Dodaj do ulubionych

Szkolne drogi

18.01.07, 15:58
Co sądzicie o takim przypadku: było dziecko, które uczyło sie średnio, tak z
grubsza na 3+. W porywach na 4 a i 5 się zdarzały. Owo dziecko nagle nie zdaje
matury ustnej (tej starej matury bo to było lata temu). No a przeciez maturę
wszyscy zdają :) Dzieko potem ma poprawkę i poprawki też nie zdaje. Za rok
sytuacja się powtarza, ciągle nie zdaje. A w międzyczasie w szkole średniej
najadło się upokorzeń, co przychodziło do szkoły z podaniem że znów chce
próbowac tej matury, patrzono nań z politowaniem. Na pewno myślano debil.
Potem kilka lat przerwy, dorosła już osoba znów podchodzi do matury, tym razem
w kuratorium - zdaje! A potem idzie na studia :) Zdaje na jeden kierunek, po
roku odpada połowa a owa osoba nie, ma zaliczony razem z mniejszościa 1 rok.
Ale decyduje sie na zmianę kierunku studiów. Kończy studia, średnią ma prawie
4, mgr zdaje na 4+
Kto tu jest debilem?? Czy aby na pewno to dziecko? Gdzie jest błąd, czemu
średnio a nawet trochę wyżej niż średnio uzdolniona osoba, która potrafi
skończyć studia miała takie problemy z maturą? Przyznam sie że ja o innym
takim przypadku nie słyszałam.
Obserwuj wątek
    • street_pop Re: Szkolne drogi 18.01.07, 16:14
      Moj kuzyn był podejrzany w początkowych klasach podstawówki o "opóźnienia
      rozwojowe" (chodził do szkoły w latach 70) i jak twierdziła nauczycielka - "nie
      ma szans na skonczenie normalnej szkoły". Ledwo przechodził z klasy do klasy. Po
      8 klasie ojciec zadecydował, że posle go do zawodówki by przynajmniej zdobył
      fach stolarza. Po przyjściu ze szkoły stolarskiej, gdzie ekipa uczących się nie
      była fajna (chłopaki pełni agresji, wulgarni, straszący mojego biednego kuzyna),
      kuzyn padł do klolan ojcu i błagał o przeniesienie do innej szkoły. Wuj załatwił
      liceum. Kuzyn nie stał sie może prymusem "z pierwszej półki" ale skonczył LO na
      czwórkach i dostał się na medycynę. Medycynę skończył na 5. Dzis kończy 2-gi
      stopien specjalizacji z ortopedii, ma 40stkę na karku, jest szczęsliwym,
      spelnionym zawodowo i rodzinnie człowiekiem i lekarzem z powołania. Wszak gdy
      miał 5 lat, zwykł często powtarzac, że "zostanie chilulgiem" i "diagnoza" pani
      nauczycielki o "opóźnieniu rozwojowym" na szczęście mu w tym nie przeszkodziła :-)
      to nie dzieci sa debilami, tylko ci, co przyklejają im "etykiety" stanowiąc samo
      spełniającą sie przepowiednię. Wystarczy, że trafi się na idiotów, znajdzie w
      niewłasciwym czasie w niewłasciwym miejscu plus trochę wieksza (czasowa lub nie)
      wrażliwośc na to, co gadaja ludzie - i skomplikowane zycie gotowe.
    • brak-chmur Re: Szkolne drogi 18.01.07, 17:04
      "Diagnozy" o opóżnieniu rozwojowym czy jakiejkolwiek dysfunkcji stawia psycholog
      z poradni a nie nauczyciel.
      Żaden nauczyciel nie ma prawa w ten sposób wyrażać się o uczniu a orzeczenie
      psychologa musi też zachować w tajemnicy, co czesto jest żródłem wielu problemów
      i błędnej interpretacji innych uczniów na zasadzie "dlaczego on dostał dost a ja
      tylko dop?":)

      Natomiast opisany prze Yagienkę przypadek dowodzi raczej jakiś szczególnych
      problemów , jakie wspomniana osoba przeżywała w okresie maturalnym, stąd
      jej/jego niepowodzenia na maturze, tak sądzę:)
      • street_pop Re: Szkolne drogi 18.01.07, 18:10
        gwoli ścisłości - tak na marginesie: orzeczenie o niepełnosprawności, opóźnieniu
        rozwojowym wystawia zespół orzekający w składzie: psycholog, pedagog, lekarz i
        na tej podstawie kieruje się dziecko do konkretnej szkoły. O opóźnieniu
        rozwojowym nie stanowi wyłącznie iloraz inteligencji (badanie testami przez
        psychologa) ale też diagnoza w zakresie funkcjonowania społecznego,
        samodzielności, oraz diagnoza lekarza.
        • brak-chmur Re: Szkolne drogi 18.01.07, 18:14
          Dzięki za uzupełnienie:)
          Fakt pozostaje faktem, że rola szkoły w takich sprawach ograniczona jest jedynie
          do skierowania ucznia do poradni w przypadku zaobserwowania u niego szczególnych
          trudności w nauce , czy problemów w przystosowaniu społecznym.
          • yagiennka Re: Szkolne drogi 18.01.07, 18:44
            Ja nie psycholog więc fachowo się nie wypowiem :) Ale fakt że wielu znanych i
            wybityncyh ludzi miało powazne problemy w szkole i o "debilizm" ich posądzano.
            Ciekawe skąd to sie bierze. Czemu ta osoba matury ustnej nie mogła zdać nie
            wiem, podejrzewam że się blokowała, tym bardziej że to nie pisemny gdzie można
            odetchnąć i sobie spokojnie pisać tylko siedzisz przed komisją i musisz COŚ
            mówić. Karygodne jest że temu dziecku nikt nie pomógł, bo debilem ani mało
            zdolne na pewno nie było.
            • street_pop Re: Szkolne drogi 18.01.07, 19:28
              Czasem jest tak, że stres przed egzminem ustnym tak bardzo blokuje, ze nie można
              sobie z nim poradzic. Niektórzy tak właśnie mają. Moja siostra do dnia
              dzisiejszego nie ma prawa jazdy bo ma stres egzaminacyjny. Mój mąz jest tez w
              tej mniejszości, która nie zdała matury choc to było kilkanaście lat temu. Jest
              bardzo inteligentnym i oczytanym człowiekiem ale podejście do matury go wciąż
              paraliżuje. Po prostu budzi stare, negatywne przezycia z nauczycielką która go
              ulała i całym systemem szkolnictwa. A posiada wiedzę o wiele rozleglejszą niz
              niejeden student. Po prostu to kwestia tak silnie działających emocji. Poza tym,
              jesli to była osoba trochę słabsza psychicznie to łatwiej jej było uwierzyc w
              etykietowanie nauczycieli, ze "nie uda Ci się, jestes do niczego" - byc może
              takie słyszała. No i następuje samo spełniająca się przepowiednia. Ja miałam
              akurat tak, że gdy mi próbowali wmówic ze jestem beznadziejna to uruchamiał się
              u mnie mechanizm "a ja wam pokaże że się mylicie". Potem nie mieli okazji bo nie
              dałam się zagiąc. Ale ja akurat byłam w tej zdecydowanej mniejszosci, na którą
              taka negatywna motywacja działała. Na większośc ludzi działa pozytywna
              motywacja, a w naszym kraju, w naszych szkołach jest jej jak na lekarstwo.
              Dokładnie tj. w wychowaniu dzieci - dominacja kar nad nagrodami choc to nagroda
              odnosi 90% skutecznosci a kara tylko 10%. "Uwarunkowanie kulturowe",
              bezrefleksyjnośc, przyzwyczajenie... i to JEST karygodne! Czasem mam wrażenie
              (choc sama jestem pedagogiem, na szczęście nie uczącym), że nauczyciele
              przedkładają swoje wymagania co do znajomosci treści nauczania ponad przyszłośc
              swoich uczniów. Tj. musieli udowodnic swoją przewagę nad uczniem (w imię
              przepisów) zamiast starac się wszystkimi mozliwymi sposobami by dzieciak zdał i
              szedł dalej przez zycie szczęsliwie. Fakt, są dzieciaki, które ewidentnie się
              nie starają, olewają i powinny ponosic konsekwencje swoich czynów (które tez nie
              zawsze są im winne bo sa jeszcze inni winni)ale są też dzieciaki, którym po
              prostu powija się noga i trzeba im podac rękę. W Szwecji dzieciaki cierpią, że
              sa chore i nie mogą pójśc do szkoły. W Polsce wiele cieszy się, że nie musi iśc
              a temperatura jest wybawieniem od klasówki. W Polsce na pewno jest chory system
              szkolnictwa - to w 100% prawda. Ale ZAWSZE, bez względu na system, istnieli
              wspaniali nauczyciele, którzy się starali i pomagali. Można powiedziec, że to
              wina systemu - fakt, doskonale rozumiem, ze trudno zaspokoic oczekiwania i
              mozliwości wszystkich uczniów w 30 osobowej klasie i wypełniac stosy papierów
              (sama miałam ten problem). Wiem, że "dziecko ginie" w biurokracji, że brak
              czasu, niskie pensje. Tylko czy to wszystko jest wystarczającym
              usprawiedliwieniem dla braku dobrej woli i kompensowania sobie własnych
              niedostatków osobowości za pośrednictwem tej odrobiny władzy, którą daje
              siedzenie w komisji egzaminacyjnej? Czy nie lepiej miec satysfakcję, że uczen po
              latach będzie wspominał "panią od polskiego", która pomogła a "dziś skonczyłem
              studia, udało mi się, tak wiele jej zawdzięczam" niż, że "przepisowo" ulało się
              dzieciaka na maturze? Ten drugi wariant "pseudo-satysfakcji" mnie, jako
              człowieka chyba by mnie zabił!

              Pozdraiwiam wszystkich fantastycznych, wrażliwych nauczycieli, którzy mają
              powołanie bez względu na stosy papierów, zarządzenia MEN i niskie pensje!
    • mamosz Re: Szkolne drogi 18.01.07, 20:11
      od kiedy 18-to latek to "dziecko" byc moze w czasie kiedy zdawal mature tak byl
      wlasnie postrzegasny przez rodzine i to go tak skutecznie udupialo ze nie byl w
      stanie pokonac stresu egz- skad twoje przekonanie ze wszyscy zdaja ustna
      mature -osobiscie oblalam juz nie pamietam ile osob ale sporo i to bynajmniej
      nie dlatego,ze "dzieci" byly zablokowane tylko po prostu dlatego ze nic nie
      umialy ,a wydawalo im sie ze "Wszyscy" zdaja ustna mature.A na pocieszenie ci
      powiem ze wiele osob ktore srednio albo kiepsko radza sobie w szkole w momencie
      gdy na studiach przestaja byc traktowane jak "dzieci",moga sie skoncentrowac na
      tym co ich naprawde interesuje i nie stresuja sie presja na stopnie,nieustanna
      kontrola rodzicow,pania od chemii,itd osiaga fantastyczne wyniki.Wyczowam w
      podtekscie twojej wypowiedzi ze egzaminujaca twojego kuzyna komisja skladala
      sie z nieodpowiedzialnych debili -wiec powiem ci niekoniecznie.
      • street_pop Re: Szkolne drogi 18.01.07, 20:52
        Stres egzaminacyjny może miec milion źródel. Wystarczy, ze matura stanie się
        apogeum oczekiwan wszystkich wokół albo wcześniej nastąpi jakas traumatyczna
        sytuacja. Na pewno to, o czym piszesz to prawda, że 18-latek to niekoniecznie
        dzieciak - nie od dziś znamy przesadnie zaangazowane mamuśki robiące kanapki
        swoim pociechom, na maturę właśnie, które są traktowane jak dzieci. Nie można
        jednak wrzucac wszystkich nie zdających matury do jednego wora - tych,
        nadmiernie sterowanych przez zaangazowane mamuśki z tymi którzy nie mogą sobie
        poradzic z egazminacyjnym stresem a jednak się uczyli oraz z patologicznymi
        olewusami liczącymi na fuksa.
        18-letek to rzeczywiście nie jest juz dziecko ale etykieta "nie uda ci się ,
        jestes do bani" zapoczątkowana wcześniej niz 18 rok zycia może pozostawac wiele
        lat w świadomosci człowieka i blokowac jego edukacyjna drogę do późnej starości.
        Są uczniowie, którzy faktycznie olewają, ale są uczniowie, którzy uczą się przez
        3-4 lata szkoły średniej i pod wpływem stresu nie udaje im się sprzedac wiedzy,
        którą de facto posiadają.
        Studia to na pewno w pewnym sensie wybawienie od presji oczekiwań , choc znam
        wielu studentów, którzy tej presji nie pozbyli się nigdy i studiów nie skończyli
        choc ich mozliwości intelektualne i chęci były ogromnne - na tym własnie polega
        działanie "łatki" nauczycielskiej czy rodzicielskiej - czyjej (?)to nie ma
        znaczenia.

        Jeśli chodzi o kuzyna, to naprawdę nie wiem, jakie były okoliczności jego
        egzaminów, nie wiem, czy jego egzaminatorzy byli debilami czy tez nie.
        Przytoczyłam ją w ramach wątku, ciekawostki. Najwazniejsze, że skutecznie leczy
        ludzi i jest szczęśliwym człowiekiem.

        I zawsze pozostaje pytanie: Czy jeśli na 3 pytania nie odpowie na 2 (bo nie
        trafił a wiesz doskonale, że to się zdarza) choc przerobił 90% materiału przy
        zalożeniu, że inni "trafili" choc przerobili mniej, to czy nie ma takiej opcji
        by mu/jej pomóc i próbowac "nie oblewac" ,dac mozliwośc realizacji dalszych
        planów zyciowych? Od tych 2 głupich nietrafionych pytań zależy często los
        człowieka. Młodego człowieka, który ma przed sobą całe życie. A my, pedagodzy -
        niestety, jako grupa zawodowa - juz "tak mamy": jesteśmy najmądrzejsi,
        narcystyczni i "wszystko wiemy najlepiej".

        Mój mąz powiedział mi kiedyś (a jest to osoba, która bardzo wiele daje
        bliźniemu): "Nie wiem, czy jak bym ją (nauczycielkę matmy z dawnych lat, tę,
        która ulała)spotkał na ulicy, to czy bym jej pomógł gdyby potrzebowała pomocy" -
        wiem, że by pomógł bo go znam ale takie zdanie mówi bardzo wiele o przeżyciach,
        jakie go spotkały. I myslę, ża warto zawsze sobie pomyslec, że można znaleźć
        się w sytuacji zgrożenia zycia będąc zdanym na ucznia, którego się oblało. Bez
        względu na to, czy jest 18 latkiem, dzieciakiem, czy przeżywa stres
        egzaminacyjny czy jeszcze coś innego.
      • yagiennka Re: Szkolne drogi 18.01.07, 21:29
        Wg mnie dzieckiem sie jest do ok 20 roku życia. Tak naprawdę dzieckiem sie
        przestaje być gdy weźmiemy własny los w swoje ręce. A ludzie dorośleja dopiero
        wtedy gdy zaczynają mieszkać z dala od rodziców, gdy na siebie zarabiają i
        podejmują niezalezne decyzje.
        Tak się mówi że wszyscy zdają maturę :) I faktycznie jełśi chodzi o stara maturę
        tak było. Myslę że znacznej większości tych osób, które zdały ta maturę, której
        nie zdał bohater opowieści, nie była ona do niczego w życiu potrzebna i nigdy
        jej nie wykorzystali. I o ironio bardziej była potrzebna tej osobie, bo chciała
        się dalej uczyc. Taka ślepa niesprawiedliwość.
        Nie uwaząm wcale że komisja to debile :) Dopowiedziałaś to sobie. Uważam że
        komisja była nieodpowiedzialna i nie zainteresowała się co się dzieje, że
        nastolatek a potem dorosły wciąż podchodzi do matury bez skutku. Możliwe że
        rozmowa by zdziałała cuda. Po prostu maturzysta się zablokował, źle nastawił,
        może czuł niechęć, może uwierzył że do niczego sie nie nadaje, może nie umiał
        pokonac stesu.
        • street_pop Re: Szkolne drogi 18.01.07, 21:53
          Mój mąz podchodził raz i nigdy potem matury nie poprawiał - to osobna historia i
          historia mojego kuzyna - lekarza to tez osobna historia (on zdawał raz, z
          powodzeniem). W każdym razie, w wypadku męża rozmowa na pewno wiele by dała ale
          pani od matmy na długo przed matura zapowiedziała, że go uleje, co tez uczyniła.
          Mąz był typem intelektualisty - dobre ksiązki na przerwach czytana ukradkiem na
          parapecie, "zbyt długie " włosy jak na tamte czasy, muzyka "inna" niż popularna.
          Humanista pełna gebą. A poniewaz był synem inzynierów, to nie mozna mu było
          odpuścic. Na szczęście czlowiek ma tę zdolnośc by dopasowac sie do okoiczności,
          które kreuje mu zycie - mój mąż świetnie się dopasował. Rzeczywiście,
          wykorzystal inne środki zycowe i ta matura nie jest mu dziś do niczego
          potrzebna. Niemniej byłabym szczęśliwa, gdyby podszedł do tej starej, zaległej
          matury sprzed lat - nie dlatego, by "ją miec" dla samego faktu jej posiadania,
          ale dla zmierzenia się z tymi trudnymi doświadczeniami sprzed lat.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka