Gość: Szczur B
IP: *.waw.ppp.coolnet.pl
26.09.01, 08:01
Jakies 10 lat temu, gdy jeszcze nie bylem Szczurem Biurowym lecz calkiem
zwyczajnym studentem 5 roku zobaczylem ze jesli nic nie zrobie ze soba to
perspektywy sa marne. Przedtem jezdzilem do reichu co rok - gdy nastal
Balcerowicz moja sila nabywacza zmniejszyla sie z dnia na dzien
dziesieciokrotnie i glod zajrzal w oczy. Postanowilem zaradzic temu zjawisku -
wzialem urlop dziekanski, wysuplalem reszte dojczmarek i kupilem komputer.
386 , zegar 25 Mhz, dysk 120 MB. Cudo !
Do tego drukarke HP laser jet III. I skaner reczny, czarno - bialy.
Na gieldzie na grzybowskiej kupilem soft : windows 3.0, corela 2.0 , czysto
pirackie kopie na duzych dyskietkach.
Najgorzej bylo z Corelem. Na poczatku nie wiedzialem jak sie robi linie proste,
i zeby narysowac linie rysowalem kwadrat a potem sciagalem jego krawedzie tak
ze wychodzil odcinek. Ale tak bylo przez pierwsze pare dni. Nauka poszla
szybko. Zarejestrowalem dzialalnosc gospodarcza i mialem klientow. Slodkie
czasy ! Jeszcze nie bylo VAT-u, podatek dochodowy dopiero raczkowal, wszystko
bylo przed nami, ten faszyzm biurokratyczny tez.
Wtedy pierwszy raz uslyszlem tajemnicza nazwe ekspat.
Swoja firme trzymalem oczywiście w domu. W jednym pokoju byłem ja z komputerm i
drukarka a w drugim trwala zona z dzieckiem. Czasem przychodzili klienci, jeden
wdepnal w nocnik – to było niezle :-)
Pierwszym moim klientem był Pan Czesio, który mnie znalazl z ogloszenia,bo
czywiście na poczatku dalem je do Wyborczej.
Pan Czesio miał gazetke z ogloszeniami. Zrobilem mu sklad, zaplacil, poszedl,
pojawil się po dwoch tygodniach z nastepna porcja. Po nastepnych dwoch
tygodniach spytal się czy nie znam jakiejs drukarni bo to ja mial
zaprzyjazniona to jest za droga.
Wtedy zaproponowalem ze może znajde mu drukarnie, najlepiej gdybym w ogole
przejal sklad i druk, a Pan Czesio zajalby się tylko akwizycja i dystrybucja.
Powiedzial ze pomysli. I ze przyjdzie w przyszlym tygodniu .Ja przez ten czas
szukalem drukarni. O drukowaniu miałem pojecie takie sobie, to znaczy
wiedzialem ze jest, i dlatego nie chcialem isc do duzych firm. Jeszcze by się
wydalo ze jestem w branzy od miesiaca.
Pokrecilem się po naszym blokowisku – znalazlem drukarenke w piwnicy starego
budynku administracji.
Wchodzilo się tam po zniszczonych betonowych stopniach, obok wezla cieplnego,
korytarzm jaki budowano w komunistycznych blokowiskach – piwnice ze scianami z
cegiel ustawionych w ten sposób ze tworzy sie azurowa sciana z otworami. Na
koncu korytarza była ta drukarnia. Pomieszczenie może ze 20 metrow
kwadratowych, na srodku romayor (taka maszyna drukarska) mnostwo petow i Pan
Zbyszek.
Nasze pierwsze spotkanie było dosyc dramatyczne – gdy wchodzilem do tej jego
drukarni Pan Zbyszek demonstrowal pracownikom (wlasciwie poltora pracownikom, o
czym pozniej) 33 sposoby rzucania darta, czyli stralkami do celu . Był wlasnie
przy 15 gdy drzwi sluzace za tarcze ( a raczej zdjecie Jaruzelskiego przypiete
pinezkami do dykty) otworzyly się no i pojawilem się ja. Wojtek Jaruzelski był
zupelnie posiekany, widac zawody odbywaly się regularnie. Szpikulec strzalki
przebilby mi czaszke gdybym był odrobine wyzszy. Tym razem udalo się –
przenioslo gora, odbilo sie od polotwartych drzwi i wbilo we framuge.
Pan Zbyszek mogl drukowac te pisemka – jakos się dogadalismy. W trakcie
dogadywania zuzylismy troche dogadywacza, bo bez tego się nie obeszlo. Pierwszy
naklad wyszedl dobrze, Pan Czesio był zadowolony z produkcji Pana Zbyszka.
Teraz ja musialem nie dopuscic żeby Pan Czesio poznal Pana Zbyszka, bo nie
zarobie. W tym momencie moja humanistyczna i artystowska natura odebrala
pierwsza lekcje kapitalizmu – zarabianie to posrednicznie. Wszystko jedno w
czym, ale posredniczenie.
Trudne to było wszystko. Pare razy klienci nie przyjeli mi nakladu czegos tam,
bo Pan Zbyszek cos spieprzyl, ja byłem niedoswiadczony i nie zauwazylem bledow,
ale za to klient zauwazyl.
Pewnego dnia, gdy jednak stresujacy kontakt z klientem zakonczyl się sukcesem i
dogadywalismy zaplate za druk, a dogadywacz ulegal zuzyciu, polpracownika
powiedzial ze trzeba skoczyc po zagryche bo na sucho zle sie dogaduje.
To bylo jakies pol roku po rozpoczeciu wspolpracy. Zaczynalem sie powaznie
obawiac o przyszlosc mojej watroby i o przyszlosc w ogole bo jak tak dalej by
szlo to wpadne w dogadywanie, a nie w zarabianie.
Wlasnie wymyslalem fortel jak tu sie wykrecic, gdy Pan Zbyszek szerokim gestem
otworzyl lodowke, w ktorej trzymal odczynniki do druku. Siegnal do srodka i
wyjal zwoj kielbasy
- To jest zagrycha ! Nie taka sie wozilo w stanie wojennym ! Tym,kurwa - i tu
pogrozil w kierunku tarczy do darta - pierdolonym skurwysynom na zlosc.
Zastrzyglem uchem. Po zadaniu paru pytan naprowadzajacych Pan Zbyszek
opowiedzial fragment swoich dziejow.
Od zawsze byl taksowkarzem. Gdzies tak pod koniec 78 roku kupil fiata 125p, od
milicjanta z drogowki, ktory handlowal z nim waluta. Ten fiat mial same zalety
ale jedna wade : nie chcial palic w zime. Dla taksowkarza pewne utrudnienie.
Akurat nadszedl sylwester/1 stycznia i Zima Stulecia (nam nie trzeba
Bundeswery, nam wystarczy minus cztery)gdy okazalo sie ze fiacina ma te wade.
Po nieudanycm sylwestrze Pan Zbyszek postanowil podejsc do sprawy calosciowo.
Poszperal po znajomych (jeszcze wtedy nie bylo wizytownikow) i dowiedzial sie
ze pod Biala Podlaska jest facet ktory potrafi naprawic fiata tak, ze chodzi
jak zegarek i w dodatku mniej pali !
Pojechal tam. Warsztat byl nic nadzwyczajnego, w stodole. Gdy przyjechal,
akurat bylo swiniobicie. A jak swinbiobicie to i swiniopicie. Skonczylo sie na
tym, ze mechanik mogl sie zabrac za robote dopiero na dwa dni po przyjezdzie
Pana Zbyszka na miejsce. Fiat zupelnie sie rozkraczyl i nie bylo ruchu ani w te
ani we wte.
W koncu sie udalo go naprawic, ale Pan Zbyszek zamiast dwa dni byl poza domem
prawie dwa tygodnie. Poznal cala rodzine mechanika, wszystkich pociotkow i
krewnych, a na pozegnanie dostal swinie.W bagazniku sie nie zmiescila, mimo
rozebrania jej po kawalku, wiec mial mieso zawiniete na tylnym siedzeniu i z
przodu.
Tak sie zaczela miesna epeopeja Pana Zbyszka.
Akurat dostawalismy wszyscy w dupe - rozkwital kryzys koncowki Gierka. Miesa w
normalnych sklepach nie bylo.
Zona Pana Zbyszka zaniosla do pracy kolezankowm, zlecialo sie cale biuro. Po
dwoch dniach swini nie bylo.
Pan Zbyszek rozpoczal zywot wedrownego masarzo/rzeznika i baby z miesem w
jednej osobie, bo jego zona juz nie chciala wiecej posredniczyc. Moze sie
wstydzila ? W kazdym razie Pan Zbyszek raz w tygodniu jezdzil w kierunku Bialej
Podlaskiej, odbieral zamowione swinie, czasem pomagal zarzynac, a czasem
rozbieral tusze wedlug zamowien klientow. Zajmowalo mu to dwa dni, reszte
tygodnia sprzedawal stalym klientom, w niedziele przerwa i od poniedzialku od
nowa.
Tak zszedl mu caly 79 i 80 rok, z tendencja wzrostowa. W 80 roku jeszcze przed
Solidarnoscia jezdzil juz we dwa samochody, razem ze szwagrem. Interes sie
krecil coraz szybciej - nie mieli w koncu konkurencji, bo w panstwowych
sklepach byly tylko kolejki.
Az nadszedl 13 grudnia.