lisiczk.a
19.02.09, 12:39
Po raz pierwszy w życiu zdecydowałam się napisać o swoich problemach na forum.
Liczę, ze ktoś mi odpowie, pomoże zrozumieć samą siebie i znaleźć wyjście z
tej sytuacji.
Mój mąż mnie zdradził i ja wiem, wydaje mi się, że nigdy ale to przenigdy nie
wybaczę mu tego. Jestem z nim teraz ze względu na dzieci - są jeszcze małe i
potrzebują ojca, bardzo go kochają, on też jest dobrym ojcem.
Momentami myślałam, że może mogłabym wybaczyć, zapomnieć gdyby jego postawa po
tym była inna. Wydawało mi się, że jeśli wyzna mi prawdę, będzie szczery i
będzie tego bardzo żałował to wybaczę, zrozumiem. Ale on robił wszystko żebym
się o niczym nie dowiedziała, do tego stopnia, ze wmawiał mi, że mam urojenia.
Okłamywał, na wszystko znajdywał wytłumaczenie w postaci ataku na mnie,
obwiniania mnie za to, że się pogubił.
Lecz z drugiej strony cokolwiek mi jednak mówi nt. tamtych zdarzeń zapada mi w
serce i rozdziera tak, że nie jestem w stanie np. tolerować gdy mówi do mnie
"pa" lub "skarbie", bo przypomina mi się, że tak ona mówiła do niego.
Trwa to już jakiś rok.
Zastanawiam się, czy jeśli by on jednak wyznał prawdę, żałował, błagał o
wybaczenie, zabiegał o mnie ... czy może jednak byłabym w stanie zapomnieć,
wybaczyć?
Straciłam zupełnie do niego zaufanie, nie wierzę w to co mówi. Ciągle myślę,
że i tak mówi tylko tyle ile chce powiedzieć.
Zależy mu na rodzinie, ale nie obchodzi go to co ja przeżywam w związku z jego
zdradą. On oczekuje ode mnie, że będę miła, zadowolona, spokojna, może nawet
szczęśliwa, bo wg niego nic się nie stało. Nie chce o tym rozmawiać, a moje
próby rozmowy na ten temat kończą się zawsze kłótnią, atakiem, chamstwem z
jego strony. Wzbudza to we mnie nienawiść do niego.
Po takich kłótniach, wyzwiskach on przychodzi na drugi dzień i zachowuje się
jakby się nic nie stało i oczekuje bliskości, uczucia.
Ostatnio już nie wytrzymałam i nie dałam mu buzi mówiąc, że nie mogę udawać,
że wszystko jest ok. Chodzi teraz smutny, przygnębiony i mówi, że nie wie po
co żyje.
Zabijam w sobie nadzieję i miłość, bo wtedy mniej boli. Bo nie mam wtedy
oczekiwań, jestem obojętna, taka znieczulona, nie dochodzi wtedy do kłótni, a
rodzina-dzieci nie mogą przecież żyć w takim napięciu.
Zastanawiam się jak to się może dalej potoczyć. Czy możliwe jest życie z takim
żalem, rozgoryczeniem, zwątpieniem w ludzką uczciwość. Czy będę w stanie na
dłuższą metę tak żyć - ze stłamszonymi uczuciami i łzami do poduszki?
Myślę sobie, że nawet jakby zachował się tak jak wspomniałam wcześniej, nawet
wtedy nie byłabym w stanie wybaczyć zdrady. Czuję w sobie taką złość, zawiść,
... że zbliżył się do innej ... i to wtedy gdy najbardziej potrzebowałam jego
wsparcia, oszukiwał, kłamał, kpił sobie ze mnie ... a teraz jeszcze poniża,
traktuje powierzchownie ... nie wiem. Może jestem tak zapatrzona w siebie, że
nie widzę jego starań? Może po prostu zła - nie potrafię / nie chcę wybaczyć,
a jest to przecież częścią ludzkiego życia.
Czasami myślę by wzbić się na te wyżyny i wybaczyć ale jakoś kojarzy mi się to
z wyrzuceniem go z serca :((
Nie jestem pewna czy dobrze wyraziłam to co czuję. Wiem, że wiele osób ma
takie problemy i nawet gorsze. Niektórzy dają za wygraną, inni wychodzą
zwycięsko. Ja jeszcze się motam i czuję, że coraz bardziej idę w kierunku
zwątpienia, rozgoryczenia. Czy tak musi być?