Dodaj do ulubionych

Rozstanie...

IP: 192.168.1.* 21.01.02, 13:06
Nie wiem nawet jak to napisac...ale spróbuję.Ktoś, z kim chciałam się
zestarzeć,myślałam, że MIŁOŚĆ pokona wszystko bardzo cierpi przeze mnie.Ja chcę
odejść, nie widzę naszej wspólnej przyszłości..a on wciąż bardzo mnie kocha. I
chyba boi sie samotności.Pewnie nikt nie jest w stanie mi pomóc, może nawet
mnie potepicie...chciałam oprostu podzielić się moją życiową porażką.
Obserwuj wątek
    • Gość: Wanda Re: Rozstanie... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 13:16
      ciekawi mnie, dlaczego od niego odeszłaś? co spowodowało, że się "odkochałaś",
      nie wyobrażasz sobie wspólnej z im przyszłości i już nie chcesz się z nim
      starzeć?
      czy to, co Cię dręczy to poczucie winy, czy jeszcze coś innego?
      • Gość: Kim Re: Rozstanie... IP: 213.77.91.* 21.01.02, 13:25
        Napisz coś więcej...
      • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 13:52
        Nasze problemy zaczely sie..paradoksalnie po ślubie. Mąż zaczął mnie
        zaniedbywać..i w końcu, co tu dużo mówić. Zakochałam się.Próbowałam z tym
        walczyć..zresztą to już dość dlugo trwa.
        W marcu opuszczam kraj. A on próbuje mnie za wszelka cene zatrzymać. Rozmawiamy
        już od kilku dni, twa walka emocji, ja nie zostawiam złudzeń, to byłoby
        nieuczciwe...Ale nie jestem z lodu i mnie również bardzo boli, jak on cierpi.
        Kiedyś przecież mieliśmy wspólne marzenia. Ale wiem, ze nie potrafie się
        cofnąć, już próbowałam...
        Wybaczcie ten metlik myśli...może za kilka dni, jakoś zdołam sojrzeć na
        wszystko trzeźwiej..
      • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 13:56
        W jakimś stopniu to jest poczucie winy....i strach..co będzie dalej.?
    • Gość: Krytek Re: Rozstanie... IP: 217.197.166.* 21.01.02, 13:25
      To zabrzmi okrutnie, ale jeśli NAPRAWDĘ nie wyobrażasz sobie przyszłości z nim,
      to odejdz.
      Jego ból bedzie z pewnoscia duzy.Ale to minie, czas zaleczy rany. On teraz
      cierpi, za jakis czas wiec z pewnoscia spojrzy na to z dystansu i nie bedzie
      żałował.
      Stan jaki jest teraz z pewnościa do niczego dobrego nie doprowadzi.
      Przez decyzja jednak zastanów się. Trudno powiedziec coś więcej, podałaś za
      mało informacji, ale chyba był jakis powód Waszego zakochania sie ? Dlaczego
      nie wyobrażasz sobie z nim zycia ? Jak nie ma szans na poprawe decyzja musi być
      jedna.
      Trzymaj sie, bo nie bedzie lekko.

      Ps.Miałem identyczny problem dwa lata temu, nie żałuję. Druga strona z tego co
      wiem też nie.
      • Gość: Kasia Do Krytek IP: 192.168.1.* 21.01.02, 14:00
        No właśnie powiedziałam, że odchdzę...ale on wciąż się łudzi.A mnie czasem
        wydaję się, ze jesli robie cos takiego to juz nigdy nie zasługuję na
        szczęscie..jesli możesz, to napisz na mojego maila kasia_75@interia.pl
        i powiedz, jak sobie radziłeś.......
    • Gość: Maniek Re: Dlaczego Rozstanie... IP: *.tarnobrzeg.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 13:26
      Gość portalu: Kasia napisał(a):

      > Nie wiem nawet jak to napisac...ale spróbuję.Ktoś, z kim chciałam się
      > zestarzeć,myślałam, że MIŁOŚĆ pokona wszystko bardzo cierpi przeze mnie.Ja chcę
      >
      > odejść, nie widzę naszej wspólnej przyszłości..a on wciąż bardzo mnie kocha. I
      > chyba boi sie samotności.Pewnie nikt nie jest w stanie mi pomóc, może nawet
      > mnie potepicie...chciałam oprostu podzielić się moją życiową porażką.

      Za co mam ćię potępiać?
      Mam parę pytań
      - czy Ty kochałaś go?
      - dlaczego on Ciebi kocha?
      - czy możesz go pokochać?
      - jaki on jest w stosunku do Ciebie?
      - za co on Ciebie kocha?
      Mówisz, że boi się samotności. Może boi się odrzucenia? Braku akceptacji ze
      Twojej strony. Na koniec mam dla Ciebie Kasiu parę rad:
      - porozmawiaj z nim o tym
      - postaraj się go zrozumieć
      - rozmawiaj z nim szczerze
      Pozdrawiam ciepło i życze samych dobrych chwil.
      Kochajcie się.
      • Gość: Kasia Re: Dlaczego Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 14:04
        Rozmawiam z nim, rozumiem go....ale juz chyba nie kocham. Przecież inaczej bym
        nie odeszła
    • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 13:51
      A dlaczego rozstanie traktujesz jako "zyciowa porazke"? Czy to jest pierwsza
      osoba z ktora sie rozstajesz?
      • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 13:54
        Nie, ale tamte związki trwały krótko. Poza tym, to co innego, kiedy jest sie
        mężem i żoną..Wierzyłam, że miłość zwycieża wszystko..a teraż myslę że to życie
        pokonuje miłość..i to jest moja porażką..
        • alka_xx Re: Rozstanie... 21.01.02, 14:13
          Gość portalu: Kasia napisał(a):

          Poza tym, to co innego, kiedy jest sie
          > mężem i żoną..Wierzyłam, że miłość zwycieża wszystko..a teraż myslę że to życie
          pokonuje miłość..i to jest moja porażką..




