hrabina.trubaczewska
19.07.08, 21:59
...mnie ogarnął już dawno temu. Ponieważ nie mam sie tym z kim
podzielić- dzielę się z wami. Nie wiem, jak wyjść z tego ciągu
porażek. Co krok- to coś mnie przygniata do ziemi. Coraz mniej mam
siły, żeby cokolwiek zrobić ze swoim życiem. Pracuję- z udawanym
optymizmem. Usiłuję skończyć studia- kiedyś jedna z lepszych
studentek- teraz...porażka. Żadnej motywacji do nauki, a studia
przedłużam już niemal w nieskończoność- tłumacząc to pracą (co
raczej nie jest prawdą, bo czas by sie znalazł, tylko siły mi brak).
Zamiast wziać się w garść- żyję z ciągłym poczuciem straconych lat.
Naprawdę, mam dosć siebie takiej, a za każdym razem, kiedy usiłuję
coś ze sobą zrobić- mam wrażenie, że los złośliwie podkłada mi nogę.
Zmobilizowałam się do poszukania nowej pracy- była niemal pewna, w
ostatniej chwili, już niemal po ustaleniu szczegółów- odmowa.
Zapisałam się na pewnien kurs, bardzo dla mnie ważny- czekałam na
niego, jak głupia- nie odbył sie. Odwołany w ostatniej chwili.Siedzę
nad pustymi kartkami pracy magisterskiej, robię analizy przez
tydzień- potem- cztery zdania wniosków.
Życie rodzinno-uczuciowe nie jest ciekawsze: Pierwszy "mężczyzna
mojego życia"- na niemal 10lat zwiazku, zdradzał mnie przez 4, drugi-
zniknął bez słowa, trzecim (jedynym, któremu na mnie zależało) sama
pozamiatałam (i wyjść nie mogę ze zdziwienia i niesmaku, jak mogłam
tak sprzeniewierzyć własne wartości i tak cynicznie potraktować
cudze uczucia)... i jestem sama. Zupełnie sama. Od 15 roku życia,
kiedy to wyprowadziłam sie od rodziców.
Nie wiem, jak odbudować moją dawną motywację. Przecież kiedyś każdy
dzień był dla mnie nową przygodą. Byłam pełna ideałów, optymizmu,
gotowa do działania. staram się jak potrafię myśleć pozytywnie.
Wiem, co w życiu ważne. Ale te moje ideały przymgliły mi nieco
rzezywistość i nijak nie potrafię do niej wrócić. Nie jest tak, że
leżę i patrzę w ścianę (choć czasem mi się zdaje że jest już
blisko), ale tkwie w jakimś martwym punkcie, od kilku lat- nic się
nie zmienia, nic nie idzie do przodu w sensie życia. Jak długo mogę
sobie wmawiać, że najważniejsy w zyciu jest rozwój. Owszem, jest
ważny, ale powinien pociagać za sobą jakieś, choćby najmniejsze
konsekwencje w postaci poprawy komfortu życia. Ja się "rozwijam" w
zaciszu własnego domu. A studia-jak były niedokończone tak są. Praca-
jaka była, taka jest. Nie wiem, co ze sobą zrobić, od czego zacząć.
Chcę znowu żyć.
Porozmawiajcie ze mną proszę, bo mam wrażenie, że w mojej pustce nie
ma nikogo...
Takim oto pesymistyznym wątkiem się przedstawiam. Mam nadzieję, że
uda mi się kiedyś napisać coś weselszego. Może nawet na własny
temat....