Gość: Ja i rekrutacja
IP: *.aster.pl / *.aster.pl
08.06.05, 20:42
Historia będzie o tym, jak przyjmowałam do pracy:
Szef zapowiedział, że firmowy spec od HR nie będzie się wtrącał do
zatrudniania moich bezpośrednich podwładnych i jeśli chcę, mogę przeprowadzić
rekrutację sama. OK, myślę sobie, dobra nasza (czyli moja).
W odpowiedzi na ogłoszenie pierwszego dnia przyszło kilkanaście cv.
Odpowiedziałam mejlem na wszystkie, nawet na te, których autorzy nie
spełaniali podstawowych wymagań, zawartych w ogłoszeniu. Naczytałam się m.in.
na tym forum, że tego nie lubicie, ja sama też pamiętam, że jak szukałam
pracy, to niezdrowo się ekscytowałam, jak ktoś odpisał (nawet jeśli to było:
nie dziękujemy). I wydawał mi się wtedy szczególnie uprzejmy, co u
rekrutujących nie jest zbyt częste...
Spotkanie polegało na tym, że sadzałam delikwenta przy kompie i musiał
wykonać pewne zadanie. Jedna osoba nie pojawiła się na umówionym spotkaniu,
inna w połowie oświadczyła, że jest zmęczona i wyszła ;-)
Jeden osobnik zapytał, kiedy będzie decyzja. Ja na to, że w przyszłym
tygodniu, w odpowiedzi na co burknął coś na mnie...
Inne osoby wprawdzie wysłały cv, ale jak przyszło co do czego, to się
okazało, że tak naprawdę, to nie interesuje ich praca w biurze ;-))
Zatrudniłam tego od burknięcia - okazał się świetnym pracownikiem, który się
w dodatku nieco ucywilizował.
Teraz mam zamiar przyjąć jeszcze 2 osoby. Jeszcze nie wiem kogo. Raczej nie
tego, kto przyniesie mi wypasioną kopertę albo flachę dobrego alkoholu.
Nikogo znajomego też nie - po pierwsze, że się szubrawcy nie zgłosili, a po
drugie, że pewnie by się mnie nie słuchali i musiałabym ich potem wylać, a
tego najbardziej nie lubię i nie za bardzo umiem robić ;-)
Pozdrawiam szukających pracy i powodzenia życzę.