          Zycie pokonuje milosc??? To niby kto i co wedlug Ciebie???!

          A to czasem nie my sami maczamy w tym palce!? Chyba przyczyna jest tez taka, ze
          nie zawsze umiemy " wstrzelic sie" z naszym wielkim i wznioslym uczuciem w zwykla
          szara codziennosc , w tzw. proze zycia!
          I tylko dlatego jest trudniej, gdy sie jest mezem i zona, bo ta codziennosc
          " skrzeczy " na nas z kazdego kata!
        • Gość: Wanda Re: Rozstanie... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 14:17
          jak czytam takie rzeczy, to przestaję żałować, że jestem jeszcze panną
          Kasiu, życie nie pokonało miłości, to tylko Wasze uczucie było zbyt słabe
          (słabo umotywowane?)
          piszesz, że chciałaś, zeby była to miłość na całe życie, ale kiedy czułaś, że
          coś zaczyna się między Wami psuć, to czy zrobiłaś coś w tym kierunku, żeby
          podtrzymać, umocnić Wasze uczucie?
          może znaleźć "inny obiekt" było łatwiej...?
          przepraszam za gorzkie słowa - absolutnie nie zamierzam Cię dołować
          chcę tylko podkreślić starą prawdę, że o miłość trzeba dbać
          (to także rada na przyszłość)
          pozdrawiam

          • Gość: Kim Re: Rozstanie... IP: 213.77.91.* 21.01.02, 14:28
            Jak dbać o miłość, gdy druga strona nie chce? Kiedy lekceważy, obraża,
            odrzuca???
            A potem chce wrócić i już jest za późno?
            Do tanga trzeba dwojga...
          • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 14:29
            Gość portalu: Wanda napisał(a):

            > jak czytam takie rzeczy, to przestaję żałować, że jestem jeszcze panną
            > Kasiu, życie nie pokonało miłości, to tylko Wasze uczucie było zbyt słabe
            > (słabo umotywowane?)
            > piszesz, że chciałaś, zeby była to miłość na całe życie, ale kiedy czułaś, że
            > coś zaczyna się między Wami psuć, to czy zrobiłaś coś w tym kierunku, żeby
            > podtrzymać, umocnić Wasze uczucie?
            > może znaleźć "inny obiekt" było łatwiej...?
            > przepraszam za gorzkie słowa - absolutnie nie zamierzam Cię dołować
            > chcę tylko podkreślić starą prawdę, że o miłość trzeba dbać
            > (to także rada na przyszłość)
            > pozdrawiam
            >
            Wando...to nie tak, rozbułam bardzo wiele. kiedy mój mąz miał problemy pomagałam
            mu, starałam sie byc dla niego podporą, próbowałam rozmawiać o naszych
            problemach..ten drugi pojawił sie znacznie poźniej.A to, że o miłośc trzeba
            dbać..akurat nie mnie dotyczy. Az nadto dbałam..i może nawet za bardzo.

            • Gość: Wanda Re: Rozstanie... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 14:42
              nie wiem, może to ja mam jakieś dziwne wyobrażenia na temat tego, czym jest
              miłość, uważam jednak, że jednym z jej elementów nie do pominięcia jest
              gotowość do wytrwałego przełamywania barier pomiędzy sobą
              rozumiem, że często może na to nie być już siły, ale tracimy też czasem ochotę
              do życia wogóle, a mimo to nie kończymy od razu ze sobą, nieprawda?
              ponieważ nie znam dokładnie Twojej, Kasiu, sytuacji, trudno jest mi ocenić,czy
              wystarczjąco dużo zrobiłaś, czy nie za wcześnie się poddajesz
              do Kim - jeżeli tylko jedna strona chce się starac, a druga nie - to nie jest
              już miłość. myślę, że skoro tych dwoje wzięło ślub, to był potencjał, zeby
              zbudować "miłość na całe życie", tylko został on -czy to przez nieuwagę, czy
              przez brak umiejętności (wspólnego) życia - zmarnowany.
              • masaker Re: Rozstanie... 21.01.02, 14:50
                Ja trochę rozumiem Kasię, choć na swój sposób (no, to się mądrze wypowiedziałem). Na własnej
                skórze przeżyłem historię pod tytułem "Przez sześć lat dałem z siebie wszystko - jeśli chodzi o uczucia
                - i poświęciłem dla drugiej osoby cały swój czas, uwagę i osobowość". Taka historia kończy się z
                reguły brakiem szacunku dla poświęcającego się. Nie pytajcie, dlaczego, bo nie wiem, ale po prostu
                tak się kończy. Może i tu tak się zdarzyło? A może nie?
                • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 14:54
                  Bo jesli zaczynasz sie "poswiecac" w imie milosci - to dokladnie w tym momencie
                  wlasnie przegrywasz...
                  • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 15:19
                    kwieto napisał(a):

                    > Bo jesli zaczynasz sie "poswiecac" w imie milosci - to dokladnie w
                    tym momencie
                    >
                    > wlasnie przegrywasz...

