienić coś w swoim postępowaniu.

                  Rozmawiałeś z nią na ten temat? Porozmawiaj o twoich
                  uczuciach. Być może ona widzi, że coś jest nie tak, tylko
                  nie pyta... albo także czuje zmęczenie tym wszystkim.
                  Szczerość jest najważniejsza. Może wspólnie rozwiążecie
                  problem? Nie bój się przyznać do tego, bo prawdziwa miłość
                  prawdy się nie boi (tak to melodramatycznie zabrzmiało ;)

                  Atlantis
          • mrouh Re: kocham ja do szalenstwa 06.02.03, 09:19
            o, rany, jesteś ZŁOTY. Ale wcale nie mówię, że ta
            świadomość bycia złotym powinna Ci wystarczyć. Może
            malutkimi kroczkami...? Trzymaj się.
    • kamfora Re: milosc a zycie codzienne 04.02.03, 20:45
      swierk1000 napisała:

      /.../

      >> Dariusz.

      No tak...już chciałam coś (mądrego!;-) napisać - i masz babo placek...

      Nic nie mogę na to poradzić, że jak widzę "pomieszanie płci" od razu
      ulatuje główny motyw :-)

      Powodzenia :-)
    • wierzba_b Re: milosc a zycie codzienne 04.02.03, 22:31
      Darku, Twój problem jest rzeczywiście niezbyt typowy. Po dokładnym
      przeczytaniu wszystkich postów zwróciło moją uwagę kilka wątków i stwierdzeń:
      „to jest tak, ze ja potrzebuje czasu dla siebie i robienia rzeczy, które mi
      odpowiadają. Tymczasem cały czas wydaje mi się, ze musze poświęcać czas dla
      niej i robić to czego ona oczekuje. Stąd rezygnuję często z własnych
      przyjemności by być z nią lub by razem spędzać czas tak jak ona lubi. Ona
      zresztą także często robi to, co ja proponuje (...) Łatwo mi jest zresztą
      rezygnować z np. meczu dla niej, bo to tylko mecz a ona to ona - jest
      wspaniała.”
      „może za długo byliśmy sami. To jest nasze pierwsze małżeństwo i tak ona jak
      i ja byliśmy przedtem tylko sami”
      „przychodzi taki moment, ze cos trzeba zrobić z czasem (...) gdyby ona tak
      sobie wyszła na cały dzien. to by była najlepsza sobota pod słońcem. Ale ona
      jest. (...)wciąż czuje jej obecność i to, ze ona pewnie chce tej opieki (...)
      Ona zawsze powie 'rób co chcesz' a to mi nie wystarcza bo ja nie jestem w
      stanie robić tego co chce póki ona jest ze mną.”
      „ Najgorsze w tym wszystkim jest to, ze ja ją kocham, tak naprawdę i do końca.
      Jak na nią patrzę kiedy śpi to mnie aż trzęsie tyle mam w sobie uczuć do niej.”
      „Owszem, wiem świetnie, ze jak będę chciał być sam to ona powie 'tak' ale w
      głębi nie jestem pewien, czy nie będzie to brała za cos złego, ze nasze
      małżeństwo się sypie, ze nie jest jak dawniej bo kiedyś to nie wypuszczałem
      jej ręki ze swojej a teraz szukam czegoś innego, uciekam. Może to będzie
      rozczarowanie? Chyba tego się boję.”
      Tak, Darku. Za długo byliście sami. Oboje. Dlatego uważacie bycie ze sobą za
      coś tak wspaniałego, że żadne inne zajęcie nie może się z tym równać.
      Traktujecie się nawzajem jak cenne skarby, na które należy chuchać, dmuchać i
      strzec. I jeśli zadajesz sam sobie pytanie – co zrobić z tą sobotą? – to
      najpierw rozważasz jej (domniemane) potrzeby. Z chęcią byś poszedł sobie
      gdzieś sam – ale nie robisz tego, bo uważasz, że bycie przy niej jest
      cenniejsze. A przynajmniej powinno, czy w końcu nie na to tyle czasu czekałeś?
      Mam wrażenie, że dla Ciebie otwarte przyznanie „tak, wolę sam spędzić tę
      sobotę - z kumplami, w klubie czy gdziekolwiek indziej” byłoby niemalże aktem
      zdrady. Chyba się wpędziłeś w spiralę poczucia winy: chciałbyś pobyć sam,
      uważasz, że to nie w porządku wobec niej (bo przecież ją kochasz, ona Cię
      kocha, więc bycie razem powinno być dla Was największą przyjemnością), więc
      tym bardziej do niej lgniesz i starasz się jej dogodzić, co z kolei powoduje,
      że coraz bardziej masz ochotę być sam...i tak dookoła Wojtek. To primo.
      Secundo - Twoja obawa, że ona poczuje się rozczarowana czy wręcz zacznie
      wysnuwać wnioski typu „jemu już nie zależy” jest zapewne lustrzanym odbiciem
      twojego własnego lęku, który czułbyś, gdyby to ona powiedziała, że umówiła się
      z psiapsiółami i wróci wieczorem. Zastanów się, czy w głębi duszy nie czułbyś
      się wtedy opuszczony. Czy czasem nie jest tak, że byłeś sam na tyle długo, że
      obecność w Twoim życiu osoby, która Cię kocha, jest dla Ciebie prawie cudem, w
      który tak do końca nie wierzysz. Czy gdzieś w Tobie nie siedzi stary lęk,
      który mówi „jak się nie będziesz cały czas starał, to ona sobie pójdzie i znów
      będziesz sam”.
      Tertio – nie zgadzam się z osobami, które twierdzą, że albo jej nie kochasz,
      albo nie wiesz, czym jest miłość. Twoje stwierdzenie „gdybym jej nie kochał,
      to w ogóle nie miałbym tego problemu” jest jak najbardziej prawdziwe. Ty co
      najwyżej nie wiesz, jak zbudować związek, w którym jest miejsce i dla Was, i
      dla Ciebie, i dla Niej.
      Quatro – problem rozgrywa się, jak na razie, wyłącznie w Twojej głowie. Nie
      masz jasnych i niezbitych komunikatów od niej, że nie życzy sobie, abyś
      spędzał czas bez niej. Przeciwnie, mówi Ci „rób co chcesz”. Mówisz, że nie
      wiesz czy szczerze? Pomyśl, czy coś (ton jej głosu, gesty, inne rozmowy) daje
      Ci podstawy do takich wątpliwości? Często jest tak, że ludzie słyszą to, co
      chcą słyszeć. Może chciałbyś, żeby ona chciała Cię mieć tylko dla siebie? Żeby
      chciała, abyś cały czas był przy niej, jedyny i niezastąpiony?
      Uważam, że najlepsze, co możesz z tym problemem zrobić, to przyjrzeć się
      swojej duszy i przeszłości – bo tam leży problem. Spróbować się dowiedzieć,
      czego się boisz – bo że się czegoś boisz, to jestem pewna. Zanalizować, jak
      ten lęk wpływa na Twoje działania – i wyjść mu naprzeciw. Spróbować umówić się
      z kumplami na piwo, strzelnicę czy inną męską rozrywkę. Zapytawszy
      przedtem „Kochanie, chciałbym się umówić na sobotę z kolegami, czy nie masz
      nic przeciwko?” I pójść na to piwo, nie przejmując się tym, że czujesz się
      winny, że w ostatniej chwili przed wyjściem wcale nie będziesz miał na nie
      ochoty. Powiedz sobie, że to normalne, i skup się na kolegach.
      Pozdrawiam.
    • Gość: Ana Re: milosc a zycie codzienne IP: *.rzeszow.cvx.ppp.tpnet.pl 04.02.03, 22:59
      Reasumując:
      1. Osobom, które były zbyt długo samotne trudno przystosowac sie do bycia z
      drugą osobą przez przysłowiowe 24 godziny na dobę - do tego trzeba być
      przygotowanym. (wiem to z własnego doswiadczenia). Np. do tej pory jemy różne
      dania na obiad - przyzwyczaiłam się. (Czasem bywaja aż trzy warianty, bo
      dochodzą "wymagania" naszej córki!!!). To tylko jeden z przykładów.
      2. Jesteście szczęśliwi - tylko nie możecie wciąż być tylko ze sobą!!!
      3. NIe możesz mieć poczucia winy, że masz jakieś własne sprawy/zainteresowania
      itp.
      4.Rozumiem Cię doskonale, ponieważ sama w pewnym sensie jestem w takim związku.
      Różnica polega na tym, że to DLA MNIE jest problem, a nie dla mojego męża. Ale
      staram się "uwalniać" i robić to co lubię bez poczucia winy.
      Pozdrawiam - a swoja drogą - pozazdrościć takich problemów życiowych,
      naprawdę...
      • Gość: Renka Re: milosc i wolnosc IP: *.home.cgocable.net 05.02.03, 06:13
        Mnie sie wydaje,ze Darek sie boi.Boi sie zrobic inaczej niz "powinien".Wyglada
        na to, ze Darek jest jej "niewolnikiem", a ona "pania".
        Niewolnik spelnia wszelkie zachcianki pani i w dodatku robi to z oddaniem,
        szacunkiem i miloscia.Pani mowi mu:"rob co chcesz"..
        Niewolnik buntuje sie w duszy i chcialby posmakowac wolnosci samotnie,choc
        przez chwile.Boi sie jednak, bo nie chcialby "pani" zasmucic, bron Boze zranic.
        Mysle, ze dobrowolnie skazuje sie na cierpienie i pokorne wyczekiwanie na
        moment, kiedy pani sama sie oddali (moze z innym "panem", a nie niewolnikiem )
        i zostawi mu troche czasu dla samego siebie :)
        Milosc jest piekna jedynie wtedy, kiedy jest wolna.Gdy zaklada kajdany, staje
        sie cierpieniem.
        "Pani" jest madra.Obejdzie sie bez twojego towarzystwa od czasu do czasu. A
        jak mowi "rob co chcesz", to rob to, co naprawde chcesz!
        • swierk1000 Re: milosc i wolnosc 05.02.03, 11:12
          Dziekuje wierzbie bo to jest dosc ciekawe i chyba trafne. Z tymi kolegami to
          troche nie pasuje bo jestem raczej typem unikajacym wieczorkow z alkoholem.
          Wszyscy zas wypedzaja mnie na piwo.
          Wczoraj troche rozmawialismy ale w sumie wychodzi na jedno - ona jest taka, ze
          mowi cos a w glebi chyba jednak ma inne odczucie. Jak mowi 'idz sobie na spacer
          sam' to wydaje mi sie jednak, ze tak naprawde to chetnie by poszla ze mna ale
          tego nigdy sie nie dowiem bo skoro powiedziala, ze nie chce to chyba nie chce.

          Darek
          • Gość: pepe Re: milosc i wolnosc IP: *.olvit.com.pl / 192.168.20.* 06.02.03, 09:55
            Darku,
            Musze przyznac, ze przez krotki czas mialem podobny problem. Tez patrzylem
            jakby oczami zony, robiac to co wydawalo mi sie, ze chcialaby zrobic lub nawet
            chciala zrobic a nie bylo to wygodne dla mnie. Powiem tak. Ludzie ktorzy sie
            kochaja sa w stanie dla drugiej osoby zrobic cos na co nie maja ochoty, ale nie
            moga tego robic ciagle. Istotne jest znalezienie kompromisu i UWAGA: danie
            sobie wolnosci w zwiazku. Jest prawda, ze w dzisiejszym zabieganym swiecie
            wlasciwie zostaje sobota, niedziela i wakacje na to, zeby byc razem, bo w dni
            powszednie raczej jest sie obok. Jednakze nie ma problemu, zeby np. w sobote
            ona zostala w domu i zajela sie czyms co jej odpowiada, a ty pojechal bys na
            pare godzin po zakupy majac czas tylko dla siebie, czy tez odwrotnie. I
            niebedzie to oznaczac braku troski czy uczucia, bo te mozna wyrazic na wiele
            innych sposobow. Dodam, ze jestesmy podobni, bo my rowniez mamy po 35 lat, choc
            jestesmy niecaly rok po slubie. Poczatki byly troszke takie jak z Twoich
            opowiesci, ale teraz, czyli od jakis dwoch miesiecy jest super i to chyba
            dlatego, ze nabralismy dystansu wobec siebie i zostawiamy sobie wiecej
            wolnosci.
            Ona: idzie sobie polazic po sklepach z ciuchami, ja odwiedzam ksiegarnie czy
            sklepy plytowe, ona oglada jakis serial w pokoju, ja slucham radia w kuchni. A
            jednoczesnie spedzamy ze soba bardzo duzo czasu, zwlaszcza w weekendy i
            wspolnie planujemy wakacje, w czasie ktorych jestesmy razem, ale tez od czasu
            do czasu spedzamy pol dnia oddzielnie, bo np. ona lubi sobie poczytac popijajac
            sok przy stoliku, a ja wole sobie poplywac i przejsc sie plaza. A jak wroce to
            nasza radosc jest jeszcze wieksza i chec spedzenia popoludnia, wieczoru
            znacznie wieksza.
            To temat rzeka i dodam, ze w przeciwienstwie do niektorych osob, ja rozumiem
            Twoj problem. Sposobem na jego rozwiazanie jets tylko rozmowa i danie sobie
            troszke wolnosci, nawet jesli drugiej stronie t6roszeczke bedzie przykro. Ta
            przykrosc zlikwidujesz innymi gestami, ktore beda swiadczyc o Twojej milosci.
            Pozdrawiam,
            pepe
    • Gość: luna Re: milosc a zycie codzienne IP: *.pl.ibm.com / *.at.ibm.com 06.02.03, 14:26
      Nie da się spędzić życia wbrew sobie. To bardzo miłe, że chcesz coś robić dla
      niej, ale jeśli będzie to się odbywać kosztem twoich pragnień, to na dłuższą
      metę nie ma szans, żeby się to dobrze skończyło. Każdy potrzebuje odrobiny
      własnego życia, niezależnie od tego jak jest szczęśliwy z drugą osobą. Powiem
      ci tylko tyle, mój poprzedni związek rozpadł się właśnie z powodu pewnej
      nadopiekuńczości faceta, który przyjmował moje propozycje choć nie miał ochoty
      np. na takie a nie inne spędzanie czasu. Robił to "dla mnie", szkoda, że
      wcześniej nic o tym nie wiedziałam, biorąc za dobrą monetę fakt, że chce ze mną
      wszędzie chodzić. Nie przyszło mi do głowy, że dorosły facet może mówić OK z
      uśmiechem na ustach, a w duszy zgrzytać zębami. Czar prysnął z hukiem.
    • mathias_sammer Re: milosc a zycie codzienne 06.02.03, 16:36
      Swierku1000,
      to najpiekniesze wyznanie milosci, jakie kiedykolwiek przeczytalem. Ciesza wlasnie
      takie listy, a problemy? Zawsze znajdzie sie sposob, zeby je rozwiazac. Powodzenia
      Swierku i nie zapominajcie pielegnowac uczuc :)))))

      Naprawdy piekny list, Pani Swierkowa999 (mlodsza pewnie jest...;)) z pewnoscia
      ucieszylaby sie, gdyby mogla Twoje slowa przeczytac.

      Oby tylko takie problemy mialy kochajace sie malzenstwa...
      Wszystkiego dobrego zycze Swierkom :)))))

      Pozdrawiam,
      M.S.
Pełna wersja