ira_07
16.09.08, 17:13
Nie jestem jakąś niepoprawną optymistką, ale wiem, że każdy
człowiek, który coś w życiu osiągnął najpierw stawiał sobie cel. I
ja też go sobie wyznaczyłam. Chciałabym w przyszłości zająć się
pracą na uczelni, redagowaniem lub tłumaczeniem książek. Jednym
słowem: pracą przy słowie pisanym.
Kiedy niektórzy znajomi dowiedzieli się, że poszłam na polonistykę
zaraz się zaczęło...Co to za denny kierunek, że pracy nie ma, że
skończę w Londynie "na zmywaku". Ewentualnie, pytali z
przerażeniem : "Nauczycielką będziesz?"
Wiem, że może być po tych studiach trudno o pracę. Wiem, że sporo
polonistów siedzi gdzieś na Wyspach. Zdaję sobie sprawę z tego, że
przedstawiciele różnych zadodów musieli emigrować, ekonomiści też.
Ale są też tacy, którym się udało. Dlaczego ja mam w to nie wierzyć?
Dlaczego mam iść na coś co mnie nie interesuje, ale
jest "przyszłościowe"? Dziś jest, jutro nie będzie.
Mam pomysł na przyszłość i mam marzenia. Marzenia, które są do
spełnienia. Dlaczego więc od niektórych (najczęściej tych, którzy
słabo mnie znają) słyszę wciąż "przywracanie do porządku". Naprawdę,
nie warto mieć celu, który będzie moze trudno osiągnąć, ale który
jest możliwy?
To i tak jest dla mnie trudne. Mam w sobie dziwny opór przed
działaniem. Np. zaplanowałam sobie, że dołączę do redakcji szkolnej
gazetki, ale kiedy trzeba było tam iść, na spotkanie, czułam dziwny
opór. Potem byłam zadowolona, że jednak poszłam. Stawiam sobie cel,
a potem...(jakby to nazwać, boję się? Mam opór?)przed jego
realizacją. Po prostu nie wierzę, że to JUŻ się dzieje. Następnie
jestem zazwyczaj zadowolona, idzie z górki. Przed złożeniem papierów
na uczelnię też miałam wątpliwości, jak przed każdą zmainą w życiu.
Rozwiałam je, jestem zadowolona. Tylko czemu ludzie wciąż nie
potrafią zrozumieć, że ja swój cel chcę osiągnąć? Dlaczego tak
chętnie sprowadza się innych do parteru? Moja babcia usłyszała
kiedyś od nauczyciela: "Ty? Na studia?". UJ skończyła.