                    Oboje przegraliśmy...
                    • Gość: K. Re: Rozstanie... IP: *.sochaczew.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 21:28
                      bzdura,czasem trzeba cos posiwecic dla zwiazku,zwiazek dwojga ludzi to wlasnie
                      gotowosc do poswiecen.oczywiscie,nie mowie,ze nalezy calkowicie zrezygnowac ze
                      swojego zycia,ale sa rzeczy,z ktorych trzeba zrezygnowac na rzecz udanego
                      zwiazku,trzeba sie dotrzec.tak juz jest,jezeli tego nie akceptujesz,zostajesz
                      sam.
                • Gość: Wanda Re: Rozstanie... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 15:01
                  to nie o to chodzi, zeby się pozwalać przez lata wykorzystywać
                  raczej, zeby rozwiązywać wspólnie (!) problemy, także te, które mamy ze sobą
                  wzajemnie i każde z osobna, dotyczące np. wzajemnej komunikacji i trudności w
                  niej, różnych kompleksów i zahamowań, które może mieć każde z nas itp.
                  • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:13
                    no ale wtedy nie mozna tego nazwac poswiecaniem sie, nie prawdaz?
                    • Gość: Wanda Re: Rozstanie... IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 15:26
                      jasne, jestem przeciwko poświęcaniu się, a za miłością :)
                    • Gość: K. Re: Rozstanie... IP: *.sochaczew.sdi.tpnet.pl 21.01.02, 21:33
                      kwieto napisał(a):

                      > no ale wtedy nie mozna tego nazwac poswiecaniem sie, nie prawdaz?

                      a wlasnie,ze mozna!rozwiazywanie niektorych problemow polega czasem na tym,ze sie
                      z czegos rezygnuje...
        • masaker Re: Rozstanie... 21.01.02, 14:17
          Masz rację, że miłość wszystko zwycięża, ale kiedy tej miłości zabraknie, to sama widzisz, co się
          dzieje. W końcu nikt nie może przewidzieć, że stanie się właśnie tak, a nie - jak było zaplanowane. W
          zasadzie to trudno coś ci powiedzieć, pomóc, doradzić. Sam wiem, jak to jest zostać na lodzie, choć
          na szczęście - nie po ślubie. Rozumiem, że czujesz się podle, ale z drugiej strony - być z kimś z litości
          to chyba jeszcze gorszy koszmar niż odejść.
          Tak więc - jeżeli czujesz, że musisz odejść i być z kimś innym, zrób to. Wcale nie twierdzę, że to łatwe i
          przyjemne, ale z pewnością uczciwe. A to już coś. Kiedy ode mnie odeszła kobieta, nie powiedziała mi
          całej prawdy, dlaczego odchodzi. Sam wystarałem się, żeby się tego dowiedzieć. I po co mi to było?
          Mogła mi zaoszczędzić dodatkowych przykrości, skoro i tak nic nie dało się już zrobić.
          Życie i tak generalnie jest lekko do dupy, pozostaje jedynie trzymać dobry styl.
        • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 14:51
          A czy na starcie nie bylo tak, ze nie pasowaliscie do siebie za bardzo, ale w
          imie "zwyciezajacej wszystko milosci" postanowiliscie na sile uskuteczniac taki
          zwiazek? A potem sie okazalo, ze milosc byla tylko zauroczeniem?
          • alka_xx Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:05
            kwieto napisał(a):

            > A czy na starcie nie bylo tak, ze nie pasowaliscie do siebie za bardzo, ale w
            > imie "zwyciezajacej wszystko milosci" postanowiliscie na sile uskuteczniac taki
            >
            > zwiazek? A potem sie okazalo, ze milosc byla tylko zauroczeniem?


            A czy czlowiek zawsze wie na starcie co takiego w jego zyciu wlasnie zaczyna sie
            dziac?
            Zawsze chce ,zeby to bylo cos wielkiego, niepowtarzalnego ,zawsze wierzy, ze jemu
            sie uda...Czy to jest uskutecznianie na sile?

            Gdyby nie ta wiara, zadna milosc nie mialaby sensu przeciez...

            • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:11
              Wiesz, ale czasem ludzie podchodza na zasadzie "kocham go, choc nie pasuje do
              mnie zbyt dobrze, ale cos w sobie ma, a jak bedziemy ze soba, to tu sie dotrze,
              tam sie podkreci i bedzie super". Taka milosc ze srubokretem i kompletem
              narzedzi do regulacji zakladanym juz na starcie, jest wg mnie skazana na
              porazke.
              • alka_xx Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:28

                Ale jak juz jest " kocham" to i tak jest bardzo duzo! A w kazdym chyba zwiazku
                juz tak jest, ze ludzie musza sie dotrzec zanim zaczna nadawac na tych samych
                czestotliwosciach!

