Malutki sukces znowu za nami - jestem w ciąży. Niestety doświadczenie (=2
poronienia)nauczyło mnie, że jeszcze za wcześnie na radość. Na początek
dostałam, jak zwykle, baterię w postaci duphastonu, kaprogestu i no-spa. jednak
tym razem doszedł jeszcze jeden problem: niedawno zbadano u mnie TSH, którego
poziom był poniżej progu mierzalności. Nie przyjmowałam leków ze względu na
mojego małego synka, karmionego piersią. Oczywiście ginekolog (IMiD) gdy
poinformowałam go o pozytywnym wyniku testu, wysłał mnie do "mojego"
endokrynologa, który nie miał zbyt wiele do powiedzenia

(( Pytanie brzmi: jak
dysfunkcja tarczycy (kliniczna, bo wartości FT4 są w normie) może wpłynąć na
rozwój ciąży? Czy nie powinnam upierać się przy konsultacji u lekarza
endokrynologa-ginekologa? Poprzednie ciąże były monitorowane w szpitalu, tym
razem, o ile nie będzie bezwględnej konieczności, nie mogę zostawić synka.
Siedzę w domu i zżerają mnie nerwy (oczywiście zupełnie niepotrzebnie) i czekam
co przyniesie następny dzień. Nie zbadano nawet poziomu betaHCG. Czy nie
dokonuje się tego badania rutynowo, zwłaszcza przy trudnym wywiadzie (m.in.
blighted ovum)? Czy po prostu należy mniej przejmować się pacjentką, która ma
przecież już jedno dziecko?... Pozdrawiam