edgard4
01.11.08, 20:57
Jakis czas temu zaangazowalem sie w znajomosc z troche starszą
kobietą. Z czasem ta znajomosc przeradzala sie w kumplostwo, doszlo
nawet do przytakniecia na przyjazn...ale po co to wszytsko, jak to
bylo powiedziane tylko po to, aby mi dodac otuchy, w chwili kiedy
uswiaodmilem sobie, ze nie utrzymuje kontaktu z nikim...
A ja nosilbym ja na rekach, wlasną nerke oddalbym jej, gdyby
potrzebowała. Nosilem jej zakupy, torbę, gdy byla ciezka. Wspieralem
w chwilach zalamania, myslalem, ze to juz przyjazn...i tak ja
nazywałem... Przyjaciólka. A jak mnie potraktowala? Traktuje Cie jak
bardzo dobrego znajomego, kumpla - powiedziala. Teraz? Kiedy sie tak
zaangazowalem? Mam duzy niesmak... po czesci, czuje sie oszukany,
wczesniej mowila co innego, ale przeciez nik nie kazal jej klamac,
mogla powiedziec prawde, po co klamala? Tylko po to, aby ukoic moje
rozterki? To raczej jej nie wyszlo, bo jak wyszlo szydlo z worka, to
to boli jeszcze bardziej...Mimo, ze ja bardzo kocham-choc jej tego
nigdy nie powiedzialem. A i tak na wspolne zycie z Nią, liczyc nie
moge, na nic nie moge... Nigdy nie mialem przyjaciela, takiego
prawdziwego. Zycie to jedno wielkie złudzenie...