                Do rzadkosci naleza zwiazki, w ktorych partnerzy rozumieja sie od poczatku bez
                zadnych zastrzezen, a jesli tak to moim zdaniem wlasnie dlatego , ze nie znaja
                sie z sytuacji codziennych! Zycie koryguje nasze zamiary ale nie znaczy, ze musi
                je niweczyc!
                A taki srubkrecik niejednemu zwiazkowi by sie przydal, zamiast od razu z pozwem
                rozwodowym leciec!
                • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:43
                  Dobrze, dobrze, tylko z reguly wiemy, do jakiego "podkrecania" siebie jestesmy
                  zdolni a do jakiego nie. Wiemy na co nas stac. I wtedy naprawde trudno sprawic,
                  zeby "rzeczywistosc nas przerosla". A jesli wchodzimy w jakis zwiazek z
                  zamiarem "podkrecania" partnera, to na 99% sie nie uda
                  • alka_xx Re: Rozstanie... 21.01.02, 17:39
                    kwieto napisał(a):

                    > Dobrze, dobrze, tylko z reguly wiemy, do jakiego "podkrecania" siebie jestesmy
                    > zdolni a do jakiego nie. Wiemy na co nas stac. I wtedy naprawde trudno sprawic,
                    >
                    > zeby "rzeczywistosc nas przerosla". A jesli wchodzimy w jakis zwiazek z
                    > zamiarem "podkrecania" partnera, to na 99% sie nie uda


                    Nie do konca sie zgadzam! Skad niby wiemy na co nas stac? Raczej wydaje sie nam
                    ze wiemy! Przeciez kazdy zwiazek jest inny, z innym czlowiekiem! A i my nie
                    jestesmy wciaz tacy sami!
                    Wiec kazda kolejna milosc traktowana byc musi w sposob indywidualny, a my
                    kochajac i bedac kochanymi gotowi jestesmy dac z siebie moze wiecej niz na
                    przyklad poprzednim razem? Bo wiemy juz, ze pewne sprawy ktore przecwiczylismy
                    poprzednio teraz prostu " nie przejda"!
                    I wtedy moze az tak nas to zycie nie przerosnie!

                    A poza tym sadze, ze wazny jest tez wiek partnerow, ich dotychczasowe niedobre
                    doswiadczenia! Z wiekiem pewno, brzydko mowiac, i " poprzeczka" nam sie obniza,
                    bo wiadomo juz , ze idealne zwiazki wprawdzie zdarzaja sie, ale dosc rzadko!

                    A "podkrecanie " partnera raczej na pewno sie nie sprawdza, ale chodzi o to by
                    taki stworzyc zwiazek, by partner sam chcial sie dla nas " popodkrecac"!
                    • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 17:58
                      A moze oprocz nie podkrecania partnera, samemu tez nie obiecywac niczego, czego
                      nie jest sie pewnym? Jesli nie wiem czy bede w stanie dotrzymac obietnicy, to
                      po prostu jej nie skladac? Wystarczy po prostu REALNIE oceniac siebie i
                      partnera, nie sadzisz?
                      • Gość: alka_xx Re: Rozstanie... IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.01.02, 18:25
                        No tez tak sadze, nie ma to jak realne widzenie rzeczy!
                        Ale wiem tez jak strasznie to jest trudne!
                        • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 18:38
                          Ba! ale bez tego wychodza takie kwiatki jak ten wyzej... niezaleznie od tego,
                          kto zawinil...
                          • Gość: alka_xx Re: Rozstanie... IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.01.02, 18:57
                            Takie kwiatki moga wyjsc niezaleznie od tego jak bylismy przewidujacy na wstepie,
                            bo na to nie ma silnych i jest to tez jedna z niewielu sytuacji w naszym zyciu ,
                            w ktorej tak naprawde nie ma winnych!

                            Nie pisze tego dlatego , ze lubie miec ostatnie slowo...:)

                            a.


                            • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 19:33
                              A ja lubie miec ostatnie slowo, dlatego powiem, ze wtedy nie odczuwamy (a
                              przynajmniej ja nie odczuwam) takich watpliwosci, czy niesmaku (ze sie nie
                              udalo), jak autorka watku...
                              • Gość: alka_x Re: Rozstanie... IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl 21.01.02, 20:42

                                Widzisz,chocbys sie bardzo staral, nie zawsze mozesz miec to co lubisz....
                                A watpliwosci zawsze miec bedziesz! Czy chcesz tego czy nie! Zalozysz sie?
                                a.
                                • kwieto Re: Rozstanie... 22.01.02, 01:29
                                  No ale to jest ryzyko skalkulowane...
                                  Po ktorym, gdy sie nie powiedzie, to sie nie ma kaca moralnego.
                              • Gość: Kasia Dla ALKA i KWIETO IP: localhost 22.01.02, 09:53
                                Czesc, czytam wasze posty..i gdzies w kadyn z Was jest racja. Ale powiem Ci
                                Kwieto, ze nie moza wszystkiego przewidziec i nie wszyscy ludzie, ktorzy sie
                                rozstaja byli wczesniej nierozsadni. Pomysl o tym. Kazdy z nas sie zmienia i
                                trudno przewidziec jak wielkie to beda zmiany. I wkoncu mozna byc zbyt daleko od
                                siebie. tego nie da sie przewidziec


                                kwieto napisał(a):

                                > A ja lubie miec ostatnie slowo, dlatego powiem, ze wtedy nie odczuwamy (a
                                > przynajmniej ja nie odczuwam) takich watpliwosci, czy niesmaku (ze sie nie
                                > udalo), jak autorka watku...

