Gość: SZAK
IP: *.pl / 192.168.1.*
12.07.03, 12:45
Miasto ludzi dobrej woli
Przedstawiciele żydowskiej starszyzny patrzą na siebie z zadowoleniem.
Starszy w lewej ręce trzyma ociekający krwią ludzki narząd. W prawej nóż,
czy raczej ostry szpikulec, zbliżający się do ciałka nagiego niemowlęcia. Ta
scena mordu rytualnego, autorstwa Karola de Prevot, może wkrótce stać się
jednym z najbardziej popularnych w świecie obrazów z polskich zbiorów.
Równie znanym, jak „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci.
Na sandomierskiej Starówce zaczął się sezon. Kawiarniane ogródki muszą bić
się o klienta, sklepy i galerie wabią pamiątkami. Ratusz, zamek, kościoły,
budynki klasztorne, seminaryjne – pieszczą oko świeżymi kolorami.
Sandomierz to stolica biskupstwa. Dlatego łatwiej spotkać tu księdza i
zakonnika niż strażnika lub policjanta. Do Kościoła należy większość
najlepszych gruntów. Nic dziwnego, że biskup ordynariusz jest ważną personą,
ważniejszą niż burmistrz, starosta i wszyscy radni razem wzięci. Od
ordynariusza ważniejszy jest tylko biskup pomocniczy, Edward Frankowski,
wielki przyjaciel dyrektora Radia Maryja ojca Tadeusza Rydzyka.
„997”
O wiszącym w katedrze obrazie przedstawiającym mord rytualny Żydów słyszał
niemal każdy mieszkaniec.
– Wisi daleko od ołtarza – wyjaśnia siedząca w rynku nastolatka.
– Niech pan nie zapomni o tych obrazach z kościoła Świętego Pawła. To
dopiero prawdziwe „997” – śmieje się ekspedientka w sklepie spożywczym.
– Obraz w katedrze nie bardzo mi się podoba – wyjaśnia siedzący przed Bramą
Opatowską, lekko „wymięty” dżentelmen z brodą, trzymający prawie pustą
butelkę wina owocowego. – Podobno to nieprawda. Ale z drugiej strony, tylu
Żydów mamy w rządzie, że im się należy. Niech sobie wisi.
Przed katedrą wycieczka oczekuje na przewodnika. Zmęczeni upałem, nie mogą
się doczekać schronienia w chłodnych murach świątyni.
W środku wspaniałe polichromie, rzeźby Macieja Polejowskiego i Wojciecha
Rojowskiego, organy z końca XVII wieku, piękna ambona, tabernakulum oraz
kilkanaście wielkich obrazów Karola de Prevot. Ten Włoch o pięknie brzmiącym
francuskim nazwisku od 1708 do 1737 roku upamiętniał ważne wydarzenia z
historii miasta. Tuż obok obrazu „Wysadzenie sandomierskiego zamku przez
Szwedów w 1656 roku” wisi inny, przedstawiający mord rytualny popełniony
przez Żydów na chrześcijańskich dzieciach.
Przedstawiciele żydowskiej starszyzny patrzą na siebie z zadowoleniem.
Starszy w lewej ręce trzyma ociekający krwią ludzki narząd. W prawej nóż,
czy raczej ostry szpikulec, zbliżający się do ciałka nagiego niemowlęcia.
Niżej – rozczłonkowane zwłoki innego dziecka, które stały się łupem psa.
Obok obrazu wisi tabliczka: „Posądzenie Żydów sandomierskich o mord rytualny
w roku 1698 i 1710”.
Malarz o wątpliwym talencie przedstawił swoją wizję wydarzeń z 18 sierpnia
1710 roku, kiedy to na podwórku miejscowego rabina odnaleziono zwłoki
chłopca. Proces w tej sprawie toczył się przed Trybunałem Koronnym w
Lublinie przez trzy lata. Przesłuchiwanych Żydów poddawano torturom i
nakłaniano do przyjęcia chrztu. Mimo braku dowodów, wszyscy oskarżeni
zostali skazani na śmierć.
W katedrze znowu jest pusto i cicho. Tylko koło ołtarza rozmawiają dwie
kobiety. Starsza trzyma w ręku klucz od świątyni, młodsza, mimo zwykłego
ubrania, wygląda na zakonnicę.
