flying.nataly
16.01.08, 14:01
Od wielu tygodni zadaję sobie pytanie - co to było? Dużo więcej niż znajomość, trochę mniej niż przyjaźń? A może coś jeszcze innego? Poświęciłam mu ponad pół roku życia. Ofiarowałam mój czas, uwagę, zainteresowanie, bezinteresowną chęć niesienia pomocy, wysłuchania, psychicznego wsparcia. Zarażałam pozytywną energią, pogodą ducha i radością życia, nie oczekując nic w zamian.
Pojawiał się kilka razy w miesiącu, zazwyczaj wtedy, gdy kogoś potrzebował, był nieszczęśliwy i chciał poużalać się nad sobą - rzadziej w chwilach szczęścia i radości. Miał ostre wahania nastrojów, czasami stany depresyjne lub wręcz euforyczne. Zazwyczaj nasze rozmowy nie były „o niczym”, najczęściej o rzeczach ważnych – o życiu, o ludziach, o uczuciach, o sprawach ostatecznych. Poznałam jego trudną przeszłość i skomplikowaną sytuację rodzinną. Pokazał mi siebie bez cenzury – zakompleksionego, egocentrycznego 31- letniego chłopca, niezwykle wrażliwego, o delikatnej psychice, pełnego obaw, słabości, zahamowań. Nie oceniałam. Akceptowałam go takim jakim jest. Zawsze cierpliwie wysłuchałam. Pocieszałam kiedy tego potrzebował. Pomagałam, gdy pomóc mogłam.
Próbowałam podnieść jego samoocenę, pokazać pozytywy - to co w życiu osiągnął (dobrą pozycję zawodową, materialną), to czym natura go obdarzyła (zdolności, inteligencja, uroda), bliskich ludzi, dla których jest ważny i którzy go kochają.
Twierdził, że jestem wyjątkowa (wyjątkowa dla niego), że doskonale go rozumiem, perfekcyjnie wyczuwam jego stany emocjonalne, nastroje. Podkreślał, że mamy takie samo podejście do wielu zasadniczych spraw. Mówił, że jestem dla niego partnerem na każdej płaszczyźnie, że imponuje mu (a czasem nawet onieśmiela) moja szczerość w dobrym stylu, że potrzebuje tych rozmów bo inspirują go, dają pozytywnego kopa, przywracają chęć do życia.
O moich sprawach nigdy nie rozmawialiśmy, zawsze był ON. Taka sytuacja nawet mi odpowiadała, ponieważ jestem osobą skrytą i nie lubię się wywnętrzać. Dobrze radzę sobie w życiu, więc pomocy nie potrzebowałam. Po wielu godzinach szczerych do bólu rozmów, zwierzeń wręcz ekshibicjonistycznych, wytworzyła się między nami delikatna więź emocjonalna (nie mylić z miłością, zakochaniem!). Trudno mi ją zdefiniować... po prostu chciałam z nim być w kontakcie, w miarę możliwości pomagać, rozmawiać... wzbudzał we nie instynkty opiekuńcze... To nie była miłość (choć kiedyś zażartował, że emocjonalnie go uwiodłam). Nigdy nie było żadnych kontaktów fizycznych, wyznań itd. Przyjaźń to chyba też nie była.... zastanawiam się co w takim razie....
Ostatnia nasza rozmowa nie różniła się niczym od innych. Miał ciężki dzień, niepowodzenia w pracy, problemy w życiu prywatnym. Opowiedział mi o nich, poradziłam jak może je rozwiązać, pocieszyłam że przecież wszystko co najlepsze dopiero przed nim, że wierzę w niego itd. Zaczął się uśmiechać (nawet dowcipkować) odchodził „jak na skrzydłach”. To był nasz ostatni kontakt. Minęły 2 miesiące i NIC, cisza. Nie odzywa się, zniknął bez - do widzenia, bez dziękuję, przepraszam... Nie umarł, nie zaginął, nie rozchorował się, nie wyjechał za granicę. Mam znajomą, która z nim pracuje i od niej wiem, że u niego wszystko w porządku. Nie nachodzę go, nie wydzwaniam, nie narzucam się. Przecież gdyby chciał, wie gdzie mnie szukać... zawsze znajdywał gdy miał taką potrzebę... Często podkreślał, że najbardziej zależy mu na ludziach, czy tak postępuje ktoś komu naprawdę na ludziach zależy???
Nie ukrywam, że jest mi bardzo przykro, jestem mocno rozżalona. Czuję się jak zużyty, niepotrzebny ludzki śmieć... tak jakby on wyssał moją pozytywną energię, ogrzał się w cieple, dobroci, które mu okazałam. Ponapawał się miłymi słowami i komplementami jakie mu serwowałam i natychmiast odstawił, kiedy już poczuł się pewniej, lepiej, kiedy nie jestem mu już do niczego potrzebna... to trochę boli.... Czuję się wykorzystana emocjonalnie.
Zastanawiam się czy mam tak to zostawić, czy spróbować uzyskać od niego odpowiedź na pytanie - dlaczego w ten sposób zakończył naszą znajomość? Nie wiem.... może coś doradzicie....