                                • kwieto Re: Dla ALKA i KWIETO 29.01.02, 00:56
                                  Ale to oddalanie sie nie nastepuje jako takie "pstryk" a raczej jest pewnym
                                  procesem! Wiec - moze w otwartosci na siebie i komunikacji jest problem? Zeby
                                  nie zamykac sie na druga osobe, (bo nie zrozumie), tudziez nie mowic do niej
                                  polslowkami, czy nie "dawac jej do zrozumienia" a po prostu mowic o tych
                                  zmianach i tym co boi?
              • Gość: Hsasn Re: Rozstanie... IP: 195.94.193.* 21.01.02, 16:19
                > Wiesz, ale czasem ludzie podchodza na zasadzie "kocham go, choc nie pasuje do
                > mnie zbyt dobrze, ale cos w sobie ma, a jak bedziemy ze soba, to tu sie dotrze,
                > tam sie podkreci i bedzie super". Taka milosc ze srubokretem i kompletem
                > narzedzi do regulacji zakladanym juz na starcie, jest wg mnie skazana na
                > porazke.

                Kwieto !
                Chyba zostaniesz moim idolem !
                W weekend doszedlem do wniosku, ze wlasnie moj ostatni zwiazek taki byl... cale
                szczescie, ze skonczyl sie tak szybko :-) Jeszcze jest bol ale wiem, ze
                przeminie :-)
                Dla niewtajemniczonych polecam ten watek "Ale o co chodzi?"

                Pozdrawiam,
                Hasan

              • alina1 Re: Rozstanie... 29.01.02, 00:32
                Racja, racja, racja...
                Poznaliśmy się w pracy, niby dużo czasu ze sobą, ale dziś wiem że za mało. Tak
                bardzo chciałam mieć własny dom, tak bardzo go kochałam. Minęło 5 lat. Jesteśmy
                zupełnie innymi ludźmi. Przeżyliśmy kryzys rok temu. Tak powolutku, pomaleńku
                oddalaliśmy się od siebie. Praca na dwa etety, on pasjonat komputerów, ja w
                żałobie po stracie dziecka. Każde jakby sobie stworzyło własny, maleńki świat.
                Znalazłam list. Poznał kogoś. Ona czekała na niego, na jego decyzję,kiedy będą
                razem. A co ja zrobiłam? Zaczęłam walczyć o to małżeństwo. Trwało to kilka
                miesięcy. W międzyczasie dowiedziałam się, że ponoć to tylko znajomość
                platoniczna i że w końcu zostali tylko znajomymi na telefon. Ale powiedział mi
                też, że kocha mnie tak troszkę, że właściwie nie spotkał miłości swojego życia.
                Spytałam go co czuł gdy braliśmy ślub, stwierdził, że wtedy myślał, że to to,
                ale teraz chyba nie. I że żadne małżeństwo nie jest na zawsze.
                Minął rok. Wiele się u nas zmieniło. Jesteśmy bardziej partnerami, dużo
                rozmawiamy ze sobą. Ale juz go nie pytam co czuje do mnie. Nie wiem czemu
                został. Wiem, że to była jego decyzja. Czy jestem szczęśliwa? Trudne to
                szczęście, ale tworzymy rodzinę i chcę by tak było.
            • Gość: Lilly-M Re: Rozstanie...-do Kasi IP: *.vie.telering.at 21.01.02, 16:32
              Droga Kasiu, odejsc jest prosciej niz zostac.
              Nie namawiam Cie do zostania za wszelka cene, ale przemyslenia jeszcze raz
              calej sprawy.Z doswiadczenia wiem, ze w nastepnym zwiazku powtarzaja sie z
              reguly schematy z poprzedniego.Jezeli naprawde chcesz byc z kims szczesliwa, to
              zastanow sie dlaczego tak Ty i on reagujecie, i wyciagnij wnioski, i proboj.
              Naprawde, wierz mi,( to moje wlasne doswiadczenie) duzo trudniej bedzie Ci ,
              jezeli i w drugim zwiazku Ci nie wyjdze.Bedzesz sie obwiniac,byc moze bedziesz
              chciala wrocic do meza i naprawic sytuacje, bo nagle zobaczysz, ze on jest tak
              samo bezradny i uwiklany w pewne schematy zachowan jak Ty.
              Wierz mi, nie znajdziesz nikogo,kto jest idealny.Trzeba tylko sie nauczyc
              te "wady" i niedogodnosci rozwiazywac albo nie powiekszac.
              Naturalnie, sa i zwiazki,ktorych uratowac sie nie da, ale wydaje mi sie ,ze u
              Ciebie jest jeszcze ogromny ladunek emocjonalny zwiazany z mezem.Ja tez pare
              lat temu zostawilam meza,bo miedzy nami bylo fatalnie, aby zyc z "cudownym"
              mezczyzna, idealnie do mnie pasujacym itd...Final jest taki, ze w obecnej
              chwili jestem z moim mezem szczesliwsza jak nigdy dotad, ale caly czas
              podswiadomie mecza mnie jeszcze wyrzuty sumienia za moja decyzje.
              Poniewaz wiem, ze kazda historia jest inna, moze Ty podejmiesz inne decyzje.
              Chcialabym tylko, zebys wybrala dobrze i byla naprawde szczesliwa
              pozdrowka
          • Gość: Kasia Re: Rozstanie... IP: 192.168.1.* 21.01.02, 15:23
            kwieto napisał(a):