– Przepraszam, podobno pod obrazem o mordzie rytualnym jest opis
wyjaśniający prawdę historyczną, ale nie mogę go znaleźć – pytam „zakonnicę”.
– Przecież jest tabliczka – odpowiada kobieta.
– Chodzi pani o słowo „posądzenie”? Przecież na obrazie jest obraz mordu
– nie daję za wygraną. – Czy taki obraz powinien wisieć bez komentarza?
– Najpierw trzeba uderzyć się we własne piersi. Kto nie jest bez winy, niech
pierwszy rzuci kamieniem – odpowiada „zakonnica”. – Napis jest taki, jak być
powinien.
– To wstydliwa sprawa – mówi Nina Jastrzębska, przewodnik turystyczny.
– Bo przecież nigdzie w świecie historycy nie znaleźli dowodu na istnienie
rytualnych mordów chrześcijańskich dzieci, zabijanych przez Żydów na macę.
Na ogół nie opowiadam o tym obrazie turystom. Chyba że mnie ktoś zapyta. Ten
obraz był wymysłem Karola de Prevot. To straszny obraz. Jego wartość
artystyczna jest żadna. Jednak przyjeżdżają go oglądać turyści z całego
świata, zwłaszcza z Izraela. Nie tak dawno w katedrze był ambasador Izraela,
profesor Szewach Weiss. Oglądał, nawet zdjęcie zrobił. Wiem, że kuria
dostała sporo listów od różnych organizacji żądających zdjęcia obrazu, ale
biskup ordynariusz postanowił inaczej.
Awanturnicy i frustraci
– W Sandomierzu nikt na to nie zwraca uwagi – uważa ksiądz dziekan Zbigniew
Mistak, proboszcz parafii katedralnej. – Nikt się tym nie przejmuje, prócz
kilku awanturników, frustratów, którym coś w życiu nie wyszło. Dlatego
robimy swoje i także się nie przejmujemy. To jest ślad epoki. Tak myślano.
Grzebanie w historii to patologia. Takie były fakty. Był proces, zabito
jednego Żyda czy dwóch. Czy będziemy to tłumaczyć, bić się w piersi?
W muzeum diecezjalnym, mieszczącym się w „Domu Długosza”, kustosz Urszula
Stępień z dumą pokazuje obraz Łukasza Cranacha.
– W Sandomierzu mieszkam od urodzenia i nie pamiętam, żeby obraz de Prevota
kiedykolwiek był powodem do antysemickich wystąpień. Moim zdaniem powinien
wisieć tak jak wisi. Został też opatrzony stosowym komentarzem.
Górujący nad miastem kościół Świętego Pawła opisał w „Popiołach” Stefan
Żeromski. Roztaczają się stąd niezapomniane widoki na całą okolicę. W środku
nie ma żywej duszy. Ołtarz i wszystkie detale wnętrza biją w oczy złotym
blaskiem.
Koło ołtarza, tuż przy podłodze, w złotych ramach wisi siedem prostokątnych,
zabytkowych płócien.
Na pierwszym, chłopczyk w czerwonym ubranku zostaje porwany na ulicy przez
rudobrodego Żyda w czarnym stroju i wielkim kapeluszu. Na następnym – stary
mężczyzna z wielkim nożem w ręku wbija ostrze w pierś leżącego, nagiego,
dość wyrośniętego dziecka. Krew tryska na wszystkie strony. Na kolejnym –
siedmiu Żydów torturuje dziecko o wyglądzie barokowego aniołka. Dziecko,
trzymane za ręce, rozpostarte jak na krzyżu, stoi w misce pełnej krwi. Jeden
z oprawców wyrywa kawałek ciała wielkimi obcęgami. Pozostali przyglądają się
kaźni z widoczną ekstazą.
Gdy robię zdjęcia, z zakrystii bezszelestnie wychodzi młoda zakonnica.
– Niedawno były odnawiane. Proszę sobie nie przeszkadzać – mówi z miłym
uśmiechem i znika za drzwiami.
Między kościołami św. Pawła i św. Jakuba biegnie Aleja Ludzi Dobrej Woli.
Piękna nazwa. Szkoda tylko, że w Sandomierzu to nazwa raczej bez pokrycia.
KRZYSZTOF G. RÓŻYCKI