monikam1831
30.05.09, 13:59
Miesiąc temu postanowiłam się rozwieść po 9 latach małżeństwa. Mamy
jedno dziecko. Od początku nie układało się. Mąż jest z natury, a
może z genów (po ojcu) cholerykiem. Wszystko go zawsze irytowało i
wyprowadzało z równowagi. Krytyka, dogadywanie budziły we mnie
frustrację. Zwłaszcza, że mąż nie potrafił tego zrekompensować w
postaci pozytywnych emocji - nie był zupełnie czuły, musiałam prosić
o każdy komplement, pocałunek, trzymanie za rękę czy przytulenie - w
zasadzie nie pamiętam, by zrobił to z własnej inicjatywy. Codzienna
krytyka i uszczypliwość szła w parze ze szczególną drażliwością. Tj.
nie można było powiedzieć czegokolwiek negatywnego na jego temat.
Bałam się wszelkich imprez ze znajomymi czy rodzina, bo nie
wiedziałam, czy sam się obrazi, czy kogoś obrazi, czy skrytykuje mnie
juz na imprezie, ośmieszy to co powiedziałam, czy doczepi się do
czegoś co powiedziałam dopiero po fakcie. Awantury były bardzo
burzliwe. Właściwie o nic. Powodów nie pamiętam z reguły. Przemoc
fizyczna zdarzyła sę w zasadzie raz. Kiedyś awantura skończyła się
tym, że złamał mi nos - powód, bo wychodząc do kościoła na pytanie,
czy można iść w krótkim rękawie, odpowiedziałam, ze chba tak. Nie
trafiłam, wrócił do domu nabzdyczony, doszło do wymiany zdań, zaczął
się nakręcać, złapałam za rękę z prośbą, żeby się uspokoił i wtedy
mnie uderzył. Więcej tego nie powtórzył, ale jeszcze gorsze były
awantury, które kończyły się szaleńczymi wręcz atakami. Ja w końcu
nie wytrzymywałam, płakałam i błagałam, żeby przestał, co jeszcze
bardziej go nakręcało i bynajmniej nie przestawał. Kilkukrotnie nie
wytrzymałam napięcia, płakałam i cięłam się nożem po rękach. Pół roku
pół godziny po awanturze obudizłąm się w nocy z silnym nerwobólem,
nie mogłam przez kilka tygodni ruszać ręką i szyją. Dwa tygodnie
spędziłam na zwolnieniu lekarskim. Mąż jest bardzo inteligentym
człowiekiem - 149 punktów, bardzo troszczy się o dom, niewątpliwie
kocha do szaleństwa dziecko. Trudno było mi podjąć decyzję o
rozwodzie. Nie zdecydowałam się przenieść do innego miasta, gdy
proponowano mi awans i podwyżkę, choć była okazja na odmianę życia.
Starałam się walczyć o małzeństwo, nie pielęgnowałam urazów i szybko
puszczałam wszystko w zapomnienie. Ostatnio jednak przestały mnie już
cieszyć nawet wspólne zagraniczne wyjazdy, czułam sie spięta, gdy
słyszałam podniesiony ton głosu. Próbuję ocenić swoje małżeństwo.
Jako osoba wierząca czuję się szczególnie źle - tj. nie mam
specjalnie wyrzutów sumienia jesli chodzi o Boga czy o innych ludzi,
najgorsza jest ocena mojego męża, który ma o ten rozwód do mnie
istotne pretensje. Kłotnie, które ja pamiętam jako trwające 5 dni, bo
tyle się do mnie nie odzywał, ona pamięta jako trwające pół godziny.
Zresztą wydaje mi się, że ja widzę zdjęcie, a on negatyw - mamy
zupełnie inny obraz tych samych wydarzeń. Mam wrażenie, jakby 80 %
nie pamiętał. Twierdzi, że 40 % kłotni sama prowokowałam - choć ja
zupełnie nie wiem czym. Wielkorotnie mówiłam, co mi w małżeństwie nie
pasuje, ale zawsze słyszałam, że już taki jest i się nie zmieni, albo
zadawał pytanie, co ja zrobiłam, by było lepiej. Na zarzut, że nie
jest czuły, słyszałam pytanie - a ty jesteś wobec mnie czuła? W
związkach z innymi facetami byłam bardzo czuła, ale zawsze oni też
byli tacy w stosunku do mnie- co miałam zrobić w tym związku?
Nie wiem jak mam ocenić nasz związek. Potrzebuję tego żeby poukładać
sobie to wszystko w głowie. Boję się jak bardzo te doświadczenia
przeszkodzą budować nowy związek. Jeśli ktoś może mi pomóc - z góry
dziękuję.