            > A czy na starcie nie bylo tak, ze nie pasowaliscie do siebie za bardzo, ale w
            > imie "zwyciezajacej wszystko milosci" postanowiliscie na sile uskuteczniac taki
            >
            > zwiazek? A potem sie okazalo, ze milosc byla tylko zauroczeniem?

            Czy pasowalismy do siebie? Woesz i tu jest cały paradoks. rozumielismy sie
            świetnie, mielismy wspólne marzenia, potrafilismy ze soba rozmawiać..dla naszych
            znajomych bylismy idealna parą. Nawet potrafilismy sie kłócić..i potem godzić bez
            obrazy. A teraz ta idealna para sie rostaje..
            • kwieto Re: Rozstanie... 21.01.02, 15:44
              no a co w takim razie nie zagralo? Na czym polega ta "rzeczywiwstosc, ktora Cie
              przerosla"? (o ile dobrze cytuje pierwszy list)
            • Gość: mariposa Re: Rozstanie...czy porzucenie IP: *.biz.mindspring.com 22.01.02, 01:56
              A teraz ta idealna para sie rostaje..

              z tego co tak sobie czytam wnioskuje, ze to nie "idealna para sie rozstaje" tylko
              niewierna zona rzuca meza spychajac go w otchlan rozpaczy.

              moze sie myle, ale to takie smutne...
              • Gość: maly.k Chyba trafna diagnoza... IP: *.sympatico.ca 22.01.02, 03:07
                ...mila Mariposo.
              • _kami Re: Rozstanie...czy porzucenie 29.01.02, 03:14
                Gość portalu: mariposa napisał(a):

                > z tego co tak sobie czytam wnioskuje, ze to nie "idealna para sie rozstaje" tyl
                > ko
                > niewierna zona rzuca meza spychajac go w otchlan rozpaczy.
                > moze sie myle, ale to takie smutne...

                Moment, moment... Ale dlaczego ta żona jest niewierna? Niewierność (szeroko
                rozumiana, bo przecież Kasia pisze, że "ten drugi" pojawił się dużo później) to
                moim zdaniem już efekt czegoś, skutek, a nie przyczyna! Coś się musiało wydarzyć,
                co doprowadziło - czy to do gwałtownego, czy powolnego rozpadu związku. Niestety,
                nie każdy związek się udaje. Czasem dlatego, że ludzie nie mają motywacji do
                walki, która przecież tak naprawdę polega na dbaniu o siebie, pokazywaniu uczuć,
                dawaniu miłości i przełamywaniu "skrzeczącej codzienności", a czasem działa
                jakaś "siła wyższa" - mijają się potrzeby, uczucie wygasa, ludzie mimo chęci i
                walki się oddalają.
                Niemniej jednak - masz rację Mariposa, niezależnie od przyczyn i okoliczności -
                to smutne :-(

                K.
    • Gość: fragola Re: Rozstanie.../Kasia IP: 192.168.1.* / *.dami-rz.pl 21.01.02, 19:50
      Kasiu rozstanie bywa bolesne.Przeżyłam dwa.Pierwsze ostateczne(chłopak zginął
      w wypadku) i drugie "bezbolesne",bo wynikające ze stopniowego oddalania się od
      siebie . To rozstanie było efektem decyzji nas obojga.W kontekście tego co
      napisałaś wydaje się to ważne.Zastanawia mnie jednak jak to jest,gdy jedna
      strona "przestaje kochać".A może już na samym początku tylko jedna strona była
      zaangażowana??? Ja (mam nadzieję) nie zraniłam żadnego mężczyzny,po prostu
      ufam swemu sercu,intuicji i NIGDY nie udaję uczucia,a także nie bawię się
      cudzymi uczuciami.Bywa jednak,że one wypalają się, gdy dwoje ludzi nie
      pielęgnuje ich:( Dla mnie istotą bycia z mężczyzną jest budowanie silnej
      więzi,a nie łamanie serc.
      Kasiu rozstanie nie musi być porażką życiową,a jedynie początkiem nowego etapu
      życia:))Pozdrawiam.
    • misiaczek31 Re: Rozstanie... 29.01.02, 11:15
      Zgadzam sie z Masakerem - jesli tylko jedna strona walczy o milosc, to zawsze
      (nie wiem dlaczego) traci szacunek tej drugiej. Tez przez to przeszlam :(
      Potem ten chory uklad sprawia, ze milosc umiera i czlowiek zastanawia sie, czy
      kiedykolwiek istniala. Wtedy powstaje problem , o ktorym wspomina Kwieto - moze
      to nie byla milosc, a tylko zauroczenie... i juz sam nie wiesz.
      Jesli przyznasz sie, ze poswieciles kawal zycia na ratowanie czegos, co nie
      bylo prawdziwa miloscia, to bol jest jeszcze gorszy.
      Jednak w tym momencie nie ma tak naprawde znaczenia czy to byla prawdziwa,
      czy "niepelnowartosciowa" milosc.
      Trzeba zakonczyc te nierowna walke i tyle.

      Kiedys slyszalam, ze tam, gdzie jedna ze stron szuka dominacji nie mozna juz
      mowic o prawdziwej milosci. Wydaje mi sie, ze tak jest w przypadku
      tych "nierownych" zwiazkow, w ktorych jedno ratuje, a drugie robi co chce i
      laskawie przyjmuje holdy tudziez przeprosiny w imie "milosci".

      Potem gdy nagle slabsza strona sie zaczyna reflektowac i chce odejsc z powodu
      braku sil do dalszej walki nastepuje sytuacja opisana przez Kasie.
      Osoba przyzwyczajona, ze ma wszystko bez zadnego wysilku staje przed smutna
      wizja samotnosci i nagle dochodzi do wniosku, ze "faktycznie jej zalezy, tylko
      osiadla na laurach i nagle postanawia ratowac milosc i zmienic sie o 180 stopni
      i w ogole wszystko... "
      Niestety rowniez z doswiadczenia wiem, ze nawet jesli takiemu komus sie zaufa,
      to on bedzie sie staral tylko przez jakis czas, bo nikt nie moze zbyt dlugo
      wytrwac w takim nienaturalnym dla siebie stanie. Natura popapranca (lub
      popapranczyni) zawsze zwyciezy.

      Nie wiem czy u Kasi jest tak samo. Za malo wiem o jej mezu. Moze jest tak, a
      moze troche inaczej... Czesto trudno jest spojrzec krytycznie na siebie.

      Kasiu, jesli u Ciebie jest tak jak w opisanym przeze mnie przypadku, to nie
      podejmuj decyzji kierowana litoscia do meza. On sobie poradzi.
      Badz szczesliwa.
      Pozdrawiam -misiaczek31-
      • kwieto Znowu sie czepiam 29.01.02, 11:35
        misiaczek31 napisał(a):


        > Kiedys slyszalam, ze tam, gdzie jedna ze stron szuka dominacji nie mozna juz
        > mowic o prawdziwej milosci. Wydaje mi sie, ze tak jest w przypadku
        > tych "nierownych" zwiazkow, w ktorych jedno ratuje, a drugie robi co chce i
        > laskawie przyjmuje holdy tudziez przeprosiny w imie "milosci".

        Tak, ale czy nie jest czasem tak, ze to ta "slabsza" strona wlasnie pragnie
        dominacji? Bo oplatajac "silniejsza" osobe siatka swojej "milosci" jednoczesnie
        przywiazuje (czesto nieswiadomie) ja do siebie i stara w jakis zawoalowany i
        subtelny sposob ja od siebie uzaleznic. Jest to wtedy takie bardzo dyskretne i
        subtelne wiezienie tej "silniejszej" osoby.

        Mozna przeciez "zaglaskac kota na smierc" - osoba "silniejsza" broni sie przed
        zaglaskaniem, starajac sie odsunac od "kochajacego" i "ratujacego" tyrana, meczac
        go zlosliwosciami, oziebloscia - wszystko po to, aby stworzyc pewien dystans,
        ktory "kochajaca", "ratujaca milosc" strona uporczywie przekracza. Jednoczesnie
        nie ma sily aby ten zwiazek zerwac, bo juz jest opleciona pajeczynka "milosci na
        sile"...

        Taki uklad jest tez mozliwy.
        Nie zawsze Ci czuli, kochajacy i ratujacy sa tacy wspaniali, jak im sie samym
        wydaje. Czasem nie zdaja sobie sprawy jak wielkimi tyranami sa w
        rzeczywistosci...
        • misiaczek31 Re: Znowu sie czepiam 30.01.02, 11:44
          Pewnie Kwieto, ze masz racje (jak zwykle he he he...)

          Teoretycznie moze byc tak, jak napisales. Nie wspominalam o takiej
          ewentualnosci, bo wlasciwie opisywalam SWOJ nieudany zwiazek, w ktorym bylo
          tak, ze wszystko, co robilam wiazalo sie z ratowaniem malzenstwa i milosci.

          Jestem osoba, ktora nie potrafi za bardzo radzic sobie ze stresem (moja metoda
          walki z nim jest unikanie;) i sytuacjami konfliktowymi, dlatego panicznie balam
          sie awantur i klotni, a niestety moj facet zachowywal sie tak jakby caly czas
          sprawdzal moja wytrzymalosc.
          Nie mialo to zwiazku z jakims "oplataniem" czy uzaleznianiem go ode mnie. W
          ogole mi na tym nie zalezalo. Ja jestem tolerancyjna i wyrozumiala (nie chwalac
          sie) i potrafie czekac 6 lat na wymiane peknietej szyby w oknie bez gledzenia i
          robienia wyrzutow (jeden z przykladow nie najbardziej drastyczny) Nie jestem
          zaborcza - jesli chce moze chodzic co sobote na disco, jak rowniez spotykac sie
          na kawe z kolezankami z pracy. Generalnie mam zaufanie i nie czepiam sie.
          Nie do przyjecia natomiast jest dla mnie popapranie polegajace na tym, ze ktos
          ma do mnie bez przerwy pretensje i znienacka stawia mi jakies wyimaginowane
          zarzuty dotyczace przykladowo mojej rozrzutnosci "dziecko nie musi chodzic na
          angielski, bo my nigdy do niczego nie dojdziemy, a moj okazyjnie kupiony za
          2.500,00 zegarek jest mi niezbedny, poniewaz od dawna o nim marzylem", czy
          tez "moglabys ruszac sie szybciej sprzatajac, bo ja nie bede jadl kolacji o 24-
          tej" (zdanie rzucone z kanapy, na ktorej lezal ogladajac telewizje od 4 godzin,
          w trakcie ktorych ja zmywalam podlogi, mylam kibel, zmywalam naczynia itp...)

          To, co opisuje jest po prostu klasycznym przykladem zwiazku z popaprancem i
          zapewniam Cie, ze tacy istnieja i nie zawsze jest to wina drugiej slabszej
          strony. Moj mezczyzna uwazal, ze wszystko jest OK, bo ja ciagle mu wybaczalam
          kolejne niesprawiedliwe awantury, az w koncu na progu zalamania nerwowego dalam
          sobie spokoj i nie pomoglo klekanie, placz itp. Zwiazek sie zakonczyl i smiem
          twierdzic, ze on teraz bardzo zaluje swojego postepowania. Mimo wszystko jednak
          nie wierze, ze potrafi zmienic usposobienie, bo po prostu taki jest.

          Niemniej teoretycznie masz calkowita racje Kwieto. Sama sie wsciekam, gdy ktos
          mi za bardzo nadskakuje lub w jakis sposob ogranicza moja wolnosc.

          Pozdrawiam -M.
        • misiaczek31 Re: Znowu sie czepiam 30.01.02, 11:59
          Jeszcze cos przyszlo mi do glowy...
          Moze moj facet w przeciwienstwie do mnie potrzebowala takiego skomplikowanego
          zwiazku najezonego konfliktami i dlatego stwarzal je namietnie.
          Niewykluczone.
          Niestety ja szukam milosci latwej i przyjemnej - zwiazku, w ktorym czlowiek
          czuje sie dobrze, bezpiecznie i cieszy sie zrozumieniem, z ktorego wynika
          sielanka z bardzo mala albo zadna iloscia awantur.
          Wole adrenaline wydzielajaca sie na przyklad przy uprawianiu seksu niz w ramach
          awantury ;)))
          Jeszcze raz pozdrawiam -M.
          • kwieto Re: Znowu sie czepiam 30.01.02, 20:51
            Mi chodzilo tylko o pokazanie, ze czasem strona ktora czuje sie pokrzywdzona
            sama prowokuje problem. W przypadku ktory opisalem, osoba "oplatajaca" jest
            swiecie przekonana, ze poswieca sie w imie milosci, i ze tak wlasnie powinno
            byc. Slowem - ona kocha idealnie a ten "zboj" tej milosci nie docenia.

            Nie twierdze, ze to Twoj przypadek. Ale zachecam w sytuacjach w ktorych czujemy
            sie krzywdzeni do zastanowienia sie, jak SAMI do tego dopuscilismy...
            • misiaczek31 Re: Znowu sie czepiam 31.01.02, 17:45
              Oczywiscie rozumiem, ze mowiles ogolnie i jak najbardziej dopuszczam
              ewentualnosc takiej hipotetycznej sytuacji, o ktorej piszesz.

              Moze nawet takie sytuacje wystepuja czesciej niz myslimy...
              • alina1 Re: Znowu sie czepiam 31.01.02, 17:55
                Poznaliśmy się w pracy, niby dużo czasu ze sobą, ale dziś wiem że za mało. Tak
                bardzo chciałam mieć własny dom, tak bardzo go kochałam. Minęło 5 lat.
                Jeteśmy zupełnie innymi ludźmi. Przeżyliśmy kryzys rok temu. Tak powolutku,
                pomaleńku oddalaliśmy się od siebie. Praca na dwa etety, on pasjonat
                komputerów, ja w żałobie po stracie dziecka. Każde jakby sobie stworzyło
                własny, maleńki świat. Znalazłam list. Poznał kogoś. Ona czekała na niego, na
                jego decyzję,kiedy będą razem. A co ja zrobiłam? Zaczęłam walczyć o to
                małżeństwo. Trwało to kilka miesięcy. W międzyczasie dowiedziałam się, że ponoć
                to tylko znajomość platoniczna i że w końcu zostali tylko znajomymi na telefon.
                Ale powiedział mi też, że kocha mnie tak troszkę, że właściwie nie spotkał
                miłości swojego życia.Spytałam go co czuł gdy braliśmy ślub, stwierdził, że
                wtedy myślał, że to to, ale teraz chyba nie. I że żadne małżeństwo nie jest na
                zawsze. Minął rok. Wiele się u nas zmieniło, a najbardziej chyba ja. Jesteśmy
                bardziej partnerami, dużo rozmawiamy ze sobą. Ale juz go nie pytam co czuje do
                mnie. Nie wiem czemu został. Wiem, że to była jego decyzja. Czy jestem
                szczęśliwa? Trudne to szczęście, ale tworzymy rodzinę i chcę by tak było.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka