Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu

    IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 26.09.01, 08:01
    Jakies 10 lat temu, gdy jeszcze nie bylem Szczurem Biurowym lecz calkiem
    zwyczajnym studentem 5 roku zobaczylem ze jesli nic nie zrobie ze soba to
    perspektywy sa marne. Przedtem jezdzilem do reichu co rok - gdy nastal
    Balcerowicz moja sila nabywacza zmniejszyla sie z dnia na dzien
    dziesieciokrotnie i glod zajrzal w oczy. Postanowilem zaradzic temu zjawisku -
    wzialem urlop dziekanski, wysuplalem reszte dojczmarek i kupilem komputer.
    386 , zegar 25 Mhz, dysk 120 MB. Cudo !
    Do tego drukarke HP laser jet III. I skaner reczny, czarno - bialy.
    Na gieldzie na grzybowskiej kupilem soft : windows 3.0, corela 2.0 , czysto
    pirackie kopie na duzych dyskietkach.
    Najgorzej bylo z Corelem. Na poczatku nie wiedzialem jak sie robi linie proste,
    i zeby narysowac linie rysowalem kwadrat a potem sciagalem jego krawedzie tak
    ze wychodzil odcinek. Ale tak bylo przez pierwsze pare dni. Nauka poszla
    szybko. Zarejestrowalem dzialalnosc gospodarcza i mialem klientow. Slodkie
    czasy ! Jeszcze nie bylo VAT-u, podatek dochodowy dopiero raczkowal, wszystko
    bylo przed nami, ten faszyzm biurokratyczny tez.
    Wtedy pierwszy raz uslyszlem tajemnicza nazwe ekspat.

    Swoja firme trzymalem oczywiście w domu. W jednym pokoju byłem ja z komputerm i
    drukarka a w drugim trwala zona z dzieckiem. Czasem przychodzili klienci, jeden
    wdepnal w nocnik – to było niezle :-)
    Pierwszym moim klientem był Pan Czesio, który mnie znalazl z ogloszenia,bo
    czywiście na poczatku dalem je do Wyborczej.
    Pan Czesio miał gazetke z ogloszeniami. Zrobilem mu sklad, zaplacil, poszedl,
    pojawil się po dwoch tygodniach z nastepna porcja. Po nastepnych dwoch
    tygodniach spytal się czy nie znam jakiejs drukarni bo to ja mial
    zaprzyjazniona to jest za droga.
    Wtedy zaproponowalem ze może znajde mu drukarnie, najlepiej gdybym w ogole
    przejal sklad i druk, a Pan Czesio zajalby się tylko akwizycja i dystrybucja.
    Powiedzial ze pomysli. I ze przyjdzie w przyszlym tygodniu .Ja przez ten czas
    szukalem drukarni. O drukowaniu miałem pojecie takie sobie, to znaczy
    wiedzialem ze jest, i dlatego nie chcialem isc do duzych firm. Jeszcze by się
    wydalo ze jestem w branzy od miesiaca.
    Pokrecilem się po naszym blokowisku – znalazlem drukarenke w piwnicy starego
    budynku administracji.
    Wchodzilo się tam po zniszczonych betonowych stopniach, obok wezla cieplnego,
    korytarzm jaki budowano w komunistycznych blokowiskach – piwnice ze scianami z
    cegiel ustawionych w ten sposób ze tworzy sie azurowa sciana z otworami. Na
    koncu korytarza była ta drukarnia. Pomieszczenie może ze 20 metrow
    kwadratowych, na srodku romayor (taka maszyna drukarska) mnostwo petow i Pan
    Zbyszek.
    Nasze pierwsze spotkanie było dosyc dramatyczne – gdy wchodzilem do tej jego
    drukarni Pan Zbyszek demonstrowal pracownikom (wlasciwie poltora pracownikom, o
    czym pozniej) 33 sposoby rzucania darta, czyli stralkami do celu . Był wlasnie
    przy 15 gdy drzwi sluzace za tarcze ( a raczej zdjecie Jaruzelskiego przypiete
    pinezkami do dykty) otworzyly się no i pojawilem się ja. Wojtek Jaruzelski był
    zupelnie posiekany, widac zawody odbywaly się regularnie. Szpikulec strzalki
    przebilby mi czaszke gdybym był odrobine wyzszy. Tym razem udalo się –
    przenioslo gora, odbilo sie od polotwartych drzwi i wbilo we framuge.
    Pan Zbyszek mogl drukowac te pisemka – jakos się dogadalismy. W trakcie
    dogadywania zuzylismy troche dogadywacza, bo bez tego się nie obeszlo. Pierwszy
    naklad wyszedl dobrze, Pan Czesio był zadowolony z produkcji Pana Zbyszka.
    Teraz ja musialem nie dopuscic żeby Pan Czesio poznal Pana Zbyszka, bo nie
    zarobie. W tym momencie moja humanistyczna i artystowska natura odebrala
    pierwsza lekcje kapitalizmu – zarabianie to posrednicznie. Wszystko jedno w
    czym, ale posredniczenie.
    Trudne to było wszystko. Pare razy klienci nie przyjeli mi nakladu czegos tam,
    bo Pan Zbyszek cos spieprzyl, ja byłem niedoswiadczony i nie zauwazylem bledow,
    ale za to klient zauwazyl.
    Pewnego dnia, gdy jednak stresujacy kontakt z klientem zakonczyl się sukcesem i
    dogadywalismy zaplate za druk, a dogadywacz ulegal zuzyciu, polpracownika
    powiedzial ze trzeba skoczyc po zagryche bo na sucho zle sie dogaduje.
    To bylo jakies pol roku po rozpoczeciu wspolpracy. Zaczynalem sie powaznie
    obawiac o przyszlosc mojej watroby i o przyszlosc w ogole bo jak tak dalej by
    szlo to wpadne w dogadywanie, a nie w zarabianie.
    Wlasnie wymyslalem fortel jak tu sie wykrecic, gdy Pan Zbyszek szerokim gestem
    otworzyl lodowke, w ktorej trzymal odczynniki do druku. Siegnal do srodka i
    wyjal zwoj kielbasy
    - To jest zagrycha ! Nie taka sie wozilo w stanie wojennym ! Tym,kurwa - i tu
    pogrozil w kierunku tarczy do darta - pierdolonym skurwysynom na zlosc.
    Zastrzyglem uchem. Po zadaniu paru pytan naprowadzajacych Pan Zbyszek
    opowiedzial fragment swoich dziejow.
    Od zawsze byl taksowkarzem. Gdzies tak pod koniec 78 roku kupil fiata 125p, od
    milicjanta z drogowki, ktory handlowal z nim waluta. Ten fiat mial same zalety
    ale jedna wade : nie chcial palic w zime. Dla taksowkarza pewne utrudnienie.
    Akurat nadszedl sylwester/1 stycznia i Zima Stulecia (nam nie trzeba
    Bundeswery, nam wystarczy minus cztery)gdy okazalo sie ze fiacina ma te wade.
    Po nieudanycm sylwestrze Pan Zbyszek postanowil podejsc do sprawy calosciowo.
    Poszperal po znajomych (jeszcze wtedy nie bylo wizytownikow) i dowiedzial sie
    ze pod Biala Podlaska jest facet ktory potrafi naprawic fiata tak, ze chodzi
    jak zegarek i w dodatku mniej pali !
    Pojechal tam. Warsztat byl nic nadzwyczajnego, w stodole. Gdy przyjechal,
    akurat bylo swiniobicie. A jak swinbiobicie to i swiniopicie. Skonczylo sie na
    tym, ze mechanik mogl sie zabrac za robote dopiero na dwa dni po przyjezdzie
    Pana Zbyszka na miejsce. Fiat zupelnie sie rozkraczyl i nie bylo ruchu ani w te
    ani we wte.
    W koncu sie udalo go naprawic, ale Pan Zbyszek zamiast dwa dni byl poza domem
    prawie dwa tygodnie. Poznal cala rodzine mechanika, wszystkich pociotkow i
    krewnych, a na pozegnanie dostal swinie.W bagazniku sie nie zmiescila, mimo
    rozebrania jej po kawalku, wiec mial mieso zawiniete na tylnym siedzeniu i z
    przodu.
    Tak sie zaczela miesna epeopeja Pana Zbyszka.
    Akurat dostawalismy wszyscy w dupe - rozkwital kryzys koncowki Gierka. Miesa w
    normalnych sklepach nie bylo.
    Zona Pana Zbyszka zaniosla do pracy kolezankowm, zlecialo sie cale biuro. Po
    dwoch dniach swini nie bylo.
    Pan Zbyszek rozpoczal zywot wedrownego masarzo/rzeznika i baby z miesem w
    jednej osobie, bo jego zona juz nie chciala wiecej posredniczyc. Moze sie
    wstydzila ? W kazdym razie Pan Zbyszek raz w tygodniu jezdzil w kierunku Bialej
    Podlaskiej, odbieral zamowione swinie, czasem pomagal zarzynac, a czasem
    rozbieral tusze wedlug zamowien klientow. Zajmowalo mu to dwa dni, reszte
    tygodnia sprzedawal stalym klientom, w niedziele przerwa i od poniedzialku od
    nowa.
    Tak zszedl mu caly 79 i 80 rok, z tendencja wzrostowa. W 80 roku jeszcze przed
    Solidarnoscia jezdzil juz we dwa samochody, razem ze szwagrem. Interes sie
    krecil coraz szybciej - nie mieli w koncu konkurencji, bo w panstwowych
    sklepach byly tylko kolejki.
    Az nadszedl 13 grudnia.
    Obserwuj wątek
      • Gość: OLGIERD Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: 157.25.200.* 26.09.01, 09:43
        Może to nie powinno się nazywać Dilbertoza ale....
        Polakow portret własny ?
        czekam na cd
        pzdr
      • Gość: Martin Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 26.09.01, 11:32
        Dobre, naprawdę dobre. W stylu nieodżałowanego RIFUNa, fajnie się czyta. Mam
        nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi.
      • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.waw.cdp.pl 26.09.01, 12:26
        Podoba mi sie. Czekam na dalszy ciag.

        rgrds
        • kajman_ Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 26.09.01, 12:40
          Mój teść przewoził w stanie wojennym świnie (martwe)
          na przednim siedzeniu dużego fiata - ubrane były w
          płaszcz i kapelusz i po ciemku wyglądały zupełnie jak
          gruby facet pod dobrą datą. Milicja dziwiła się tylko,
          że teściowi chce się balować z kumplami tak co sobota.
      • sivasec Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 26.09.01, 14:39
        no brawo i czekamy na jeszcze jeszcze jeszcze. pozdrawiam
        • Gość: kiciaf Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 26.09.01, 16:18
          No proszę, a jednak powieści w odcinkach!!!
          Kto by się tego spodziewał? W dobie super i hiper i multi
          mediów, "najzwyklejsze" pamiętniki, a tylu wiernych czytelników.
          Te wszystkie historyjki warte są zapisania, bo kto nam kiedyś uwierzy, że tak
          naprawdę było?
          Zachęcam do dalszej twórczości.
          Pozdrowienia
      • Gość: Szczur B Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 27.09.01, 00:03
        Dziekuje za dobre slowo. Ponizej dalszy ciag.

        Czesc 2 -


        Przed swietami Pan Zbyszek zebral duzo zamowien, wiec zamiast ruszyc w
        poniedziałek 14 grudnia, ruszyl wczesniej, w czwartek 10-go. W dodatku
        szwagrowi, który był listonoszem na poczcie, cofneli urlop, wiec zamiast w dwa
        samochody pojechal sam. Chcial być w poniedziałek z powrotem, w dwa dni
        rozwiezc zamowienia i jeszcze przynajmniej dwa razy tak obrocic przed swietami.
        A potem do polowy stycznia urlop, bo ludzie po swietach nie będą mieli ochoty
        nic kupowac.
        Tak wiec zaladowal się i pojechal w czwartek rano. Odebral towar, w sobote
        wieczor wyladowal na koncu lancuszka dostawcow, u mechanika od którego wszystko
        sie zaczelo.
        Skrecili litra i poszli spac. Był mroz, mieso w samochodzie mialo się dobrze.
        Bladym switem w niedziele wsiadl w samochod i pojechal do Warszawy. Zwykle
        jezdzil skrotem przez las, żeby dostac się do szosy siedleckiej i dalej do
        Warszawy. Las był uczciwy, wysokopienna sosna, w lecie grzyby i jagody, zima
        zajace.
        Mniej wiecej w polowie skrotu, na srodku lesnego duktu stal czolg. Pan Zbyszek
        zatrzymal się przed nim i wysiadl ze swego fiata. W czolgu otworzyla się klapa
        kierowcy i wynurzyla się glowa ze skosnymi oczami i w helmofonie. Cisza była
        zupelna, silnik czolgu milczal, a „fiacina chyba się z wrazenia zesral” – jak
        powiedzial Pan Zbyszek, celujac Jaruzelowi strzalka do darta w oko.
        -Kuda ty jediesz ? – zapytala glowa
        -Na Berlin – odpowiedzial Pan Zbyszek i ugryzl się w jezyk
        -To my w Germanii ? Rebiata – glowa zwrocila się do wewnatrz – my kalco
        ujechali i apiat’ w Berlinie !
        „O kuuuuurwa” – pomyslal Pan Zbyszek.
        Na slowa Glowy-w-Helmofonie otworzyla się klapa na wiezy i ze srodka czolgu
        wyskoczyla reszta pancernych. Nie bylo psa, zauwazyl Pan Zbyszek w podrygach
        spanikowanej swiadomosci.
        Czolgisci otoczyli przybysza. Wszyscy oprocz jednego byli azjatami. Rosjanin
        był dowodca. Okazalo się, ze zgubili się, a mieli rozkazane dojechac do
        jakiegos punktu i tam poczekac az przyjda rozkazy przez radio. Problem polegal
        na tym ze czolg się zepsul i wlasnie mijal dzien jak stali w tym miejscu bojac
        się uzyc radia i wezwac pomocy, bo zarzadzona była cisza radiowa. Politiczeskij
        rukowaditiel opowiedzial im o wyjatkowych niebezpiczenstwach jakie czychaja na
        nich w Polszy gdzie Amerykancy robia powstanie przeciwko sajuzowi sowieckich
        respublik. No i wsio sekrietna.
        Przede wszystkim byli glodni. Pan Zbyszek ulitowal się nad nimi, wyjal z
        bagaznika kawal swini i dal im. Dalej wszystko potoczylo się szybko – Sowieci
        wydobyli z czelusci czolgu 20 litrowa banke i blaszane kubki, ognisko zaczelo
        wesolo plonac, brakowalo tylko harmoszki i Marusi. W bance był
        trzystuprocentowy bimber, po którego zazyciu wlosy sie prostowaly na sztywno.

        Po spotkaniu z sowietami Pan Zbyszek nie był w stanie jechac dalej. Odczuwal
        pewien niepokoj zwiazany z tym spotkaniem, niepokoj który kazal mu jak
        najszybciej wracac do Warszawy. Z drugiej jednak strony, gdy zasiadl za
        kierownica i chcial ruszyc, okazalo się ze nie wie gdzie ma przod a gdzie tyl.
        Czolg był unieruchomiony, po bokach drzewa, nie ma jak zawrocic. Sowieci widzac
        ten klopot otoczyli fiata, zaparli się, podniesli go i obrocili w miejscu. Pan
        Zbybszek rozczulil się i postanowil sprowadzic im swojego mechanika, który
        naprawi im ten czolg – kurzasz jego w lufe kopana mac, ruskie barachlo !
        Pojechal z powrotem, a sowiecki samogon jak paliwo rakietowe napedzal jego
        skolatany mozg.
        Gdy zajechal pod dom mechanika, ten wlasnie konczyl kopanie w ogrodzie, w
        zmarznietej ziemi, dolu, do którego zamierzal wtoczyc metalowe beczki ze
        spirytusem, trzymane do tej pory w stodole. Uniwersalny srodek platniczy jest
        zbyt cenny żeby stac na wierzchu w czasie wojny – tak uczy doswiadczenie
        pokolen.

        CDN
        • Gość: knockout Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.piekary.oho.com.pl 27.09.01, 02:33
          witam!
          z niecierpliwoscia czekam na wiecej! Stary - po cholere nam Mickiewicz, piszesz
          o niebo lepiej :) Serio
          • Gość: kiciaf Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 27.09.01, 08:13
            O rany! Ale cudo!!!
            • Gość: Ira Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.zgora.dialog.net.pl 27.09.01, 09:26
              Widać, że potrafi język gęitki wypowiewiedzieć wszystko, co pomyśli głowa :)
          • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.waw.cdp.pl 27.09.01, 11:05
            qrka wodna ! co bylo dalej ? Nie kaz czekac jak Rifun !
        • Gość: Ochudzki Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.walbrzych.dialog.net.pl 27.09.01, 11:08
          Czuję że to będzie klasyka - Rifun się chowa
          Ale z tym ruskim czołgiem to kit nie wierzę w to

          -
          • Gość: Ira Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: *.zgora.dialog.net.pl 27.09.01, 11:12
            Gość portalu: Ochudzki napisał(a):


            > Ale z tym ruskim czołgiem to kit nie wierzę w to

            --Kit, nie kit-ważne, że dobrze napisane. Pzdr!

            • Gość: Ksi Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 2 IP: 217.67.196.* 27.09.01, 11:22
              Rewelacja.
              Kiedy dalszy ciąg?
        • Gość: Garf Re: Pan Zbyszek - JESZCZE JESZCZE! IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 27.09.01, 14:07
          Ale z tymi Ruskimi to przesada - my ich tylko
          oglądali przez Bug, a czołgi źle pływają...
          • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 27.09.01, 15:08
            chyba mamy nowy gatunek literacki
            Czekam na zapowiedziany dalszy ciag

            • Gość: Mirko Re: Pan Zbyszek IP: 65.206.44.* 27.09.01, 15:49
              Czolg dobry a zepsuty - jeszcze lepszy.
              • Gość: inka Re: Pan Zbyszek IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 28.09.01, 01:33
                No nie, tu się robi coraz ciekawiej.
                Czołg po prostu rzuca na kolana niezależnie od tego czy to prawda czy fikcja.
                Tylko kiedy ciąg dalszy?
                • Gość: Mirko Co z tym czolgiem? IP: *.union1.nj.home.com 28.09.01, 02:02
                  ...ZEPSUTYM RUSKIM czolgiem (a w nim Wanka, Saszka, Antonem i towariszczem
                  komandirem karablja)!
                  Tak nawiasem mowiac, to w niedziele 13 grudnia '81, ruski czolg gdzies w
                  lasach, wcale nie wydaje sie taki znowu z palca (kabelka myszki) wyssany.

                  Tylko co teraz bedzie z drukarnia w piwnicy ???
                  Drukarnia wtedy - a jeszcze taka w blokowisku i niewidoczna golym
                  ("nieuzbrojonym"!) okiem to jak dzisiaj jakas fabryka broni "bio"!
                  • Gość: Leo Re: Co z tym czolgiem? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 28.09.01, 08:21


                    > Tylko co teraz bedzie z drukarnia w piwnicy ???
                    > Drukarnia wtedy - a jeszcze taka w blokowisku i niewidoczna golym
                    > ("nieuzbrojonym"!) okiem to jak dzisiaj jakas fabryka broni "bio"!


                    Ale przeciez zobacz chronologie: Szczur trafil do tej piwnicy w 91 roku, a
                    wydarzenia z czolgiem sa w 81 i opowiada je Pan Zbyszek Szczurowi
                    PZDR
      • Gość: Halina W Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.wlfdle1.on.wave.home.com 28.09.01, 03:03
        Ja mysle, ze SzczurB to jest Rifun! Ukrywa sie teraz i musial zmienic "twarz",
        ale pioro go ciagnie...
        I bardzo dobrze, bo "Pan Zbyszek" tez fajny!
        Pozdrowienia
        • Gość: Mirko Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: *.union1.nj.home.com 28.09.01, 03:29
          Mimo podobienstw (temat, rzewna epoka i zblizony sposob na odnajdowanie sie w
          coraz to nowej jej wersji) sa wyrazne roznice semantyczne i stylowe obu naszych
          neo-Redlinskich.
          Rufin co najwyzej zainspirowal Szczura i chwala mu za to.
          Ja mysle, ze Rufina lyknela Gazeta - czyli cos z nim knuja a w takiej sytuacji
          nie pozwoliliby mu niczego rzezbic na boku...

          Kazdy ma jakas historie do opowiedzenia, nie kazdy tylko potrafi je w
          wystarczajaco ciekawy sposob opowiadac. Sposob jest znacznie wazniejszy niz
          sama historia. A jak jeszcze i historia dobra, to tylko paluszki lizac od
          klepania w klawiature.
          • Gość: guru Re: Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: 192.168.0.* / *.e-gaz.pl 28.09.01, 07:55
            Rifun matole.Nie Rufin.
            • Gość: Ryba Do guru IP: *.chicago-20rh15rt.il.dial-access.att.net 28.09.01, 16:22
              Gość portalu: guru napisał(a):

              > Rifun matole.Nie Rufin.

              No i po co ten "matol"? Mozna normalnie komus zwrocic uwage, ze popelnil blad.
              Nie trzeba zaraz obrazac jeden drugiego - "czytadlo" na forum ma nam czas
              uprzyjemniac a nie uprzykrzac, nie?
              Pozdrowionka

          • Gość: Leo Re: Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 28.09.01, 08:15
            I nie jest, bo Rufin pisal z szczecin.sdi.tpnet.pl a Szczur pisze z
            waw.ppp.coolnet.pl czyli od Ipartners, a ten wezel coolnetu jest w Warszawie.
            Chyba ze sie przeprowadzil
            • Gość: Bona Re: Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: *.zgora.dialog.net.pl 28.09.01, 09:54
              A poza tym wyrażna różnica stylu - chyba, że Rifuna wspomaga teraz ktoś z
              gazety?
              • Gość: pingu Re: Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: *.customer.be.colt.net 28.09.01, 10:10
                Ale jedno sie zgadza: umilowanie motoryzacji we wszystkich jej przejawach...
                A co do Rifuna i Gazety - to chyba pozwoliliby mu sie pozegnac z wiernymi
                czytelnikami ? Ja mysle, ze on sie po prostu zniechecil.
                Ale szczurze opowiadanie tez jest ekstra, dobrze, ze ciagle jest na co czekac.
                • Gość: OLGIERD Re: Nie sadze, zeby Szczur to byl Rufin... IP: 157.25.200.* 28.09.01, 10:33
                  czekam na cd............
                  super story !!!!1
      • szczurbiurowy Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 28.09.01, 16:43
        Dla wyjasnienia : nie jestem Rifunem, tez zaluje ze przestal pisac. Jestem
        Szczurem Biurowym, w skrocie Szczur B, bo tyle miescilo sie w okienku Forum.
        Zalozylem sobie konto na Gazecie i teraz login sam sie wypelnil
        Ponizej czesc 3.


        Czesc 3

        Ruskie ! - krzyknal otwierajac drzwi, chcac wysiasc z samochodu i podejsc do
        mechanika namawiac go, żeby pojechal z nim naprawic czolg. Zaplatal się jednak
        we wlasne nogi i legl jak dlugi w kaluzy.
        Jego okrzyk wywolal piorunujace wrazenie. Rodzina mechanika zamarla,
        wstrzasnieta, a potem rozlegl się okrzyk najstarszego, starca z siwa broda.
        -Kobiety i dzieci do piwnicy ! Jozek – na dach patrzec z ktorej strony ida.
        Szybciej zakopywac ten spirt. Stodole zamknac i cisza. Franek - krowy i konie
        do lasu, nosa nie wychylaj.

        Gdy Pan Zbyszek pozbieral się z kaluzy, na podworku nie było zywego ducha,
        jedynie w ogrodzie mechanik konczyl zakopywanie dolu. Pan Zbyszek był u szczytu
        mozliwosci napedowych sowieckiego paliwa. Podszedl do mechanika i zaczal go
        ciagnac do samochodu. Na ten widok z domu wyskoczyla reszta rodziny i zaczela
        ciagnac mechanika w przeciwna strone. Wygladali jakby przeciagali line nad
        swiezym grobem. W zupelnej ciszy slychac było zawziete sapanie, gdy rozlegl się
        wreszcie glos najstarszego, który nadszedl podpierajac się kosturem wielkosci
        maczugi Herkulesa.

        -O co tutaj kurwa chodzi !??

        W tym momencie przeciazony mozg Pana Zbyszka przestal przetwarzac informacje i
        nastapil kaniec filma.


        Obudzil się w ciemnosciach z piramidalnym kacem. Chyba byl w piekle – slyszal
        glos Jaruzela, a nad glowa pelgal odblask ognia. Pozbieral się i z jekiem
        stanal na nogi.
        Mechanik z rodzina ogladal telewizje, pod kuchnia palily się brzozowe szczapy.
        Był wieczor i nikt nie wiedzial co będzie dalej.

        Trzeba było jakos wrocic do Warszawy. Narady trwaly dwa dni. Wiesci z kraju
        były niejasne – telewizornia pokazywala koksowniki których pilnowali uzbrojeni
        wojacy, Ruskich ani sladu. Wolna Europa buczala, a Glos Ameryki wyl. W ogole
        nie było wiadomo co robic. W koncu Pan Zbyszek postanowil wracac bez względu na
        to co się dzieje – ci cholerni komunisci nie mieli kiedy robic tej wojny, kiedy
        on miał pelno zamowien przed swietami ! A klienci czekaja ! Karrwa !
        Wsiadl we fiata i pojechal. Pod siedzeniem trzymal 10 butelek uniwersalnego
        srodka platniczego, na tylnym siedzeniu siedzial mlodszy brat mechanika (zawsze
        to we dwoch razniej), a bagaznik miał po brzegi wypelniony towarem
        strategicznym, czyli rabanka. Pojechali.
        Biala Podlaska mineli lesnym skrotem. Po czolgu zostal wygnieciony slad,
        koleiny tak glebokie, ze fiat szorowal brzuchem po ziemi, momentami zawisajac
        czterema kolami w powietrzu. Jakos dotoczyli się do szosy siedleckiej i z dusza
        na ramieniu Pan Zbyszek skierowal dziob swojego okretu w kierunku Warszawy.
        Pierwsza rogatke zobaczyli przed Siedlcami. W poprzek szosy stal Skot, obok
        koksownik i czterech zolnierzy. Była 7 rano, grudzień, blady swit. Przez
        zaszronione oddechami okna fiata Pan Zbyszek usilowal dostrzec jakie to szarze
        pilnuja koksownika, a zolnierze ze zdumieniem patrzyli na warszawska taksowke
        zblizajaca się do nich na wlaczonych dlugich swiatlach.
        Pan Zbyszek podjechal i odkrecil okno. Zanim zolnierze zdazyli podejsc blizej
        Pan Zbyszek wystawil glowe i zaczal wolac
        -Panowie, zrobcie przejazd, zona rodzi, trzeba szybko do szpitala !
        szturchajac kijem brata mechanika ubranego w kiecke wypchana poduszkami, w
        peruce i w makijazu. Brat mechanika zaczal jeczec rozdzierajco, przez otwarte
        okno slychac go było wyraznie. Zolnierze patrzyli na siebie niezdecydowani,
        jeden z nich podszedl do samochodu i chwycil za klamke, wtedy Pan Zbyszek
        szturchnal mocniej kijem do tylu, brat wrzasnal, bo kij trafil w slabizne,
        -O widzi pan. Panie sierzancie, już rodzi !
        Zolnierze cofneli się przerazeni. Pan Zbyszek dodal gazu i znikneli w
        zaczynajacej się zadymce.


        CDN
        • Gość: pingu Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: *.customer.be.colt.net 28.09.01, 17:12
          Zatkalo mie. Czlowieku, co Ty jeszcze robisz w biurach, drukarniach piwnicznych
          itp., zamiast zyc dostatnio z pisania ?
          • Gość: Mirko Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: 65.206.44.* 28.09.01, 19:01
            Dostatnio z pisania? W Polsce? Po polsku?
            Moze ze scenariuszy do pornoli (jakie tam moga byc scenariusze?) albo
            reklam "Zapraszamy do reklamy" to jeszcze, ale prawdziwa sztuka idealizujaca na
            dodatek "epoke bledow i wypaczen" i stlamszonych w kulak wolnosci religijnych i
            demokratycznych, szczegolnie kiedy obecne parcie do kapitalizmu traci pare z
            kotla?
            W zyciu kurde nie!
            Bez tego biura to chlop o suchym pysku, po ciemku i zgrabialymi od chlodku
            raczkami w zeszyt moglby pisac.
            Szczur, nie daj sie omamic pochwalami i trzymaj sie biura. Jak masz tam cieplo
            to siedz i pisz! Idzie zima!
            (Najlepiej pisz w "notatniku" - bo maly i z dalej niz z metra na ekranie nie
            widac co majstrujesz a potem tylko bzyk-bzyk "wytnij"-"wklej" w gazete-forum i
            nikt Cie nie nakryje jak pewnie biednego Rifuna, ktoremu zabrali klawiature i
            teraz ma tylko myszke)...
            • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 28.09.01, 19:46
              > (Najlepiej pisz w "notatniku" - bo maly i z dalej niz z metra na ekranie nie
              > widac co majstrujesz a potem tylko bzyk-bzyk "wytnij"-"wklej" w gazete-forum i
              > nikt Cie nie nakryje jak pewnie biednego Rifuna, ktoremu zabrali klawiature i
              > teraz ma tylko myszke)...

              Nie ma obaw, kompa nosze ze soba, a poza tym jak ktos idzie to Alt-Tab i ofertka
              na ekranie

              SzB
              • Gość: ona Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: *.cza.warszawa.supermedia.pl 01.10.01, 12:41
                no, ja panu gratuluje i umiejetnosci pisarskich i znalezienia sie w biurze...

                czekam, jak wszyscy, na ciag dalszy.

                tylko nie zniknij tak jak Rifun...
        • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 30.09.01, 19:25
          No nie, nie wytrzymam. Jeszcze, jeszcze.
          • Gość: eno Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz.3 IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl 01.10.01, 12:21
            nie każ nam tak długo czekać, czyżbyś jeszcze nie wstał?
            to rusz wreszcie swoje 4 litery, bo praca nie idzie
            • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 01.10.01, 13:18
              Musze przyznac ze posiadanie zainteresowanych czytelnikow jest wielce
              ekscytujace.
              Ale ilu Was jest ? Mam propozycje - niech kazdy czytelnik tej historii zostawi
              swoj komentarz, chocby tylko re: bez tresci - bedziemy wtedy wszyscy wiedziec
              ilu nas jest.
              A co do ruszania 4 liter - musze zarobic na zycie. Wieczorem dokoncze odcinek
              czwarty i jutro od rana bedziesz mogl przeczytac dalszy ciag tej historii.
              Odgrzebuje w pamieci rozmaite szczegoly ogolne (bo z Panem Zbyszkiem jestem w
              kontakcie codziennym) ale nie wszystko pamietam. Np: czy beznyna byla na kartki
              od stanu wojennego czy wczesniej albo jaki byl przydzial papieru toaletowego -
              2 rolki na twarz ? Jak ktos wie to niech podrzuci na priva
              szczurbiurowy@poczta.gazeta.pl
              • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.waw.cdp.pl 01.10.01, 13:47
                jestem 1 ?
              • Gość: marc.sz Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.gdansk.cvx.ppp.tpnet.pl 01.10.01, 14:16
                Idzie ci świetnie...
                A pamiętasz jak z kartek na benzynę wywabiało się plamy odplamiaczem (lub jakąś
                inną substancją, nie pamiętam), a potem suszyło żelazkiem??? i z powrotem do
                kolejki....
                • Gość: mona Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.prasabalt.gda.pl 01.10.01, 14:31
                  Kolejna zainteresowana czeka na dalszy ciąg.
              • Gość: olcia Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.MAN.atcom.net.pl 01.10.01, 14:53
                czytelnikow masz wielu, ale jesli kazdy z nich zostawi tu slad, to bedzie sie
                koszmarnie dlugo otwierala ta strona (patrz Przypadki dyrektora Buraka)
                Pozdrawiam Cie
                P.S. zapewne wkrotce otrzymasz propozycje od Gazety Wyborczej (Jestem
                przekonana, ze Rifun juz dostal)
              • Gość: KAMA Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.chicago-19rh15rt.il.dial-access.att.net 01.10.01, 15:49
                :o)
              • Gość: MK Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: 217.153.88.* 01.10.01, 16:33
                COOL!!!
              • Gość: Halina W Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.wlfdle1.on.wave.home.com 01.10.01, 16:39
                Juz raz zabralam glos, to czy mam jeszcze raz sie wpisac... bo nie wiem?
                POZDROWIENIA!
              • Gość: pingu Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.customer.be.colt.net 01.10.01, 16:55
                A co, chcesz wstepnie sprawdzic jaki naklad sie rozejdzie ? Wszyscy tu wpisani
                pewnie kupia Twoja ksiazke jezeli taka napiszesz, a i rodzinie moze podaruja
                pod choinke, albo na Zajaca...
                A kartki na benzyne, jak i na wszystko inne co tylko wyobraznia ludzka moze
                ogarnac, byly zdecydowanie juz przed stanem wojennym. Co do papieru toaletowego
                to nie pamietam, przykro mi. W kazdym razie nie bylo tego wiele, o czym
                swiadczy drobny przyklad: pewnego dnia w owych ciekawych latach wlamano sie do
                piwnicy mojej mamy w bloku, byly tam dwa rowery i inne relatywnie cenne rzeczy,
                ale jedyna rzecza jaka zginela byl worek papieru toaletowego...
              • Gość: amra_lew Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.kielce.cvx.ppp.tpnet.pl 01.10.01, 18:20
                qwerty
              • Gość: acepl Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.macrosoft.wroc.pl 02.10.01, 08:04
              • Gość: agulha Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: 10.129.135.* / *.acn.pl 04.10.01, 01:26
                Też czytam i gorliwie sprawdzam co dzień, czy jest coś nowego copyright by
                Szczur B.
              • Gość: koneser Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 08.10.01, 14:42
                pozdrawiam
              • Gość: margot Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.nat.visnet.pl 28.10.01, 20:23
                Lubie takie historyjki z zycia wziete. Jest co czytac w jesienne wieczory.
                Tak trzymać.
                Pozdrowionka Szczurku B
                tylko zebys nie przerwal tak jak Rifun, bo zaczynam sie wciagac.
              • Gość: vivaldi Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.ostroleka.cvx.ppp.tpnet.pl 15.11.01, 00:35
                Też jestem (wiernym już Twoim Szczurze czytelnikiem).
              • Gość: Bartek Re: Pan Zbyszek ....- prosba IP: *.com.pl 21.10.02, 11:02
      • Gość: szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 01.10.01, 23:49
        Czesc 4

        Po powrocie do Warszawy jasne się stalo, ze dalsze prowadzenie przedsiewziecia
        będzie wymagalo lepszej organizacji. Jak we wszystkim kluczowe były pieniadze i
        srodki transportu. Pieniadze papierowe nie były problemem – można je było
        zdobyc w zamian za towar. Te się wymienialo na dolary u milicjanta. Ale dolary
        były lokata. Kapitalem operacyjnym były zlotowki, które trzeba było szybko
        wydac, zanim za bardzo nie straca na wartosci.
        Aby pojechac po towar trzeba było mieć paliwo. Benzyna zolta, na która jezdzil
        fiacina, była nie do zdobycia. Taksowkarze mieli przydzialy, które przy trybie
        pracy Pana Zbyszka starczaly na tydzien. Poki co, to ruch samochodowy był
        wstrzymany, ale Pan Zbyszek patrzyl perspektywicznie. Do tej pory Pan Zbyszek
        radzil sobie w ten sposób, ze tankowal w znajomym Cepeenie, o którym wiedzial,
        ze chlopcy dolewaja wode (w umiarkowanych ilosciach, zeby nie było tak zupelnie
        na bezczelnego), a z tego co zaoszczedzili sprzedawali prywatnie znajomym. Ale
        teraz Cepeeny były zamkniete dla zwyklych ludzi, a ten znajomy Cepeen był
        wlasnie dla zwyklych ludzi. Te otwarte – dla korpusu dyplomatycznego na Placu
        Unii Lubelskiej i dla taksowek przy Wery Kostrzewy były nie do podejscia –
        caly czas stal tam fiat z dwoma antenami, znaczy się ubowcy, a cepeeniarze bali
        się wlasnego cienia. Wiec po pierwsze trzeba było zmienic samochod na diesla,
        bo rope można było latwiej zalatwic u autobusiarzy, a po drugie - wymyslic
        bezbolesny sposób dotarcia do dostawcow i powrotu do Warszawy. Takiej
        prowizorki jak po 13 grudnia Pan Zbyszek nie chcial już uprawiac, bo za duzo
        nerwow to go kosztowalo, a chcial dozyc 100 lat.
        Na wyjazd z miasta trzeba było mieć zezwolenie z Dzielnicowej Rady Narodowej.
        Poszedl tam nawet, ale jak zobaczyl ten tlum ludzi klebiacych się jeszcze przed
        wejsciem, dal sobie spokoj. Mogl wprawdzie znalezc ktoras sposrod urzedniczek,
        ale czas był malo sprzyjajacy, wszystkie się trzesly, a na babe z miesem nie
        mogl poki co zafunkcjonowac, bo zomo stalo przy wejsciu i sprawdzali pakunki.
        Pozostalo jezdzic na krzywy ryj, byle tylko mieć odpowiednia walute, a w
        czasie wojny jedyna bezpieczna waluta sa spirt i fajki. No i dolary, ale tutaj
        była kicha, bo komunisci zablokowali konta "A" w banku PKO, no i Pan Zbyszek
        nie mogl uruchomic swoich zasobow, gromadzonych pracowicie w kontaktach z
        milicjantem.
        Trzeba było wyprodukowac uniwersalny srodek platniczy, i to w takich
        ilosciach, aby przedsiewziecie moglo funkcjonowac. Do produkcji potrzebne były:
        cukier, woda, drzodze, i energia. No i miejsce w którym to się będzie odbywac.
        No i jeszcze butelki.
        O butelki akurat było najlatwiej: w sklepach był tylko ocet, a ksztalt butelki
        był taki sam jak zytniej wyborowej, z inna nalepka. Zytnia z kloskiem była na
        kartki, ocet bez. Rowne polki z octem we wszystkich sklepach.
        Wody miał do woli – wystarczylo odkrecic kran.
        Drozdze – jedna z jego klientek byla ksiegowa w piekarni praskiej, wiec miał
        nadzieje, ze cos się da zrobic.
        Cukier – z kartkowymi dwoma kilogramami mogl się ugryzc w nos, a nie myslec o
        przetrwaniu na konkurencyjnym rynku bab z miesem.
        Tak wiec pietrzyly się przed nim trudnosci. Zapasy finansowe kurczyly się,
        klienci czekali na dostawe towaru przed swietami, do tego godzina policyjna od
        8 wieczor do 6 rano – niezly pasztet.
        Z benzyna miał chwilowo rozwazany problem – sasiad który i tak nie mogl jezdzic
        zgodzil się za mieso sprzedac mu 3 kanistry 20 litrowe, które trzymal w piwnicy
        obok, a które smierdzialy jak nieszczescie. Wystarczy na jeden kurs.
        O uniwersalny srodek platniczy było trudniej. Jednak w sukurs przyszli
        komunisci i system kartkowy. Miał ciotke, która miala ze sto lat. Znala
        komunistow od podszewki, bo przezyla pierwszych bolszewikow w Kijowie (1920
        rok), drugich i trzecich we Lwowie (1939 i 1944) wiec jak tylko zaczela się
        Solidarnosc, zaczela kupowac ze swojej emerytury wodke i papierosy – poki
        jeszcze były w wolnej sprzedazy, a potem skrupulatrnie wykupywala caly
        przydzial, mimo ze ni pijot ni kurit. Z doswiadczenia wiedziala czym się to
        skonczy, no i teraz się przydalo. Zebrala chyba z dziesiec tuzinow butelek no i
        z jakies 200 metrow papierosa. 200 metrow dlatego, ze kartkowe papierosy
        sprzedawano nie pociete, tak jak wyszly z maszyny, przed konfekcjonowaniem i
        wlozeniem do pudelek. Ciotka wystala w kolejce papieros (a nie papierosy),
        który wygladal jak biala zwinieta luzno linka – trzeba go było dopiero pociac.
        Tymczasowo problem finansowy był rozwiazany.
        Pozostalo jeszcze znalezc sposób na zdobycie cukru do produkcji uniwersalnego
        srodka platniczego. Tutaj pomog mu przypadek. Odbierajac drozdze z piekarni
        (ksiegowa zalatwila mu lewy przydzial na fikcyjny dom dziecka w Koziej Wolce)
        zobaczyl puste papierowe worki po cukrze. Magazynier powiedzial ze pala je na
        podworku. Pozbawil ich tego klopotu.
        Zwiazal worki i wsiadl do autobusu, trzymajac w jednej rece z 10 kilogramow
        drozdzy, a w drugiej klab 50 workow po cukrze. Na przystanku zatrzymal go
        patrol zomo. Nie widzial ich twarzy zza workow, ale to, ze zomo poznal po innym
        odcieniu moro – zomowcy mieli mundury niebieskawe i czarne buty, a zolnierze
        brazowe buty z opinaczami i moro w odcieniu zielonym. No i zomowcy mieli
        zakazane mordy. I orzelki na czapkach były rozne – wojskowe były z tarcza
        Ateny, troche podobne do przedwojennych, tyle ze bez korony, a milicyjne to
        zwykla komunistyczna kura w przysiadzie.
        Zomowcy dziwili się po co mu tyle workow. Powiedzial im, ze to na rozpalke.
        Puscili go.

        Worki były polowa sukcesu.
        Ruszyl w piątek, 18 grudnia, chcial wrocic 21 i mieć jeszcze dwa dni na
        dostarczenie towaru klientom, przed swietami. A potem spokoj !
        Godzina policyjna konczyla się o 6 rano. Pod przednim siedzeniem miał schowany
        uniwersalny srodek platniczy, w bagazniku papierowe worki, na plecach stracha i
        nadzieje, ze chyba go nie zabija. Ruszyl na Siedlce.

        Najtrudniej było przejechac przez miasto. Tutaj pomagal taksowkowy kogut na
        dachu. Patrole na ulicach jakos się nie czepialy, gorzej było z posterunkiem
        przy Muzeum Wojska Polskiego przy wjezdzie na Most Poniatowskiego.
        Widzieli go z daleka, bo nikt nie jezdzil. Już na wysokosci ronda przy
        komitecie centralnym, (na którym komunisci obok swojej czerwonej szmaty
        powiesili bialo-czerwona flage, żeby pokazac jacy to oni patrioci), zobaczyl,
        ze przy koksowniku, który stal obok przyczolka mostowego, nastapilo porusznie –
        zobaczyli go. Było ich czterech, z kalaszami przewieszonymi na luznym pasku na
        plecach.
        Powoli zblizal się, jadac na drugim biegu. Lewa reka odkrecal okno, a prawa
        siegal pod siedzenie. Gdy podjechal do zolnierzy stojacych przy wjezdzie na
        most, wcisnal sprzeglo i zdjal noge z gazu. Fiat cicho toczyl się w koleinie
        wyzlobionej w snieznej brei przez autobusy. Było zimno, a zolnierze zmarznieci.
        Gdy do nich podjechal wystawil przez okno reke z butelka i czekal co będzie
        dalej.
        Zolnierz rozejrzal się szybko, chwycil szklana przepustke, wsunal za pazuche.
        Droga była wolna. Do nastepnego posterunku. Poprzednim razem Pan Zbyszek
        naliczyl 7 posterunkow w samej Warszawie, nie liczac tych na szosie do Bialej
        Podlaskiej. Miał w samochodzie odpowiednia ilosc butelek, byleby tylko nie
        natknac się na jakies szarze albo i samego Jaruzela, którego pokazywali w
        telewizorni jak robi inspekcje. Niech go szlag trafi !
        • Gość: malarka Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: 195.216.97.* 02.10.01, 13:48
          Szczurzebiurowy, początki kapitalizmu w wykonaniu pana Zbyszka, opisane twoim
          językiem.. są rewelacyjne!! To się właściwie nadaje na powieść. Masz talent!!
          Zrób z tego książkę. Każdy by ją wydał i każdy przeczytał. Tak jak moje całe
          biuro już ją czyta
        • Gość: inka Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 02.10.01, 22:26
          Szczurze, superopowieść. Czyta się z zapartym tchem, oczami wyobraźni widzi
          grudniowe warszawskie ulice. No i czeka sie na jeszcze! To taki swojski
          kryminał - niech sie schowają głupawe amerykańskie tasiemcowe seriale
          sensaacyjne. Ktoś wspomniał o książce - a potem może scenariusz i doborowa
          obsada polskich aktorów?...
          • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.waw.cdp.pl 03.10.01, 10:29
            Linda: "Co ty k... wiesz o mięsie" ????

            Nie dziękuję. To juz lepiej papierowo lub internetowo. Ja sie zapisuje na
            subskrypcję.

            Pzdr
            • Gość: Ira Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.zgora.dialog.net.pl 03.10.01, 17:23
              Linda w roli pana Zbyszka byłby pewnie dobry, ale wolałabym pana Zbyszka
              Zamachowskiego.
        • Gość: agulha Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: 10.129.135.* / *.acn.pl 04.10.01, 01:27
          Drogi Szczurze,
          Nijak nie rozumiem, po co Panu Zbyszkowi były PUSTE wory po cukrze.
          Ale może to się wyjaśni w części 5?
          • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 04.10.01, 08:18
            Wyjasni sie.
            pozdro
            SzB
        • Gość: Wladek Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 04.10.01, 20:45
          Co dalej ? Pamietam ten posterunek przy muzeum wojska. A przy KC bylo ZOMO.
          • Gość: koti Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: 213.77.14.* 05.10.01, 15:41
            Przez tego cholernego Pana Zbyszka szef poleciał mi po premii (czytałem w pracy
            i mało się nie posikałem ze śmiechu). Nie wolno czytać w pracy. A ten motyw z
            Ruskimi w lesie to kompletny ODJAZD !!!
            Co tam z premią. I tak mało dają. Czekam na V część
            Pozdro
        • Gość: latynos Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 IP: *.adsl.anteldata.net.uy 24.09.04, 20:41
          Szanowny Szczurze:
          Mala poprawka, jezeli juz ma to byc pewnego rodzaju dokument dla potomnych.
          Po pierwsze ocet w sklepach (tylko i wylacznie ocet) nastal sporo pozniej i byl
          butelkowany w inne buteleczki niz zytnia z klosliem, bowiem ta zawsze miala
          zakretke z gwintem, a ocet mial aluminiowy kapselek. Ale fakt, byla w tym
          czasie woda ognista w takim opakowaniu. Brac studencka w tym okresie nazywala
          ja 3-C, poniewaz: czysta, czerwona i capslowana. Byla to wodka z czerwona
          etykietka o napisie: WODKA CZYSTA, Polmos, 40º i nic wiecej.
          Po drugie 200 metrowy papieros... Tak owszem mozna bylo nabyc na kilogramy
          kawalki fajek, ale najdluzsza jaka spotkalem miala nie wiecej niz 35 cm. Po ten
          towar organizowalismy niesamowite wyprawy do Radomia. W Warszawie nie do
          zdobycia.
          Ale to nie ma znaczenia. Opowiadanie jest O.K. pomimo niescislosci.
          Pozdrowionka i czekam na wiecej. Tym bardziej, ze czytam to z odleglosci 15.000
          km.
          • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 4 24.09.04, 22:40
            Pozdrowienia dla rodaka w Urugwaju. Daleko Cie odleciało.
            Ten papieros przecież nie był w jednym kawałku, tylko w razem wszystkiego było z
            200 m :)
      • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 08.10.01, 13:00
        Jesli chcecie czytac to w mailu to zapraszam na
        http://groups.yahoo.com/group/szczurbiurowy


        Czesc 5

        Podczas tej wyprawy fiacina po prostu zdechł.
        Zamowiony towar zostal zarzniety, rozebrany i zapakowany. Samochód przyjemnie
        ciazyl bagaznikiem do tylu.
        W Sokolowie Podlaskim Pan Zbyszek wymienil w cukrowni 5 pustych worków po
        cukrze na pięć pelnych. Worki wymienial ciec na bramie.
        Cukru nie było w handlu dlatego ze nie było workow. Workow nie było bo nikt ich
        nie produkowal. Za produkcje workow odpowiadala urzedniczka w ministerstwie
        przemyslu papierniczego, a za produkcje cukru - urzedniczka w ministerstwie
        przemyslu przetworstwa rolniczego. Od dwoch miesiecy jedna była na urlopie
        macierzynskim, a druga miala wszystko w dupie, bo maz ja zdradzal i była w
        trakcie rozwodu. Ponieważ wszyscy się przyzwyczaili do tego, ze niczego nie
        ma, nikt nie pytal dlaczego nie ma workow i dlaczego nie ma cukru. I dlatego
        ciec w Sokolowie Podlaskim mogl dorobic do pensji napelniajac lopata
        przywiezione przez Pana Zbyszka worki. Wyszlo po flaszce za sztuke. Plus
        opakowanie.

        Samochod był zapakowany po brzegi. Mieso w bagazniku, worki z cukrem ustawione
        pionowo za przednimi fotelami i na tylnym siedzeniu - razem 550 kilogramow.
        Tylny resor piorowy był zupelnie plaski, przeswit obnilzyl sie o dobre 5
        centymetrow.
        Za Minskiem Mazowieckim wskaznik temperatury wychylil się na maksa i tak
        zostal. Kleby pary buchaly spod maski silnika. Pan Zbyszek wysiadl, ale bez
        patrzenia wiedzial co się stalo: pekla gumowa rura od bloku silnika do
        chlodnicy. Cale borygo wylalo się pod samochod i kwita.
        W najblizszej chalupie przydroznej nabral wody do wiadra i wlal do chlodnicy.
        Pekla gorna rura, wobec czego nalac się jeszcze dalo. Pompa będzie te wode
        wyrzucac ale trudno. Odpalil i ruszyl. Po dwustu metrach strzalka temperatury
        znow na maksa. Poczekal az ostygnie. 10 minut. Znowu odpal i znowu 200 metrow.
        10 minut przerwy, dolanie wody i abarot s naczala.
        10 kilometrow jechal 9 godzin. Po dziesiatym kilometrze rozrusznik już nie
        obrocil silnika. Nawet nie rzezil, wskazowka pradu pokazywala ze akumulator był
        w porzadku. Silnik nie dawal się obrocic. Zatarl się.
        Zblizala się godzina policyjna, a do Warszawy był jeszcze kawal drogi. W
        zapadajacym zmierzchu fiacina swiecil zalosnie swiatlami pozycyjnymi, zaczynala
        się zadymka.
        Pan Zbyszek szykowal się do spedznia nocy na szosie, gdy zobaczyl gdzies daleko
        z tylu swiatla samochodu, które zblizaly sie szybko mimo zadymki. Wyskoczyl z
        samochodu i zaczal machac, zeby się zatrzymal i pomogl mu chociaz dociagnac na
        holu gdzies do cywilizacji. W miare jak swiatla się zblizaly, machal coraz
        wolniej. Gdy były już calkiem blisko z ciemnosci rozroznial już ksztalt
        pojazdu i slyszal silnik. Diesel, pojemnosc 20 000 . Cztery osie, naped na
        wszystkie kola (8x8), wspomaganie kierownicy, ceratowa tapicerka, reczna
        kontrola wtrysku, CKM 7,62 w standardzie.

        Zatrzymali się przy nim. Otworzyla się klapa i wyskoczyl jeden z zolnierzy.
        Starszy szeregowiec.
        Pan Zbyszek patrzyl na niego, jak zbliza się , swiatlo reflektorow z przodu
        rozpraszalo ciemnosc.
        Dogadali się szybko – po flaszce na glowe. Dociagna go do Warszawy pod dom.
        Wyplata z gory.
        Pan Zbyszek znowu siegnal do kasy pod przednim siedzeniem.
        Zolnierze podali linke holownicza. Pan Zbyszek zaczepil ja pod silnikiem,
        robiac petle i przekladajac przez dwa prety oslaniajace miske olejowa. Linka
        była krotka, ze dwa metry. Zaczepil ja o hak na wierzchu korpusu z tylu skota.
        Była napieta jak struna.
        Ledwie zdazyl wskoczyc za kierownice kiedy skot ruszyl. Napieta linka uniosla
        przod samochodu do gory, tak ze przednie kola zawisly w powietrzu. Tyl fiata
        obnizyl się i Pan Zbyszek slyszal jak spod bagaznika, rura wydechowa i tlumik
        szoruja o jezdnie. Pojechali. Na prostych odcinkach fiacina utrzymywal się w
        lini za skotem, na zakretach wynosilo go na bok. Pan Zbyszek siedzial z
        zalozonymi rekami, bo kierownica mogla się przydac jedynie do podparcia gazety,
        ale było za ciemno żeby czytac.
        Jechali szescdziesiatka, przed soba Pan Zbyszek widzial tylne swiatla skota.
        Przejechali przez puste miasto jak burza. Fiacina z uniesionym do gory nosem
        lecial za skotem jak latawiec na plazy. Gdy dojechali przed blok Pana Zbyszka
        fiacina miał zezowate spoojrzenie - stalowa lina wgiela pas przedni, tak ze
        maska silnika była uniesiona do gory, a atrapa przed chlodnica cofnieta. Z
        tylu rure wydechowa i tlumik starlo, a w spodzie bagaznika była dziura. Na
        szczescie towar się nie wysypal – zatrzymala go felga kola zapasowego. Ale
        opona już się nie nadawala do niczego, najwyzej na nowe sandaly. Boki tez były
        obite, bo pare razy na zakrecie wynislo go na pobocze tak daleko, ze zaczepil o
        betonowe slupki kliometrowe, a raz nawet o znak drogowy.
        Odczepili go i pojechali, wydmuchujac na pozegnanie klab spalin z dwoch
        bocznych rur wydechowych.
        Padal mokry snieg. Spaliny diesla i odwilz – zapach stanu wojennego.
        • Gość: Gregor Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 IP: 212.160.90.* 08.10.01, 14:22
          Biedny ten pan Zbyszek ciekawe czy mu sie kurs zwrocil przy takich stratach
          samochodowych?!?!
        • Gość: baart Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 IP: 62.189.12.* 09.10.01, 12:15
          to jest genialne, według mnie jeszcze lepsze niż BURAK, przy tym napisane
          ciekawym językiem, w porywający sposób, niemal gotowy materiał na książkę, a
          może nawet bardziej na film
        • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 IP: *.waw.cdp.pl 10.10.01, 09:40
          Cos mi sie wydaje, ze troche przeginasz - czy to mozliwe zeby cos takiego sie
          zdarzylo ? Przeciez takiego skota jakos musieli kontrolowac, wiedziec gdzie on
          jezdzi ?
          Pzdr
          • kiciaf Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 10.10.01, 12:33
            Gość portalu: Prinz napisał(a):

            > Cos mi sie wydaje, ze troche przeginasz - czy to mozliwe zeby cos takiego sie
            > zdarzylo ? Przeciez takiego skota jakos musieli kontrolowac, wiedziec gdzie on
            > jezdzi ?
            Hej młody jesteś. W wojsku nie byłeś zapewne. Prawda to może być szczera. Czasy
            wtedy były inne...
            • viking2 Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 07.12.04, 03:45
              Kiciaf ma 100 milionow procent racji. Moj kumpel, warszawski taksiarz, ktory
              mial takie akurat szczescie, ze krotko przed stanem wojennym wymienil Poloneza
              na Wolge z Belgii (byly takie, Belgowie kupowali od Ruskich bez silnika i
              skrzyni i wstawiali mercedeseowskiego diesla. Calkowita nowka chodzila za 3200
              papierow). Uzywajac srodkow platniczych, plynacych (w calym tego slowa
              znaczeniu) z tego samego banku, o ktorym wspomina SzczurB, kupowal sobie rope od
              zolniezy - raz przywiezli mu Skotem 4 pelnowymiarowe beczki blaszane - widzialem
              je na wlasne oczy u niego w garazu. A wiecie, co bylo najlepsze? Ze jak mu
              wiezli, to cala komuchowata milicja i zomo mogli im z duzego rozbiegu na ch...
              naskoczyc.
        • Gość: digu Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 5 IP: *.waw.cdp.pl 10.10.01, 10:09
          no i co dalej ? u mnie w firmie czytaja i czekaja
        • Gość: KajTan Re: Pan Zbyszek - i bagaznik... IP: *.nsm.pl / 192.168.170.* 23.04.03, 20:22
          Pan Zbyszek zpomnial tylko, ze w Polskim Fiacie Anno Domini od 1968 do 1991
          miedzy asfaltem a podloga bagaznika wystepuje jeszcze ZBIORNIK PALIWA!

          Ale i tak swietne, polykam wszystko jednym tchem...

          pozdroowka
          KajTan

          p.s. i trzymac tak dalej.
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 14.10.01, 02:58
        Czesc 6

        Dystrybucje przywiezionego towaru musial zrobic recznie – plecak na stelazu
        wypelniony po brzegi, na wierzchu i w kieszeniach flaszki, na wypadek kontroli,
        gdyby patrol kazal mu pokazac co ma w srodku.
        Wszyscy chodzili z plecakami, faceci przewaznie brodaci – taki styl. Tak
        naprawde to brakowalo zyletek, a nozyki gilette dopiero się zaczynaly i można
        było je dostac tylko w jednym peweksie w Warszawie – w hotelu Forum. Albo ze
        zrzutow. Do Forum nie bylo wstepu, a zrzuty zostawial innym. Golenie zyletka -
        polsilverem było meka – można było cholery dostac albo się zarznac i Pan
        Zbyszek zapuscil brode. Tak jak wszyscy.
        Klienci byli rozrzuceni po calej Warszawie – biura, urzedy, fryzjernie,
        pralnie, zajezdnia tramwajowa na Wolskiej (przejscie przez wartownie od strony
        Skierniewickiej, towar rozkladal w kanciapie dyspozytora, trzeba było byc o 12,
        jak konczyla się zmiana), biuro projektow na Topiel (w poblizu fabryka
        cukierkow, slodkie zapachy rozchodzily się w powietrzu, przenikały przez
        zamkniete okna, mieso rozlozone na rajzbretach, obok rysunki przygotowane do
        naswietlarni. Klientki ogladaja towar zamowiony poprzednim razem „Ale Panie
        Zbyszku, ta łopatka to jakas nie tego dzisiaj, może pan przywiezie ladna szynke
        i ogonowke na nastepny raz ?”.Cukierki pachna.) Pani Krysia z Wydzialu Handlu i
        Uslug przy Grojeckiej (Panie Zbyszeczku kochany, niech mi pan wybierze jakis
        ladny kawalek i zostawi na biurku, musze leciec na egzekutywe !), pani profesor
        z Instytutu Historii Sztuki na Uniwersytecie (waskie skrzypiace drewniane
        schody z wydeptanymi stopniami, na pierwsze pietro, trzeba było przejsc przez
        instytut orientalistyki korytarzem obwieszonym planszami zapisanymi znaczkami
        sanskrytu, w przejsciu do historii sztuki chinska purpurowa kotara z fredzlami.
        Zapach ksiazek, kurzu podnoszonego przy kartkowaniu stron, zapalona lampa
        rzutnika i obraz przezrocza na scianie – kwadratowy portret brodatego mezczyzny
        patrzacego w zamysleniu gdzies wprawy dolny rog. W tle burzowe chmury. Lewe
        ramie przesloniete plachta czerwonej pozalamywanej materii, reszta torsu okryta
        oliwkowo-brazowym kaftanem, kontrastujacym z polyskujaca skora szyi i
        twarzy. „Panie Zbyszku, niech pan polozy to miesko obok rzutnika, dobrze ? Ile
        panu place ? Ladny ten El Greco, prawda ?” Wentylator rzutnika warczy.
        Powiedziala – miesko ?! Cholera !)

        Po rozprowadzeniu towaru policzyl pieniadze. Zarobil tym razem prawie 5
        tysiecy. Czyli 41 dolarów. Jego zona zarabiala w biurze 3500 na miesiac. Nie
        mogl zadzwonic do milicjanta, żeby wymienic, bo telefony nie dzialaly.
        Postanowil poczekac az się sytuacja wyjasni. Mogl zajac się wreszcie
        organizacja produkcji i wymiana taboru samochodowego.

        Uniwersalny srodek platniczy wymagal miejsca. Wiedzial gdzie je szukać.
        Mieszkal na Ochocie, w bloku z lat piecdziesiatych – takie stalinowskie
        budownictwo. W piwnicy był schron przeciwatomowy, zamykaly go stalowe drzwi z
        korytarza piwnicznego z dzwigniami zasuw. W swojej piwnicy, w ktorej trzymal
        opony i cukier, rozebral cienka scianke dzialowa i już był w srodku – schron
        był pod calym budynkiem. Sciany ze sladami deskowania, sloje drewna w betonie.
        Schron miał chyba być szpitalem – na wypadek wojny z imperialistami. W duzej
        sali d byly ustawione metalowe lozka, w mniejszych salach mialy chyba być
        magazyny i kuchnia – w pomieszczeniu kuchennym znalazl duzy palnik gazowy, taki
        do gotowania wielkich kotlow. Wygladalo na to ze wszystko jest sprawne, tyle
        tylko, ze przysypane trzydziestoletnim kurzem. Światło dzialalo, palnik gazowy
        tez.
        Najwazniejsza była wylacznosc. Przytargal spawarke elektryczna i zaspawal
        stalowe drzwi wejsciowe, lapiac w czterech miejscach framuge z plyta drzwi.
        Potem w swojej piwnicy zrobil drzwi maskujace – cegly osadzone w ramie z
        katownika.
        Mogl przystapic do produkcji.

        Uniwersalny srodek platniczy musial mieć odpowiednia jakosc: moc i
        konsystencje. Nie mogl mieć mniej niż 45 % . Nie mogl mieć zadnych zmetnien i
        fuzli. Receptura była prosta: 1410. Nazwa brandu: Grunwaldzka. Dobra nazwa.
        1 kilogram cukru
        4 deka drozdzy
        10 litrow wody
        Pokruszyl drozdze, w emaliowanej misce zmieszal z cukrem, rozcierajac drewniana
        kopyscia, potem przelozyl do wiadra i dolal odfiltrowanej wody, która odstala
        dwa dni, żeby chlor się ulotnil i opadly osady. Po wymieszaniu musialo dwa
        tygodnie się pedzic.
        Aparatura destylacyjna była prosta: kana po mleku, hermetycznie zamykana,
        wywiercil w jej wieku otwor i wlozyl nie uzywana metalowa rurke od przewodów
        hamulcowych, zwinieta na koncu w kilkanascie zwojow spirali. Miejsce
        wprowadzenia rurki do kany oblutowal cyną. Obok w taki sam sposob osadzil
        termometr. Chłodnicę zrobil ze starego zbiornika paliwa od stara – spirale
        wlozyl w srodek i przeciagnal prze otwor wlewu paliwa do wylotu. . Ustawil to
        na kratce sciekowej w pomieszczeniu kuchennym, przez wlew puscil szlauchem
        wode, kane z zacierem ustawil na palniku gazowym , a pod wylot spirali czysta
        butelke po mleku. Wystarczylo teraz czekać az zacier dojrzeje.
        Przez ten czas postanowil rozejrzec się co slychac na rynku FMCG, szczególnie w
        sektorze win musujących.
        Zblizal się sylwester, a czerwony obwiescil, ze poza przydzialami kartkowymi
        będzie można kupic jedną butelke szampana na twarz. Wzial wozek do walizek i
        poszedl pieszo na dworzec zachodni. W tunelu obok pekaesu legitymowali go ze
        dwa razy i chcieli bilet – wiec im pokazal kartonik biletu WKD, który kupil za
        dwa piecdziesiat z automatu przy wejsciu. Zamiast isc na pierwszy peron poszedl
        na czwarty. Tam o piatej przyjezdzal pospieszny z Moskwy do Berlina – duze
        zielone wagony, z mezczyznami w podkoszulkach, wygladajacych przez okna, czaj
        gotowal się na weglu drzewnym, dym z piecykow w przedzialach konduktorow
        draznil oczy.

        Szampan jak szampan – Sowietskoje Igristoje w duzych zielonych butelkach 0,8
        litra było po prostu moldawskim winem musujacym i mialo tyle wspolnego z
        szampanem co bialy kon z bialymi myszkami. Sowietskoe Igristoe w sklepach
        rzucali zazwyczaj z czarnymi nalepkami – czarna nalepka oznaczala wytrawny, a
        czarna ze zlotym paskiem u dolu – bardzo wytrawny. Nigdzie nie można było
        spotkac slodkiego (zlota nalepka) i polslodkiego (biala nalepka ). Za wyjątkiem
        jednego miejsca. Byl nim spalnyj wagon do Berlina.

        CDN

        Wersja z obrazkami na http://www.szczurbiurowy.republika.pl/

        • Gość: agulha Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 IP: 10.129.135.* / *.acn.pl 14.10.01, 13:25
          Lubię Cię czytać, Szczurze.
          Ale tak po namyśle - jakie to początki kapitalizmu? Toż dokładnia tak samo
          ludzie kombinowali w Rosji radzieckiej i u nas w czasie okupacji ("on objął ją
          wpół, ona gruba jak wół, pod paltem schowana rąbanka").
          • pingu Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 16.10.01, 15:44
            Gość portalu: agulha napisał(a):

            > Lubię Cię czytać, Szczurze.
            > Ale tak po namyśle - jakie to początki kapitalizmu? Toż dokładnia tak samo
            > ludzie kombinowali w Rosji radzieckiej i u nas w czasie okupacji ("on objął ją
            > wpół, ona gruba jak wół, pod paltem schowana rąbanka").

            A coz to innego jest, jak nie poczatki kapitalizmu ? Dzisiaj to sie nazywa
            pozrednictwem handlowym lub dystrybucja, a wtedy bylo ostro potepiana spekulacja,
            ale zasada pozostaje ta sama.

        • Gość: Maksior Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 IP: *.*.*.* 15.10.01, 01:12
          > Szampan jak szampan – Sowietskoje Igristoje w duzych zielonych butelkach
          > 0,8
          > litra było po prostu moldawskim winem musujacym i mialo tyle wspolnego z
          > szampanem co bialy kon z bialymi myszkami.

          Sorry, ze sie wtrace, ale Sowietskoje Igristoje (oczywiscie te stare, a nie
          dzisiejsze) bylo o nieba lepsze od niektorych dzisiejszych francuskich
          szampanow... Pycha !

          • Gość: Szczur B w kwestii tego co i owszem IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 16.10.01, 19:09
            Gość portalu: Maksior napisał(a):

            > > Szampan jak szampan – Sowietskoje Igristoje w duzych zielonych butel
            > kach
            > > 0,8
            > > litra było po prostu moldawskim winem musujacym i mialo tyle wspolnego z
            > > szampanem co bialy kon z bialymi myszkami.
            >
            > Sorry, ze sie wtrace, ale Sowietskoje Igristoje (oczywiscie te stare, a nie
            > dzisiejsze) bylo o nieba lepsze od niektorych dzisiejszych francuskich
            > szampanow... Pycha !
            >

            Mysle ze masz slusznosc co do Sowietskoje Igristoje.
            Przedtem Sowieci produkowali Sowietskoje Szmpanskoje i to rzeczywiscie ok. Ale
            Francuzi sie zaczeli z nimi procesowac o nazwe no i nie mogli na rynki poza
            demoludami wysylac Szampanskoje - w ten sposob powstalo Igristoje (bąbelkowe). I
            tak zostalo. A stara metoda (o czym jeszcze bedzie w Panu Zbyszku) to zmienic
            nalepke i podwyzszyc cene - niekoniecznie doslownie cyferki, ale np. zostawic
            cene stara, ale zmniejszyc wage lub (co jeszcze bardziej wkurzajace ) - jakosc. I
            stąd te ciagle legendy ze kieeedys to bylo !
            Nic nie bylo. Byla tylko nedza, terror, szarzyzna i beznadzieja.

            Szczur Biurowy
        • Gość: Prinz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 IP: *.waw.cdp.pl 16.10.01, 13:01
          Ej Szczurze, ten adres ktory podales na koncu nie dziala !
          Czyzby cenzura ? chcialem zobaczyc te obrazki...
          A poza tym cool!
          • pingu Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 16.10.01, 15:42
            Gość portalu: Prinz napisał(a):

            > Ej Szczurze, ten adres ktory podales na koncu nie dziala !
            > Czyzby cenzura ? chcialem zobaczyc te obrazki...
            > A poza tym cool!

            To nieprawda - dziala i obrazki sa ! Prawdziwe kartki na wszystko jak zywe !
            Sprobuj jeszcze raz, bo warto.

            • Gość: zulia Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 IP: *.pl 16.10.01, 21:58
              Szczurze. Kiedy następna część?
              • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu - cz. 6 IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 16.10.01, 22:38
                Niebawem.
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 7 21.10.01, 00:12
        Czesc 7

        Ciagnąl swoj wozek po oblodzonym peronie. Zdeptany snieg nadtopil się w ciagu
        dnia, a pod wieczor zamarzl i teraz pomiedzy dwoma torami było lodowisko.
        Wystarczylo nalozyc lyzwy i konkurencja biegow sredniodystansowych mogla być
        rozegrana na Dworcu Warszawa Zachodnia – z poprawka na sokistow , którzy petali
        się tu i owdzie.
        Berlinskij skoryj wjechal punktualnie – polskich przemytnikow nie było, a
        ruskie kontrabandisty mieli swoj przemyt w wagonie z bronią, tak ze pociag
        nie musial stac na granicy.
        Szampan był pakowany w skrzynki z cienkich deszczulek. Pan Zbyszek miał
        wrazenie ze to jest jakis szlachetny gatunek drewna – brzoza syberyjska albo
        cos takiego. Zupelnie biale z lekkimi zawirowaniami slojów. W skrzynkach
        sterczaly srebrne glowki butelek. Po 12 w skrzynce.
        Zaplacil 12 dolarów z cztery skrzynki. Konduktor wagonowy troche marudzil, bo
        zaplacil mu jednodolarowkami kanadyjskimi i markami z dedeeru – tylko taka
        walute Pan Zbyszek miał w domu. Marki wschodnie zostaly mu z wyprawy do Berlina
        po buty.
        Targowali się, a peronem zblizali sie do niego sokisci. Szli wolnym krokiem,
        starzy wyjadacze, wiedzieli po co idą. Pepesze z lukowymi magazynkami na
        plecach kolysaly się. Czekali az skonczy transakcje – chcieli swoja dzialke.
        Poczekal na nich. Wyjal po butelce i podal im. Przyjeli bez slowa, zatknęli za
        pas szyjkami w dol – tak jak granaty reczne. Obrocili się na piecie i poszli, a
        Pan Zbyszek mogl wrocic do zajec.
        Szampan zatoczyl do swojej piwnicy, przeladowal do plecaka i poszedl do
        klientow – bez uprzedzenia, ale zawsze to dobrze robi klientowi jak się
        niespodziewnie u niego zjawic i cos nowego mu zaproponowac.
        Zrobil takich kursow osiem. Przebitka na butelce była czterokrotna – sprzedawal
        po 120 zlotych, a kupil za 30.
        Jedna z klientek mieszkala na Żoliborzu, w poblizu kosciola Św. Stanislawa. Dom
        z ogrodem. Gdy tam dojechal już się zmierzchalo. Przed domem, wzdluz kraweznika
        staly trzy ciezarowki z przyczepami. Skrzynie ladunkowe były ciemnoczerwone z
        bialym napisem Bremen Taxi.
        U klientow był transport ze zrzutami. Przyjechali poznym popoludniem, zmeczeni
        i niepewni co zastana. Poprzednim razem byli na poczatku pazdziernika. Mlodzi
        Niemcy i Polak, który ich prowadzil przez dwie granice na dziki wschod. Stary
        emigrant.
        Byli zupelnie skatowni, bo najpierw przez trzy dni ich przetrzymali
        wschodnioniemieccy grenzschutze na przejsciu miedzyniemieckim, a potem przez 5
        dni stali na polskiej granicy w Zgorzelcu. Wopisci i celnicy zupelnie
        rozpieprzyli im dary, przeryli wszystko, lacznie z puszkami z mlekiem w proszku
        dla niemowlat. Już nie było dla niemowlat. Cudem udalo sie wybronic sterylne
        opakowania ze strzykawkami jednorazowymi.
        Gospodyni, która była klientką Pana Zbyszka powitala go radosnie, bo nie miala
        nic do jedzenia, a na granicy skonfiskowano Niemcom wszystkie zapasy zywnosci.
        Było ich wszystkich dziesieciu, mieli rozwiesc dary w kilka miejsc, ale jesc
        cos musieli.
        - Zeberka ! – powiedzial Pan Zbyszek – najlepiej zamoczyc na noc w occie,
        potem natrzec majerankiem, a potem dusic. Pycha ! – miał w plecaku te zeberka
        dla siebie, niosl je do matki na swieta, ale klient nasz pan. Jak CRM to CRM.
        Na razie jedli zolty ser na chlebie posmarowanym maslem solonym. Zolty ser tak
        naprawde nie był zolty, ale czerwonawy – jakas dziwnosc, konsystencja gumy do
        zucia, smak lekko ostry. Wiesc gminna niosla ze ten ser i maslo solone,
        sprzedawane w ramach kartek, na wage, to były strategiczne zapasy Bundeswehry,
        które tuz przed przeterminowaniem zostaly wyslane do Polski.

        Gospodyni opowiadala, a Niemiaszki byli wyraznie wstrzasnieci. Grenzschutze i
        wopisci ich przesluchiwali, potem wybebeszyli samochody. Przed domem na
        podworku stal zmarnowany mercedes karawan . Przywiezli nim preparaty
        krwiopochodne do szpitala na Solcu.
        Karoseria blyszczala. Pan Zbyszek otworzyl drzwi – samochod był pięciodrzwiowy –
        dwusetka rocznik 1966. Diesel. 15 lat ale w pieknym stanie. Na zewnatrz.
        Tapicerka była popruta, wykladziny odkrecone i poprzecinane tam gdzie nie dalo
        się odkrecic. Deska rozdzielcza z licznikiem odkrecona, okladzina pod przednia
        szyba odgieta pionowo i zlamana. Wyjeta chlodnica i podziurawiona szpikulcem.
        Podsufitka przecieta przez srodek – Pan Zbyszek prawie slyszal zgrzyt noza po
        blasze dachu.
        Szukali, szukali, a nie znalezli. Jakos ich nie zdziwilo, ze czterech pasazerow
        trzesie się z zimna, szyby sa zamrozone oddechami. Farba drukarska i nowe
        matryce były ukryte tam, gdzie normalnie jest nagrzewnica i wiatrak nadmuchu.
        Osiem lat pozniej w tym samym miejscu Pan Zbyszek chowal 17 sztang litewskich
        fajek.
        Niemcy zjedli, a Pan Zbyszek zagadnal ich polskiego przewodnika o karawan. Zal
        mu go było. Piekny samochod popruty przez komunistyczna zlosliwosc.
        Stali obok niego, mercedes zalosnie patrzyl reflektorami.
        - Kiedy będziecie nastepnym razem ? – zapytal, czestujac papierosem z metra.
        Przewodnik popatrzyl bez zdziwienia. W zmierzchajacym ogrodzie rozblysnal
        plomyk zapalniczki. Zapalili. Gleboki wdech dymu na mroznym powietrzu.
        - Nie wiem, jak się uda. Ale tym – wskazal broda na mercedesa – nie możemy
        wracac. Naprawa będzie kosztowac wiecej niż on sam. I nie tutaj, a przed nowym
        rokiem musimy być z powrotem, bo wiza tranzytowa przez DDR nam się konczy.
        Dobili targu. Oni zostawiaja samochod, Pan Zbyszek placi w ratach gdy będą
        następnym razem i konta w PKO już będą odmrozone. Gwarantem byla Pani Ania –
        klientka Pana Zbyszka. Spisali umowe. Cene ustawili na tysiac czterysta marek,
        czyli na 580 dolarow. Miał je splacic w ciagu dwoch lat, w zaleznosci od tego
        jak komuchy odmroza konta walutowe. I tak kupa forsy.
        Negocjowali w salonie. Czarny fortepian, polki z ksiazkami. Telewizor odwrocony
        ekranem do sciany. Na scianie portret mezczyzny w mundurze oficerskim, wezyk
        na kolnierzu, przystrzyzony was, spojrznie wprost w obiektyw aparatu. Fotograf
        podpisal się u spodu zdjecia – Rozenfelc – ani po nim ani po kapitanie, ojcu
        gospodyni, nie zostalo ni dymu ni popiolu. Zmarszczka munduru przy kieszeni na
        lewej piersi; zdjecia zony i dzieci. Ostatni list z marca 1940.
        Godzina policyjna za oknem, Pan Zbyszek przenocowal na podlodze pod
        fortepianem. Niemcy chrapali obok na rozlozonych karimatach, jeden pisal cos w
        zeszycie przy swietle lampki nocnej. Pamietnik z kraju rzadzonego prze junte.
        Patrol zomo za plotem ogladal ciezarowki. Mroz tezal im dalej w noc. Para z ust
        przy oddechach, niebieskawe uszanki naciagniete gleboko na glowe, niebieski
        szalik wokół szyi, Zmrozony snieg skrzypi pod butami.

        Trzeba było tylko zdobyc zaswiadczenie z milicji ze karawan zostal rozbity i
        nie nadaje się do drogi powrotnej. Niemcy musieli je pokazac na granicy, a Pan
        Zbyszek w urzedzie dzielnicowym, żeby samochod przepisac na siebie.
        Poszedl na Walicow na komisariat gdzie był ten znajomy milicjant, z którym
        handlowal waluta. Na poczatku nie chcial gadac, ale w zamian za czesci ze
        zdechlego fiata (brakowalo mu silownika hydraulicznego do sprzegla i pompy
        hamulcowej) wypisal zaswiadczenie.

        W Lomiankach był warsztat w którym Pan Zbyszek naprawil samochod. Tapicerke
        zrobili szybko, gorzej było z odgietym plastikiem z przodu, pod przdnia szyba
        wewnątrz. W koncu udalo się znalezc te wykladzine na Podchorazych w warsztatach
        MSW. Były tam garaze BOR, gdzie parkowano i naprawiano samochody do przewozu
        komunistycznych bonzow. Pan Zbyszek znal tam jednego mechanika, a ten z kolei
        za flaszke odnalazl rozbitego mercedesa, który stal zapomniany w kacie garazu
        przykryty sterta pudel po czesciach. Cyrankiewicz rozbil go i tak zostalo
        Karawan był luksusowy. Miał nawet klimatyzacje. Jedyna niedogodnoscia był brak
        foteli dla pasazerow z tylu, ale poradzil sobie
        • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 7.1 21.10.01, 00:21
          ale poradzil sobie z tym – w podlodze były miejsca do przykrecenia zaczepow,.
          Wystarczylo zdjac wykladzine i wkrecic cztery sruby po obu stronach. Fotele tez
          wzial z tego samego rozbitego merca , tylną kanape no i chlodnice.
          Silnik był w doskonalym stanie. Zreszta miał na liczniku niecale 300 tysiecy,
          czyli tyle co nic. Diesel wolnoobrotowy pyrkotal na jalowym biegu pracowicie.
          Po wyjeciu bagnetu do mierzenia poziomu oleju w silniku nie było widac ani
          sladu spalin, które by przedostawaly się przez pierscienie tlokow do spodu
          silnika, w strone miski olejowej. Byl jeszcze jeden test – przy pracujacym
          silniku odkrecenie wlewu oleju. Jeżeli nie dymilo – silnik w porzadku , nie ma
          przedmuchow.
          Nie było przedmuchow. Spaliny z rury wydechowej nie były ani biale, ani czarne.
          Tabor samochodowy zostal wymieniony;. Pan Zbyszek był szczesliwy.
          • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 7.1 21.10.01, 00:23
            Wersja z obrazkami na www.szczurbiurowy.republika.pl/
      • Gość: Andrzej Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.10.01, 20:46
        Przeczytałem to wszystko. I mam jedną uwage:
        daj sobie spokój. Kogo obchodzi czy dwadziescia lat temu bylo łatwo coś kupić
        czy nie. To są jakieś pokręcone dyrdymały, silenie się na wspomnienia. Nic mnie
        nie obchodzi czy komuniści zrobili to czy tamto. Liczy sie to co jest teraz. A
        co teraz jest widać za oknem. Tak czy inaczej politycy lewicy sa sprawniejsi i
        mądrzejsi. A poza tym tematem forum jest Dilbertoza, a co wspolnego z tym ma to
        co ty tu wypisujesz ? Jakies smetne wspomnienia. Jesli to dobrze pamietasz to
        musisz miec ponad 40 lat. A tacy są nieuleczlnie chorzy na antykomunizm. Ja
        uwazam ze w tamtym systemie nie bylo niczego zlego, przynajmniej bylo
        sprawiedliwie.
        • Gość: Grzegorz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.tele2.pl 22.10.01, 23:48
          Gość portalu: Andrzej napisał(a):
          > co teraz jest widać za oknem. Tak czy inaczej politycy lewicy sa sprawniejsi i
          > mądrzejsi.

          Czyli wiedzą jak kraść i marnować nasze pieniądze ciągle utrzymując się u władzy.

          > Ja uwazam ze w tamtym systemie nie bylo niczego zlego, przynajmniej bylo
          > sprawiedliwie.

          Tak, każdy sprawiedliwie nic nie miał, oprócz tych, którzy sprawiedliwie byli u
          władzy. Tym sprawiedliwie należało się wszystko. Ale najważniejsze, że ocet był,
          nie?

          Grzegorz
          • kiciaf Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 23.10.01, 07:49
            Nóż mi się wkieszeni otwiera, gdy czytam wypowiedzi Andrzeja.
            Wołanie Komuno wróć.
            Już wróciła. Sam zobaczysz co będzie dalej...
            Ja pamiętam. I nie mam 40 lat...
            A od szczura się odczep. Bo świętą prawdę pisze. Dla takich jak ty ... też.
        • Gość: nigers Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.eds.de 23.10.01, 09:34
          Gość portalu: Andrzej napisał(a):

          > Przeczytałem to wszystko. I mam jedną uwage:
          > daj sobie spokój. Kogo obchodzi czy dwadziescia lat temu bylo łatwo coś kupić
          > czy nie. To są jakieś pokręcone dyrdymały, silenie się na wspomnienia. Nic mnie
          >
          > nie obchodzi czy komuniści zrobili to czy tamto. Liczy sie to co jest teraz. A
          > co teraz jest widać za oknem. Tak czy inaczej politycy lewicy sa sprawniejsi i
          > mądrzejsi. A poza tym tematem forum jest Dilbertoza, a co wspolnego z tym ma to
          >
          > co ty tu wypisujesz ? Jakies smetne wspomnienia. Jesli to dobrze pamietasz to
          > musisz miec ponad 40 lat. A tacy są nieuleczlnie chorzy na antykomunizm. Ja
          > uwazam ze w tamtym systemie nie bylo niczego zlego, przynajmniej bylo
          > sprawiedliwie.

          Jak nie chcesz tego czytac to spadaj! Wejdz sobie na inny watek. Nikt nie czyta
          tego z przymusu a kazdy ma wolna reke! Kaczanie!! PZDR

        • Gość: teh Andrzejkowi..... IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 23.10.01, 11:41
          Szczur pisze coś co powinno odświeżyć pamięć tym co powinni pamiętać, anie
          chcą. A ty chyba nie pamiętasz tylko słyszałeś opowieści tych co to mieli
          znajomą panią ekspedientkę w sklepie mięsnym, odzieżowym itpd, jak to im było
          dobrze. Ja wtedy dziecięciem byłam ale pamięć mam dobrą - i koleji po WSZYSTKO
          pamiętam. I buty na kartki... Poza tym wtedy nie było dobrze, tylko o tym że
          nie jest NIE WOLNO było pisać... Bezdomni? No przecież to nie pasowałoby do
          wizerunku gospodarki socjalistycznej. Złodziejstwo i rozboje? Przecież był
          porucznik Borewicz, nie wypadało więc przyznać że on wszystkiego sam nie
          wykryje. Katyń i inne wstydliwe historyczne sprawy? Nawet nauczyciele historii
          (spora część) o nich nie słyszała. Teraz kochany to o wszystkim (prawie) możesz
          przeczytać w gazecie albo Internecie. Wtedy - nie.
          A za dobrobyt za Gierka (pamiętam, mniam, mniam, cytrusy, i szyneczka, i inne
          atrakcje) to jeszcze nasi potomkowie będą spłacać kredyty...
          We wspomnieniach jednak wielu osób `takie to były cudowne czasy - bo taki
          Wielki Brat - myślał za nich a oni już nie musieli. A że WB nie był nieomylny?
          To przecież nie my zawaliliśmy sprawę tylko ON. Prawda jakie to wygodne?

          • Gość: Martin Re: Nie piszcie o polityce!!! IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 23.10.01, 11:56
            Wasze głupkowate wpisy zakłócają przyjemność czytania o panu Zbyszku...
          • Gość: Doka Re: Andrzejkowi..... IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 26.06.02, 14:32
            I ślicznie, i masz racje
        • Gość: Bungo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: 195.117.99.* 23.10.01, 11:59
          Gość portalu: Andrzej napisał(a):


          > ...Kogo obchodzi czy dwadziescia lat temu bylo łatwo coś kupić
          > czy nie. To są jakieś pokręcone dyrdymały, silenie się na wspomnienia. Nic mnie
          >
          > nie obchodzi czy komuniści zrobili to czy tamto

          [...]

          > Ja uwazam ze w tamtym systemie nie bylo niczego zlego, przynajmniej bylo
          > sprawiedliwie.

          I oto całe wyjaśnienie zachwytu PRL-em przez niektórych młodych ludzi odpornych
          na wiedzę.
          Nic mnie nie obchodzi jak było, ale wiem, że było dobrze. A o faktach nie chcę
          słyszeć!
          No comment.
          B.
        • dreptak2k Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 23.10.01, 23:45
          Wiecej szczurow, mniej andrzejow!
        • Gość: Cruz Do Andrzeja IP: *.unregistered.formus.pl 24.10.01, 13:39
          Andrzej!
          Spadaj na drzewo. Nikogo nie obchodzi, że tobie się wszystko kojarzy z polityką.
          SzczurB pisze fajną powieść w odcinkach i jak ci się ona nie podoba to nie
          czytaj!
        • Gość: observer Andrzej Kiepski napisal... IP: *.*.*.* 25.10.01, 18:39
          Twoj wpis i twoje poglady, Andriusza, sa bardzo 'Kiepskie'.
          Poza wszystkim ludzie, ktorzy teraz przejeli wladze (jak sadze jestes ich
          fanem) sami w zdecydowanej wiekszosci maja powyzej 40 lat.

          A teraz, jak sadzisz: gdzie oni wtedy byli? co robili? o co walczyli?

          Jak sobie odpowiesz na te pytania to zrozumiesz tych, co nazywaja ich powrot
          paranoja.


        • ajk Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 26.10.01, 17:18
          >>Gość portalu: Andrzej napisał(a):
          A drugi Andrzej przeczytał. I porozmawiajmy jak Andrzej z Andrzejem: Smucisz. A
          takiego nastroju nie ma w naszym alfabecie. Więc daj nam 90 spokojnych dni - może
          w tym czasie Szczur skończy opowieść i będziemy mogli rozejść się do swoich
          zadań. Wtedy wątek będzie do Twojej dyspozycji.
          Nie psujmy ludziom zabawy!
          Poważnej polityce w żartach mówimy nasze stanowcze "Eeeeeeeeeee tam"
          Żeby Polska w siłe rosła, a Szczur pisał częściej
          Ku chwale pana Zbyszka i nonsensów wszelkich ustrojów
          Andrzej (też, ale inny)
        • Gość: PICO-BELLO Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.11.03, 14:32
          Nas obchodzi, co było 20 lat temu, trzeba to spisać, bo tak kaształtuje się
          mądrość pokoleń. Z 40 lat widać dalej i szerzej niz z perspektywy 20 lat, kiedy
          to się wydaje, że odkrywszy seks i zdolność do prokreacji, zarobiwszy pierwsze
          pieniądze - wie się wszystko o życiu... Stoisz dopiero w przedsionku piekła!
          Myślę, że jesteś bardzo młody i czytając to przeraziłeś się tego, jak wyglądał
          świat urządzony przez komuchów. Moje zdanie jest takie: każda władza ma "rączki
          do siebie", ale komuchów cechuje szczególnie prymitywne myślenie, gospodarka
          rabunkowa i zero tworzenia - wszystko bazuje na tym, co zostało stworzone
          wcześniej i jest dopasowywane do wymogów propagandy.
          • virooz Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 26.11.03, 14:12
            > Myślę, że jesteś bardzo młody i czytając to przeraziłeś się tego, jak
            wyglądał
            > świat urządzony przez komuchów. Moje zdanie jest takie: każda władza
            ma "rączki
            > do siebie", ale komuchów cechuje szczególnie prymitywne myślenie, gospodarka
            > rabunkowa i zero tworzenia - wszystko bazuje na tym, co zostało stworzone
            > wcześniej i jest dopasowywane do wymogów propagandy.

            No fakt komunizm cechowala gospadarka rabunkowa teraz mamy gospodarke
            destrukcujna-wyprzedajna: czego sie nie da zniszczyc to sie sprzedaje ze
            szczegolnym naciskiem na wyprzedaz za granice.
            Teraz owszem mnostwo sie tworzy szczegolnie przy niszczeniu i wyprzedazach,
            przeciez musi byc duzo urzedasow zeby dokladnie wszystko zniszczyc lub
            wyprzedac.
        • Gość: Pico-bello Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.11.03, 14:43
          Aha i jeszcze jedno, piszesz, że za komuny było sprawiedliwie? Ha! A kto moją
          rodzinę okradł na ciężkie miliony??? Nie będę wdawać się w szczegóły, napiszę
          jedynie, że moja matka po swoim ojcu, a moim dziadku (który wyszedł z ZSRR z
          armią Andersa) w latach 60-tych otrzymała spadek z Niemiec. Było tego tyle, że
          starczyłoby na super dom i jeszcze dwa samochody! I co zrobiła komuna? Najpierw
          zakwestionowała zasadność spadku, argumentując, że moja matka 26-letnia wówczas
          mężatka z dzieckiem, jest zbyt młodą osobą, aby otrzymać tak duży spadek, a po-
          tem gdy moja mama wzięła adwokata, by walczyć z komuną o swoje własne
          pieniądze, po długich procesach wypłacili jej spadek po tzw. państwowym kursie
          dolara! To oznacza kradzież przez PRL 3/4 wartości spadku! Kto przehulał nasze
          dolary? No kto? Ciebie to nic nie obchodzi, a mnie bardzo, moja obecna sytuacja
          życiowa byłaby całkiem inna, gdyby nie ta kradzież sprzed 50 lat... Komuna nie
          była sprawiedliwa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.waw.cdp.pl 25.10.01, 13:32
        Ten andrzej to jakas sierota po komunizmie, a moze to sam lepper pisal ?
        Ja tam czekam na dalszy ciag. A swoja droga - ten opis sprawdzania cisnienia w
        silniku wysokopreznym jest prawdziwy, sam tak robilem na gieldzie jak kupowalem
        swojego pierwszego dizla

        PZDR
        • Gość: Konsul Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.bbnplanet.com 26.10.01, 16:33
          Hej ludzie, opętało was czy co?
          Czytamy tutaj kawałek niezłej literatury obyczajowej a wy wytoczyliście
          artylerię antykomunizmu i wykopali okopy świętej trójcy. Trochę dystansu.
          Szczur B świetnie opisuje folklor poprzedniej epoki, ale rozejrzyjcie się, to
          forum opisuje folklor obecny. Coś za coś. Nie można idealizować żadnej epoki, a
          już stwierdzenia, że dawniej (czyli za komuny) bezrobocie, głód i bezdomność
          były tak powszechne jak teraz są kompletnie rozkładające. Za ich brak płaciło
          się za komuny powszechną siermięgą, za luksusy dzisiaj płacą niektórzy głodem.
          Ale, kurcze, widzę że sam wpadłem w temat. Ciężko się ustrzec przed próbami
          nawracania zaślepionych. Wyluzujmy i cieszmy się niezłą literaturą on-line.
          • zulia Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 27.10.01, 13:36
            POPIERAM. Szczurze czekamy na następną część.
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8 28.10.01, 02:58
        Część 8

        W czasie, gdy walczył z samochodem minęło Boże Narodzenie. Komuniści pozwolili
        ludziom pójść na pasterkę i nie było godziny policyjnej – pewnie sami chcieli
        mieć rodzinne święta zamiast pilnować tego obozu.
        Pan Zbyszek nie miał wiele do roboty – taksówka nie działała, nie mógł nikogo
        wozić. W telewizornię nie mógł patrzeć, bo jak widział Tumanowicza albo
        Wozniaka ubranych w mundury (bez stopni, widać nie zasłużyli) to od razu miał
        dość.
        Dzień przed Sylwestrem na Okęciu słychać było niepokojący warkot silników.
        Jakoś nieprzyjemnie to wróżyło. Samoloty startowały nisko przy ziemi. Pan
        Zbyszek wybrał się nawet na Aleję Krakowską, tam gdzie zaczynał się pas
        startowy, (tam gdzie są obniżone latarnie), żeby zobaczyć, co właściwie tak
        startuje i warczy. Gdy wysiadł z tramwaju i zaczął iść wzdłuż płotu lotniska,
        zobaczył w oddali szare cielska samolotów, a jeden z nich właśnie startował z
        brzuchem przy ziemi tuż ponad latarniami. Warkot silników przekręcał
        wnętrzności. Antonow przeleciał, a czerwone gwiazdy na skrzydłach przesunęły
        się nad przechodniami jak kosa. Polecieli. Pocieszające było to ze odlatują a
        nie przylatują.
        Przy Alei Krakowskiej był sklep z częściami samochodowymi i Pan Zbyszek chciał
        zapytać, czy dostanie oringi do uszczelnienia przewodów do chłodnicy do merca.
        Sklep był prywatny, właściwie nie sklep, ale taka budka drewniana przyklejona
        do ściany przedwojennej kamienicy, z jednym okratowanym oknem i stalowymi
        drzwiami. Przez brudne szybki w oknie ledwie było widać wystawione kolorowe
        opakowania po częściach, z angielskimi napisami, spłowiałe od światła. Na
        szybach były przyklejone nalepki ze znakami firmowymi VW, Mercedesa i Audi,
        obok Texaco i stare logo Toyoty. Była też nalepka VISA i American Express.
        Kiedyś zawędrował w to miejsce pewien Niemiec, któremu okradli samochód – nic
        wielkiego, jedynie wycieraczki. Chciał płacić kartą i zdziwił się, gdy go
        pogonili. Pytał się dlaczego w takim razie wisi nalepka Visa – usłyszał
        odpowiedz ze to tak dla ozdoby. A co najśmieszniejsze – mówili prawdę.
        Pan Zbyszek chciał kupić oringi, ale miał jeszcze jeden interes –
        procentomierz. Rzecz nie do zdobycia, ale tutaj powinien być – jeden z klientów
        Pana Zbyszka zaopatrywał się tu w akcesoria destylacyjne. Poza tym można tu
        było wymienić pożyteczne informacje z dziedziny względem tego, co i owszem.
        Procentomierza tym razem nie było. Przed sylwestrem wszystkie wyszły, bo ludzie
        pędzili na potęgę. Co robić w długie zimowe wieczory, gdy nie można nigdzie
        wyjść z powodu czyhających na ulicy zomowców? Telewizji nie da się oglądać, bo
        w środku wilcy straszą (razem z Tumanowiczem). Można albo się upić, albo knuć.
        Knucie najlepiej wychodzi, jeśli jest umiarkowanie podlane i dlatego Pan
        Zbyszek odczuwał ciśnienie popytu: gdziekolwiek nie poszedł do swoich klientów,
        wszyscy go pytali o podlewacz. Diagnoza była prosta: wszyscy knuli. Nawet się
        tego po nich nie spodziewał, ale widać poziom wnerwienia w narodzie się
        zwiększył jak zobaczyli Jaruzela w telewizorni.
        Tak więc przed sylwestrem można było zarobić jeszcze parę złotych na dostawie
        środków niezbędnych do knucia, a przy tym atrakcyjność towarzyska osobnika
        posiadającego środki knuciopędne bardzo wzrastała. Pan Zbyszek nie miał dużo
        bliskich znajomych, bo ostatnie trzy lata spędził w drodze pomiędzy wioskami w
        okolicach Białej Podlaskiej a warszawskimi odbiorcami towarów strategicznych
        (kaszanka, rąbanka, łopatka, szyneczka), ale dobry handlowiec zaprzyjaźnia się
        ze swoimi klientami – Pan Zbyszek z niektórymi był bardzo zaprzyjaźniony. Wobec
        czego czul się w obowiązku właściwie zaopatrzyć te wojenno - sylwestrowe
        imprezy – przynajmniej kilku swoich klientów.
        Zacier w piwnicy dojrzał. Pan Zbyszek zapalił gaz pod kaną i przytupując z
        niecierpliwości czekał na efekt destylacji.
        Płomień palił się na niebiesko, dwudziestolitrowy zbiornik nagrzewał się
        powoli. Po jakiejś godzinie, gdy termometr pokazywał 80 stopni, a Pan Zbyszek
        po raz setny odczytywał temperaturę, rozległ się huk i przez szparę
        rozszczelnionego wieka zbiornika zaczął wybryzgiwac się rozgrzany zacier. Siła
        odrzutu była tak duża, ze stalowa kana, wytrącona z równowagi zaczęła wirować
        wokół osi jak bąk. Pan Zbyszek odskoczył szczęśliwie unikając poparzeń, ale ta
        jego piwniczna bania Herona wyrzucała drogocenny zacier.
        Pan Zbyszek chwycił szczotkę i zepchnął buzująca bombę zecierową z gazu. Spadla
        z palnika i przewróciła się na bok. Szybko ja podniósł, żeby przez szczelinę
        nie wylała się reszta.
        Błąd technologiczny był prosty – nie było zaworu bezpieczeństwa, a rurka
        destylacyjna zatkała się, gdy zacier zaczął dochodzić do wrzenia, tym bardziej
        ze wzrosło ciśnienie, a wtedy była potrzebna niższa temperatura.
        Opar fermentacji unosił się w całej piwnicy. Wszystkie szczury piwniczne były
        zdrowo podcięte, do tej pory taka okazja im się nie zdarzyła. Gorzej z
        sąsiadami. Pan Zbyszek wyszedł na zewnątrz przez swoje zamaskowane wejście –
        węszył jak chart, przeleciał wzdłuż i w poprzek resztę podziemia a potem
        wyszedł na klatkę schodowa – nie było śladu zapachu. Ten schron był genialnym
        wynalazkiem – przecież musiał wytrzymać wojnę chemiczna - jeszcze gorsze
        smrody. Wrócił z powrotem i zaczął głowic się jak przywrócić maszynkę do
        działania.
        Do przetkania spirali posluzyla linka do hamulca rowerowego. Zawór
        bezpieczeństwa zrobił z zaworu do kotła centralnego ogrzewania, który został
        się po fachowcach z zeszłego lata.
        Maszyneria działała, można było zrobić z tego, co pozostało po awarii jakiś
        konkretny użytek. Ponowny rozruch odbył się bez wypadku. Udało mu się utrzymać
        stałą temperaturę 89-97 stopni. Do butelki po mleku przyjemnie kapało. Pan
        Zbyszek spróbował – czysty, nastojaszczyj spirt. Uszy sztywniały, nos się
        wydłużał. Można z tym iść do klienta. Wprawdzie nakapało mu tylko półtora
        litra, bo reszta się zmarnowała podczas prób technicznych, ale szedł przecież
        na imprezę, a nie handlować.
        Zrobił karmel ( cukier na patelni, aż się zbrązowi) i zabarwil spirytus. Dolal
        troche wody, bo był za mocny.
        Wygrzebał z szafy butelkę po Jasiu Wędrowniczku, taką z uchwytem. Wlał do
        środka. Pasowało pod kolor. Mógł iść - miał gościńca.

        Telefonów nie było, poszedł w ciemno, pamiętając ze klient zapraszał go do
        siebie do domu na Służewiec nad Dolinką
        Pamiętał adres, tuz przy samie, wejście obok skrzynek z butelkami na mleko.
        Długi, 10 piętrowy blok z balkonami wspierającymi się na wspólnym filarze dla
        jednego pionu. Były tam dwie klatki schodowe z dwiema windami w każdej,
        połączone korytarzami na każdym piętrze. Pan Zbyszek dotarł tam po 8 wieczór i
        pamiętał ze klient mówił, ze mieszka na czwartym piętrze – niestety numer
        mieszkania ulotnił się. Szedł tym czwartym piętrem w mżącym świetle słabych
        żarówek, pomiędzy ścianami pomalowanymi sraczkowatą farbą olejna i nasłuchiwał
        odgłosów zza drzwi. Zabawa się rozkręcała. Tu Krzysztof Krawczyk – nie, chyba
        ten klient nie wyglądał na fana. Tam Lennon. Nie, dalej. Genesis. Glos Petera
        Gabriela w wyciągniętej frazie, a w tle riff gitarowy skrobiący do kości. OK.,
        można wejsc.
        Nacisnął dzwonek, drzwi się otworzyły. Na progu stal wysoki brodacz z czarnym
        zarostem aż po oczy. Śmiał się, w ręku trzymał butelkę żytniówki. W głębi
        mieszkania tłoczyli się goście, ktoś niósł tace z malutkimi kanapeczkami, ktoś
        otwierał butelkę. Dym. Ale nie tak śmierdzący jak z ekstra mocnych albo
        klubowych. Marlboro. Wiadomo – święto.
        Patrzyli na siebie. Pan Zbyszek już wiedział, ze trafił pod zły adres. Brodacz
        wyglądał na dwadzieścia kilka lat. Pan Zbyszek wyciągnął przed siebie rękę z
        butelką.
        - Świeża dostawa
        - Wchodź pan.
        Genesis przykrywało wszystko. Dwie 60 watowe kolumny stały w dużym pokoju.
        Ludzie tłocząc się wrzeszczeli do siebie
        • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 28.10.01, 03:04
          Ludzie tłocząc się wrzeszczeli do siebie, bo muzyka ich zagłuszała. To nie była
          ta impreza, ale nie żałował, bo poznanie nowych ludzi to możliwość zdobycia
          nowych klientów, zwłaszcza ze ci tutaj wyglądali na takich, co będą stałymi
          odbiorcami jego asortymentu. Na ścianach wisiały plakaty Solidarności z czasu
          zjazdu w Oliwii, a na długim stole, którym była po prostu płyta wiórowa
          postawiona na kobyłkach, stały butelki i kanapki – bulki z serem. Na regałach
          książki, dużo po angielsku. Pan Zbyszek trzymając szklankę, do której ktoś mu
          nalał wódki, a potem soku cytrynowego z malej peweksowskiej puszki, chodził
          wzdłuż polek i czytał tytuły. Nie znal nikogo i jakoś głupio mu było zagadywać
          ludzi, mimo ze nikt na niego nie zwracał uwagi.
          Dużo książek było po angielsku - błyszczące okładki. Wyjął jedna – to był
          Dylan, z datą 1973 na stronie tytułowej. Wiersze.
          Odłożył. Wziął następną. Gruby tom, na szerokość dłoni. Po rosyjsku. Cyrylica
          tytułu, nie potrafił przeczytać, ale u spodu strony tytułowej zobaczył łaciński
          alfabet. Paryż 1972. W środku drobny druk i pojedyncze zdjęcia. Jakieś tory
          kolejowe, jakaś woda i ludzie z łopatami, otoczeni przez żołnierzy z karabinami
          ze spiczastymi bagnetami. Wszyscy patrzyli w obiektyw z natężoną uwaga. W
          nikłym świetle Pan Zbyszek przyglądał się temu zdjęciu i odczuwał to niezwykle
          natężenie, z jakim ci ludzie patrzyli wtedy w obiektyw, tak jakby wiedzieli ze
          ta chwila, w której fotograf zdejmie pokrywkę z obiektywu aparatu będzie
          jedynym momentem, w którym zostawią jakiś ślad swojego istnienia, jeśli nie
          liczyć wyrytego w skale kanału bielomorskiego imienia Stalina.
          - Czytał pan? – Obok Pana Zbyszka stała dziewczyna, podobna do tego
          chłopaka, który wpuścił go do środka. Miała długie włosy i podobny do tamtego
          uśmiech. Wyglądała na jego siostrę, mimo ze była blondynka, a tamten był czarny
          jak kruk.
          Pan Zbyszek ostrożnie odstawił książkę z powrotem, pomiędzy ciasno upakowane
          tomy.
          - Nie, nie umiem po rosyjsku. Ja tylko.. – Chciał powiedzieć, że umie
          liczebniki i nazwy gatunków sowieckiego szampana i kawioru, gdy ktoś wyłączył
          muzykę.
          Cisza wyrwała glosy wrzeszczących do siebie gości, tak jak zgaszenie
          reflektorów samochodu pozwala zobaczyć gwiazdy na nocnym niebie. Wszyscy
          zamilkli, patrząc w stronę magnetofonu. Stal tam chwiejący się na nogach łysawy
          rudobrodacz, który niezręcznie wkładał kasetę w kieszeń Technicsa. Nacisnął
          klawisz i wtedy Pan Zbyszek poznał, ze to będzie amatorskie nagranie, szum
          taśmy i trzaski tła. Oklaski, a potem niewprawny glos przy gitarze, kilka
          niedokładnie chwyconych akordów.

          „Boże nasz, Boże nasz, Boże nasz
          Jak ten strajk, jak ten strajk długo trwa
          Czemu oni przetrzymują,
          Postulatów nie przyjmują,
          Czy nie wiedzą ile to kosztuje nas?...”

          Ludzie znowu zaczęli do siebie krzyczeć, tak jakby ten glos na chwile wychynął
          z zaświatów, a oni chcieli go wepchnąć tam z powrotem. Ktoś zmienił kasetę.
          Głębokie bębny, gitary, Roger Waters, The Wall, Another Brick in the Wall.
          Pan Zbyszek wypił dwie wódki, jedna po drugiej. Szybko i wprawnie. 2 razy 50
          gram.

          CDN
          Dajcie znać jak widac polskie litery.
          Wersja z obrazkami na www.szczurbiurowy.republika.pl/

          • Gość: zulia Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 IP: *.pl 28.10.01, 23:52
            kochany szczur się zacharowuje i po nocach umieszcza swoje teksty na forum
          • fargo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 29.10.01, 13:26
            polskie litery - O.K.!
          • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 IP: *.waw.cdp.pl 29.10.01, 17:43
            Co to jest bania Herona ?
            Polskie litery ok.

            PZDR
            • Gość: Marek Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 IP: *.waw-bem.leased-e.ids.pl 30.10.01, 14:22
              Zobacz wersje z obrazkami (ale tam litery bleeee) i wszystko jasne :)
              • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 31.10.01, 18:19
                Gość portalu: Marek napisał(a):

                > Zobacz wersje z obrazkami (ale tam litery bleeee) i wszystko jasne :)

                Czy inni tez maja klopot z polskimi literami na stronach z obrazkami ?
                szczurbiurowy.republika.pl/

                Pzdr
                Szczurbiurowy

                • Gość: Tashi Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz.8.1 IP: *.konin.sdi.tpnet.pl 31.10.01, 20:37
                  szczurbiurowy napisał(a):

                  > Gość portalu: Marek napisał(a):
                  >
                  > > Zobacz wersje z obrazkami (ale tam litery bleeee) i wszystko jasne :)
                  >
                  > Czy inni tez maja klopot z polskimi literami na stronach z obrazkami ?
                  > szczurbiurowy.republika.pl/
                  >
                  > Pzdr
                  > Szczurbiurowy
                  >

                  Ja używam dwóch przeglądarek - Opery 5.12 z łatą (żeby były polskie litery, bo
                  standardowo nie obsługuje) i IE 5.0. Tylko w tym drugim przypadku widac polskie
                  znaki bez problemów.Może to kwestia kodowania?
                  Oczekując z niecierpliwością kolejnych odcinków historii Pana Zbyszka pozdrawiam
                  Tashi
                  • Gość: Mirko http://szczurbiurowy.republika.pl/ polskie litery IP: *.union1.nj.home.com 01.11.01, 01:27
                    IE 5.5 i 6 - polskie litery OK
                    • Gość: dlugopis Re: http://szczurbiurowy.republika.pl/ polskie litery IP: 195.30.191.* 01.11.01, 14:04
                      IE 5.00 wersja niemiecka. Wszystko OK.
                      Pozdrowionka
      • Gość: ethanol Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: 151.112.27.* 02.11.01, 04:34
        ta bania herona mi sie cholernie podoba na rysunku :)))
        toz to genialny wynalazek w swojej prostocie
        • Gość: Rex Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 03.11.01, 00:41
          A mnie podoba sie Tumanowicz ! Niemożliwe, on naprawde sie tak nazywal ? No to
          niezle jaja, zeby prezenter od propagandy tak sie nazywal !
          • Gość: Marek Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.waw-bem.leased-e.ids.pl 06.11.01, 09:40
            Prezenterem od propagandy był nijaki Urban (pozdrowienia dla czytelników NIE),
            który opluwał Naród.
            • Gość: MaDeR Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.ima.pl 26.06.03, 13:31
              > Prezenterem od propagandy był nijaki Urban (pozdrowienia dla czytelników
              > NIE), który opluwał Naród.
              Sądzę, że chętnie bys zakazał mu wydawania własnego dziennika zrobionego za
              własne pieniądze (możesz tylko skarżyć tych parszywców, co kupowali Alfabet
              Urbana, pewnie groziło bicie po nerkach)? I oczywiście nie będzie się to
              nazywać cenzurą rodem z komuny?
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 9 05.11.01, 03:25
        Część 9

        Przed północą wyszedł na balkon, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Mróz
        trzymał mocno, i kontrast temperatury pomiędzy pokojem a balkonem otrzeźwił go,
        a był już pod dobrą datą. To tak bywa – wygoniona świadomość pojawia się z
        powrotem i pozwala spojrzeć na siebie z zewnątrz. Tym razem świadomość pokazała
        Panu Zbyszkowi ze stojąc na balkonie, stara się zapalić papierosa, tylko że
        jakoś nie wychodzi. Zamókł czy co ? Przyjrzał się uważnie, zezując – przypalał
        od filtra. Cholera !
        Z pokoju dobiegał głos spikera radiowego. Mówił, że zaraz po północy będzie
        przemawiał Jaruzel. Po chwili poprzez gwar usłyszał bicie zegara i huk korków.
        Otwierali szampana – były ze cztery butelki. Wrócił do pokoju, podstawił swoją
        szklankę. W radiu spiker powiedzial „Wybiła pólnoc – mamy nowy 1982 rok”. Potem
        zaczęli nadawać Jeszcze Polska nie zginęła .Gwar mieszał się z orkiestrą. Nagle
        jeden z gości stojący pośrodku pokoju obok czarnobrodego gospodarza, młody
        chłopak, w drucianych okularach i rzadką brodą, podniosł w górę szklankę i
        krzyknął „Za rok w wolnej Polsce”. Gospodarz go uciszał , „No cicho Piotruś,
        upiłeś się, idź spać”, ale ten nie przestawał. Stojący obok podchwycili okrzyk.
        Z balkonu słychać ich było wyraźnie – hymn leci, goście krzyczą, na dole na
        podwórku między blokami, obok zasypanej śniegiem piaskownicy stoją dwaj zomowcy
        i patrzą do góry. Może coś słyszeli, ale Pan Zbyszek miał nadzieję, że nie
        będzie im się chciało wchodzić na górę.
        Nie chciało im się. Postali, postali i poszli. Gdy Pan Zbyszek patrzył, na
        balkon wszedł ten młodziak co krzyczał i, zanim gospodarz wciągnał go z
        powrotem, rozwarł się, aż bębenki pękały:: „Zima wasza - wiosna nasza ! Niech
        żyje wolna Polska”. Okrzyk odbił się od ścian bloków. Pan Zbyszek pochylił się,
        żeby nie było go widać z dołu. Zomowcy rozglądali się, patrzyli w górę.
        Gospodarz i kilku gosci wciągało patriotę z powrotem do mieszkania, zatykając
        mu usta. Wierzgał, ale w końcu uległ. Położyli go na środku pokoju, gdy
        skończył się hymn i rozległ się głos Jaruzela.
        Ogarnęła ich wtedy wszystkich szewska pasja. Można było się tylko upić na
        zimno, nic innego nie można było zrobić jak tylko to. Żeby nie uczestniczyć w
        tej rzeczywistości. Wyłączyć świadomość tak jak wyłącza się radio albo
        telewizor.

        Dalszy ciąg tego odcinka na www.szczurbiurowy.republika.pl/

        CDN


        • Gość: Xena Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 9 IP: *.acn.waw.pl 05.11.01, 12:56
          Szczurze, przez Ciebie zawalę chyba kolokwium. Miałam się uczyć, trafiłam na
          pana Zbyszka i z nauki nici, nawet nie przeczytałam jednej linijki z notatek.
          Dawno nie czytałam czegoś równie smakowitego, chyba tylko przy "Obsługiwałem
          angielskiego króla" bawiłam się tak przednio.
          Więc skomlę i miauczę o jeszcze.
          • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 9 IP: *.waw.cdp.pl 08.11.01, 14:08
            Kiedy dalszy ciąg ? Szczurze nie daj czekać

            Pzdr
        • Gość: looser Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 9 IP: *.aster.pl / *.aster.pl 16.01.05, 01:39
          Ej, co sie dzieje?? Na republice nie ma dalszej czesci odcinka :( a tak sie
          wciagnelam... Za 2 dni egzamin z fizyki a ja siedze i czytam Pana Zbyszka. No
          nic, chyba nie pozostaje nic innego jak przejsc do czesci 10 a luke uzupelnic
          pozniej jak zamowie ksiazke :D. Super mniam mniam :}~~
      • Gość: Szczur B Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 09.11.01, 00:48
        www.szczurbiurowy.republika.pl jest na 2 miejscu w Nieustajacej Liście
        przebojów ! Poklikajcie troche zeby utrzymac te pozycje - nastepna czesc bedzie
        niebawem ! Mam teraz wyscig, ale niedlugo meta

        pzdr
        Szczur Biurowy
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 13.11.01, 03:08
        Cześć 10

        Wieźli ich suką, starem z blaszanym pudłem z oknami i wyjściem po składanych
        stopniach z tyłu. Siedzenia były ustawione wzdłuż ścian, z pustym miejscem
        pośrodku, zupełnie jak na spotkaniu terapeutycznym w domu wariatów. Z rzadka
        świeciły latarnie, cienie karbowanych siatek na oknach przesuwały się po
        twarzach złapanych. Suka jeżdziła już cztery godziny, objeżdżając całe miasto,
        od posterunku do posterunku, zbierając pasazerów – pijanych, spóźnionych
        przechodniów, podróżnych z Dworca Centralnego, których zomowcy wygarnęli pod
        pozorem, że ich pozwolenia na podróż są nieważne. W sumie było ich z
        piętnaścioro. Jeden z pijaków śpiewał piosenki wojskowe, po odśpiewaniu zwrotki
        zaczynał kląć, potem znowu zwrotka i tak dalej. Pan Zbyszek przysypiał kiwając
        się na siedzeniu i zastanawiał się, kiedy facetowi skończy się repertuar. Obok
        niego siedziała kobiecina, którą milicjanci wepchnęli do suki - opierała się,
        mówiąc, że jedzie do córki, która zaraz będzie rodzić.Upadła na stalową
        podłogę, gdy pomógł jej podnieść się, podziękowała mu, wtedy zobaczył, że
        płacze. Była przerażona, a on nie wiedział jak ją pocieszyć czy uspokoić. Obok
        Pana Zbyszka siedział chłopak, którego wsadzili zaraz po nim, niedaleko, na
        Książęcej. Ledwie się ruszał przy wsiadaniu, bo zomowcom nie podobał się
        opornik w kołnierzu jego kurtki. Trzymał się za brzuch. Pan Zbyszek zapytał go
        ze dwa razy jak się czuje, ale nie odpowiedział.
        Suka toczyła się piećdziesiątką na luzie. W końcu wszyscy chcą zarobić.
        Przez zamarznięte okna starał się zobaczyć gdzie jadą. Wyskrobał sobie w
        szronie małe okienko i wyglądał jednym okiem. Jechali Marszałkowską w stronę
        Placu Konstytucji. Pusty plac, ciemności, w podcieniach przy Koszykowej, tam
        gdzie sklep sportowy, posterunek z koksownikiem. Pan Zbyszek miał za mały kąt
        widzenia, nie widział wyraźnie, ale chyba zomowcy kogoś złapali, dostrzegał
        jakieś gwałtowne gesty. Doskrobał jeszcze trochę wolnej od szronu przestrzeni i
        wtedy zobaczył wyraźnie – dwóch milicjantów okładało białymi długimi bojowymi
        pałkami mężczyznę, leżącego twarzą do ziemi. Pałki trafiały w korpus, który
        podskakiwał w rytm uderzeń, zupełnie bezwładny - tak jakby trzepali zwinięty
        dywan. W czerwonym świetle koksownika długie cienie pałek padały na witrynę
        sklepu i kamienie filarów arkady, oblepionych strzępami starych ulotek,
        trzepoczącymi na wietrze.
        Suka ruszyła dalej w stronę Placu Unii Lubelskiej. Gdy mijali Nowowiejską
        zatrzęsła się na torach tramwajowych, chłopak obok jęknął, Pan Zbyszek położył
        ręke na jego ramieniu chcąc w ten sposób dodac mu sił – coś musiał w końcu
        zrobić.
        Zatrzymali się na tyłach kina Moskwa, wjechali od strony Chocimskiej przy
        Instytucie Hematologii. Zomowcy wysiedli z szoferki, otworzyli drzwi suki i
        kazali wysiadać. Zimne powietrze wpadło do środka budy. Złapani wcale się nie
        kwapili do wyjścia. Wtedy jeden z zomowców wszedł do środka z długa pałą, tak
        jakby miał zacząć ich bić – to podziałało.Wyszli bez ociągania.
        Było wpół do piątej rano, ciemności i mroz, świeciła pojedyncza lampa
        jarzeniowa zawieszona na murze kina.
        Na nowo przybyłych czekała grupka milicjantów. Jeden z nich, ubrany jak wszyscy
        w moro miał zwykłą milicyjną czapkę na głowie, a nie uszankę czy polową
        rogatywkę. Cztery gwiazdki na niebieskim otoku. Przyglądał się wysiadającym z
        suki. Jeden z konwojentów podszedł i podał plik dowodów osobistych które
        zabrali złapanym, a potem wskazał na Pana Zbyszka
        - A ten nie ma dowodu.
        Pan Zbyszek przyjrzał się milicyjnemu kapitanowi. Ten wziął dowody i uderzając
        nimi o dłoń, patrzył na niego spod daszka czapki. Nie widać było jego oczu, bo
        padał cień, ale Pan Zbyszek czuł jak mu się robią dziury w mózgu od jego wzroku.
        „No kurka, ten to mi da popalić” pomyslał.


        Dalszy ciąg tej części na www.szczurbiurowy.republika.pl

        • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 13.11.01, 15:05
          Glupia sprawa, ale cos sie pochrzanilo i na serwerze wyladowala wersja wstepna
          czesci 10.
          Jesli chcecie przeczytac wersje ostateczna to wejdzcie jeszcze raz na
          www.szczurbiurowy.republika.pl/ i dajcie znac jak sie wam podoba.

          Szczur Biurowy
          • Gość: Marek Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 IP: *.waw-bem.leased-e.ids.pl 13.11.01, 15:43
            Szczurze, nie rób apetytu... kiepsko to widze na republice... czyżby
            cenzura? :)
            • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 14.11.01, 11:18
              Gość portalu: Marek napisał(a):

              > Szczurze, nie rób apetytu... kiepsko to widze na republice... czyżby
              > cenzura? :)

              Teraz wszystko działa - byla jakiś kłopot z aktualizacją na serwerze. Cenzury
              póki co nie ma, ale kto to wie ... Jak tak dalej pójdzie to będę pisać podręcznik
              przetrwania dla młodziaków. Wiecie jak się regeneruje bieżnik w oponach ? Albo
              ładuje jedorazową zapalniczkę gazem przez palnik, bez wstawiania dodatkowego
              zaworka ? Już nie mówiąc o podstawie, czyli zdobywaniu "dojścia" i "załatwianiu"
              oraz "dostawaniu".

              Pozdro
              Szczur Biurowy

              • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 14.11.01, 11:20
                A i jeszcze jedno: zagłosujcie w NLP, bo spadło na 3 miejsce. Wystrczy kliknąć:
                nlp.wp.pl/glosuj/?url=http%3A%2F%2Fszczurbiurowy%2Erepublika%2Epl%2F

                SzB
              • Gość: Garden Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 14.11.01, 20:28
                Szczurze, ta nowa wersja odcinka jest lepsza. Ale mam wrazenie ze ta histora z
                kinem Moskwa to jest nieprawdopodobna - no bo jak, wyswietlali filmy ludziom
                ktorych aresztowali ? Cos mi sie nie chce wierzyc.

                Ale poza tym fajnie sie czyta. Wydasz to drukiem ?
                Pozdro
                • Gość: Leo Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 IP: *.waw.cdp.pl 16.11.01, 15:01
                  Ja kupuje
                  • Gość: skok Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 10 IP: *.gorzow.sdi.tpnet.pl 23.11.01, 13:59
                    Wlazłem tu przez przypadek.Zaj...iste!!
        • Gość: looser NO NIEEEEE! nie rob mi tego!! IP: *.aster.pl / *.aster.pl 16.01.05, 01:47
          jasne, ze zamowie te ksiazke ale plizzz daj mi przeczytac kazdy dotychczasowy
          rozdzial do konca :'((((((
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 11 23.11.01, 04:50
        Żeby pojechać po towar musiał mięć jakąś wiarogodną legendę. Karawan był dobry,
        ale potrzebna była dziupla do przeładowania towaru. Opakowanie zdobędzie już na
        miejscu.
        Na Obozowej, powyżej wylotu Lumumby były garaże Miejskiego Przedsiębiorstwa
        Usług Komunalnych. Pan Zbyszek miał tam znajomego, który był dyspozytorem.
        Znali się biznesowo – dyspozytor miał części do nysy, a Pan Zbyszek opylał je
        badylarzom na targu kwiatowym przy Alei Krakowskiej. Czasem było dobre
        przebicie, zwłaszcza, jeśli chodziło o aparaty zapłonowe, które chłopcy z MPUK
        regenerowali na własną rękę.
        Dziupla mogła być właśnie tam.
        W piwnico-schronie produkcja odchodziła pełną parą. Pan Zbyszek kupił z pięćset
        butelek z octem. Ocet poszedł do kanalizacji, butelki do mycia. Plastikowe
        korki były szczelne, można było rozlewać. Gorzej z nalepkami. Oryginalne
        nalepki z kłoskiem były nie do zdobycia, drukowanie było ryzykowne. Trzeba było
        zrobić etykietę zastępczą. Kupił zeszyt w kratkę, pociął go w drobne
        karteluszki, pieczątkę sporządził z kartofla, tak jak w przedszkolu,
        postemplował i przykleił klajstrem z mąki. Na etykietach niebieskim tuszem do
        stempli wydrukował nazwę produktu – 1410. Trochę krzywo, ale jak orzekł jeden z
        klientów – wyglądało artystowsko.
        Pierwszą partie 100 butelek rozprowadził wśród stałych klientów. Odzew był
        entuzjastyczny. Potem postanowił spróbować w jakiejś innej sieci
        dystrybucyjnej.
        Plac Zbawiciela był odpowiednim miejscem. Przed trzynastą wszyscy tam kupowali
        wodę ognistą. Było jeszcze parę takich miejsc w Warszawie – okolice akademika
        na Placu Narutowicza, pawilon przy Rondzie Wiatraczna. Ale Plac Zbawiciela
        obsługiwał większą część miasta. Przed 13 i wieczorami, jak już sklepy były
        zamknięte. W podcieniach domów wokół placu stali handlowcy, w podręcznych
        torbach mieli po kilka butelek, a w podwórkach domów były magazyny. Sprzedaż
        detaliczna była prosta – wystarczyło podejść – wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
        Pieniądze i towar z ręki do ręki. Milicja też się tu zaopatrywała, z tym, że
        oni nie płacili.
        Pierwsza partia marki 1410 rozeszła się w dwa dni – 30 butelek. Zaniósł je tam
        wieczorem w plecaku, tak, żeby zdążyć jeszcze przed godziną policyjną.
        Największy handel był po ósmej, do 10. Zostawił towar, partię próbną,
        powiedział, że pieniądze odbierze po sprzedaży. Handlowcy patrzyli na niego
        nieufnie, nie znali go. Wprawdzie powołał się na wspólnych znajomych, ale jak
        zawsze w tej branży, nie można mieć do nikogo zaufania.
        Towar był dobry, detaliści zaczęli sprzedawać. W ciągu pierwszych dwóch tygodni
        stycznia miał pełny portfel zamówień. Właściwie mógł nic innego nie robić, ale
        postanowił nie przywiązywać się tylko do jednego biznesu. Dywersyfikacja była
        niezbędna. Trzeba było ruszyć po mięso.

        dalszy ciąg tego odcinka na www.szczurbiurowy.republika.pl

        • Gość: Mirko "Pan Zbyszek..." The End? IP: *.union1.nj.home.com 02.12.01, 14:23
          W czasach tel. kom. i satelitarnego internetu podl. do lodowki w celu
          przeladowywania kostek lodu z Grenlandii, jeden 20-min. odcinek "Czterech
          Pancernych i Szarika" na tydzien wydaje sie conajmniej skapstwem
          publicystycznym.
          Prawie jak cenzura. Mysli sobie czlowiek: a moze bylo wiecej tylko wycieli?

          Strony "Gazety" (i tylko "Gazety") laduja mi sie po 5 minut, mimo ze wyciagam
          zdrowo ponad 2000 kbps.

          Smutne czasy.

          Na szczescie nie tutaj gdzie sie krece.
          Jade wiec na plaze. Tu w New Jersey mielismy wczoraj +20, ludziska kapaly sie
          w spokojnym Atlantyku i dzisiaj ma byc prawie podobnie.
          Szkoda czasu na coraz smutniejsza polska martyrologie...
          Mial byc kapitalizm a tu coraz wiecej chamskiej polityki.
          Jak w polskim sejmie.
          Zalosny kabaret.
      • Gość: Józek Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.waw.ppp.coolnet.pl 26.11.01, 09:44
        Genialne. A ja myślałem że proza polska już nie istnieje, jedynie strumienie
        swiadomości. Lecę czytać dalej
      • szczurbiurowy Wiersz 30.11.01, 23:28
        Jest rok 1959
        Kolumbowie mają 39 lat.
        Za rok magiczna czterdziestka.
        Mieli w ręku peema.
        Gryźli ceglany pył Starówki.

        Jest rok 2001.
        Trzydziestodziewieciolatki wgryzają się w kapitalizm
        Nie wiadomo co będzie Czerwone pająki.
        Lepper straszy
        Trzeba męstwa.
        Czy starczy
        • Gość: Alex Re: Wiersz czyli Szczurze nie osłabiaj IP: *.bbnplanet.com 03.12.01, 17:44
          Szanowny Szczurze,
          Piszesz naprawdę dobrze, stąd zastanawiałem się dłuższą chwilę czy napisać
          komentarz skierowany do Ciebie, wszak dyskutuje się o dziełach a nie wykłóca z
          autorem by nie zabijał Skrzetuskiego. Jednak forma prezentacji - lista
          dyskusyjna, poniekąd uprawnia mnie czytelnika do zabrania głosu.

          Zatem, Szczurze nie osłabiaj! Zaczęło się nieźle, solidna krwista powieść
          rodzajowa, dobry temat, aż tu nagle zaczynają się ckliwe i czerstwe wspominki
          ze stanu wojennego. Szczurze z takimi tekstami wal śmiało do Instytutu Pamięci
          Narodowej, opublikują Ci to, dadzą parę groszy i jeszcze jakiś medal albo
          dyplom dołożą za aktywną walkę z komuną.
          Serce boli gdy widzę jak marnuje się, a niech tam, dosłodzę Ci, talent. Owszem
          należy pisać szczerze i z serca, ale by uniknąć naturszczykostwa, warto
          podejrzeć jak z Wielką Polityką radzą sobie znamienici autorzy. Toż gdyby
          Isabel Allende jeno smędziła o zbrodniach Pinocheta (do czego, chyba nawet
          poseł Kamiński nie zaprzeczy) miałaby pełne prawo, jej książek nie przeczytałby
          nawet więzień skazany na dożywocie w pojedynczej celi. Jeśli zaś pałasz odrazą
          do komuny w każdej, nawet literackiej postaci, przekartkuj Sergiusza
          Piaseckiego, jednego z największych naturalnych talentów naszej literatury, tam
          jest jak w recepturze Pana Zbyszka kilo akcji, cztery litry fabuły i dziesięć
          deko polityki. Inaczej zaczyna się po prostu kwas. Na dodatek taki, który
          nikogo, poza paroma dętymi kombatantami nie rusza. Pałą po dupie można teraz
          niezgorzej dostać na byle meczu, a i nożem w kichy od czasu do czasu. Taki
          kapitalizm. W publikowanym przez Ciebie, pożal się Boże, wierszu wspominasz
          Leppera. No właśnie, stoją chłopy na blokadach, leje ich policja wodą i pałami.
          To co, że inne czasy, boli tak samo i ciężar przeżycia ten sam. Więc zdecyduj
          się proszę i albo odkryj jakieś zbrodnie komuny by ożywić akcję trupem (np.
          brat bliźniak Pana Zbyszka rozstrzelany przez Leonida Breżniewa w podziemiach
          KC za handel bimbrem), albo wróć do tematu czyli początków kapitalizmu, bo
          zaczynam przysypiać.
          Pozdrawiam

          Alex
        • Gość: nigers Re: DO SZCZURABIUROWEGO!! IP: *.eds.de 13.12.01, 12:19
          Zapadles w sen zimowy?????!!!!
          Pzdr
          • Gość: Igor A PREZENT??? IP: *.devs.futuro.pl 20.12.01, 17:18
            Szczurze!! Tyyyyyy!!!!!
            Obudz sie!! Gwiazdka niedlugo, a tu cicho, glucho!!
            Ja wiem, ze to nie szczury daja prezenty pod choinke, ale moze w drodze
            wyjatku... kolejny odcinek....
            CZ
            I.
            • Gość: zulia WESOŁYCH ŚWIĄT DLA SZCZURA. IP: 62.121.73.* 20.12.01, 20:06
              SZCZURZE ŻYCZĘ CI WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, ŻEBYŚ MIAŁ DUŻO SERA, ŁADNĄ NORKĘ I
              ŻADNYCH KOTÓW W POBLIŻU zulia@poczta.gazeta.pl
              • szczurbiurowy Życzenia OD Szczura 20.12.01, 21:09
                Dziekuje za życzenia.
                I nawzajem. Niech kazdemu spełni się jego marzenie. Życzę wszystkim
                błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia.

                Co do kolejnego odcinka: będzie niebawem. Jak już pisałem, w mojej branży
                koniec roku to 40 % rocznych obrotów (ale nie sprzedaję choinek ani karpi :))i
                miałem ostry wyścig. Teraz już koniec, od poniedziałku biorę urlop do 5 go
                stycznia (hurra !) i nadrobię zaległości.

                Szczur Biurowy
                www.szczurbiurowy.republika.pl
                • Gość: ajk Re: Życzenia OD Szczura IP: 192.168.0.* 07.01.02, 15:54
                  ?????????????????
                  Nadrabiaj, chłopie, nadrabiaj!!!!! Byle dużo i prędko!!!
                  • quont Jeszcze!!!!!! 09.01.02, 15:35
                    Jeszcze!!!!!!
                    Nie dawaj się prosić.
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 09.01.02, 22:32
        No wiec bylo tak : pojechalem na narty,ale wykitrasiłem się zlodzonej
        nawierzchni naszej wspaniałej, pięknej, ukochanej Drogi Polskiej przy wyjeździe
        z Zakopca. Złamałem rękę i teraz piszę to jednym palcem :(
        W zwiazku z czym, Szanowna Publiczności, najbliższy odcinek Pana Zbyszka
        zamiast być opublikowanym dzisiaj będzie opublikowany w przyszłym tygodniu w
        okolicach poniedziałku.
        A jak się fajnie wracało prowadzac jedną ręką samochod przez te śniegi !
        Ale ja pamietam sylwestra 1978/79 więc dobra nasza. Mam nadzieję że rząd
        Millera Dobrodzieja uwolni nas od kłopotów z zimą zmieniając nazwy pór roku i
        od zaraz będziemy mieć lato. Wszyscy lepiej się poczujemy, notowania wzrosną,
        ceny spadną, nastąpi powszechna szczęśliwość, nie mówiąc już o średniej cenie
        litra uniwersalnego środka płatniczego i kłopotach z Radą Polityki Pieniężnej.

        Czego (wzorem Kisiela) sobie i Państwu życzy

        Jednoręki Szczur Biurowy, przyjaciel wszystkich drogowców
        www.szczurbiurowy.republika.pl/
        • Gość: inka Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 09.01.02, 23:42
          Kochany Szczurze!
          Dobrze że żyjesz, dzięki Tobie może to forum nie zemrze...
          A która ręka Ci się rozsypała? Bo jednym palcem u lewej ręki to możesz i do
          przyszłego tygodnia nie zdążyć....
        • ergil Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu 11.01.02, 18:34
          Szczurze, zdrowiej, bo tu ludzie usychają z tęsknoty za rozjeżdzającymi się
          nogami Generała, oraz maszyną odśnieżającą USS Pan Zbyszek (chyba raczej ORP
          Pan Zbyszek).
          Pmysł mam. Może byś tak otwarł linię 0-700 i zamiast nadwyrężać rękę -
          opowiadał chętnym??
          :-)
        • Gość: Tashi Szczurzysko kochane! IP: 195.117.179.* 14.01.02, 01:17
          ...a może znajdzie sie jakiś szczurofil z miejsca, w którym mieszkasz i pomógłby Tobie w pisaniu? Może jakies miłe headhunterki, co maja duzo czasu :-))).
          Pozdrawiam i życzę szybkiego zdrowienia
          Tashi
          • Gość: Renka Re: pisz szczurku biurowy, pisz, czekamy! IP: *.home.cgocable.net 16.01.02, 07:38
            Swietnie napisana historia nasza wspolczesna.
      • szczurbiurowy Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 12 30.01.02, 00:18
        Dzisiaj będzie krócej, bo piszę jedną łapą. Do lekarza boję się iść, bo jeszcze
        mają zapasy pavulonu ;)
        Zagłosujcie na nieustającą listę przebojów, bo się zresetowała i jestem na 50
        miejscu zamiast na 1, jak było do tej pory. Link do kliknięcia na końcu.


        Część 12

        Przez pewien czas Pan Zbyszek nie wiedzial czy prowadzenie biznesu będzie dalej
        możliwe. Troche się przestarszyl tym pałowaniem na poczatku stycznia, potem
        okazało się, że na wszystkich padł blady strach bo po domach chodziła IRCha i
        kosiła kary za niemienie albo za mienie zbyt dużej ilości chleba, mięsa, wódki
        papierosów, niepotrzebne skreślić. Pan Zbyszek przysiadł na tyłku i postanowił
        przeczekać, ale z forsą było krucho. Gdyby chociaz można było jeździć na
        taksówce! Ale komuchy wstrzymały ruch prywatnych samochodów, a jak od połowy
        lutego można było jeżdzić to okazało się że w dni parzyste jeżdżą samochody z
        parzystymi numerami na końcu, a w nieparzyte z nieparzystymi. Jak Pan Zbyszek
        przeczytał to w Trybunie Ludu, to od razu pomyślał że trzeba zrobić coś z
        nieparzystością. Ten cholerny Jaruzel jak zwykle musiał coś wymysleć żeby
        zwykli ludzie mieli gorzej.
        Miał znajomego blacharza na Powązkach, z warsztatem obok cmentarza. Zamówił u
        niego dodatkowe tablice rejestracyjne. Woził je w bagażniku i zmieniał zgodnie
        z datą kalendarza. Taksówek jakoś nie zatrzymywali.Ryzyko było – gdyby go
        zatrzymali w dzień parzysty i pokazałby dowód rejestracyjny to okazałoby się że
        sfałszował dokumenty. No ale trudno.
        Produkcja w piwnicy szła pełną parą. Wykupił cały ocet w okolicy, butelki
        zajmowały połowę schronu. Cukru jeszcze starczyło, drożdże skombinował
        poprzednią metodą. Dystrybucja przez plac Zbawiciela i Rondo Wiatraczna
        działała, warunki były w miarę stabilne. Trzeba było wrócić do mięsa, bo
        klienci mogli sobie znaleźć innych dostawców. Postanowił ruszyć się wreszcie –
        mercedes był już zarejestrowany, jeżdzić można było, uniwersalny środek
        płatniczy w wystarczającej ilości. Zbliżała się Wielkanoc, trzeba było działać.
        Ruszył zaraz po zakończeniu godziny milicyjnej. Jechał na Ostrołękę. W
        samochodzie były wieńce, które kupił na Bródnie. Gdy dojechał do Pipścinowa,
        parę kilometrów przed Ostrołęką zjechał w bok, w polną drogę. Na lekkim
        pagórku, w zasnieżonym polu, stało gosdpodarstwo pod dwiema topolami. W stodole
        od dawna nie było siana, ale warsztat stolarski, prowadzony na lewo, jak
        wszystko.
        Załadował do karawanu trumnę wybitą w środku blachą, przykrył wieńcami i ruszył
        dalej. Trumna była solidna, dębowa, musiała wystarczyć na długo. Blacha była
        cynkowa.
        Jechał spokojnie, nikt go nie zatrzymywał. Dopiero przed Siedlacami trafił się
        znudzony patrol, ale okazało się, że oni chcieli się podwieżć do koksownika.
        Jak zobaczyli karawan, tylko machnęli reką, żeby jechał dalej.
        Dobra nasza – pomyślał Pan Zbyszek. Zatarłby ręce z radości, ale bał się puścić
        kierownicę, bo było ślisko.
        Śnieg był taki sobie, nie to co w 79, ale zawsze. Dojechał do mechanika, u
        którego zawsze się zatrzymywał. Tam już czekał towar, zgromadzony przez te
        półtora miesiąca. Miał ze soba pieniądze, zwinięte w rulon i schowane wokół
        cholewy gumofilca. Jak by go rewidowali to by nie znaleźli.
        Załadował mieso do trumny, przenocował i ruszył z powrotem. Ruszał nie bez
        obaw, bo przez ten czas od ostatniej podróży mogło się pozmieniać. Jaruzel w
        telewizorze się namarszczał, ale koksowniki były dalej takie same.
        Dziupla była ZGK na Woli . Wjechał tam karawanem pod wieczór, do godziny
        milicyjnej było kupę czasu. Wyładował mięso z trumny, wyjał trumnę i wieńce,
        załadował mięso z powrotem i pojechał do domu.
        Zamrażarka stała w schronie. Władował tam urobek i poszedł spać.

        Zrobił objazd klientów. Witali go z radością, nie znaleźli sobie innego
        dostawcy, nawet nie szukali. U jednego klienta stukał do drzwi, w końcu
        otworzyła sąsiadka i zza łańcucha powiedziała że klienci sa internowani –
        oboje, dzieci u rodziny. W drugim domu gospodyni posadziła go przy stole,
        rozliczali się przez chwilę, bo od ostatniego razu była mu winna za kilogram
        karkówki. A potem ni z tego ni z owego zapytała czy nie przechowałby gościa
        przez jakiś czas, bo tam gdzie teraz jest to się mu meta pali, no i dopóki ne
        znajdzie się czegoś nowego, to może by on...
        Pan Zbyszek zaczął się mocno drapać w mózg. Wprawdzie wszystko było
        konspiracją, ale z drugiej strony nie wiedział, czy może narażać biznens.Pomóc
        człowiekowi trzeba, bo pewnie esbecja już tam opija zwycięstwo.
        - Ale to nie Bujak ? – upewnił się
        - Nie, skąd, to tylko taki zwykły.... Ruski
        - Ruski ?!!
        - No.... dezerter...
        - Z Armii Czerwonej ?
        - Tak
        - I długo już tak ?
        - Sprzed stanu...
        - Jak go złapią to kula w łeb ?
        - Tak.
        Dezerter był mały, niski, w okularkach. Przedstawił się „Wołodia” i usiadł przy
        kuchennym stole.Wołodia jak Wołodia. Wyglądał na przestraszonego. Oczy
        powiekszone okularami. Nie skupiał wzroku na twarzy Pana Zbyszka, tak jakby
        obawiał się na niego spojrzeć.Gospodyni podawała herbatę w szklankach. Rosjanin
        był chyba zadomowiony, podawał cukier i łyżeczki.
        Wołodia miał plecak, w nim jakieś ubranie i książki, i gitarę. Gdy wszedł do
        schronu za Panem Zbyszkiem i rozejrzał się oczy mu błysneły zza okularów.
        Podszedł do kotła na którym pyrkotał zacier, fachowym gestem podgarnął opar –
        Spirt ? – Spirt – potwierdził Pan Zbyszek. Poszedł na górę, wziął pościel z
        szafy, koc, zaniósł na dół. Dezeter już się zagospodarował. Obejrzal już chyba
        instalację, gdy Pan Zbyszek wszedł ogladał butelki z octem rozstawione
        szeregami na podłodze, przygotowane do wylania do kratki ściekowej. Oglądal
        etykiety butelek
        - Szto tu napisano ? - spytał
        Pan Zbyszek wziąl od niego butelke i przeczytał
        - Ocet spirytusowy 9 procent
        Rzucił mu pościel i poszedł na górę.

        Rano zajrzał do niego. Wołodia pisał coś . Gdy Pan Zyszek zjawił się na dole
        poderwał się od stołu i jakby niesmiało pokazał mu zapisaną kartkę z zeszytu.
        Pan Zbyszek ujął w dwa palce. Rosyjskim charakterem pisma łacińskie litery.
        Wzory chemiczne.
        - Co to jest ?
        - No, recept. Kak sdiełat spirt iz uksusu, iz octa.
        Pan Zbyszek przyjrzał się kartce, wyglądała niepozornie, ale czuł, że trzyma w
        garści żyłę złota.

        CDN
        www.szczurbiurowy.republika.pl/
        Zagłosuj na moją stronę klikając na link nlp.wp.pl/glosuj/?url=http%3A%
        2F%2Fszczurbiurowy%2Erepublika%2Epl%2F
        • pingu Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 12 30.01.02, 09:47
          Wszelki Duch....
          Juz sie chyba nikt nie spodziewal, ze Szczur przemowi, a tymczasem... Niech
          zywi nie traca nadsziei!
          A do lekarza zabraniam Ci chodzic - zlamana lapa to nie jest smiertelna
          choroba, a wezwanie pomocy doraznej moze sie takowa okazac. Zreszta polecam
          weterynarza. Mowie powaznie, niedawno moim znajomym zdarzylo sie przydepnac
          wlasnego kota, coz, nieszczesliwy wypadek. Zapakowali natychmiast zwierzaka do
          samochodu i w srodku nocy pojechali do kliniki weterynaryjnej. Tam potraktowano
          to bardzo powaznie, natychmiast zrobioono przeswietlenie, analize krwi i inne
          takie, nastepnie kociak dostal krloplowkle (!!!), przelezal do nastepnego dnia,
          kiedy byla juz pewnosc, ze nie ma obrazen wewnetrznych i mozna go bylo zabrac
          do domu.
          A moja kolezanka w 'ludzkim' szpitalu spedzila cala noc pod kroplowka na izbie
          przyjec, bo nie oplacalo sie jej polozyc do lozka na oddziale. A rano znudzony
          lekarz zapytal, czy chce na ten dzien zwolnienie, czy pojdzie do pracy!

          Wnioski nasuwaja sie same. Tylko kliniki weterynaryjne. Moze w dodatku nie maja
          tam pavulonu.

          Zycze szybkiego zrosniecia lapki.
          • Gość: baloo Re: do pingu IP: *.ne.ch 30.01.02, 10:47
            Maja !

            podobno sluzy do usypiania zwierzat (tak przynajmniej mi powiedziano).
            I byc moze nie lubia szczurow, nawet tych milych, biurowych.
          • Gość: MareK Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 12 IP: *.waw-bem.leased-e.ids.pl 30.01.02, 16:25
            A co się dziwisz.... przezież zwierzaki nie maja ubezpieczenia społecznego.
        • ergil Recepta 30.01.02, 13:16
          Szczurku!
          Tylko, na litosc boska, nie podawaj tej recepty na "spirt iz octa". Cale forum
          padnie na twarz. Polak potrafi, wiec sie pewnie wezma ludzie za eksperymenty.
          Zaden pavulon nie bedzie potrzebny. Sami sie zalatwia.
          Ergil
          (zwolenniczka piwa. Z chmielu)
        • Gość: nigers Re: Pan Zbyszek i poczatki kapitalizmu cz. 12 IP: *.eds.de 01.02.02, 09:15
          Szczurze kochany, wiecej i czesciej!! Nie daj sie prosic!! Please!!!!!!!!
      • Gość: KROPPO COŚ TAKIEGO :-))) IP: *.peerte.com.pl 01.02.02, 12:03
        Przecież to doskonała proza, a nie opowiastka, jak sądziłem na początku. Czyta
        sie to z tchem zapartym, a fabułka wciąga niezmiernie. Kiedy pojawi się ciąg
        dalszy? zachchęcamy, czekamy, gratulujemy :-)))
        • Gość: Baloo Re: Do KROPPO IP: *.ne.ch 01.02.02, 13:45
          Witamy, witamy w klubie AS (Anonimowych Szczuroholikow). Uprzedzam : z tego
          nalogu juz sie, bracie, nie wyciagniesz, a okresy "na glodzie" bywaja
          dluuuugie :o)
          • Gość: Scampi Re: Do KROPPO IP: *.SBI.COM 04.02.02, 12:44
            Cale szczescie, ze jestesmy dopiero na poczatku lat 80 tych.. czyli jest
            jeszcze 20 latek do opisania:) Wyobrazcie sobie co moglo sie wydarzyc w nowych
            warunkach III RP....toz dopiero scena dla obrotnych przedsiebiorcow:)
            Pozdrawiam
            • Gość: halina Re: Do Szczura B. IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 05.02.02, 16:56
              Acha, a tak to sie wierna publike olewalo i milczalo sobie przez dluuugie
              tygodnie. A jak sie spadlo na 50 pozycje, to po ratunek do wiernych
              czytelnikow ("glosujcie, bo spadlem!!!"):-)
              I zadne zlamane lapy nie sa tu wymowka wystarczajaco dobra, ale strach przed
              lekarzami rozumiem...
              Pozdrowienia i szybkiego "wylizania sie" zycze
              H.
              • szczurbiurowy Re: Do Szczura B. 05.02.02, 17:26
                Wcele nie olewalem, tylko ciezko zarabiałem na chleb (z masłem).
                Ale teraz sie poprawie - w czwartek nowy odcinek, słowo !
                A propos - czy jest wsrod szanownej publicznosci jakis inzynier chemik ? Jesli
                tak to niech sie skontaktuje. Mam mały klopot z aparaturą chemiczną :)
                Nieustajacy konkurs Szczura Biurowego trwa : temu czytelnikowi, którego głos
                podciągnie mój sajt na Nieustajacej Liscie Przebojów (www.nlp.wp.pl) do
                pierwszego miejsca będzie zadedykowany odcinek !
                Pozdro dla wszystkich

                Szczur Biurowy
                www.szczurbiurowy.republika.pl

                Gość portalu: halina napisał(a):

                > Acha, a tak to sie wierna publike olewalo i milczalo sobie przez dluuugie
                > tygodnie. A jak sie spadlo na 50 pozycje, to po ratunek do wiernych
                > czytelnikow ("glosujcie, bo spadlem!!!"):-)
                > I zadne zlamane lapy nie sa tu wymowka wystarczajaco dobra, ale strach przed
                > lekarzami rozumiem...
                > Pozdrowienia i szybkiego "wylizania sie" zycze
                > H.

                • wpich Re: Do Szczura B. 12.02.02, 20:21
                  szczurbiurowy napisał(a):

                  > Wcele nie olewalem, tylko ciezko zarabiałem na chleb (z masłem).
                  > Ale teraz sie poprawie - w czwartek nowy odcinek, słowo !
                  > A propos - czy jest wsrod szanownej publicznosci jakis inzynier chemik ? Jesli
                  > tak to niech sie skontaktuje. Mam mały klopot z aparaturą chemiczną :)
                  > Nieustajacy konkurs Szczura Biurowego trwa : temu czytelnikowi, którego głos
                  > podciągnie mój sajt na Nieustajacej Liscie Przebojów (<a href="www.nlp.
                  > wp.pl)">www.nlp.wp.pl)</a> do
                  > pierwszego miejsca będzie zadedykowany odcinek !
                  > Pozdro dla wszystkich
                  >
                  > Szczur Biurowy


                  Który czwartek miałeś na myśli?
                • Gość: kirst39 Re: Do Szczura B. IP: 212.244.77.* 19.02.02, 13:04
                  Dopierow lutym 2002 r. zacząłem śledzi/c przygody pana Zbyszka.
                  Pozdrowienia dla Szczyra B. teraz idę zagłosowac na jego stronę.
                  narazka
                  kirst39

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka