walet.pikowy
22.12.06, 23:45
Jest takie powiedzenie, że jak ktoś nie ma szczęścia w kartach, to ma w
miłości (albo odwrotnie). Czy Waszym zdaniem to rzeczywiście prawda?
Z moich obserwacji wynikałoby coś przeciwnego - jeśli komuś się dobrze
powodzi, to we wszystkich dziedzinach życia, a jeśli się wali (prawo
Murphy'ego), to wszystko naraz. Od czego zatem zależy to, czy komuś szczęście
w danej chwili dopisuje? Niektórzy twierdzą, że to kwestia pozytywnego
nastawienia - pesymiści na zasadzie "feedbacku" ściągają na siebie kolejne
nieszczęścia - ale bywało przecież, że ktoś żyje sobie beztrosko i nagle
przeżyje brutalne zderzenie z okrutną rzeczywistością. Ile więc jest w tym
wszystkim przypadku? Czy uważacie, że jeśli jeden człowiek ma więcej
szczęścia, to zostaje mniej dla innych?