satina
28.04.03, 17:15
Pochodzę z niewielekiego miasta. Biurowa praca w niewielkiej instytucji,
gdzie pracuje praktycznie same kobiety. Zamężne, dzieciate, niektóre już mają
wnuki. Praktycznie żadnej rotacji kadr... wiadomo, jakie jest rynek pracy.
Nie umiem z nimi nawiązać kontaktu... nie chodzi o to, że jestem bucowata,
niemiła, nie pomagam im jak trzeba. Ale ja po prostu nie mam z nimi o czym
rozmawiać. Wiodę zupełnie inne życie niż one, jestem wolna (nie mam nikogo),
wolna duchem, niezależna, dość dobrze mi się wiedzie, koryztsam z życia jak
się da. A tu dzieci, problemy z mężem... sprawy, które mnie nie dotyczą, tak
naprawdę.
Ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze są ploty biurowe których nienawidzę,
niedobrze mi się robi na samą myśl o mniejszych i większych świństewkach,
które koleżaneczki z biura potrafią sobie robić... odcinam się od tego jak
tylko mogę.
Wiecie, jak wygląda dzień w biurze rano: kawka, opowiastki, co się działo
dzień wcześniej, kto co powiedział i zrobił, sztucznie dmuchane afery i
PLOTY. Poprosiłam szefa, by pozwolił mi przychodzić godzinę później i później
wychodzić. Chcę przyjść, zrobić swoje i już. No i mnie to omja. Ale czy na
pewno? Czuję niejednokrotnie, że jestem traktowana jak czarna owca, nie dość,
że JESTEM SAMOTNA po 30, to jeszcze to odmienny i dziwaczny sposób na własne
życie. Po prostu mutant i dziwaczka. Ja się tak zaczynam pomału czuć... Nie
kwilę do dzieci w wózeczkach i nie marzę o mężu. Tego nie czuje się w dużych
ośrodkach, ale w mieścinie, gdzie pracuję, o tak, aż za bardzo! W dodatku
chronię swoją prywatność, bo wiem, że każde słowo o swoim życiu obiegnie cały
budynek i będzie szeroko omawiane.
Z nikim się nie spoufalam, nie zwierzam. Nie mam w pracy nikogo, kto by
myślał podobnie jak ja i podobnie żył. Nie robię nic złego: pracuję, mam
swoje mieszkanie, stać mnie na przyjemności, o których większość z nich mogła
by marzyć. Jestem uczciwa, nikogo nie podkopuję, staram się być miła jak
tylko mogę. Może robię błąd, że nie uśmiecham się do żmijek i nie słodzę
kretynkom? Kurczę, już sama się gubię, jak sprawić, by nie nie wytwarzać
takiego dystansu... Ale jak go nie wytwarzać, jak trudno mi komukolwiek tam
zaufać?? Najgorzej mnie wkurza małostkowość i dwulicowość tych kobiet... z
jedną rozmawiają, by potem ją obmówić drugą. Niedobrze się robi.
Oczywiście poza pracą mam znajomych, lubimy się i większych problemów z
nawiązywaniem kontaktów nie mam.
Gdyby nie fakt, że jestem związana z firmą kontraktem, który potrwa jeszcze
dwa lata, mam na głowie wielki kredyt mieszkaniowy (dopiero zaczynam spłacać)
i to że nieźle mi płacą - dawno bym odeszła. Poza tym szefostwo raczej nie
oczekuje inicjatywy a podporządkowania się odgórnym nakazom i zakazom.
No i nie wiem... co zrobić, by się w tym wszystkim odnaleźć? Czy starać się
jednak polubić to środowisko? O wsiąknięciu mowy nie ma. Czy rzucić wszystko
i znaleźć miejsce, gdzie poczuję się dobrze i swobodnie?
Poradźcie...