Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    kijaszek w mrowisko

    IP: 195.187.102.* 21.10.02, 11:32
    No tak, obawiam się, że to będzie kijaszek w mrowisko... Ale tak się składa,
    że mam wokół siebie sporo tych młodych wykształconych, a sama jestem...
    hmmm... stara i wykształcona. Poza tym jestem na świeżo po lekturze
    dzisiejszej Wyborczej, więc trudno, niech już będzie ten kijaszek.
    Młodzi, wykształceni, chętni do pracy, ze znajomością języków obcych, tak?
    Tacy, co to (w dość łzawej jak na moją ulubioną gazetę opowieści) po kilka
    razy oglądają filmy w oryginale, żeby doskonalić język? Bo ja wiem, czy to
    tak znowu strasznie pomaga...
    Prawda jest ponura: bez względu na to, ile języków wpisuje się w odpowiedniej
    rubryczce cv czy resume (co kto woli hehe), rzeczywista znajomość tych
    języków jest najcześciej właśnie taka, że film trzeba obejrzeć i z dziesięć
    razy, żeby coś z niego zrozumieć. Trudno, let's face it: nie najlepiej u nas
    uczą języków i osobiście nie znam nikogo, kto dzięki kursom opanowałby język
    w stopniu uzasadniającym mówienie o proficiency przy ubieganiu się o pracę.
    Naprawdę niepokojące jest zresztą coś innego: nawet dłuuugi pobyt za granicą
    wcale tej proficiency nie gwarantuje.
    Pracuję sobie od trzech miesięcy - ja, stare babsko, w dodatku postać
    liryczna i na ogół niechętnie zatrudniana, bo samotna matka... Dla zabawy
    bardziej niż z innych powodów napisałam na kolanie cover letter i resume,
    przyniosłam do firmy, która poszukiwała kogoś takiego jak ja (oczywiście za
    pośrednictwem ogłoszenia w GW hehe), i następnego dnia zostałam formalnie
    przyjęta do pracy. Na dwuletni kontrakt, oczywiście, tak to teraz bywa - ale
    jednak. W dodatku kontrakt w tej akurat firmie (bo ja wiem, czy to można
    nazwać firmą... no, w każdym razie pracodawca jest w skali baardzo
    międzynarodowej) - więc kontrakt ten otwiera drzwi do kolejnych kontraktów, i
    tak ad infinitum (niech żyje Irlandia, to tak na marginesie). Dlaczego mi się
    tak udało? Ano dlatego, że ja naprawdę znam ten nieszczęsny angielski...
    Pierwszym moim zadaniem po podjęciu pracy było - niestety - odesłanie tych
    około 200 aplikacji (Polacy nie gęsi, hehe, za mojej młodości "aplikacja"
    znaczyła coś zupełnie innego), jakie pozostały po zatrudnieniu mnie i mojego
    obecnego sąsiada z pokoju. Odsyłanie wiązało się z wkładaniem tych papierków
    w koperty, więc chcąc nie chcąc czasami coś tam przeczytałam. O rany, i ci
    ludzie uważają, że świetnie znają język...?! A stanowisko, o jakie się
    ubiegali, wymagało tej znajomości na poziomie near native, jesli wręcz nie
    native proficiency (dla jasności: urodziłam się i wychowałam w Wawie i mam
    zamiar w stosownym momencie tutaj umrzeć).
    Tyle jeśli chodzi o te nieszczęsne języki obce. Tylko jeszcze jedna mała
    uwaga na temat zapału i chęci do pracy. Mój wspomniany sąsiad z pokoju to
    ktoś, kogo śmiało zaliczyć można do takich właśnie "młodych". Zapału ma
    mnóstwo: od rana do końca dnia pracy wydzwania ze służbowego telefonu po
    całym kraju oraz do wszystkich sieci komórkowych, bo załatwia sobie remont
    mieszkania. Wykorzystuje rzecz jasna fakt, że trzecia osoba w biurze - szef
    za ścianą - nie rozumie ani be ani me po polsku, a ja oczywiście nie
    podkabluję... no bo nie podkabluję, niestety, choć skądinąd żal mi tego
    biedaka szefa, porządny obcokrajowiec z niego. Co gorzej, sąsiad poza owym
    zapałem wykazuje się znajomością angielskiego w stopniu wyjątkowo miernym jak
    na gościa, który podobno 10 lat siedział w Ameryce. Ale za to niewątpliwie
    jest młody i nawet ma tytuł magistra czegoś tam, bodajże zarządzania
    (ostatnio zaczęło mi się wydawać, że innych magistrów już nie ma...
    magistrowie czegoś innego, jeśli jeszcze istniejecie, odezwijcie się!!!).
    Pracy szukał przez pół roku (chyba "zaledwie pół roku"?), choć taki wysokiej
    klasy fachowiec.
    A wniosek? proszę bardzo: a dajcie wy mi święty spokój z tą super znajomością
    języków, super fachowością i chęciami do pracy!
    Obserwuj wątek
      • brenya Re: kijaszek w mrowisko 21.10.02, 11:50
        Witaj Jotembi.

        Wydaje mi sie, ze masz swieta racje. Mnostwo w pieknym naszym kraju ludzi
        bieglych w sztuce konwersacji w jezykach wszelakich. Jak angielski to
        tylko "biegly", "proficient" - nie zaden tam "zaawansowany"! Biegly i kropka.

        Ktoz by sobie wpisal w CV "angielski sredni" lub "angielski musze-jeszcze-sie-
        duzo-nauczyc"? A potem rozmawiam z jednym takim i zastanawiam sie, jakie trzeba
        miec wysokie mniemanie o sobie, zeby to dukanie, bledy, slownictwo na poziomie
        przedszkolaka i akcent od ktorego uszy bola, nazywac pieknym, plynnym, bieglym
        angielskim. Smiech na sali. Ech... Szkoda gadac.
        • Gość: jotembi Re: kijaszek w mrowisko IP: 195.187.102.* 21.10.02, 12:00
          Hehe, brenya, widzę że wiesz, co mam na myśli... A myślałam, że najpierw
          posypią się na mnie gromy... THX brenya, to krzepiące, że ktoś widzi to tak
          samo jak ja!
          • Gość: Asia Re: kijaszek w mrowisko IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 21.10.02, 13:42
            Swego czasu miałam za zadanie sprawdzić właśnie tę deklarowaną biegłość w
            posługiwaniu się angielskim u młodych, chętnych i prężnych kandydatów na
            stanowisko, na którym ten angielski naprawdę był niezbędny. Ze sterty ponad 500
            CV wybrałam tylko te, gdzie stało jak wół, że biegły ten angielski jest.
            Przepytałam chyba około 15 osób. Pytania były banalne, na poziomie: jak
            spędzasz wolny czas, i dlaczego takie studia wybrałeś: ot, żeby na początek
            przekonać się, czy kandydat ma tę swobodę wypowiadania się, a nie zestresować
            od razu z grubej rury. No i co się okazało? Jeden kolega, na zadane przeze mnie
            pytanie, zdaje się właśnie o ten czas wolny, najpierw długo na mnie patrzył, a
            potem zapytał: ale czy ja mam odpowiedzieć po angielsku? (spytał, oczywiście,
            po polsku. Wyraziłam swoje zdumienie, a na to on oświadczył, że myślał, że
            chodzi o to, żeby rozumieć, a nie żeby jeszcze w tym jakże obcym języku,
            odpowiadać. Miał, oczywiście ukończone wyższe studia, bo tego wymagało
            stanowisko. Reszta co prawda mówiła, ale już w pierwszym zdaniu błąd na
            błędzie, i to raczej taki dość kardynalny. Najlepsza okazała się być
            Białorusinka, która poza tym mówiła jeszcze biegle po rosyjsku i po polsku -
            bez śladu akcentu. także też bym z tymi językami nie przesadzała...
            • brenya Re: kijaszek w mrowisko 21.10.02, 14:25
              Kurcze. Czyli jednak. Jak czlowiek wpisze do CV, ze angielski b. dobry, albo
              zaawansowany to nie ma szans, aby jego CV nie powedrowalo do kosza. Ty wybralas
              wszakze tylko tych, ktorzy napisali "biegly"!

              A ja sie nie odwaze przeciez napisac "angielski biegly" bo nie jestem native-
              speakerem! Ciekawe ile razy przez to moje CV zostalo odrzucone? Chyba musze
              zmienic taktyke :)
              • Gość: Asia Re: kijaszek w mrowisko IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 21.10.02, 14:33
                Ja wybrałam same "biegły", bo niestety specyfika pracy wymagała znajomości
                języka na naprawdę bardzo wysokim poziomie. I to jeszcze z potencjałem
                intelektualno - językowym sugerującym, że dana osoba zdoła szybko opanować
                niezwykle trudny, ubezpieczeniowy żargon, w którym będzie się musiała swobodnie
                poruszać (w kontaktach z nativami). A sama mam wpisane w CV bardzo dobry
                angielski - bo taki właśnie jest. Teraz jestem w trakcie procesu
                rekrutacyjnego, gdzie tak naprawdę po raz pierwszy musiałam to "bardzo dobry"
                udowodnić. jak dotąd, włącznie z moim obecnym miejscem pracy, angielski jest
                bardzo mile widziany w CV, ale zupełnie niewykorzystywany na co dzień.
            • Gość: Notakjest Re: kijaszek w mrowisko IP: *.schleupen.de / 10.2.2.* 31.10.02, 14:04
              Witam .

              Mylse ze ogolna sytuacja w kraju i poziom mozliwosci droga Pani powoduje ze
              mlodzi ludzie tak reaguja. A gdzie ma sie wybic mlody czlowiek, u Pani moze ?
              Mysle ze sposoby rekrutacji w Polsce sa odzwierciedlniem mentalnosci tego
              narodu, pasuje jak ulal "Nie z grubej rury ... ", " Wolny czas ...". Szczerze
              mowiac to Pani powinna sie poczuwac zeby w niego zainwestowac i wyslac go na
              nauke. Gdzie przeciez, chyba Pania stac tylko przepytywac -> Do Polskich Nagran
              prosze.

        • Gość: LUCY Re: kijaszek w mrowisko IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.10.02, 13:51
          Od pięciu lat pracuje w banku jako analityk. Do dnia dzisiejszego nie potrafię
          zrozumieć po co praconikowi banku język obcy jeżeli w ciągu tych pięciu lat
          tylko raz pomagałam turyście z Węgier znależć bankomat. Owszem podstawowa
          znajomość zawsze moe okazać się użyteczna ale na niektórych stanowiskach
          wymagania pracodawcy w tym zakresie są czystą fikcją. A propos
          artykyłu: "dochrapałam się" w swoim zakładzie pracy stanowiska specjalisty,
          pracowałam po godzinach i w dni wolne bez wynagrodzenia, zabierałam robotę do
          domu, zawsze dyspozycyjna i na zawołanie, dokształacałam się, dziecko u
          dziadków. I co?? Nowy dyrektor potrzebuje miejsca dla swojego protegowanego
          więc wręczono mi wypowiedzenie z dnia na dzień. Szukam pracy, właśnie
          odpowiadam na oferty, ale samopoczucie mam jak wyciśnięta i wyrzucona do śmieci
          cytryna. Lucy
          • Gość: mouchi Re: kijaszek w mrowisko IP: 195.136.95.* 21.10.02, 16:34
            Gość portalu: LUCY napisał(a):

            > Od pięciu lat pracuje w banku jako analityk. Do dnia dzisiejszego nie
            potrafię
            > zrozumieć po co praconikowi banku język obcy jeżeli w ciągu tych pięciu lat
            > tylko raz pomagałam turyście z Węgier znależć bankomat. Owszem podstawowa
            > znajomość zawsze moe okazać się użyteczna ale na niektórych stanowiskach
            > wymagania pracodawcy w tym zakresie są czystą fikcją. A propos
            > artykyłu: "dochrapałam się" w swoim zakładzie pracy stanowiska specjalisty,
            > pracowałam po godzinach i w dni wolne bez wynagrodzenia, zabierałam robotę do
            > domu, zawsze dyspozycyjna i na zawołanie, dokształacałam się, dziecko u
            > dziadków. I co?? Nowy dyrektor potrzebuje miejsca dla swojego protegowanego
            > więc wręczono mi wypowiedzenie z dnia na dzień. Szukam pracy, właśnie
            > odpowiadam na oferty, ale samopoczucie mam jak wyciśnięta i wyrzucona do
            śmieci
            >
            > cytryna. Lucy

            witaj w klubie.
            a z tymi jezykami to jest roznie rowniez w drugą stronę.
            wielokrotnie zdarzylo mi się, że poszukując pracy byłam przepytywana z języka
            angielskiego, który akurat znam na poziomie proficiency. niestety osoby które
            mnie przepytywały, znały język na poziomi podstawowym i szybko uciekały do
            polskiego. więc poziom specjalistów od przepytywania zarówno u headhunterów jak
            i HR'ach firm jest zwykle żałosny (to moje doświadczenia).
            • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 21.10.02, 19:00
              Hehe, też prawda... Mnie przepytywał mój obecny szef, któremu teraz pomagam
              pisać różne rzeczy po angielsku, bo jemu to zdecydowanie gorzej idzie. Ale
              moja znajomość języków przydaje się na codzień nie tyle szefowi, co
              programowi, w którym pracuję, i musi to być znajomość na poziomie near native
              + słownictwo specjalistyczne z dość popapranej dziedziny. Takie były wymagania
              wobec kandydatów na to stanowisko, i w tym przypadku akurat słusznie. A
              ludzie, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie, znali języki (w niektórych
              przypadkach włącznie z polskim) na poziomie niższym od czegoś, co się nazywa
              TOEFL (hehe, tak mi się jakoś życie układało, że nigdy nie zdawałam żadnych
              tego typu egzaminów, hurra). Jasne, że w niektórych przypadkach ten wymóg
              znajomości języków jest mocno na wyrost, a kiedy indziej znów sprawdzający tą
              znajomość sam powinien się jeszcze duuużo nauczyć. Ale to wszystko niewiele
              zmienia w moim ogólnym wniosku z pierwszego posta...
              • Gość: 74299135 odnośnie TOEFLa IP: proxy / 62.29.253.* 31.10.02, 16:58
                małe sprostowanie: nie istnieje coś takiego, jak "znać angielski na poziomie
                TOEFL". Widać, że go nie zdawałaś. Zdając TOEFLa dostajesz po prostu jakąś
                ilość punktów i to wszytko. Egzaminu nie można "oblać" ani "zdać".

                A potem pracodawca (czy może częściej szkoła wyższa, gdzie zdajesz) patrzy, czy
                twoja ilość zdobytych punktów jest wystarczająca.
              • Gość: Wojtek, 60 Re: kijaszek w mrowisko IP: *.look.ca 02.11.02, 17:58
                Jotembi

                Dziekuje za wspanialy tekst. Mieszkam w Kanadzie od 12 lat, przyjechalem tutaj
                bez znajomosci angielskiego ( zato z niezlym francuskim i rosyjskim ).
                Caly czas ucze sie angielskiego i pracuje w anglojezycznym srodowisku.
                Mimo to moj angielski okreslilbym jako mierny i oczywiscie jestem rozpoznawany
                jako imigrant jak tylko otworze usta. Nie musze juz prosic o wolne i wyrazne
                mowienie ale tutaj ludzie prawie zawsze dostosowuja wyrazistosc i predkosc
                swojej wypowiedzi do jezykowego poziomu rozmowcy.
                Doszedlem do wniosku ze tylko dziecko moze sie nauczyc biegle mowic ( podobno
                przed osiagnieciem wieku dojrzewania )

                Na koniec - bardzo krzepiace jest to ze my,seniors, mozemy skutecznie konkurowac
                z zadufana mlodzieza.

                Jak mawiaja Anglicy - stariki wsjech stran - sojediniajties!

                Truly yours

                Wojtek, 60
                • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 02.11.02, 20:07
                  witaj Wojtku, wielkie dzięki za twój wpis!!! dziwnie się tu zaczęło ostatnio
                  robić, jeśli czytałeś do końca, to wiesz, co mam na myśli... więc tym bardziej
                  się cieszę, że są i tacy, którym się coś z mojego pisania podoba!
                  co do nauki języków przez dzieci, to oczywiście masz rację - ja angielskiego
                  nauczyłam się właściwie w ciągu półrocznego pobytu w USA, kiedy miałam 10
                  lat... z tamtych czasów pochodzi swoboda porozumiewania się, reszta to już
                  tylko coraz większy zasób słów (no i doroślejszy styl hehe)
                  ale pod tym właśnie względem dzisiejsza młodzież ma lepiej niż my i
                  prawdopodobnie zdoła też wreszcie pokonać te polskie kłopoty z nauką języków:
                  oni mają teraz nieograniczony dostęp do żywego języka, coś, czego my w ich
                  wieku nie mieliśmy ani troszeczkę. oby tylko nie przesadzali z tymi kursami
                  hehe
                  a moje dziecko (teraz 11), które nie wystawiło jeszcze nosa poza tzw. basen
                  Morza Śródziemnego (czyli okolice, w które średnio zamożny Polak może pojechać
                  na wakacje), posługuje się angielskim znacznie swobodniej, niż można by się
                  spodziewać po osobie, która przez jeden zaledwie rok wymęczyła się na szkolnym
                  kursie... zabrałam dziecię z tego kursu po tym, jak pani lektorka usiłowała
                  wmówić kursantom, że "papuga" po angielsku to "Papagei". dziecię teraz
                  zawzięcie surfuje, czyta różne dziwne dzieła w oryginale (jest fanką mangi
                  czyli japońskiego komiksu...) i slowly but surely zdobywa proficiency
                  wystarczającą na codzień, a pewno i na rozmaite egzaminy. kolejny dowód, że
                  wcale nie muszą to być kursy językowe
      • Gość: zenobia Re: kijaszek w mrowisko IP: *.interecho.com / 192.168.3.* 23.10.02, 17:59
        Jotembi, pytałaś o innych magistrów, proszę bardzo - skandynawistyki (i komu to
        potrzebne w obecnych czasach skoro króluje angielski). Z doświadczeniem różnym
        i nie z kategorii "są młodzi, dobrze wykształceni, znają języki ...". Znam
        języki, mam studia takie, szkołę owaką, podyplomówkę siaką. I sama nie wiem co
        się porobiło - niekompetentni szefowie, którzy boją się wykwalifikowanych
        pracowników posiadających rzeczywiste kompetencje. Jak czasem wysyłałam CV, to
        znaczy przepraszam, życiorys zawodowy, to do głoiwy mi nie przyszło, żeby pisać
        angielski - biegły. A może tak trzeba. Tak czy inaczej gratuluję pracy, ja
        ciągle jeszcze szukam, może znajdzie się szef ryzykant... Kijaszek został
        włożony w mrowisko, ale coś ci młodzi nie dyskutują.
        • Gość: autor Re: kijaszek w mrowisko IP: *.acn.waw.pl 23.10.02, 18:49
          Ja, obawiam się, jestem magistrem mocno pospolitym: skończyłem prawo w nie tak
          znowu dawnych czasach, kiedy mówiło się, że to przepustka do Edenu. Dupa, nie
          Eden. Ale chciałem raczej o szefach matołach. Moje doświadczenie zawodowe jest
          raczej krótkie, niemniej jednak zdążyłem już zacząć się zastanawiać, czy
          przypadkiem to, co spotkałem do tej pory na swojej drodze zawodowej nie stanowi
          normy. Otóż: mój pierwszy szef - tzw. główny, czyli prezes, był alkoholikiem z
          tendencją do bycia pijakiem (pije, bo musi, ale do tego zachowuje się tak,
          jakby leżał w rynsztoku). Moja bezpośrednia szefowa była jego kochanką, i na
          tym jej kompetencje zawodowe się kończyły (zero wiedzy merytorycznej, zero
          języków obcych, poza francuskim, ale w dość specyficznej, podbiurkowej
          formule). Mój drugi prezes zapowiadał się bosko: trzy języki, klasa sama w
          sobie, ą i ę. Tylko potem okazało się, że ubóstwia zapraszać specjalnie
          wyselekcjonowane pracownice na kolację ze śniadaniem. A jeszcze potem, że
          zatrudnił swoją dupę w firmie. A jeszcze potem, że robił dramatyczne przekręty
          finansowe. No fakt, pijakiem nie był. Za to obecny jest. Tylko klasy
          poprzedniego mu brakuje. No i jakiejkowlwiek wiedzy merytorycznej, choćby z
          zakresu hodowli i karmienia żab. Problem jest jeden: każdy z szeregowych
          pracowników tej firmy byłby w stanie lepiej nią pokierować niż banda tych
          matołów u władzy. Ale to oni koszą nieprawdopodobne pensje, każąc nam cieszyć
          się z tego, że w ogóle pracę jakąkolwiek mamy. A praca pod rządami takich ludzi
          jest - co tu dużo gadać - koszmarem. Tylko gdzie znaleźć inną: i to już nawet
          nie o kasę chodzi, ale o satysfakcję z pracy pod kierownictwem wartościowych
          ludzi, od których można by się czegoś nauczyć (poza tym jak chlać wódę przez
          cały dzień tak, żeby móc jeszcze chlać przez całą noc). Pozdrowionka!
          • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 23.10.02, 19:11
            magistra prawa też miło powitać, pamiętam te czasy... one się może niedawno
            skończyły, ale za to wstecz trwały baaardzo długo, prawo do była elita hehe
            swoją drogą wyobrażam sobie, jak cierpisz z tymi prezesami, ja się o takie
            stwory tylko czasami ocieram pół-służbowo i już mi pod gardło podchodzi!
            • Gość: autor Re: kijaszek w mrowisko IP: *.acn.waw.pl 23.10.02, 19:15
              Ja się "ocieram" każdego dnia o prezesową "światłość", zmuszając się do
              uśmiechu i epatowania radością. Można się, zasadniczo, wyrzygać. A Ty też
              koleżanka po prawniczym fachu?
              Pozdrowionka
          • Gość: qqq Re: kijaszek w mrowisko IP: *.acn.waw.pl 29.10.02, 10:23
            Gość portalu: autor napisał(a):

            > Ja, obawiam się, jestem magistrem mocno pospolitym:
            skończyłem prawo w nie tak
            > znowu dawnych czasach, kiedy mówiło się, że to
            przepustka do Edenu. Dupa, nie
            > Eden. Ale chciałem raczej o szefach matołach. Moje
            doświadczenie zawodowe jest
            > raczej krótkie, niemniej jednak zdążyłem już zacząć się
            zastanawiać, czy
            > przypadkiem to, co spotkałem do tej pory na swojej
            drodze zawodowej nie stanowi
            > Taaaa...
            Ten list dużo wniósł do dyskusji.........
            > normy. Otóż: mój pierwszy szef - tzw. główny, czyli
            prezes, był alkoholikiem z
            > tendencją do bycia pijakiem (pije, bo musi, ale do tego
            zachowuje się tak,
            > jakby leżał w rynsztoku). Moja bezpośrednia szefowa
            była jego kochanką, i na
            > tym jej kompetencje zawodowe się kończyły (zero wiedzy
            merytorycznej, zero
            > języków obcych, poza francuskim, ale w dość
            specyficznej, podbiurkowej
            > formule). Mój drugi prezes zapowiadał się bosko: trzy
            języki, klasa sama w
            > sobie, ą i ę. Tylko potem okazało się, że ubóstwia
            zapraszać specjalnie
            > wyselekcjonowane pracownice na kolację ze śniadaniem. A
            jeszcze potem, że
            > zatrudnił swoją dupę w firmie. A jeszcze potem, że
            robił dramatyczne przekręty
            > finansowe. No fakt, pijakiem nie był. Za to obecny
            jest. Tylko klasy
            > poprzedniego mu brakuje. No i jakiejkowlwiek wiedzy
            merytorycznej, choćby z
            > zakresu hodowli i karmienia żab. Problem jest jeden:
            każdy z szeregowych
            > pracowników tej firmy byłby w stanie lepiej nią
            pokierować niż banda tych
            > matołów u władzy. Ale to oni koszą nieprawdopodobne
            pensje, każąc nam cieszyć
            > się z tego, że w ogóle pracę jakąkolwiek mamy. A praca
            pod rządami takich ludzi
            >
            > jest - co tu dużo gadać - koszmarem. Tylko gdzie
            znaleźć inną: i to już nawet
            > nie o kasę chodzi, ale o satysfakcję z pracy pod
            kierownictwem wartościowych
            > ludzi, od których można by się czegoś nauczyć (poza tym
            jak chlać wódę przez
            > cały dzień tak, żeby móc jeszcze chlać przez całą noc).
            Pozdrowionka!
        • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 23.10.02, 19:07
          witaj zenobia, jak miło spotkać mgr nie-zarządzania!!! skandynawistyka super
          branża moim zdaniem (choć pewno niedochodowa, fakt) - oświeć mnie proszę,
          który z języków tzw. skandynawskich w to wchodzi? nie pytam tak zupełnie z
          czystej ciekawości tylko, może bym coś dla ciebie miała (jeśli szukasz roboty
          oczywiście)...
          • uscitizen Czy tylko jezyki obce?! 23.10.02, 20:41
            Cha, cha kilka strzalow w sedno w postach przedmowcow....
            Kiedys wdalem sie w ostra utarczke na innym forum w kwestii" mlodych,
            wyksztalconych i wladajacych biegle 5 jezykami".
            Otoz, ja wladam biegle 2 jezykami. Polskim i angielskim.
            Wyjechalem z Polski "za mlodu", skonczylem studia w USA, jestem juz tu 20 lat.
            Owszem, wladam biegle angielskim, choc czasem i ja robie bledy i mowie z
            akcentem.
            Nigdy jednak nie zrozumiem, jak 25 letni czlowiek moze wladac biegle 5
            jezykami, jesli nie jest geniuszem lingwistycznym?
            A tak nawiasem: Mowimy o jezykach tutaj, a ja mysle, ze to "rozciaga sie "
            takze i na inne dziedziny, nie tylko jezyki obce...
            • jotembi Re: Czy tylko jezyki obce?! 23.10.02, 22:17
              a pewnie, że nie tylko języki obce, obywatelu zaprzyjaźnionego mocarstwa...
              ogólnie rzecz biorąc, mój kijaszek w mrowisko jednak przynosi pewne rezultaty
              hehe
              a błędy robi każdy, oczywiście, we wszystkim zresztą - i chwała bogu, życie
              wśród ideałów byłoby koszmarem. pytanie tylko, jak bardzo native są te błędy
              taa, masz rację powątpiewając w tych 25-letnich geniuszy. jak tak sobie na to
              patrzę, to mi wychodzi, że mój post jest właściwie obroną/apoteozą starości
              (no, prawie starości ;))
              • uscitizen Re: Czy tylko jezyki obce?! 24.10.02, 00:22
                ..to jeden z powodow, dla ktorych tak dobrze czuje sie w USA.
                Mam 41 lat i tu zawodowo jestem "mlodzikiem", cha, cha !
                Przy generacji baby boomers wchodzacej w wiek emerytalny, przy sredniej wieku
                zatrudnionego szacowanej w r. 2006 na 53 lata....
                Chlopczyk jestem !
                Do tego histeryczna wrecz dbalosc o unikanie dyskryminacji, takze ze wzgledu na
                wiek.
                Moj prawnik rzucil sie jak sep na ogloszenie Pepsi Coli o naborze do pracy , w
                ktorym Pepsi napisala, ze kandydaci nie moga miec powyzej 35 lat.
                Niestety, ogloszenie ukazalo sie w Polsce i ewentualna akcja prawna musialaby
                by przeprowadzona tam. Mimo ze firma jest amerykanska.
                Nauczylibysmy ich rezonu w przeciwnym razie.
                Jotembi, kobieta ma tyle lat na ile wyglada, ale Ciebie nie widze ;-)))
                No wiec rzuc jakis przedzial czasowy jesli mozesz, cha cha !!!
                • jotembi Re: Czy tylko jezyki obce?! 24.10.02, 04:27
                  mogę rzucić nie tylko przedział, ale nawet konkret, bo ogromnie się z niego
                  cieszę (jestem starsza niż kiedykolwiek planowałam hehe, więc się chętnie
                  chwalę): rocznik 54, czyli całe 48... nieźle, co?
                  w necie na ogół brzmię młodziej, ale to zasługa moich małpich zdolności
                  naśladowczych...
                  • uscitizen Re: Czy tylko jezyki obce?! 24.10.02, 16:03
                    jotembi napisała:

                    > mogę rzucić nie tylko przedział, ale nawet konkret, bo ogromnie się z niego
                    > cieszę (jestem starsza niż kiedykolwiek planowałam hehe, więc się chętnie
                    > chwalę): rocznik 54, czyli całe 48... nieźle, co?

                    > Mlodosc, mlodosc !!!!!
                    Pozdro ;-))))
                  • Gość: Jan 1954 - annee exceptionnelle IP: *.hispeed.ch 28.10.02, 01:38
                    jotembi napisała:

                    > jestem starsza niż kiedykolwiek planowałam
                    Pamiętasz piosenkę "Za 30 parę lat" ?
                    Wtedy liczyłem, ile będę miał lat w 2000 (bo chciałem dożyć do tych
                    fantastycznach czasów), wychodziło, że chyba tak, lecz nie mogłem sobie
                    wyobrazić w tak dziwnym wieku ;-)

                    > się chętnie
                    > chwalę): rocznik 54, czyli całe 48... nieźle, co?
                    > w necie na ogół brzmię młodziej, ale to zasługa moich małpich zdolności
                    > naśladowczych...

                    Nie dziwię się, że się chwalisz, przecież 1954, to annee exceptionnelle, jak
                    piszą w katalogach win. Coś wiem o tym, sam jestem z niego.

                    Mieszkam w Szwajcarii, tu często szukają gościa do 35, z 10-letnim
                    doświadczeniem w sprzedaży produktów istniejących od 5 lat. Teraz piszą o wieku
                    trochę rzadziej, a - za wyłączeniem "dam do towarzystwa" - używają forma
                    męskiej i żeńskiej.

                    Na marginesie: popełniłem kiedyś artykuł na podobny temat:
                    www.gazeta-it.pl/archiwum/15/paranoja.html
                    W międzyczasie firma padła i nie jest łatwo...
                    A tę gazetkę polecam - są fajne teksty o pracy w różnych aspektach.

                    Skądinąd: languages are my hobby :-)
            • brenya Re: Czy tylko jezyki obce?! 24.10.02, 11:13
              uscitizen napisała:

              > Nigdy jednak nie zrozumiem, jak 25 letni czlowiek moze wladac biegle 5
              > jezykami, jesli nie jest geniuszem lingwistycznym?

              Mysle, ze wiek nie ma tu znaczenia. Jesli ktos jest geniuszem lingwistycznym to
              moze wladac 5 jezykami i w wieku 15 lat. Znam jedna taka osobe, tez prawnik :)
              Ale to tylko jeden przyklad.
              • uscitizen Bieglosc = bieglosc ? 24.10.02, 16:01
                Oczywiscie, wiek tu nie ma znaczenia.
                Niedawno podawano w GW polska liste plac, byla tam jakas partyjniaczka z SLD
                bodajze ( jakas komisja?) czy cos takiego- wyksztalcenie podstawowe i biegla
                znajomosc 4 jezykow....
                Wiesz co to jest bull shit??? Wlasnie to...
                Biegla znajomosc jezyka to dla mnie umiejetnosc rozmowy na KAZDY temat w tym
                jezyku, bez zastanawiania sie nad doborem slow, umiejetnosc tlumaczenia z/ na ,
                umiejetnosc plynnego czytania oraz pisania bez nalecialosci i zapozyczen z
                polskiego w formulowaniu mysli i formowaniu zdan, umiejetnosc poslugiwania sie
                idiomami, umiejetnosc zrozumienia np. Chinczyka dukajacego po angielsku ( dobry
                test znajomosci angielskiego).
                Ja osobiscie dodatkowo rozpoznaje po minucie rozmowy, czy gosciu jest z
                Alabamy, Teksasu, Nowej Zelandii czy z Irlandii Polnocnej.
                No ale tego nie wymagalbym juz, nie przesadzajmy ;-))
                A teraz kwestia standardu:
                Jesli kandydat ( do pracy powiedzmy) posluguje sie jezykiem w taki sposob, to
                zrozumiale ze uwaza sie za osobe mowiaca "biegle".

                • brenya Re: Bieglosc = bieglosc ? 28.10.02, 10:58
                  uscitizen napisała:

                  > Oczywiscie, wiek tu nie ma znaczenia.
                  > Niedawno podawano w GW polska liste plac, byla tam jakas partyjniaczka z SLD
                  > bodajze ( jakas komisja?) czy cos takiego- wyksztalcenie podstawowe i biegla
                  > znajomosc 4 jezykow....
                  > Wiesz co to jest bull shit??? Wlasnie to...
                  > Biegla znajomosc jezyka to dla mnie umiejetnosc rozmowy na KAZDY temat w tym
                  > jezyku, bez zastanawiania sie nad doborem slow, umiejetnosc tlumaczenia z/
                  na ,
                  >
                  > umiejetnosc plynnego czytania oraz pisania bez nalecialosci i zapozyczen z
                  > polskiego w formulowaniu mysli i formowaniu zdan, umiejetnosc poslugiwania
                  sie
                  > idiomami, umiejetnosc zrozumienia np. Chinczyka dukajacego po angielsku (
                  dobry
                  >
                  > test znajomosci angielskiego).
                  > Ja osobiscie dodatkowo rozpoznaje po minucie rozmowy, czy gosciu jest z
                  > Alabamy, Teksasu, Nowej Zelandii czy z Irlandii Polnocnej.
                  > No ale tego nie wymagalbym juz, nie przesadzajmy ;-))
                  > A teraz kwestia standardu:
                  > Jesli kandydat ( do pracy powiedzmy) posluguje sie jezykiem w taki sposob,
                  to
                  > zrozumiale ze uwaza sie za osobe mowiaca "biegle".
                  >


                  To moze sie powtorze, znam tylko jednego (slownie: jednego) czlowieka, ktory
                  biegle zna 5 jezykow (ma 27-8 lat). Oprocz niego nie spotkalam jeszce ZADNEJ j
                  osoby-Polaka, ktora biegle mowilaby chocby w jednym jezyku. Jak na razie
                  bieglych spotykalam tyko Anglikow i Amerykaninow (ale to chyba nie dziwi ;).

                  Ja nie znam wszystkich angielskich idiomow, zdarza mi sie spotkac rowniez
                  slowo, ktorego nie znam - dlatego nie okreslam swojej znajomosci jezyka
                  jako "biegla", natomiast smialo moge powiedziec, ze rzadko zdarza mi sie
                  rowniez spotkac osobe, ktora mowi po angielsku lepiej niz ja. A tu jak na zlosc
                  wszyscy jak jeden maz wpisuja sobie do CV - biegly angielski. Ja chyba jestem
                  glupia, albo naiwna.
                  • uscitizen Re: Bieglosc = bieglosc ? 28.10.02, 20:47
                    Prawdopodobnie jeste po prostu "starej daty" , niekoniecznie bedac stara ;-)))
                    Uwazasz, ze w warunkach totalnego falszu, hpokryzji i zaklamania obowiazuja
                    jeszcze jakies normy i reguly.
                    Ale coz, moze sie nauczysz a moze nie bedzie Ci to potrzebne do niczego ?
                    Majac okazje czasami obserwuje "bieglych" w angielskim Polakow. Ostatnio bylo
                    to przy okazji osob, ktore przyjechaly do USA z programem Work & Travel na
                    wakacyjna wymiane. Sa to na ogol niedawni absolwenci lub studenci starszych lat
                    studiow. Pozwol ze nie skomentuje angielskiego wiekszosci z nich, natomiast
                    uwazam ze i polski sporej czesci wymaga ogromnej pracy...
                  • Gość: Jan Amerykanie i inni IP: 62.2.123.* 29.10.02, 00:48
                    brenya napisała:

                    > Jak na razie
                    > bieglych spotykalam tyko Anglikow i Amerykaninow (ale to chyba nie dziwi ;).
                    1. Po polsku mówi się "Amerykanów" ;-)
                    2. Dziwi. Biegle mówią - zwłaszcza po angielsku - przedstawiciele "małych"
                    narodów, jak Holendrzy, Szwedzi, czy Norwegowie. Na politechnice w Trondheim na
                    wyższych latach używane są podręczniki głównie po angielsku, bo dla paru
                    tysięcy ludzi nie opłaca się wszystkiego tłumaczyć. Na uczelni w Holandii
                    wykładowca spokojnie może mówić po angielsku, nikogo to nie zdziwi. Anglicy
                    jeszcze... Ale Amerykanie? Przecież to wszyscy inni mówią ich językiem, więc po
                    co mieliby się jakiegoś uczyć? Chyba, że chodziło Ci o angielski, ale po polsku
                    to też w Polsce sporo mówi.

                    > Ja nie znam wszystkich angielskich idiomow...
                    Jak byłem młody i naiwny, słuchałem, jak koledzy chodzący do EMPiKu na
                    angielski mówili, że ktoś mówi "perfekt". Wprowadzało mnie to w kompleksy.
                    Teraz wiem, że nie ma czegoś takiego, jak znajomość języka "perfekt",
                    ani "wszystkie idiomy". Gdy czytam o nowych polskich zwrotach w Gazecie, widzę
                    że nie znam też wszystkich idiomów po polsku.
                    A rozmowa na dowolny temat? Z dowolnym native speakerem? Tzn. o footballu
                    australijskim, mikrobiologii, opcjach giełdowych i prawie międzynarodowym? O
                    handlu narkotykami dialektem z South Central LA z naleciałościami hiszpańskimi?
                    Bez przesady.

                    A jeśli ktoś się spotkał z niemieckim w różnych regionach Niemiec, a jeszcze
                    lepiej Szwajcarii, w której jest ok. 15 dialektów z wariantami, też nie będzie
                    marzył o kompletnej znajomości języka :-(
                    • brenya Re: Amerykanie i inni 29.10.02, 10:32
                      Przepraszam za tych "Amerykaninow". Kurcze, jakos mi sie samo napisalo... :)

                      Potwierdza to tylko teze, ze nawet swojego ojczystego jezyka trzeba sie wciaz
                      uczyc, tym bardziej jezyka obcego.

                      Z reszta Twojego postu zgadzam sie w 100%. Pojecie bieglosci jest wzgledne.
                      Uwazam, ze bez wzgledu na poziom jaki sie osiagnelo w jezyku warto sie dalej
                      ksztalcic i nie spoczywac na laurach. A opowiesci o ludziach, ktorzy juz
                      wszystkie rozumy pozjadali i sa biegli az do bolu - mozna miedzy bajki wlozyc.
                      A jezeli ktos stwierdzil, ze jest juz tak biegly, ze juz sie nie musi uczyc i
                      nie korzysta ze slownikow - no coz... mysle, ze jest to jedynie potwierdzeniem
                      jego ignorancji w temacie.
                      • Gość: Jan Perfekcja ;-) IP: *.hispeed.ch 29.10.02, 10:48
                        Dzieci w szkole myślą, że jak się nauczą wszystkiego, co "pani" opowiada i co
                        jest w podręcznikach, będą wiedzieli "wszystko". Potem się okazuje, że to
                        wszystko jest coraz większe - najpierw rozczarowanie, a potem stwierdzenie, że
                        trzeba z tym żyć.
                        Ja znam parę języków, niektóre dość "biegle" ;-)
                        Niemiecki jest niezłym przykładem - znasz? Nie mówię już o dialektach
                        szwajcarskich, to inna historia. Ale raz gdy w niemieckiej telewizji był wywiad
                        z bawarskim narciarzem, spiker powiedział, że był to "Originalton Süd",
                        sugerując, że w Hamburgu niekoniecznie to zrozumieli. Potem musiało przyjść
                        parę telefonów, bo jeszcze w trakcie audycji przepraszał czerwony, że nie
                        chciał nikogo obrazić. A że nie było to dla wszystkich Niemców zrozumiałe, to
                        fakt. Więc można tylko łyżeczką wybierać ocean - ale jeśli woda smaczna... :-)
                        • uscitizen Re: Perfekcja ;-) 29.10.02, 19:26
                          Jesli bedziesz chcial rozciagac pojecie "bieglosci" w nieskonczonosc, to
                          zauwaz, ze i w polskim nie bedziesz do konca biegly tak samo jak nie bedziesz
                          biegly w zadnym z jezykow.
                          Moznosc poslugiwania sie jezykiem "bez zagladania do slownika" to kolejne
                          nieporozumienie- ja zagladam do slownika polsko-angielskiego/angielsko -
                          polskiego, Webstera, Slownika Wyrazow Obcych i kilku innych niemal codziennie.
                          Klopoty zaczna sie, gdy przestane to robic.
                          Natomiast nie widze nic zdroznego w stwierdzezniu, ze miara znajomosci jezyka
                          moze byc "umiejetnosc swobodnej rozmowy na kazdy temat". Tak, moge rozmawiac o
                          futbolu amerykanskim z kibicem, moge rozmawiac o polowaniu na krokodyle w
                          Australii i o kostrukcji Verrezano Bridge.
                          Co nie oznacza, ze jestem ekspertem w tych dziedzinach. Po prostu mam
                          wystarczajacy zasob slow by na kazdy z tych tematow prowadzic swobodna
                          rozmowe,bez koniecznosci przerywania jej szperaniem w slownikach.
                          Pozdrawiam.
                          Pozdrawiam
                          • Gość: Jan Re: Perfekcja ;-) IP: *.hispeed.ch 29.10.02, 20:29
                            uscitizen napisała:

                            > Natomiast nie widze nic zdroznego w stwierdzezniu, ze miara znajomosci jezyka
                            > moze byc "umiejetnosc swobodnej rozmowy na kazdy temat". Tak, moge rozmawiac
                            o
                            > futbolu amerykanskim z kibicem, moge rozmawiac o polowaniu na krokodyle w
                            > Australii i o kostrukcji Verrezano Bridge.
                            A o futbolu australijskim ;-) (podobno inny - no idea)
                            O krykiecie?
                            Można na wiele tematów, ale każda próba objęcia "wszystkich" to abstrakcja.
                            Nie wiem, czy podałeś Twoją specjalność, ale w informatyce np. jest mnóstwo
                            skrótów, powstających non-stop. Jeszcze bardziej dotyczy to słownictwa
                            prawniczego - tu nie podjąłbym się tłumaczenia dokumentu, który ma znaczyć
                            dokładnie to samo, a nie prawie dokładnie.

                            Mi chodziło głównie o pokazanie, że poznawanie jednego (w tym polskiego)
                            języka, to zadanie na życie, zwłaszcza, że to uciekający cel. A i tak trzeba go
                            jakoś używać.

                            Zmiana tematu: perfekcjonizm może być blokadą.
                            Przyjechali do nas (do Szwajcarii) dwaj młodzi - jeden uczył się języka wiele
                            lat i wiedząc, że nie jest doskonały - a nikt nie jest ;-) - nie otwierał buzi,
                            a drugi zaczynał od równoważników zdań w stylu "Marlboro bitte". Pierwszy nie
                            zrobił żadnych postępów, drugi tak.
              • Gość: Maksym Re: Troszke inny jezyk - niemiecki IP: *.ostrowiec.dialup.inetia.pl 25.10.02, 21:27
                Dzisiaj dostalem po dupie, jesli chodzi o moja znajomosc niemieckiego. Wlasnie wrocielem z rozmowy z jednym panem
                prezesem, w sprawie pracy w Dziale Ksiegowosci. Firma Star Trucks, powiem szczerze. Od 99 r. rzadzi tam MAN
                Nutzfahrzeuge AG. Rozmowa przeszla gladko do momentu, kiedy kazal mi rozlozyc na czynniki pierwsze - naturalnie
                po niemiecku - elementy bilansu, rachunku zyskow i strat, omowic roznice miedzy nimi. Moje slowotworcze sa dosyc
                duze, lecz moje wersje, np. wartosci niematerialnych i prawnych wzbudzily tylko w nim usmiech na twarzy.
                Potrzebuja goscia z biegla ksiegowa terminologia niemiecka do wspolpracy z innymi fabrykami koncernu. Moim
                zdaniem nie znajda go w calych Starachowicach i okolicach. Rowniez z powodu placy: 1100 netto. Jezeli jara, was
                taka praca i spelniacie powyzsze warunki, walcie tam smialo. Pozdr.
                • brenya Re: Troszke inny jezyk - niemiecki 29.10.02, 14:54
                  Gość portalu: Maksym napisał(a):

                  > Dzisiaj dostalem po dupie, jesli chodzi o moja znajomosc niemieckiego.
                  Wlasnie
                  > wrocielem z rozmowy z jednym panem
                  > prezesem, w sprawie pracy w Dziale Ksiegowosci. Firma Star Trucks, powiem
                  szcze
                  > rze. Od 99 r. rzadzi tam MAN
                  > Nutzfahrzeuge AG. Rozmowa przeszla gladko do momentu, kiedy kazal mi rozlozyc
                  n
                  > a czynniki pierwsze - naturalnie
                  > po niemiecku - elementy bilansu, rachunku zyskow i strat, omowic roznice
                  miedzy
                  > nimi. Moje slowotworcze sa dosyc
                  > duze, lecz moje wersje, np. wartosci niematerialnych i prawnych wzbudzily
                  tylko
                  > w nim usmiech na twarzy.
                  > Potrzebuja goscia z biegla ksiegowa terminologia niemiecka do wspolpracy z
                  inny
                  > mi fabrykami koncernu. Moim
                  > zdaniem nie znajda go w calych Starachowicach i okolicach. Rowniez z powodu
                  pla
                  > cy: 1100 netto. Jezeli jara, was
                  > taka praca i spelniacie powyzsze warunki, walcie tam smialo. Pozdr.


                  Nic sie Maxym nie martw. Wydaje mi sie, ze nie ma sie czym zalamywac. Tak to
                  juz jest, ze kazde srodowisko pracy ma swoj wlasny dialekt, nieznany
                  niejednokrotnie nawet dla native speakera. Przeciez takze Polacy czesto nie
                  rozumieja co znacza wartosci niematerialne, prokura, kapital zakladowy i inne
                  tam. To nie wstyd, ze nie znasz tych wyrazen po niemiecku. I nie swiadczy to w
                  zaden sposob o Twojej znajomosci tego jezyka. Swiadczy tylko tyle, ze nie
                  miales okazji zapoznac sie z tym wyspecjalizowanym slownictwem.

                  Facet, ktory przyjmowal Cie do pracy powinien ocenic Twoja ogolna znajomosc
                  jezyka i ocenic, czy bedziesz w stanie nowe slownictwo przyswoic sobie w miare
                  szybko. Tak to sie odbywa. W kazdej firmie. Slownictwa mozna sie nauczyc b.
                  szybko. Dzien, dwa, potem juz praktyka.

                  Glowa do gory i zycze udanych polowan.
                • Gość: Maksym Re: Troszke inny jezyk - niemiecki IP: *.ostrowiec.dialup.inetia.pl 04.11.02, 00:57
                  Gość portalu: Maksym napisał(a):

                  > Dzisiaj dostalem po dupie, jesli chodzi o moja znajomosc niemieckiego. Wlasnie
                  > wrocielem z rozmowy z jednym panem
                  > prezesem, w sprawie pracy w Dziale Ksiegowosci. Firma Star Trucks, powiem szcze
                  > rze. Od 99 r. rzadzi tam MAN
                  > Nutzfahrzeuge AG. Rozmowa przeszla gladko do momentu, kiedy kazal mi rozlozyc n
                  > a czynniki pierwsze - naturalnie
                  > po niemiecku - elementy bilansu, rachunku zyskow i strat, omowic roznice miedzy
                  > nimi. Moje slowotworcze sa dosyc
                  > duze, lecz moje wersje, np. wartosci niematerialnych i prawnych wzbudzily tylko
                  > w nim usmiech na twarzy.
                  > Potrzebuja goscia z biegla ksiegowa terminologia niemiecka do wspolpracy z inny
                  > mi fabrykami koncernu. Moim
                  > zdaniem nie znajda go w calych Starachowicach i okolicach. Rowniez z powodu pla
                  > cy: 1100 netto. Jezeli jara, was
                  > taka praca i spelniacie powyzsze warunki, walcie tam smialo. Pozdr.


                  Dla dociekliwych podaje adres strony firmy: www.star.pl Pytac o Pana Andrzejewicza. Pozdr.
            • Gość: darek Re: Czy tylko jezyki obce?! IP: NTPROXY* / 170.118.157.* 05.11.02, 17:33
              Mam bardzo podobne wrazenia. Czytajac wiele forum dochodze do wniosku, ze
              wszyscy Mlodzi Gniewni absolwenci uplasowali sie w 10% najlepszych studentow
              swojego roku; skonczyli najlepsze uczelnie w kraju; wiedze zawodowa i
              profesjonalizm wyssali z mlekiem matki. Az strach pomyslec co ma robic
              przecietnie zdolny i inteligentny czlowiek? A zreszto, dobrze ze ja znam 2
              jezyki perfekt i jestem super profesjonalny, to nie musze sie tym przejmowac.
          • Gość: zenobia Re: kijaszek w mrowisko IP: *.interecho.com / 192.168.3.* 25.10.02, 17:41
            jotembi napisała:

            > oświeć mnie proszę,
            > który z języków tzw. skandynawskich w to wchodzi?
            Ciekawej roboty zawsze szukam. Tak się złożyło, a to długa historia, że
            podstawowym jest piękny język norweski (egzotyka prawda?, zdarzały się
            smakowite kąski w tłumaczeniach z duńskiego (one, norweski i duński, są całkiem
            w piśmie podobne, jak trzeba daję sobie radę tłumacząc z norweskiego, duńskiego
            i szwedzkiego, he, he i na dodatek sprawia mi to przyjemność.
            Pozdrówka
            • jotembi Re: do zenobii! 25.10.02, 22:14
              a to super, sprawdzę coś tylko i tutaj wpiszę dla ciebie wiadomość - jakoś tak
              po weekendzie
      • Gość: CASPER Re: kijaszek w mrowisko IP: *.clan.pl 24.10.02, 11:57
        Po pierwsze: wkurza mnie że każdy za przeproszeniem dupek na najgłupsze
        stanowisko wymaga znajomości języka, którego później nigdy nie użyję
        Po drugie: przerażają mnie te hordy "młodych, prężnych, ambitnych, znających
        języki" - choć sama mam 24 lata, wyższe wykształcenie (i nadal się uczę)i
        (tylko?) 4 lata doświadczenia zawodowego, to w porównaniu z nimi wypadam blado
        (bo może jestem mniej prężna i w końcu znam tylko 1 język obcy - poziom,
        hmmm... zaawansowany? średni? )
        Po trzecie: dzięki Bogu pracuję i na razie nie muszę rozsyłać milionów CV, bo
        co wtedy? Kłamać (o, przepraszam - naginać rzeczywistość do potrzeb
        pracodawcy..)
      • Gość: maly.k A co mialbym napisac... IP: *.BrockU.CA 25.10.02, 19:45
        Kiedy ja naprawde biegly jestem? Ponadto, gdybym napisal 'w stopniu dobrym', to
        moje podanie znalazlo by sie automatycznie w przegrodce 'Przykro Nam Bardzo'.
        Aha, z teza zasadnicza akurat sie zgadzam. Uszy wiedna. Chociaz akcentu to bym
        nie fetyszyzowal. Tym, ktorzy naprawde chca posluchac, jak moze brzmiec 'mother
        tongue' niektorych anglofonow (?), polecam film 'Zelazne Magnolie', z
        oryginalna sciezka dzwiekowa.

        Pozdrawiam,

        mk. (magister-nie-zarzadzania, nie mylic z nierzadem)
        • jotembi Re: A co mialbym napisac... 25.10.02, 21:27
          jak ktoś jest biegły, to spoko, niech wpisuje!
          a co do akcentu to oczywiście masz rację, magistrze nie-zarządzania (hurraa!!!
          odzyskuję wiarę w ludzkość, jednak nie wszyscy są zarządzania...) - już lepiej
          mieć taki ogólny akcent europejski, w pół drogi między "eleganckim" brytyjskim
          a którymś z łatwiejszych amerykańskich, niż silić się na coś, co i tak
          najpewniej nie wyjdzie...
          • Gość: maly.k Ogolny Europejski... IP: *.BrockU.CA 25.10.02, 23:11
            Czy to ten uzywany przez Francuzow? Szczerze mowiac, ja sie akcentu nie
            potrafie pozbyc. Nie potrafie i juz. Nie jest lokalny i zawsze poznac, zem skad
            inad.

            Pozdrawiam,

            mk.
      • Gość: muuu jotembi kontraktor nie pisze w godzinach pracy IP: *.120-200-80.adsl.skynet.be 25.10.02, 21:48
        Gość portalu: jotembi napisał(a):
        > A stanowisko, o jakie się
        > ubiegali, wymagało tej znajomości na poziomie near native, jesli wręcz nie
        > native proficiency
        rozumiem, ze to bylo stanowisko lektora jezykow obcych ew. tlumacza bo na
        innych takiego poziomu po prostu nie potrzebuja i juz...



        > (dla jasności: urodziłam się i wychowałam w Wawie i mam
        > zamiar w stosownym momencie tutaj umrzeć).
        a co to ma do rzeczy z nauka jezykow?



        > Mój wspomniany sąsiad z pokoju to
        > ktoś, kogo śmiało zaliczyć można do takich właśnie "młodych". Zapału ma
        > mnóstwo: od rana do końca dnia pracy wydzwania ze służbowego telefonu po
        > całym kraju oraz do wszystkich sieci komórkowych, bo załatwia sobie remont
        > mieszkania. Wykorzystuje rzecz jasna fakt, że trzecia osoba w biurze - szef
        > za ścianą - nie rozumie ani be ani me po polsku, a ja oczywiście nie
        > podkabluję... no bo nie podkabluję, niestety, choć skądinąd żal mi tego
        > biedaka szefa, porządny obcokrajowiec z niego.

        jak taki porzadny to nie widzi, ze piszesz w godzinach pracy a jako kontraktor
        masz placone do godziny. niech zgadne czas na wypisanie posta wpisalas do
        tajmszitu? czym to sie rozni od postepowania kolegi bo nie widze roznicy.



        > zapałem wykazuje się znajomością angielskiego w stopniu wyjątkowo miernym jak
        > na gościa, który podobno 10 lat siedział w Ameryce.
        moze mieszkal w LA lub chinatown i mowi po mandarynsku lub hiszpansku?


        > (ostatnio zaczęło mi się wydawać, że innych magistrów już nie ma...
        > magistrowie czegoś innego, jeśli jeszcze istniejecie, odezwijcie się!!!).
        ha ha a ty od czego jestes magistrem? a moze nie jestes i zazdroscisz...
        • jotembi Re: jotembi kontraktor nie pisze w godzinach prac 25.10.02, 22:12
          uff ale męka, tyle trzeba cytować...

          > rozumiem, ze to bylo stanowisko lektora jezykow obcych ew. tlumacza bo na
          > innych takiego poziomu po prostu nie potrzebuja i juz...

          owszem, tłumacza właśnie

          > > (dla jasności: urodziłam się i wychowałam w Wawie i mam
          > > zamiar w stosownym momencie tutaj umrzeć).
          > a co to ma do rzeczy z nauka jezykow?

          a to ma do rzeczy, że ktoś tam gdzieś tam twierdził, że ludzie, którzy nie
          mieszkali całymi latami gdzieś poza pl nie mają szans na proficiency

          > jak taki porzadny to nie widzi, ze piszesz w godzinach pracy a jako
          kontraktor
          > masz placone do godziny. niech zgadne czas na wypisanie posta wpisalas do
          > tajmszitu? czym to sie rozni od postepowania kolegi bo nie widze roznicy.

          nie mam timesheetu. i mogę sobie robić co zechcę w czasie przerw. a przerwy to
          rzecz święta, bez nich przestaję funkcjonować. nikt nie jest w stanie dobrze
          tłumaczyć słowa żywego bez regularnych przerw... jak tłumaczę teksty, to i na
          forum nie zaglądam. a kolega jest asystent, przerwę ma tylko na lunch

          > ha ha a ty od czego jestes magistrem? a moze nie jestes i zazdroscisz...

          fakt, nie jestem magistrem... wydało się. jestem doktorem. nauk prawnych
          skądinąd, z zakresu kryminologii. tytułu nie używam, ze słownictwa korzystam
          dość często. ok?
          • Gość: muuu Re: jotembi kontraktor nie pisze w godzinach prac IP: *.68-136-217.adsl.skynet.be 26.10.02, 21:53
            jotembi napisała:
            > > rozumiem, ze to bylo stanowisko lektora jezykow obcych ew. tlumacza bo na
            > > innych takiego poziomu po prostu nie potrzebuja i juz...
            >
            > owszem, tłumacza właśnie

            nie moge uwierzyc, ze ktos kto nie zna jezyka pcha sie na tlumacza. choc
            pamietajac tlumaczenia na kasetach vhs moze jest cos w tym prawdy...


            > a to ma do rzeczy, że ktoś tam gdzieś tam twierdził, że ludzie, którzy nie
            > mieszkali całymi latami gdzieś poza pl nie mają szans na proficiency

            a ktos tak naprawde twiedzil? Oczywiscie kontakt z jezykiem musisz miec ale
            samo bycie nie wystarcza. no nie? BTW z jakiego jezyka tlumaczysz jesli moge
            zapytac?



            > nie mam timesheetu. i mogę sobie robić co zechcę w czasie przerw. a przerwy
            to
            > rzecz święta, bez nich przestaję funkcjonować. nikt nie jest w stanie dobrze
            > tłumaczyć słowa żywego bez regularnych przerw...

            ha ha jako dobry konsultant potrafisz uzasadnic kazda decyzje, nawet
            niekorzystna dla klienta ;o)



            >jak tłumaczę teksty, to i na
            > forum nie zaglądam. a kolega jest asystent, przerwę ma tylko na lunch

            aaa ja zrozumialem, ze pracujecie na tych samych zasadach.



            > fakt, nie jestem magistrem... wydało się. jestem doktorem. nauk prawnych
            > skądinąd, z zakresu kryminologii. tytułu nie używam, ze słownictwa korzystam
            > dość często. ok?

            ee tam sciemniasz. przecie prawo to prawie zarzadzanie. a wlasciwie jakby sie z
            kodeksem przyjzec to kazdy biznesmen cos na sumieniu ma to i kryminalistyka sie
            przyda w zarzadzaniu ;o)
            • jotembi Re: jotembi kontraktor nie pisze w godzinach prac 27.10.02, 21:12
              oj pchają się ludziska, pchają... całkowity brak samokrytycyzmu zdarza się i
              tutaj, jak wszędzie
              BTW mój główny język to angielski, a tłumaczę przede wszystkim "na", a nie "z"
              moje prawo to nie było zarządzanie (brrr), tylko prawo karne, stąd ta
              kryminologia. zresztą do panteonu (hehehe) doktorów nauk prawnych weszłam
              boczną furtką, wbrew pozorom jest to możliwe (taka sobie luka w przepisach,
              zostałam doktorem kryminologii po innym kierunku studiów, ale ta kryminologia
              jest przypisana do prawa jak chłop do ziemi w średniowieczu więc musieli mi
              zrobić dodatkowe egzaminy i dać tego dr nauk prawnych)
            • Gość: zenobia Odp dla muuu Re: jotembi kontraktor IP: *.interecho.com / 192.168.3.* 28.10.02, 17:31
              Gość portalu: muuu napisał(a):


              >
              > nie moge uwierzyc, ze ktos kto nie zna jezyka pcha sie na tlumacza. choc
              > pamietajac tlumaczenia na kasetach vhs moze jest cos w tym prawdy...
              >

              Wystarczy włączyć pudełko telewizyjne i pooglądać programy na Discovery,
              National Geografic i innych, czasem jest śmiesznie, ale mnie ogarnia smutek.
              Mam wrażenie, że niektóre programy są tłumaczone przez jakiegoś elektronicznego
              translatora i nikt nie sprawdza jakości dostarczonego tłumaczenia. Bo jak można
              nazwać dolinę krzemową doliną silikonową? A można; źle nazwać części statku,
              Gdzieś nawet notowałam przykłady, ale mi się odechciało, bo co. Będę wysyłać do
              kanałów informacje, że niezły materiał został źle przetłumaczony. Iiiii tam,
              jak mówią moi znajomi.
              Pozdrówka Zenobia
              • muuu droga zenobio! 29.10.02, 20:57
                Gość portalu: zenobia napisał(a):

                > Wystarczy włączyć pudełko telewizyjne i pooglądać
                programy na Discovery,
                > National Geografic i innych, czasem jest śmiesznie,
                ale mnie ogarnia smutek.
                >

                dlaczego czyz tlumaczenie typu:
                growing pains = rosnace bole (sitcom o dorastajacych
                dzieciach)

                czy scena 2 gangsterow, jeden trzyma 2giego na muszce
                ale nie strzela (szlachetny kurde). Gangster namierzany
                mowi:
                'you got no balls'
                ltumacz: nie masz pociskow

                nNIE JEST SMIESZNE? ;o)

          • Gość: boreus Bieglosc - kwestia definicja IP: *.sympatico.ca 27.10.02, 02:23
            jotembi napisała:

            > a to ma do rzeczy, że ktoś tam gdzieś tam twierdził, że ludzie, którzy nie
            > mieszkali całymi latami gdzieś poza pl nie mają szans na proficiency

            Hmm... Mysle, ze to kwestia definicji - t.j., co rozumiemy przez "bieglosc".
            Ja osobiscie nie wyobrazam sobie, jak mozna sie nauczyc obcego jezyka
            "biegle" (w takim znaczeniu, jak trafnie opisal to uscitizen w jednym
            z poprzednich postingow) bez pomieszkania przez pare lat wsrod ludzi
            mowiacych tym jezykiem.

            Zaryzykuje stwierdzenie, ze jest to niemozliwe.

            boreus
            • jotembi Re: Bieglosc - kwestia definicja 27.10.02, 13:29
              właściwie się z tobą zgadzam, boreus, trzeba używać języka na codzień, żeby
              zyskać tą swobodę i pewność siebie, która na takim podstawowym poziomie
              decyduje o biegłości. ale jak długo trzeba tak gadać - to już jest osobniczo
              zmienne (śliczne określenie, co? ukradłam chyba z zoologii, nie pamiętam)...
      • Gość: multo Re: kijaszek w mrowisko IP: *.katowice.cvx.ppp.tpnet.pl 26.10.02, 21:56
        mgr filozofii
      • Gość: she Re: kijaszek w mrowisko IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 28.10.02, 22:10
        Bzdura
        nie wierzę w ani jedno słowo. Może i historie o filmach w oryginale są łzawe i
        przesadzone ale gloryfikowanie się za znajomość angielskiego to chyba przesada.
        Ja sama pracuję w anglo-języcznym środowisku, wszystkie dokumenty sporządzam po
        angielsku, wśród przełożonych przeważają Anglicy itp. i posiadam międzynarodowe
        kwalifikacje zdobyte po angielsku i takich osób jak ja znam całe mnóstwo i nikt
        ich za to nie podziwia bo na pewnym poziomie biegła znajomość angielskiego to
        baza bez której nikt nawet nie będzie z Tobą gadał o całej reszcie kompetencji.
        A ta historia o cv napisanym na kolanie i zatrudnieniu na drugi dzień jest
        bardziej łzawa niż te filmy w oryginale.....można było zadbać przynajmniej o
        cień realizmu. BZDURA i to w niskim stylu!!!

        • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 30.10.02, 20:48
          hehe, czasem jednak pracuję dość intensywnie i dopiero teraz zauważyłam ten
          wpis... właściwie należałoby go zostawić bez komentarza, bo jak tak głębiej
          się wczytać, to on taki głównie agresywny, a nie merytoryczny. ale jestem w
          doskonałym nastroju, więc coś tam jednak odpowiem.
          po pierwsze: a kto tu cokolwiek gloryfikuje? mowa jest o ludziach, którzy
          przypisują sobie talenty, jakich niestety nie posiadają. i w sumie wszystko
          jedno, czy chodzi o języki (jak tutaj), czy np. o obróbkę skrawaniem (nie
          bardzo wiem, co to właściwie takiego, ale spec od obróbki skrawaniem ogromnie
          mi imponuje i jeśli się tym skrawaniem pochwali, to ja się niziutko ukłonię.
          to samo dotyczy jeszcze baardzo wielu innych dziedzin, weźmy choćby matematykę
          i to wcale nie tą najwyższą hehe)
          no i po drugie: a cóż jest ŁZAWEGO w historii o cv napisanym na kolanie i w
          błyskawicznym zatrudnieniu??? to chyba jednak nie jest odpowiednie słowo (co
          skądinąd dowodzi niezbyt dobrej znajomości języka ojczystego u większości
          rodaków, moja kolejna ukochana teza...)
          i co ja na miłość boską poradzę, że tak właśnie było? nawet jeśli komuś się to
          nie zgadza z jego/jej widzeniem świata, nie mogę dorabiać tej "odrobiny
          realizmu" do najprawdziwszej prawdy. tak się dziwnie składa, że od paru lat
          obijam się po necie dość intensywnie i ani razu nie udawałam kogoś innego (co,
          jak wiem, jest zabawą tyleż powszechną, co i - dla mnie - niezmiernie
          dziwaczną). jeśli mój obecny szef (oby żył wiecznie hehe) potrzebował 24
          godzin na podjęcie decyzji o zatrudnieniu własnie mnie, to czy naprawdę
          powinnam tworzyć tu ŁZAWĄ (o właśnie, to byłoby prawidłowe zastosowanie tego
          określenia) opowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu pracy przez ostatnie 18 lat,
          7 miesięcy i 21 dni...?
      • kreska1952 .. a teraz ja.. 29.10.02, 07:58
        Właśnie mój szef, bardzo wykształcony, a jakże, studia marketing i coś tam,
        oczywiście znajomość niemieckiego!, wpadł do pokoju z tekstem: oni(dostwcy) w
        kulki lecą!. Czy ktoś mógłby mi przetłumaczyć, co to znaczy, bo ja nie z tego
        pokolenia (szef ma latek dwadzieścia parę). Może to oznacza coś ważnego, w
        jakimś obcym języku, lub w tym jego "świetnym" niemieckim, a mój przeciętny
        niemiecki tego nie rozumie? Wyśmiewam się oczywiście i z jego poziomu
        marketingowego, jak i osobowościowego, a zarazem z tej jego pseudoznajomości
        języka, która jest tak żenująca, że to trudno opisać! Ja wpisuję sobie w CV
        znajomość dobrą, i wstydzę się, bo powinnam wpisać mierną, ale potrafię
        godzinami rozmawiać z Austriakami lub Niemcami na wszelkie w miarę popularne
        tematy. (Oczywiście ci obcokrajowcy muszą mówić dobrą niemczyzną a nie
        dialektem!). Kto ma u nas sprawdzać znajomość języka? Tacy szefowie, co sami
        nic nie umieją?
        Pozdrawiam forumowiczów, uczcie się pilnie, ale tylko dla swojej satysfakcji!
        • Gość: Jan Re: .. a teraz ja.. IP: *.hispeed.ch 29.10.02, 10:36
          kreska1952 napisała:
          > Pozdrawiam forumowiczów, uczcie się pilnie, ale tylko dla swojej satysfakcji!

          Może lepsze kiedyś wypłynie na górę?
          Poza tym kiedy naprawdę język jest potrzebny, to lepiej go znać. W końcu nie
          chodzi tylko o robienie dobrego wrażenia w firmie i awans, ale czasem o
          zrobienie czegoś konkretnego.
          Ja też latami w PRLu jeździłem palcem po mapie w wielkim atlasie i uczyłem się
          języków dla przyjemności. Było to raczej w sferze marzeń, bo "przecież nigdy
          tam nie pojadę". Inni wyciągali z tego wniosek, że uczyć się i tak nie warto,
          bo jest tak użyteczne, jak prawo rzymskie, tyle że ja lubiłem marzyć. A w końcu
          się przydało.

          BTW: Pozdrawiam kolegę ze starszej klasy, ja jestem z '54 (patrz wyżej - 1954 -
          année exceptionnelle)
          • kreska1952 ..do Jana.. 31.10.02, 08:54
            > Może lepsze kiedyś wypłynie na górę?
            Pewnie, że oliwa sprawiedliwa, itd... :)
            Zmieniłeś mi płeć, drogi Janie, ja jestem kobietą :)

            > Poza tym kiedy naprawdę język jest potrzebny, to lepiej go znać.
            Święte słowa Panie dzieju!

            Szkoda tylko, że teraz jak już wszystko można (tzn. jeździć), to warunki
            fizyczne i materialne nie takie :)

            Pozdrawiam serdecznie :))
      • Gość: ad Re: kijaszek w mrowisko IP: 157.25.139.* 29.10.02, 12:27

        Jak waszym zdaniem powinno się pisać w CV o znajomości angielskiego mając zdany
        FCE: średnio-zaawansowany, zaawansowany, dobry, bardzo dobry, płynny?
        A może należy zawyżać w górę (biegła znajomość), by nie być odrzuconym na
        wstępie, a potem i tak zmierzyć się z pozostałymi w bezpośredniej rozmowie?
        Jakie są wasze doświadczenia?

        Czy uczenie się dalsze (np. CAE) ma znaczenie dla rynku pracy (w firmach
        współpracujących z zagrannicą). Dziewczyna na kursie powiedziała nam, że w
        większości firm poziom FCE jest wystarczający, by kwestię angielskiego
        mieć "odfajkowaną"

        Pozdrowienia
        • brenya Re: kijaszek w mrowisko 29.10.02, 12:47
          Gość portalu: ad napisał(a):

          >
          > Jak waszym zdaniem powinno się pisać w CV o znajomości angielskiego mając
          zdany
          >
          > FCE: średnio-zaawansowany, zaawansowany, dobry, bardzo dobry, płynny?
          > A może należy zawyżać w górę (biegła znajomość), by nie być odrzuconym na
          > wstępie, a potem i tak zmierzyć się z pozostałymi w bezpośredniej rozmowie?
          > Jakie są wasze doświadczenia?
          >
          > Czy uczenie się dalsze (np. CAE) ma znaczenie dla rynku pracy (w firmach
          > współpracujących z zagrannicą). Dziewczyna na kursie powiedziała nam, że w
          > większości firm poziom FCE jest wystarczający, by kwestię angielskiego
          > mieć "odfajkowaną"
          >
          > Pozdrowienia


          Ja mam zdany proficiency (CPE) i zawsze wpisuje w CV angielski - zaawansowany.
          Nigdy biegly! A poziom FCE okreslilabym na dobry. Wydaje mi sie, ze zbyt wielu
          ludzi po FCE uwaza, ze wlasciwie to teraz spoczac na laurach. Z zalozenia ten
          egzemin gwarantuje, ze mozesz sie w angielskim dogadac, dogadac znaczy
          porozumiec w miare swobodnie. Do bieglosci, czy nawet zaawansowania to jeszcze
          dluuuuuga droga.

          PS. Naprawde nie chcialam nikogo obrazic :)
          • mouchi Re: kijaszek w mrowisko 30.10.02, 11:23
            brenya napisała:

            > Gość portalu: ad napisał(a):
            >
            > >
            > > Jak waszym zdaniem powinno się pisać w CV o znajomości angielskiego mając
            > zdany
            > >
            > > FCE: średnio-zaawansowany, zaawansowany, dobry, bardzo dobry, płynny?
            > > A może należy zawyżać w górę (biegła znajomość), by nie być odrzuconym na
            > > wstępie, a potem i tak zmierzyć się z pozostałymi w bezpośredniej rozmowie
            > ?
            > > Jakie są wasze doświadczenia?
            > >
            > > Czy uczenie się dalsze (np. CAE) ma znaczenie dla rynku pracy (w firmach
            > > współpracujących z zagrannicą). Dziewczyna na kursie powiedziała nam, że w
            >
            > > większości firm poziom FCE jest wystarczający, by kwestię angielskiego
            > > mieć "odfajkowaną"
            > >
            > > Pozdrowienia
            >
            >
            > Ja mam zdany proficiency (CPE) i zawsze wpisuje w CV angielski -
            zaawansowany.
            > Nigdy biegly! A poziom FCE okreslilabym na dobry. Wydaje mi sie, ze zbyt
            wielu
            > ludzi po FCE uwaza, ze wlasciwie to teraz spoczac na laurach. Z zalozenia ten
            > egzemin gwarantuje, ze mozesz sie w angielskim dogadac, dogadac znaczy
            > porozumiec w miare swobodnie. Do bieglosci, czy nawet zaawansowania to
            jeszcze
            > dluuuuuga droga.
            >
            > PS. Naprawde nie chcialam nikogo obrazic :)

            I nie obraziłaś, masz świętą rację.
            ja swojego czasu poprawiałam wszystkim expatom w firmie ich pisma, sami do mnie
            przychodzili, bo wysoko ocenili moją znajomość języka angielskiego. ja mam
            świadomość wielu braków i dlatego zawsze pisze zaawansowany. ale nie każdy umie
            być samokrytyczny.
            pzdr
            m
      • Gość: Młody Wykształcony Re: kijaszek w mrowisko IP: proxy / *.zetonet.com 30.10.02, 12:11
        Sorry stara i wykształcona, ale mam wrażenie, że wyjątkowo upraszczasz i
        uogólniasz sytuację, krzywdząc tym samym wielu młodych, których wykształcenie i
        umiejętności (również językowe) zostały (czy wciąż są) okupione niemałym
        wysiłkiem. Mam wrażenie, że twoja opinia wynika z frustracji jaką czułaś przy
        okazji rywalizacji z "młodymi" w trakcie ubiegania się o posadę (wypadasz
        gorzej od nich, więc wszystkich młodych z miejsca nazywasz przepłacanymi
        karierowiczami, których samoocena zdecydowanie przewyższa faktyczne
        umiejętności). Zabolało mnie to bo sam jestem takim właśnie młodym
        wykształconym, którego wykształcenie i kwalifikacje wynikają z wielu lat
        ciężkiej pracy, zarywania nowcy i wielu wyrzeczeń. Gratuluję ci, że świetnie
        znasz język, ale to nie daje ci prawa do tak brutalnej, publicznej oceny
        innych. Wyśmiewasz tych, którzy w CV napisali, że świetnie znają angielski,
        podczas gdy jedynie posiedli jego podstawy, cóż, żyjemy w brutalnych czasach,
        gdzie to pracodawca stawia warunki (bez względu na to czy uzasadnione z punktu
        widzenia stanowiska), więc nie ma szans zaistnieć na rynku pracy w sposób inny
        jak odpowiadając twierdząco na tak postawione wymagania wstępne.

        Co do sposobu na "ujarzmienie" języka, to nie podoba mi się to, że tak odważnie
        krytykujesz oglądanie filmów, uczestniczenie w kursach językowych itd., ja sam
        (podobnie jak tysiące młodych Polaków) od kilku lat biegam 2-a razy w tygodniu
        na kurs (co nie jest łatwe gdy masz rodzinę, pracę, studia), sporo czytam i
        oglądam, i zapewniam cię, że upór w tej kwestii i konsekwencja - gwarantują
        sukces.

        ...acha... i jeszcze jedno... skończ z tym swoim "hehe" bo mocno mnie to
        irytuje...hehe
        • Gość: anna Re: do młodego wykształconego i do starej. IP: 212.69.75.* 30.10.02, 13:29
          Popieram w całości Twoja wypowiedź, ja sama pracuje od pewnego czasu w
          środowosku ludzi starszych o kilkanaście lat , ja mam 30. Ich zawiść i
          zjadliwość po prostu mnie przeraża (większość z nich nie ma wyzszego
          wykształcenia), ja mam, widocznie to ich bardzo drazni, bo wiecznie wysłuchuje
          tekstów typu, po studiach i tego nie wie? I inne tego typu uwagi.
          Co do postu tej starej wykształconej to chciałabym tylko dodać, że ta Pani
          chyba również chyba kończyła zarzadzanie (ma taką negatywną opinię o tym
          kierunku studiów, więc doszłam do wniosku, że aby mieć negatywne opinie na
          dany temat to trzeba go dogłebnie poznać, a nie powtarzać jakieś tam
          powierzchowne opinie). Ja jestem absolwentem Wydziału Zarządzania UW, i wiedza
          zdobyta z dziedziny finansów, ekonomii, statystyki i wielu innych jakoś nie
          przeszkadza mi w pracy, więc przeciwnie, mogę z szerszej perspektywy spojrzeć
          na całą organizację pracy, kulturę organizacyjną i wiele innych aspektów z
          zakresu ZARZĄDZANIA organizacją. Ludzie, ta wiedza jest i bedzie użyteczna
          czy to się komuś podoba czy nie.
          A tak na marginiesie to mnie nigdy nie przyszłoby do głowy krytykować kogoś
          tylko dlatego że ma skończone takie a nie inne studia lub po prostu ich nie
          ma, bo ważny jest sam człowiek.
          Pogarda dla innych jest wyznacznikiem własnego zakompleksionego móżdżku, może
          Pani stara i wykształcona o tym nie wie.
          • Gość: akaWill Hej jotembi! IP: 204.60.52.* 30.10.02, 15:08
            Ale Ci sie oberwalo! Kijaszek dziala.
            Chcialem tylko powiedziec, ze nie wszyscy widza Twoja wypowiedz jako pelna
            krytyki i pogardy dla innych. Ale to juz sama wiesz na pewno.
            • jotembi Re: Hej jotembi! 30.10.02, 21:32
              thx akaVill!
              no miałam cichą nadzieję, że kijaszek zadziała, lubię się trochę pokłócić...
              szkoda tylko, że wszelkie brzydkie uczucia typu nienawiść, zawiść, pogardę
              itp. przypisują mi właśnie ci ludzie, u których dokładnie te same uczucia są
              tak doskonale widoczne...
          • jotembi Re: do młodego wykształconego i do starej. 30.10.02, 21:30
            o rany, no nie...
            ta Pani (hehe super określenie) nie kończyła zarządzania. ta Pani nie ma nic
            przeciwko zarządzaniu, ta Pani natomiast martwi się nieco nadprodukcją
            magistrów zarządzania. ale ta Pani martwi się niejako akademicko, dla sportu,
            bo ma współczujące serduszko
            ta Pani ma wykształcenie raczej dośc wyższe (hehe, gdzieś tam już była o tym
            mowa), natomiast ta Pani nie traktuje tego wykształcenia jako swego
            największego osiągnięcia i nigdy nie ocenia ludzi według dyplomów. w ciągu
            swego (jesli dobrze rozumiem sugestie zawarte w poście, na który... hmmm...
            usiłuję odpowiedzieć możliwie łagodnie nie wybuchając co chwila zdrowym
            rechotem) - a więc w ciągu swego ZBYT JUŻ DŁUGIEGO żywota ta Pani spotykała
            profesorów idiotów i naprawdę baaardzo mądre sprzątaczki po trzech klasach. na
            ogół z tymi sprzątaczkami lepiej się gada niż z... a zresztą
            ta Pani nikomu niczego nie zazdrości, tak dziwnie jest akurat ta konkretna ta
            Pani skonstruowana. natomiast co do ostatniego zdania, cytuję:

            "Pogarda dla innych jest wyznacznikiem własnego zakompleksionego móżdżku, może
            Pani stara i wykształcona o tym nie wie"

            to właściwie ta Pani powinna była zdanie to zamieścić na samym początku jako
            jedyny komentarz do tekstu, który na skomentowanie nie zasługiwał...
          • Gość: Pio Mio do młodego wykształconego i do anny o prawach IP: *.dhcp.uno.edu 31.10.02, 04:12
            Prawo do oceny innych jest prawem Boskim danym kazdemu, nie trzeba sie o nie
            ubiegac a jotembi tylko z niego korzysta, ponadto jest gwarantowane
            konstytucyjnie jako swoboda wypowiedzi. Jakie trzeba miec wyksztalcenie aby o
            tym nie wiedziec ? Chyba mlodziezowe, z zarwanymi nocami albo zarzadzanie na
            UW.

            Gdy zakladano Akademie Krakowska nie otwarto na niej wydzialu zarzadzania,
            dlaczego?, czyzby nie bylo handlu lub produkcji, nie po prostu nikt tego nie
            uwazal za dziedzine akademicka, ani ludzi co poznali handel za wyksztalconych.

            Wypowiedzi mlodych ludzi na sieci latwo poznac po uzywaniu do tlumaczenia
            wszystkich zjawisk slowa "frustracja". Tyle im zostalo z Freuda. Dopiero jak
            sie troche postarzeja to zdziwia sie sami, ze starzy nie boja sie zadnej
            konkurencji z mlodymi, bo mlodzi na dobra sprawe nie sa lepsi nawet w seksie.


            • jotembi Re: do młodego wykształconego i do anny o prawach 31.10.02, 06:43
              hehe, dzięki za wsparcie... mnie jakoś nie wypadało aż tak ostro, poza tym w
              sumie rozumiem ludzi, którzy tak piszą, zdaję sobie sprawę z tego, jak mogą
              odbierać moje teksty. ale miał być kijaszek w mrowisko no i jest
            • Gość: Młody Wykształcony Do starej wykształconej i pana Pio Mio IP: proxy / *.zetonet.pl 31.10.02, 09:38
              Pio mio - wspomniałeś coś o tym, że młodzi nie są lepsi nawet w seksie...
              ciekawi mnie skąd ta, zdecydowana opinia? próbowałeś z młodym, czy może twoja
              żona próbowała i zdała Ci relację?

              A teraz poważnie...

              Obawiam się, że nasza dyskusja coraz szybciej zmierza w zupełnie bezsensownym
              kierunku coraz odważniejszego licytowania się na zalety i wady pokoleń (my
              jesteśmy lepsi w seksie, a my szybciej biegamy, a my mamy doświadczenie, a my
              entuzjazm). Sam pracuję z środowisku, w którym zdecydowaną większość stanowią
              wspaniali ludzie w wieku 40-50 lat (nie wiem, może mam to szczęście, że
              trafiłem na tak wyjątkowy zestaw seniorów).

              Celem mojego poprzedniego posta było zaprotestowanie przeciwko cynicznym osądom
              kierowanym w stronę młodych, których jak odniosłem wrażenie próbujesz JOTEMBI
              wrzucić do jednego "marketingowego" worka. Moja ocena problemu jest jasna -
              wiek nie jest jakimkolwiek kryterium oceny "przydatności", zdolności i
              predyspozycji człowieka. Nie odważyłbym się decydować o zatrudnieniu człowieka
              na określone stanowisko mając na uwadze jedynie zużycie jego dowodu osobistego.

              Jestem święcie przekonany, że wielu młodych ludzi jest doskonale wykształconych
              i dobrze przygotowanych do wykonywania obowiązków zawodowych i drażnią mnie
              ogólne opinie typu "...nie znam innych młodych wykształconych, jak tych po
              marketingu", czy "...łażą na te kursy językowe... oglądają te filmy i po co
              to... psu na budę...", "...ej ci młodzi, zdaje się im, że wszystkie rozumy
              pozjadali".

              Jeśli jednak ktoś koniecznie chce się licytować w ten sposób, to mam dla niego
              kilka przemyśleń:

              - zastanawiam się, statystycznie jak to jest ze znajomością języka angielskiego
              w populacji ludzi starszych i młodych? ...obawiam się, że wynik jest oczywisty,

              - czy doświadczenie zawodowe (którego brak jest dla młodego niewątpliwą wadą z
              punktu widzenia pracodawcy) to rzeczywiście najważniejszy element postępowania
              rekrutacyjnego. Moim zdaniem młody pracownik posiada kilka bardzo istotnych (a
              często niedocenianych) zalet, są nimi przede wszystkim (obok wykształcenia)
              entuzjazm, zapał i świeżość która sprawia, że w stosunkowo krótkim czasie mogą
              stać się równie (a może nawet bardziej) efektywnymi pracownikami, jakimi są ich
              starsi (często "wypaleni"), doświadczeni towarzysze pracy.

              "W MŁODOŚCI SIŁA..."

              Droga JOTEMBI - chciałbym wrócić do twojego stwierdzenia, że generalnie nauka
              języka jaką prowadzą szczególnie młodzi przynosi mierne efekty, czyli nie ma
              większego sensu (brzmi dość pesymistycznie). Może i ja się załamę i zrezygnuję
              z kursu, przestanę czytać, oglądać te durne filmy i ogólnie - skończę z tym
              bezsensownym marnowaniem czasu. Chyba tak zrobię... bbbwwwwweeeeeeeee......
              choć jak dotąd miałem wrażenie, ...bbbwwweee.... chliiip...chliip... że ten
              sposób edukacji (okupiony latami wysiłków) przynosi widoczne efekty.

              Dlaczego? Podsumujmy twoje poprzednie wypowiedzi:
              - kursy w PL to lipa - szkoda czasu,
              - oryginalne filmy - hehe szkoda gadać hehe,
              - dłuższy pobyt za granicą też nie gwarantuje językowego sukcesu,

              Czyli co? Promujmy JĘZYK POLSKI, bo poznać inny... na poziomie zaawansowanym to
              rzecz nieosiągalna dla przeciętnego Polaka... Nie ma szans.

              A może znasz jakiś inny... tajemny sposób...

              Proszę powiedz... powiedz... prosimy... MY MŁODZI.... PROSIMY... ZLITUJ, ŻE
              SIĘ... I POWIEDZ...
              Jesteś przecież taka stara i doświadczona, tyle wiesz... chętnie i pokornie
              posłuchamy twoich rad...
              • Gość: akaWill Re: IP: *.snet.net 31.10.02, 15:19
                Duzo racji. Mlodziencza werwa, sila i otwartosc na nowe powinny sie mieszac
                ze "starcza" pokora, doswiadczeniem i dystansem. To troche glupie porownanie,
                ale od zarania dziejow starszyzna decydowala z kim prowadzic wojny, a walczyli
                mlodzi.
                • Gość: Pio Mio Spoko IP: *.dhcp.uno.edu 31.10.02, 19:25
                  Ostatnie zdanie dobrze podsumowuje cala sprawe (pokoleniowa)

                  W sprawie jezykow dodam ze mieszkajac juz prawie dwadziescia lat w USA widze ze
                  angielski jest wyjatkowo trudny dla Polakow, jak i zreszta wszystkich innych
                  nacji, ktorych jezyk jest oparty na lacinskiej gramatyce. Jak bylem w Polsce
                  bardzo smieszyly mnie ogloszenia o prace w ktorych domagano sie od kandydatow
                  znajomosci angielskiego a same ogloszenia zawieraly razace bledy. Prawda jest
                  jednak ze trudno poznac jezyk bez kontaktu z krajem w ktorym sie go uzywa.
                  Trudno zrozumiec Amerykanina jak sie nie wie jak sie gra w baseball lub
                  football amerykanski.

            • Gość: anna Re: do młodego wykształconego i do anny o prawach IP: 212.69.75.* 04.11.02, 13:16
              Owszem oceniać można, ale niekoniecznie trzeba ranić i obrażać przy tym ludzi,
              co do zarwanych nocy, to i owszem zdarzały się przed sesją, no chyba że
              kończyło się partyjną "matołówkę", jak to większość ze starego pokolenia, tak
              na marginesie tegoż seksu z młodymi, oczywiście, to nie wiem, bo mam stałego
              partnera troszkę starszego od siebie, więc na ten temat nie będę polemizować...
              pozdrowionka,
              • jotembi Re: do młodego wykształconego i do anny o prawach 04.11.02, 14:37
                to ja tylko tak w przelocie, dziś siedzę na tekstami więc w czasie nieco
                opóźnionej lunch break zajrzałam...
                tym razem chyba pora sparafrazować moje ukochane orzeczenie Sądu Najwyższego
                USA, wprawdzie tam chodziło o pornografię akurat, ale od biedy i tu się nada:
                otóż, w pewnych przypadkach oczywiście, rzeczona pornografia istnieje, zdaniem
                rzeczonego sądu, "in the mind of the beholder"... tak samo tutaj: jeśli ktoś
                się poczuł zraniony i obrażony, to ja mogę oczywiście wyrazić ubolewanie, ale
                skoro nie rzucałam mięsem w stronę żadnej grupy społecznej czy jednostki (a nie
                rzucałam, kulturalna ze mnie staruszeczka) - to nic nie mogę poradzić na to, że
                ktoś się obraził. sorry
                aha, jeszcze taki kawałek z historii: nie wiem, co to "partyjna matołówka", za
                moich czasów była Marlena hehehe. ale ja akurat konczylam uw, dość przyzwoitą
                uczelnię nawet jak na tamte czasy
                a noce zarywało się regularnie przed każdym egzaminem i jakoś nikt nie robił z
                tego męczeństwa...
                • Gość: anna Re: do młodego wykształconego i do anny o prawach IP: 212.69.75.* 05.11.02, 08:58
                  O.K. i wszystko jasne, obie kończyłyśmy takie same uczelnie, a że inne
                  kierunki to chyba nie ma większego znaczenia, tak na marginesie to zazdroszczę
                  ludziom takim jak Ty, tzn. którzy opanowali język obcy (nie tylko angielski) w
                  stopniu biegłym, mnie jak na razie nie udało się), ale mam nadzieję że może
                  kiedyś... w przyszłości...
                  Pozdrawiam, anna.
                  P.S. "matołówkę" kończył nasz szanowny premier LM, (wiem coś na ten temat, bo
                  mam mnóstwo znajomych z Żyrardowa, skąd ten Pan pochodzi.......)to takie
                  partyjne uczelnie, gdzie studia robiło się w baaaaardzo szybkim tempie.
                  Oczywiście nie chciałam nikogo urazić, bo może to i dobra szkoła była........
        • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 30.10.02, 21:19
          uff, i znowu trzeba cytować a jak tak tego nie lubię...
          ale widzę tu taką typową reakcję, zawsze się trafi ktoś taki, kto się poczuje
          urażony uogólnieniami. żeby nikogo nie urazić, trzeba by chyba przy każdym
          zdaniu w przypisie zaznaczać, że oczywiście istnieją chwalebne wyjątki. jak
          się (mam nadzieję) domyśli przynajmniej część czytelników, takie zastrzeżenia
          znakomicie utrudniają tzw. odbiór tekstu.

          > Sorry stara i wykształcona, ale mam wrażenie, że wyjątkowo upraszczasz i
          > uogólniasz sytuację, krzywdząc tym samym wielu młodych, których
          wykształcenie i
          >
          > umiejętności (również językowe) zostały (czy wciąż są) okupione niemałym
          > wysiłkiem.

          był sobie taki gościu co się nazywał Antoni Słonimski, ktoś go może jeszcze
          pamięta. dla mnie osobiście niedościgły mistrz felietonu, ale to oczywiście
          moje prywatne zdanie. czy są tu ludzie na tyle starzy, by pamiętać wydany po
          wojnie w sporym zbiorze felieton przedwojenny pt. Mimo że Gdynia się
          rozbudowuje...? no to jest właśnie to, trzeba by ten kawałek o tej Gdyni
          dodawać do każdego zdania. Słonimski proponuje nawet skrót dla uproszczenia:
          MŻGSR. a więc: MŻGSR (co skądinąd nie ulega wątpliwości i jest wielce
          chwalebne), sporo jest na tym świecie ludzi na tyle zadufanych w sobie, by nie
          zauważać własnych braków wykształcenia. oczywiście ogromna większość (bo ja
          wiem, czy aż tak - oj chyba trochę przesadziłam) wysila się jak może i nawet
          miewa efekty, hurra. niczego nie uogólniam i nie mam takiego zamiaru, a niech
          się wysilają (młodzi i starzy) i niech mają jak najlepsze te efekty! mój post
          dotyczył tylko tych, którzy na wejściu uznają, że są najdoskonalsi i szkolić
          się już nie potrzebują. wydawało mi się to, że jest to jasne.

          Mam wrażenie, że twoja opinia wynika z frustracji jaką czułaś przy
          > okazji rywalizacji z "młodymi" w trakcie ubiegania się o posadę
          (wypadasz
          > gorzej od nich,

          hehe
          sorry, ale inaczej tego akurat fragmentu skomentować nie mogę. dowcip polega
          na tym, że z nikim nie rywalizowałam, bo nie musiałam. ale oczywiście nie mam
          jak tutaj udowadniać, że nie jestem wielbłądem - a poza tym nie uważam tego za
          konieczne, nie przeszkadza mi, że ktoś coś sobie na mój temat myśli, loozik,
          mamy tu zdaje się pełny freedom of speech
          w każdym razie jestem absolutnie wolna od jakiejkolwiek frustracji. bo ja
          wiem, uważny czytelnik powinien to chyba wyczuć w moich tekstach...

          więc wszystkich młodych z miejsca nazywasz przepłacanymi
          > karierowiczami, których samoocena zdecydowanie przewyższa faktyczne
          > umiejętności).

          na miłosierdzie boskie, a gdzież to ja niby kogokolwiek nazwałam "przepłacanym
          karierowiczem"??? jeśli mi się coś imputuje (nie mylić z amputacją hehe), to
          bardzo proszę jednak opierać te rozmaite zarzuty na moim tekście, a nie na
          jego dość dowolnej interpretacji. postarajmy się przynajmniej w tym poście
          przestrzegać elementarnych zasad dyskusji...

          Zabolało mnie to bo sam jestem takim właśnie młodym
          > wykształconym, którego wykształcenie i kwalifikacje wynikają z wielu lat
          > ciężkiej pracy, zarywania nowcy i wielu wyrzeczeń.

          rany boskie, jak ktoś tak podchodzi do własnej edukacji, to ja mogę tylko
          wyrazić najgłębsze współczucie... zaiste, droga przez mękę
          zarywanie nocy? przecież na tym to wszystko polega i zawsze polegało, nie mam
          jeszcze sklerozy tak posuniętej, żeby tego nie pamiętać. a ileż w tym było
          uroku! łza się w oku kręci...

          Gratuluję ci, że świetnie
          > znasz język, ale to nie daje ci prawa do tak brutalnej, publicznej oceny
          > innych. Wyśmiewasz tych, którzy w CV napisali, że świetnie znają angielski,
          > podczas gdy jedynie posiedli jego podstawy, cóż, żyjemy w brutalnych
          czasach,
          > gdzie to pracodawca stawia warunki (bez względu na to czy uzasadnione z
          punktu
          > widzenia stanowiska), więc nie ma szans zaistnieć na rynku pracy w sposób
          inny
          > jak odpowiadając twierdząco na tak postawione wymagania wstępne.

          o przepraszam, brutalne czasy mają usprawiedliwiać kłamstwo? aha...
          no cóż, ja jednak żyję według trochę innych zasad moralnych, nie dogadamy się

          > Co do sposobu na "ujarzmienie" języka, to nie podoba mi się to, że tak
          odważnie
          > krytykujesz oglądanie filmów, uczestniczenie w kursach językowych itd., ja
          sam
          > (podobnie jak tysiące młodych Polaków) od kilku lat biegam 2-a razy w
          tygodniu
          > na kurs (co nie jest łatwe gdy masz rodzinę, pracę, studia), sporo czytam i
          > oglądam, i zapewniam cię, że upór w tej kwestii i konsekwencja - gwarantują
          > sukces.

          odważnie krytykuję - doprawdy nie trzeba odwagi, żeby powiedzieć, że cała ta
          rozpaczliwa bieganina (w ramach drogi przez mękę, jak rozumiem) niewiele daje.
          mam tego bolesną świadomość, bo często trafiają do mnie do weryfikacji twory
          tych zabieganych
          upór i konsekwencja jako gwarancja sukcesu? hmmm, bardzo to pozytywistyczny
          pogląd, ale może jednak nie w zakresie nauki języków obcych na kursach
          oferowanych w pl. sorry

          > ...acha... i jeszcze jedno... skończ z tym swoim "hehe" bo mocno mnie to
          > irytuje...hehe

          sorry raz jeszcze: hehe to mój znak firmowy i z tego akurat nie zrezygnuję,
          choćby się nawet okazało, że obrażam w ten sposób i z błotem mieszam całą
          ludność europy wraz ze sporym kawałkiem azji...
      • beniowski Re: kijaszek w mrowisko 30.10.02, 15:06
        Zasadniczo zgadzam sie z tym, co piszesz. jestem absolwentem filologii
        angielskiej i choc znam ten jezyk b. dobrze, to czu jest to bieglosc? Taka jest
        prawie nieosigalna. Staram sie caly czas uczyc, bo jezyk zmienia sie ciagle. Co
        do znajacych biegle angielski, to coz, wiekszosc tylko tak pisze. sam moge to
        ocenic. Ale nie zgodze sie co do tego, ze nie mozna znac kilku jezykow biegle w
        wieku 25 lat (sam tyle mam). Np. moja zona mowi biegle po francusku, wlosku i
        b. dobrze po angielsku. Przy czym jej francuski jet na takim poziomie (choc
        nietety narzeka,że ostatnio nie ma mozliwosci go uzywac) ze potrafila zaginac
        wyksztalconych francuzow znajomoscia slow, co do ktorych upierali sie, ze nie
        istnieja. Albo jeden z moich wykladowcow na uczelni. Mowil tak doskonala
        angielszczyzna, ze wiekszosc natiwow nie dorasta mu do piet. To po prostu
        kwestia zdolnosci. Niestty, racje masz w tym, ze poziom jezykowy Polakow jest
        generalnie treagiczny. Polaga to natym ,ze wiekszosc uczona jest gramatyki,
        podczas gdy od lat 70 XX w. tendencja nauczania jezyków sie b. zminuila. Teraz
        kladzie sie nacisk na semantyke, syntaktyka zeszla na dalszy plan. Generalnie
        Polacy musza wkuwac zawilosci gramatyczne (ktore tez sa wazne, ale pozniej), co
        objawia sie np. tym, ze zamiast skupic sie na przekazie, zaczynaja szukac
        doslownych odpowiednikow slow, i w rezultacie mowia bzdury. Prostym testem jest
        np. spytanie kogos, jak obsluzyc pralke czy korzystac z budki tel. Zwroccie
        uwage np. na skandynawoc i ich angielski. Nawet jesli nie znaja jakiegos slowa
        (rzadkosc)to potrafia blyskawicznie uproscic zdanie i przekazac sens. Polacy w
        takim momencie generalnie sie gubia.

        Zawsze powtarzam: troche pokory przy opisywaniu umiejetnosci jezykowych.
        Pomomo, ze dla niektorych moj ang jest doskonaly, to wciaz uwazam, ze do
        doskonalosci mu jeszcze daleko.
      • Gość: Jack Re: kijaszek w mrowisko IP: *.alcatel.pl 30.10.02, 16:36
        Ależ sprawa jest banalnie prosta: FCE, CAE i CPE są ogólnie uznawane za miarodajne i wiarygodne co
        do oceny poziomu znajomości języka ang. ,więc można się nimi posługiwać oceniając i określając
        własne umiejętności. Według mnie, określenie znajomości j.ang. jako biegła, znaczy umiejętność
        komunikacji na każdym poziomie z każdym na każdy temat - zgadzam się, że posiadanie tylko FCE nie
        jest oznaką tego poziomu (chyba nawet CPE go nie oznacza).
        Smutna też jest prawda, że większość Polaków przecenia swoje umiejętności w tym zakresie. Co prawda
        dogadają się, ale gramatyka i wymowa jest daleka od ideału. Megalomania to chyba nasza narodowa
        cecha. Czy mi się tylko wydaje, czy poziom znajomości j.ang. stał się domeną rywalizacji młodych pań?
        pozdrawiam,
        J.
        ps. mi 5 lat w USA starczyło na CAE
        • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 30.10.02, 21:42
          hehe
          to na temat rywalizacji młodych pań...
          a teraz coś na poważnie (i to bardzo poważnie): zaroiło się w tej dyskusji od
          różnorakich zbiorów literek, oznaczających - jak rozumiem - rozmaite egzaminy.
          to fajnie, że wszyscy tak zdają te egzaminy i zdają. a ja - cóż ja, po prostu
          używam języka obcego i tyle, nikt mnie jakoś nigdy nie pytał o zdane
          egzaminy...
          • brenya Re: kijaszek w mrowisko 31.10.02, 10:30
            jotembi napisała:

            > hehe
            > to na temat rywalizacji młodych pań...


            A jakze inaczej.... Mlode Panie - gorsze Panie.


            > a teraz coś na poważnie (i to bardzo poważnie): zaroiło się w tej dyskusji od
            > różnorakich zbiorów literek, oznaczających - jak rozumiem - rozmaite
            egzaminy.
            > to fajnie, że wszyscy tak zdają te egzaminy i zdają. a ja - cóż ja, po prostu
            > używam języka obcego i tyle, nikt mnie jakoś nigdy nie pytał o zdane
            > egzaminy...


            Wczesniej popieralam Twoje stanowisko, ale teraz zaczyna mnie ono coraz
            bardziej irytowac - przyznam. Chwala Ci za to, ze tak uzywasz jezyka i uzywasz,
            ze umiesz go na wskros, pomimo licznych tu uwag, ze nauki jezyka (nawet
            ojczystego) nigdy dosc. Wiem, ze nie uzywasz ani slownikow, ani nie chodzisz na
            kursy, nie czytasz, nie ogladasz i w ogole nie zamierzasz dalej wkuwac slowek
            bo juz wszystkie przeciez wkulas. Chwala Ci za to, ze juz nic Cie w angielskim
            nie zaskoczy (mnie ostatnio zachwycilo slowko "buffalo", ale chyba nie musze Ci
            tlumaczyc, bo doskonale wiesz co oznacza, a ja? no coz, sprawdzalam w
            slowniku...). Chwala Ci za to, ze nie zdawalas nigdy zadnych egzaminow, ze
            angielski po prostu znasz jak nikt inny i zaden egzamin Ci do szczescia
            niepotrzebny.

            Przyznam, ze Twoja postawa wzbudza we wmnie w pewnym stopniu iskierke
            rywalizacji i checi udowodnienia Tobie, ze jednak nie jestes taka swietna jak
            Ci sie wydaje. Choc niestety nie jestem w stanie Ci tego udowodnic :)

            Smieszy mnie to z jakim lekcewazeniem odnosisz sie do tych literek
            oznaczajacych egzaminy. Wszakze sa one narzedziem (stosowanym przez b. dobra
            uczelnie zreszta) do oceny znajomosci jezyka, czy chcesz tego czy nie. Chetnie
            bym sie zalozyla z Toba o przekonanie, ze nie dalabys rady z marszu zdac
            proficiency, a to wlasnie ze wzgledu na to, ze Ty tylko "uzywasz" jezyka
            (mniej, lub bardziej potocznego), a do tego egzaminu potrzebna jest znajomosc
            slownictwa (choc nie tylko slownictwa oczywiscie) na poziomie "Jamesa Joyca" i
            obawiam sie, ze w tym przypadku Twoja "praktyczna" znajomosc jezyka po prostu
            by nie wystarczyla.

            Nie znam Cie, nie chce oceniac Twojej znajomosci jezyka, bo przez internet sie
            nie da, ale z Twoich wypowiedzi wychodzi mi tylko tyle, ze znasz jezyk
            praktycznie, tak jak jest stosowany potocznie, i moze to wystarcza do
            tlumaczenia, dogadania sie z kazdym i na kazdy temat itp. ale zapewniam Cie ze
            jest jeszcze pole niezbadane przez Ciebie, a ktorego nie poznasz, bo uparcie
            twierdzisz, ze nie warto.

            Pozdrawiam,
            Mloda 25-letnia.
            • mouchi Re: kijaszek w mrowisko 31.10.02, 11:21
              dzięki brenya, że to napisałaś.
              ja też w części popieram jotembi, ale jak dla mnie zrobiła się zbyt arogancka i
              bezczelna w swoich wypowiedziach.

              brenya napisała:

              > jotembi napisała:
              >
              > > hehe
              > > to na temat rywalizacji młodych pań...
              >
              >
              > A jakze inaczej.... Mlode Panie - gorsze Panie.
              >
              >
              > > a teraz coś na poważnie (i to bardzo poważnie): zaroiło się w tej dyskusji
              > od
              > > różnorakich zbiorów literek, oznaczających - jak rozumiem - rozmaite
              > egzaminy.
              > > to fajnie, że wszyscy tak zdają te egzaminy i zdają. a ja - cóż ja, po pro
              > stu
              > > używam języka obcego i tyle, nikt mnie jakoś nigdy nie pytał o zdane
              > > egzaminy...
              >
              >
              > Wczesniej popieralam Twoje stanowisko, ale teraz zaczyna mnie ono coraz
              > bardziej irytowac - przyznam. Chwala Ci za to, ze tak uzywasz jezyka i
              uzywasz,
              >
              > ze umiesz go na wskros, pomimo licznych tu uwag, ze nauki jezyka (nawet
              > ojczystego) nigdy dosc. Wiem, ze nie uzywasz ani slownikow, ani nie chodzisz
              na
              >
              > kursy, nie czytasz, nie ogladasz i w ogole nie zamierzasz dalej wkuwac slowek
              > bo juz wszystkie przeciez wkulas. Chwala Ci za to, ze juz nic Cie w
              angielskim
              > nie zaskoczy (mnie ostatnio zachwycilo slowko "buffalo", ale chyba nie musze
              Ci
              >
              > tlumaczyc, bo doskonale wiesz co oznacza, a ja? no coz, sprawdzalam w
              > slowniku...). Chwala Ci za to, ze nie zdawalas nigdy zadnych egzaminow, ze
              > angielski po prostu znasz jak nikt inny i zaden egzamin Ci do szczescia
              > niepotrzebny.
              >
              > Przyznam, ze Twoja postawa wzbudza we wmnie w pewnym stopniu iskierke
              > rywalizacji i checi udowodnienia Tobie, ze jednak nie jestes taka swietna jak
              > Ci sie wydaje. Choc niestety nie jestem w stanie Ci tego udowodnic :)
              >
              > Smieszy mnie to z jakim lekcewazeniem odnosisz sie do tych literek
              > oznaczajacych egzaminy. Wszakze sa one narzedziem (stosowanym przez b. dobra
              > uczelnie zreszta) do oceny znajomosci jezyka, czy chcesz tego czy nie.
              Chetnie
              > bym sie zalozyla z Toba o przekonanie, ze nie dalabys rady z marszu zdac
              > proficiency, a to wlasnie ze wzgledu na to, ze Ty tylko "uzywasz" jezyka
              > (mniej, lub bardziej potocznego), a do tego egzaminu potrzebna jest znajomosc
              > slownictwa (choc nie tylko slownictwa oczywiscie) na poziomie "Jamesa Joyca"
              i
              > obawiam sie, ze w tym przypadku Twoja "praktyczna" znajomosc jezyka po prostu
              > by nie wystarczyla.
              >
              > Nie znam Cie, nie chce oceniac Twojej znajomosci jezyka, bo przez internet
              sie
              > nie da, ale z Twoich wypowiedzi wychodzi mi tylko tyle, ze znasz jezyk
              > praktycznie, tak jak jest stosowany potocznie, i moze to wystarcza do
              > tlumaczenia, dogadania sie z kazdym i na kazdy temat itp. ale zapewniam Cie
              ze
              > jest jeszcze pole niezbadane przez Ciebie, a ktorego nie poznasz, bo uparcie
              > twierdzisz, ze nie warto.
              >
              > Pozdrawiam,
              > Mloda 25-letnia.
        • muuu do kolegi z alkatela 30.10.02, 23:15
          jak tak swietnie znasz jezyk angielski to

          a) nie pisze sie po polsku jack. no nieee? takiego imienia nie ma kubusiu. a
          moze nie umiesz przetlumaczyc?


          b)
          > Ależ sprawa jest banalnie prosta: FCE, CAE i CPE są ogólnie uznawane za
          miaroda> jne i wiarygodne co
          > do oceny poziomu znajomości języka ang. ,więc można się nimi posługiwać
          oceniając i określając własne umiejętności. Według mnie, określenie znajomości
          j.ang. jako biegła, zna czy umiejętność
          > komunikacji na każdym poziomie z każdym na każdy temat -

          ales zasunal kolego, jak po polsku porozmawiasz na temat np. genetyki czy
          mikrochirrgii jak nawet po polsku nie znasz okreslen? te smieszne skroty, o
          ktorych wspomniales to tylko formalen potwierdzenia jak dukasz a nie czy
          potrafisz sie dogadac na KAZDY temat.


          3)
          > Smutna też jest prawda, że większość Polaków przecenia swoje umiejętności w
          tym zakresie.
          +
          > ps. mi 5 lat w USA starczyło na CAE
          +
          >Megalomania to chyb a nasza narodowa cecha.

          hmm w tym szczegolnym przypadku zgadzam sie w calej rozciaglosci.


          4)
          > dogadają się, ale gramatyka i wymowa jest daleka od ideału.

          czy jak amerykanin nie uzywa nastepstwa czasow uzywa gramatyki amerykanskiej
          czy lamie angielska? tak z ciekawosci pytam bos ekspert
          • Gość: Jan Ja nie z alkatela, ale się wtrącę IP: *.hispeed.ch 31.10.02, 00:43
            muuu napisała:

            > j.ang. jako biegła, znaczy umiejętność
            > > komunikacji na każdym poziomie z każdym na każdy temat -

            > ales zasunal kolego, jak po polsku porozmawiasz na temat np. genetyki czy
            > mikrochirrgii jak nawet po polsku nie znasz okreslen?

            O to chodzi. Już wyżej wspomniałem, tu podkreślę, że nie ma nikogo, kto mógłby
            porozmawiać na każdym poziomie z każdym na każdy temat, nawet w języku
            ojczystym.
            Dla Polaków proponuję test:
            - z góralem o redyku, strzyżeniu owiec i produkcji oscypka
            - z matematykiem o przestrzeniach Banacha
            - z genetykiem o microarrays (jak po polsku?)
            - z informatykiem o testowaniu programów zorientowanych obiektowo
            - ze zbieraczem złomu o sensie życia
            Kto staje? Ja nie ;-)

            Do Jotembi (JMB?):
            pozdrowiłem Cię wyżej w poście (choć to jeszcze nawet nie adwent) o wspaniałym
            roku 1954 - zauważyłaś?
            • jotembi Re: Ja nie z alkatela, ale się wtrącę 31.10.02, 06:49
              jasne że zauważyłam pozdrowienia, i wielkie dzięki!!! sorki że nie wcześniej,
              najpierw musiałam trochę jeszcze tym kijaszkiem w mrowisku pokręcić...
              a 1954 faktycznie niezły rocznik, zawsze tak uważałam, dopóki nie poznałam
              roku urodzenia naszej urzędującej Głowy Państwa... ale to temat na osobny
              post, a na tematy polityczne to ja z rodakami nie rozmawiam, mam swoje zasady
              hehe
              a tak w ogóle z góralem o redyku itd. w żadnym języku świata nie umiałabym
              fachowo pogadać, no i oczywiście nie na tym polega biegłość, święte slowa!
              (może jeszcze o sensie życia, choćby i ze zbieraczem złomu, to bym potrafiła
              hehe)
      • Gość: onyx Re: kijaszek w mrowisko IP: *.um.bydgoszcz.pl / 10.0.3.* 31.10.02, 12:13
        Jotembi, prawdopodobnie zmienisz zdanie na temat tych młodych i ambitnych,
        kiedy dorośnie Twoje dziecko. Moja córka ma dopiero 16 lat. W ubiegłym roku
        zdobyła certyfikat FCE. Dodatkowo córka uczy się też francuskiego. Przez 9 lat
        zapłaciłam za jej prywatne lekcje języków obcych kwotę, za którą można by kupić
        bardzo dobry samochód. Nie skarżę sie; uważam, że jest to dobra inwestycja,
        ważna dla jej szans zawodowych w przyszłości. Zastanów się jednak nad tym, ilu
        rodziców nie stać w naszym kraju na to, by płacić taką kasę za korepetycje lub
        kursy językowe. Myślę, że wielu. Jakim cudem zatem większość absolwentów
        różnych szkół ma dobrze znać angielski czy inny język obcy? Szkoła nie spełnia
        i nie będzie spełniać w tym zakresie oczekiwań.

        Ja jestem polonistką, choć nie tylko :) Uczyłam przez ładnych parę lat na
        uczelni przyszłych polonistów, uczyłam też języka polskiego w średniej szkole.
        Jako fachowiec z praktyką powiem Ci, że wszyscy popełniają błędy posługując
        się językiem ojczystym, więc nie można oczekiwać perfekcji w języku obcym.
        Tak na marginesie: "superznajomość" i "superfachowość" pisze się razem. Mogę Ci
        wytknąć jeszcze kilka innych dość podstawowych błędów, skoro Ty tak chętnie
        wytykasz je innym :)

        Muszę Ci powiedzieć, że osobiście lubię w pracy "młode wilki". Podoba mi się,
        że młodzi są na ogół otwarci w stosunku do innych, szybko się uczą, są
        tolerancyjni, mają świeże spojrzenie na wiele tematów. Brak doświadczenia to
        też brak schematyzmu i rutyny. Myślę, że lepiej będąc młodym przeceniać swoje
        możliwości, niż grzęznąć w kompleksach. Chyba przyznasz, że dość często
        wykształceni przedstawiciele Twojego (i tym samym mojego) pokolenia kiepsko
        radzą sobie na przykład z komputerem. Myślę, że leserów można znaleźć i wśród
        starych, i wśród młodych :)
        Pozdrawiam




      • Gość: akaWill milosc od pierwszego wejrzenia i noze IP: *.snet.net 31.10.02, 17:38
        Poniewaz zaczynam wlasnie myslec o zmianie pracy, zostalem zainspirowany sprawa
        napisania resume i listu motywacyjnego na kolanie i dostania pracy po 24 godz.,
        ktora tutaj wywolala troche emocji.

        Szukanie pracy i kontakty z pracodawcami porownuje sie czasem do zalotow
        i “chodzenia”, a przyjecie do pracy do zawarcia zwiazku malzenskiego. Dobrze
        przeprowadzony proces rekrutacji pozwala oczywiscie na dobry wybor
        i ...malzenstwo z rozsadku. Szkopul (piekne a smieszne slowo) w tym, ze w
        malzenstwie z rozsadku mamy niebezpieczenstwo watpliwosci, dlugi okres wstepny,
        sprawdzanie kandydata itp. Natomiast na pewnym etapie, gdy delikwent ma
        doswiadczenie i jednoczesnie wie czego chce od przyszlego miejsca pracy,
        pojawia sie chec dostania pracy z milosci od pierwszego wejrzenia. Chodzi tu o
        natychmiastowe rozumienie sie i ufnosc i to z pasja. Osobiscie bylem i chyba
        ciagle jestem zwolennikiem zalotow wobec przyszlych pracodawcow, ale zaczynam
        sie zastanawiac, czy warto z moim juz srednim doswiadczeniem i czy zbyt wiele
        zalotow po prostu nie zawazy na pozniejszym niezadowoleniu wlasnym i trwalosci
        malzenstwa. Stawiam wiec teze, ze mozna by pisac resume na kolanie i jezeli
        nie skladaja oferty od reki, to wio! (Ty na kolanie oni od reki, oh, uroczy
        jezyku. Albo “na pniu”. Uwaga pomysl! Przyjsc na rozmowe kwalifikacyjna z
        pienkiem. Wyrozni sie czlowiek w masie i moga dac oferte “na pniu”. Nie
        zadziala w USA).

        A teraz i innej beczki (ha, “beczki”, popularny zwrot choc beczek malo
        naokolo). Osobiscie jestem za pokora i wstrzemiezliwoscia w okreslaniu
        zdolnosci jezykowych. Jak mam gorszy dzien i akcent w moim angielskim bardziej
        wylazi (12 lat w USA), albo nie przychodza mi na czas znane slowa i musze
        kluczyc, to mi sie scyzoryk otwiera w kieszeni na samego siebie. Z drugiej
        strony, zaczyna mi umykac polski, mieszam znaczenia niektorych slow, koncowki
        dziwaczeja, choc daleko mi do emerytury, wiec o niedoleznosci nie ma tu mowy.
        I te kardynalne bledy ortograficzne nie do pomyslenia jeszcze kilka lat temu!
        Wiec co? Zadnym jezykiem nie potrafie sie dobrze poslugiwac? Bardzo
        nieprzyjemne uczucie.

        Osobiscie jestem scislakiem (slowa brak w slowniku ale wieta) wiec traktuje
        jezyk jak narzedzie. Cos jak noz. A noze rozne (fajna kombinacja slow):
        dlugie, ostre, ze stali, z zabkami (!) itp. Ja kroje. Oczywiscie, przy calym
        szacunku dla kolekcjonerow nozy (brenya?).


        PS. Te wtracenia w nawiasach to pod wplywem mego dwujezycznego nastolatka,
        ktory co jakis czas, ni stad ni zowad, wyszukuje angielskie lub polskie slowa,
        z ktorych smieje sie serdecznie.
      • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 31.10.02, 22:10
        no, troszkę się jednak uspokoiło, co mnie skądinąd martwi, bo miał być
        kijaszek, a tu wszyscy nagle złagodnieli...

        ale dobra, czemu nie, właściwie jak tak pomyśleć, to lepsze to od tego
        sfrustrowanego móżdżku czy jak to tam było (hehe). nostalgiczny nastrój
        dzisiejszego wieczoru jakoś widać nie sprzyja wyzwiskom. super!

        przejrzałam posty od mojej dzisiejszej porannej wizyty, sporo tego i teksty
        raczej długie, nie mam siły cytować i odpowiadać szczegółowo, bo po
        czterodniowej nasiadówie w robocie jestem lekko wymęczona. ale coś jednak
        napisać powinnam jako ta, która trzyma ten drugi koniec kijaszka

        może najpierw tak: oczywiście, że jestem arogancka, bezczelna, potwornie
        zarozumiała. to chyba widać hehe... a przy tym na ogół bywam lubiana (hehe
        podwójne), ale to już inna sprawa. poza tym dyskusja rozwija się w takim
        kierunku, że aż trudno czasami się powstrzymać

        no właśnie, ten kierunek: troszkę jakby zboczyliśmy z kursu, może i z mojej
        winy, ale na pewno nie wyłącznie z mojej. pierwotnym celem mojego kijaszka
        były osoby starające się o pracę, które fatalną imitacją angielskiego
        wychwalają w swoich aplikacjach (ewoluuje nam polszczyzna, nie ma co) własną
        proficiency. z tego nagle zrobiła się awantura o to, czy młodzi są gorsi, czy
        lepsi... dziwne.

        młodzi - uwaga, wszyscy śmiertelnie urażeni młodzi! - więc młodzi na ogół są
        LEPSI. z bardzo prostej przyczyny: dzisiejsi młodzi (tacy po dwadzieścia parę
        lat) mieli kontakt z żywym językiem - powiedzmy dla uproszczenia angielskim,
        zresztą rzeczywiście głównie z angielskim - niemal od urodzenia... są bardziej
        osłuchani, mają o wiele więcej językowego luzu, o wiele więcej takich
        oderwanych i z pozoru niepotrzebnych wiadomości, które się składają na ogólne
        obycie (również językowe, może to niezbyt jasne, co piszę, ale jak wspomniałam
        czuję się trochę wyżęta po intensywnej pracy).

        czego młodym jakby trochę brakuje - to tak na marginesie (nie byłabym sobą,
        gdybym tego nie dodała hehe) - to mianowicie odrobiny poczucia humoru...
        młodzi są poważni, przejęci, zaganiani i zatroskani (rozumiem, czasy ciężkie),
        a przy tym biedacy okropnie napuszeni. no i coś takiego oczywiście na taką
        wredną arogancką starowinkę jak ja działa jak czerwona płachta na byka hehe. a
        że przy okazji mimo totalnej tępoty matematycznej z logiką u tej starowinki
        całkiem nieźle, a dodatkowo starowinka opanowała język polski w stopniu
        powyżej przeciętnej (no proszę, zarozumialstwo skrajne), to trudno się dziwić,
        że się starowinka pastwi nad młodzieżą, rechocząc złośliwie i bezczelnie. a
        młodzież napusza się tylko coraz bardziej... e tam, za moich czasów młodzież
        była jakaś inna hehehe

        i jeszcze tylko króciutko pewne techniczne wyjaśnienie, bo wygląda na to, że
        pewne rzeczy trudno pojąć. oczywiste jest, że biegła znajomość jakiegokolwiek
        języka nie polega na wykuciu na pamięć jakiegokolwiek słownika. zatem
        wyliczanki w stylu "jakich to słówek niżej podpisana na pewno nie zna, a się
        przechwala" nie mają sensu. jestem profesjonalną tłumaczką od mniej więcej
        ćwierćwiecza (rany boskie! słowo honoru, jestem starsza niż kiedykolwiek
        planowałam hehe), moja specjalność to prawo i okolice - prawo karne,
        konstytucyjne, prawo unijne, amerykańskie, onz-owskie, prawa człowieka itd.
        bardzo rzadko zdarza mi się zaglądać do słownika, kiedy tłumaczę na przykład
        akty prawne albo powiedzmy orzeczenia różnych międzynarodowych trybunałów.
        znam to słownictwo, wiem, jak można przełożyć rozmaite terminy np. z prawa
        anglosaskiego, które baaardzo różni się od tego, co mamy w pl. to, co robię,
        robię po prostu bardzo dobrze i tyle. nie tłumaczę tekstów technicznych, bo
        się na tym zwyczajnie nie znam, szkoda mi czasu na wertowanie słowników, czas
        to pieniądz jak wiadomo...
        nigdy nie zaglądam do słownika czytając teksty literackie - nie muszę. a jeśli
        zdarza mi się czytać coś na przykład po francusku (francuski akurat znam
        słabiej), to tak się dziwnie składa, że rozumiem tekst, choćbym nawet nie
        rozumiała jakiegoś słowa.

        ktoś tam napisał, że zapewne nie zdałabym egzaminów oznaczonych tymi zabawnymi
        literkami, ponieważ moja znajomość języka jest zbyt potoczna, choć być może
        wystarczy do tłumaczenia. rozbawiło mnie to do łez i za to osobie tej
        serdecznie dziękuję... powstrzymam się od złośliwej analizy tego poglądu -
        niech to stanowi wyraz mojej wdzięczności!

        no dobra, to tyle. ciekawa jestem, czy działanie kijaszka osłabnie pod wpływem
        tego tekstu - jako złośliwa, arogancka, bezczelna i zarozumiała starowinka mam
        oczywiście nadzieję, że nie...
        • Gość: akaWill Re: kijaszek w mrowisko IP: *.228.252.64.snet.net 01.11.02, 16:17
          jotembi, rozumiem, ze sie chcesz poklocic, wszak sama to napisalas. Ja sie
          tylko obawiam, ze przy mieszaniu za bardzo kijaszkiem, Twoje celne
          spostrzezenie zatraci wymowe. I z calej dyskusji pozostanie, ze
          jestes "arogancka, bezczelna i zarozumiała starowinka"

          PS. "ktora na ogol bywa lubiana"
      • Gość: Jan Uwagi meszane IP: *.hispeed.ch 01.11.02, 02:10
        jotembi: już lepiej mieć taki ogólny akcent europejski
        Był kiedyś w telewizji kurs angielkiego „europejskiego” w wykonaniu Holendrów,
        Niemców, Skandynawów – sceny z zebrań itp. Zależnie od sytuacji dokładnie to
        może być potrzebne.

        jotembi: o sensie życia, choćby i ze zbieraczem złomu
        Czytałem o filmie „Edi” i książce Masłowskiej, domyślam się, że mógłbym mieć
        problemy ze słownictwem. O to mi chodziło.

        jotembi: 1954 faktycznie niezły rocznik, zawsze tak uważałam, dopóki nie
        poznałam roku urodzenia naszej urzędującej Głowy Państwa
        Zauważyłaś, że kiedyś byłaś na ogół najmłodszą osobą w towarzystwie, a nagle...
        mówię o sobie: na ogół bywam najstarszą. Tja... Nagle się okazało, że premierzy
        i prezydenci są w moim wieku, no jeszcze Papież jest starszy, ale i to się
        kiedyś zmieni. Na nauczycieli już nie patrzę z dołu – co to się porobiło?

        Brenya (Renia B. ?): do tego egzaminu potrzebna jest znajomosc slownictwa na
        poziomie "Jamesa Joyca"
        Ale chyba nie myślisz o „Finnegans Wake” ;-)
        Pozdrowienia dla młodych.

        Rozwój języka:
        Wyjechałem z Polski w 1981. Takie słowa, jak „kasa”, „browar” jako piwo, a nie
        browar, „kumać”, „sciemniać” – powstały na pewno później.
        Ja nie miałem forsy na piwo i nie kapowałem.

        Aplikacje – już trzecie znaczenie ;-)
        Drugie: programy użytkowe
        Pierwsze – coś z krawiectwa (mówiła mi Mama, gdy używałem w drugim znaczeniu)

        Przysły mi do głowy dwa tematy pokrewne:

        1. Jakiego języka się uczyć?
        Co innego jest potrzebne do tłumaczeń tekstów, co innego do udziału w
        konferencji, co innego do sprzedania produktu, co innego do podróży dookoła
        świata. Trudno porównywać poziom opanowania języka, jeżeli się tego nie założy.
        Ja na studiach miałem 5 z niemieckiego rozwiązując ścisłowską głową słupki z
        gramatyki. Nie potrafiłem w ogóle rozmawiać (teraz umiem).

        2. Jak się uczyć?
        U mnie to jest bardzo różnie. Z niemieckiego robiłem kurs i egzamin, angielski
        przyszedł „z powietrza” – rok kursu dla zaawansowanych i częste używanie.
        Włoski się zaczął (proszę się nie śmiać) z czytania w EMPiKu podpisów pod
        zdjęciami w reportażach w „Epoce”. Znałem francuski, to się mogłem domyślić.
        Nigdy go nie używałem zawodowo, ale we Włoszech mówię pełnymi zdaniami, a
        i „Baudolino” przeczytam.
        Według mnie podstawą jest zainteresowanie i potrzeba.

        • jotembi Re: Uwagi meszane 01.11.02, 14:37
          Gość portalu: Jan napisał(a):

          > jotembi: już lepiej mieć taki ogólny akcent europejski

          cóż, dużo lepiej niż np. silić się na coś, co przed wiekami zwało się "king's
          english"...

          > jotembi: o sensie życia, choćby i ze zbieraczem złomu
          > Czytałem o filmie „Edi” i książce Masłowskiej, domyślam się, że móg
          > łbym mieć
          > problemy ze słownictwem. O to mi chodziło.

          a, słownictwo, jasne. ja siedzę tu na codzień, choć złomu nie zbieram (hehe),
          więc to i owo słyszę i nawet niekiedy używam. a masłowskiej strawić nie mogę
          (to tak na marginesie)

          > jotembi: 1954 faktycznie niezły rocznik, zawsze tak uważałam, dopóki nie
          > poznałam roku urodzenia naszej urzędującej Głowy Państwa
          > Zauważyłaś, że kiedyś byłaś na ogół najmłodszą osobą w towarzystwie, a
          nagle... mówię o sobie: na ogół bywam najstarszą. Tja... Nagle się okazało, że
          premierzy i prezydenci są w moim wieku, no jeszcze Papież jest starszy, ale i
          to się kiedyś zmieni. Na nauczycieli już nie patrzę z dołu – co to się
          porobiło?

          hehe fajnie to ująłeś... być w wieku prezydenckim to nawet nieźle brzmi, ale
          mnie chodziło o to, że wśród wyrobów z rokiem produkcji '54 niejaki Olo
          niezbyt mi odpowiada, myślałam naiwna, że w pięćdziesiątym czwartym tylko
          dobre produkowali a tu takie coś... (ale jak już pisałam o polityce nie gadam
          hehe)
          a to mi przypomina Toma Lehrera, zna ktoś? taki showman-matematyk z lat
          60tych, pamiętam taki passus: it is a comforting thought to know that when
          Mozart was my age, he had been dead for two years...

          > Brenya (Renia B. ?): do tego egzaminu potrzebna jest znajomosc slownictwa na
          > poziomie "Jamesa Joyca"
          > Ale chyba nie myślisz o „Finnegans Wake” ;-)
          > Pozdrowienia dla młodych.

          taa, znajomość słownictwa na poziomie Joyce'a to piękne, jakoś mi to umknęło!
          swoją drogą egzamin na poziomie akurat Joyce'a to byłaby niezła zabawa, niech
          ktoś to zorganizuje!!!

          > Rozwój języka:
          > Wyjechałem z Polski w 1981. Takie słowa, jak „kasa”, „browar&
          > #8221; jako piwo, a nie
          > browar, „kumać”, „sciemniać” – powstały na pewno
          > później.
          > Ja nie miałem forsy na piwo i nie kapowałem.

          ja to samo hehe. teraz się widać szybciej zmienia

          > Aplikacje – już trzecie znaczenie ;-)
          > Drugie: programy użytkowe
          > Pierwsze – coś z krawiectwa (mówiła mi Mama, gdy używałem w drugim znacze
          > niu)

          to takie naszywane, np. myszka miki z materiału naszyta na kurtkę... zresztą
          może być i co innego, niekoniecznie disney hehe
          no i zapomnieliśmy o czwartym czy właściwie pierwszym chyba (w każdym razie
          chronologicznie), to jest to co się robi po prawie, żeby zostać
          sędzią/prokuratorem/adwokatem/radcą prawnym...

          > Przysły mi do głowy dwa tematy pokrewne:
          >
          > 1. Jakiego języka się uczyć?
          > Co innego jest potrzebne do tłumaczeń tekstów, co innego do udziału w
          > konferencji, co innego do sprzedania produktu, co innego do podróży dookoła
          > świata. Trudno porównywać poziom opanowania języka, jeżeli się tego nie
          założy.
          > Ja na studiach miałem 5 z niemieckiego rozwiązując ścisłowską głową słupki z
          > gramatyki. Nie potrafiłem w ogóle rozmawiać (teraz umiem).
          >
          > 2. Jak się uczyć?
          > U mnie to jest bardzo różnie. Z niemieckiego robiłem kurs i egzamin,
          angielski
          > przyszedł „z powietrza” – rok kursu dla zaawansowanych i częs
          > te używanie.
          > Włoski się zaczął (proszę się nie śmiać) z czytania w EMPiKu podpisów pod
          > zdjęciami w reportażach w „Epoce”. Znałem francuski, to się mogłem
          > domyślić.
          > Nigdy go nie używałem zawodowo, ale we Włoszech mówię pełnymi zdaniami, a
          > i „Baudolino” przeczytam.
          > Według mnie podstawą jest zainteresowanie i potrzeba.

          a pewnie, że zainteresowanie i potrzeba, choć nie każdemu to wystarczy jak
          wiadomo.
          a co do uczenia się języków, to ja uczciwie powiem, że nie wiem, jak się to
          robi. z twojej znajomości włoskiego śmiać się nie będę, bo mnie się
          identycznie zaczął niemiecki (też w empiku hehe). potem już poszlo z
          powietrza. angielski znam od zawsze, właściwie mniej więcej tyle lat co dobry
          polski (hehe), a pozostałe języki tak trochę per analogiam... a właśnie,
          łacinę i starożytną grekę też znam i polecam, bardzo pomagają hehehe
          a to, co dla mnie stanowi proficiency (moje własne prywatne kryterium), to
          swobodne posługiwanie się językiem we wszystkich wymienionych przez ciebie
          dziedzinach (od tłumaczenia po podróże). oczywiste jest (choć nie dla
          wszystkich tutaj), że znajomość słownictwa specjalistycznego (oraz związanego
          z tym często stylu, np. dziwaczna z pozoru składnia) to zupełnie inna
          bajeczka...
          >
      • goga.74 Re: kijaszek w mrowisko 01.11.02, 14:38
        hehe :)
        Pamietam, jak w moim pierwszym w zyciu CV wpisalam sobie znajomosc
        angielskiego dobra - mialam zdany jeden z tych egzaminow ze smiesznymi
        literkami i rok stypendium za granica (wykladowym byl angielski) i moj
        angielski uwazalam za przyzwoity.
        A moja kolezanka, znajaca ten jezyk duzo gorzej ode mnie, wpisala sobie w CV
        biegly i namawiala mnie do zmiany mojego CV bo "tak sie teraz pisze"
        Jotembi - tak sie teraz pisze. Liznelas ruski w podstwawowce? Dawaj go do
        zyciorysu :)
        Pozdrowienia od umiarkowanie mlodej.

        • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 01.11.02, 14:44
          hehehe
          pewnie że liznęłam ruski i że wpisuję go wszędzie, gdzie się da...
          podobnie jak niemiecki (dobry), francuski (średni), hiszpański (średni) i
          jeszcze parę innych (podstawowy).
          pierwszy taki występ miałam pamiętam na studiach, baardzo sympatyczny i
          budzący powszechne przerażenie wykładowca (obecnie jeden z moich stałych
          zleceniodawców hehe) na pierwszych zajęciach wypytał ludzi o znajomość
          języków. czasy były odległe, nikt jakoś o to wtedy zbyt natrętnie nie pytał.
          no i ja, jako jedyna w grupie (już miałam zadatki na arogancką i bezczelną
          starowinkę) oznajmiłam, że angielski znam jak polski, a parę innych języków
          też jako tako. na następnych zajęciach dano mi do łapki tekst po angielsku i
          kazano na tablicy napisać to samo po polsku, co bez wahania uczyniłam. biedny
          rzepa do dziś się mnie boi...
          • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 01.11.02, 14:46
            skleroza w natarciu hehe
            wiem że się tak teraz pisze, ale jeśli się to pisze po angielsku, to może
            warto zadbać, żeby deklarowana proficiency miała odpowiednik w jakości języka,
            jakim napisało się cover letter i cv...
            • forward Re: Ziewając z nudów 01.11.02, 15:00
              Jesteś kolejnym netowym prowokatorem. To ludzie mający zbyt mało słuchaczy w
              rzeczywistości niewirtualnej, próbujący się dowartościować nawet w tak ułomnym
              środku przekazywania ludzkiej myśli jakim jest net. Prowokatorzy netowi
              zazwyczaj przebierają się w różnego rodzaju fatałaszki. Czytałem już facetów
              udających kurwy itd. Dla mnie to taka odmiana transeksualizmu jaka przewija się
              w umysłach tychże osób. Nie mnie oceniać czy netowy prowokator ma zdrowy umysł,
              od dłuższego zainteresowania odrzuca mnie nudziarstwo i desperackie szukanie
              towarzystwa nawet tego wirtualnego jaka przewija się w końcowych wpisach
              netowego prowokatora.



              Forward
              • jotembi Re: Ziewając z nudów 01.11.02, 15:06
                moje biedactwo... to po co czytasz, nieszczęśniku?
                • Gość: kubajaw ale sa tez inni... IP: *.acn.pl / 10.137.131.* 01.11.02, 15:54
                  masz calkowita racje jotembi co do tego ze jest wielu ludzi ktorych jedynymi
                  umiejetnosciami ktore powinni wpisac do cv jest kretactwo, a nie tak jak to
                  robia: 'biegly angielski' i 'wyzsze wyksztalcenie'... Na koniec chcialem tylko
                  powiedziec ze znam osobiscie i to bardzo dobrze kogos kto jest zupelnie inny...
                  Ma zdane CAE na A i CPE na C. Oprocz tego zna niezle niemiecki, studiuje
                  dziennie na trzecim roku SGHej i, rowniez dziennie, na pierwszym roku Instytutu
                  Historycznego UW.
                • forward Re: Arogancja, kpina, pozbawianie godności 02.11.02, 07:33
                  Nie jestem twoim biedactwem i nie spoufalaj się ze mną, ok? Twoja prowokacja
                  świadczy o twoim złym smaku. Kpisz z ludzi którzy mają zerowe szanse na rynku
                  pracy, wykpiwasz też absolwentów. Skoro jesteś taką wielką panią od tłumaczeń
                  prawnomiędzynarodowych prawa publicznego to powinnaś wiedzieć że jest coś
                  takiego jak godność człowieka przynależna każdemu, nawet tych których wykpiłaś
                  w tym wątku. Fakt to naprawdę śmieszne kiedy trzeba pójść do UP żeby dali kwit
                  pomocy społecznej żeby zapłaciła światło i czynsz, i dali jeszcze 200 zl na
                  miesiąc. Ha, ha, ha ale jestem mądra. Masz w dupie innych ludzi, dobrze wiesz
                  że kobieta z wpisu nr 1 nie dostałaby pracy nawet w Warszawie. Ale ty srasz
                  pieniędzmi a w dupie masz ludzi, zwłaszczqa tych słabszych którymi pomiatasz i
                  dobrze się bawisz i jesteś arogancką tupeciarą. Amen.

                  Forward
                  • jotembi Re: Arogancja, kpina, pozbawianie godności 02.11.02, 08:48
                    no cóż..
                    na coś takiego trzeba jednak jakoś odpowiedzieć, choć właściwie lepiej byłoby
                    to zostawić bez komentarza, choćby ze względu na słownictwo. odpowiadanie na
                    taki tekst nie jest łatwe, ale skoro ja to rozpętałam, to na mnie również
                    spoczywa obowiązek skomentowania tego wpisu.
                    dla ułatwienia wklejam go tu w całości:

                    "Nie jestem twoim biedactwem i nie spoufalaj się ze mną, ok? Twoja prowokacja
                    świadczy o twoim złym smaku. Kpisz z ludzi którzy mają zerowe szanse na rynku
                    pracy, wykpiwasz też absolwentów. Skoro jesteś taką wielką panią od tłumaczeń
                    prawnomiędzynarodowych prawa publicznego to powinnaś wiedzieć że jest coś
                    takiego jak godność człowieka przynależna każdemu, nawet tych których wykpiłaś
                    w tym wątku. Fakt to naprawdę śmieszne kiedy trzeba pójść do UP żeby dali kwit
                    pomocy społecznej żeby zapłaciła światło i czynsz, i dali jeszcze 200 zl na
                    miesiąc. Ha, ha, ha ale jestem mądra. Masz w dupie innych ludzi, dobrze wiesz
                    że kobieta z wpisu nr 1 nie dostałaby pracy nawet w Warszawie. Ale ty srasz
                    pieniędzmi a w dupie masz ludzi, zwłaszczqa tych słabszych którymi pomiatasz i
                    dobrze się bawisz i jesteś arogancką tupeciarą. Amen."

                    osoba, która to napisała, w swoim pierwszym wpisie - zatytułowanym "ziewając z
                    nudów" zarzuciła mi coś na kształt netowego transwestytyzmu oraz
                    prowokatorstwo. tamten wpis był po prostu agresywny (poza tym że akurat
                    nietrafiony co do meritum) i jako taki został potraktowany, nie zasługiwał na
                    nic więcej. z tym wpisem jest inaczej.

                    po raz kolejny przypominam, że dyskusja (miejscami jak widać pyskówka), jaką
                    zainicjowałam moim pierwszym postem, miała dotyczyć ludzi do tego stopnia
                    zadufanych w sobie, że nie zauważając własnych niedociągnięć przechwalają się
                    swymi umiejętnościami w sposób, który umożliwia natychmiastową weryfikację
                    tych przechwałek. znajomość języków obcych stanowiła tu przykład - taki
                    przykład akurat miałam pod ręką. nie było też moją intencją obrażanie ludzi
                    młodych, bo też i "aplikacje", które miałam wątpliwą przyjemność oglądać,
                    wcale nie pochodziły wyłącznie od tegorocznych absolwentów czy w ogóle od
                    młodzieży. oczywiście, jak to bywa z tego rodzaju forumowymi dyskusjami, gdzie
                    nie można od razu dodatkowo wyjaśniać, o co chodziło, dyskusja poszła niejako
                    własnym torem, ujawniając sporo drażliwych kwestii i tzw. "frustracji", nie
                    znoszę tego słowa, ale zostało ono kilkakrotnie w tym miejscu użyte. jako
                    osoba trzymająca drugi koniec kijaszka starałam się reagować na kolejne wpisy
                    zależnie od tonu wypowiedzi, za co zarzucano mi na zmianę deficyt intelektu i
                    skrajną arogancję, zależnie od tego, co kto wyczytał z moich wypowiedzi.

                    no to wracając do tego nieszczęsnego wpisu, na który czuję się w obowiązku
                    jakoś odpowiedzieć: ani przez chwilę podczas całej tej parodniowej już
                    dyskusji nie miałam na celu prowokowania kogokolwiek. mój post nie był
                    pomyślany jako prowokacja, trafił natomiast w jakieś czułe miejsce niektórych
                    użytkowników forum. ale moim zdaniem jeśli ktoś ma czułe miejsca, to powinien
                    sam je chronić, a nie obrażać się, jeśli ktoś inny przypadkiem w takie miejsce
                    przyładuje...

                    dalej: z nikogo nie kpię. podśmiewam się z napuszonej powagi typowej chyba dla
                    ludzi bardzo młodych i bardzo przejętych sobą, ale przez cały czas tej dziwnej
                    (również i dla mnie) dyskusji bardzo się starałam nikogo nie obrazić, choć - a
                    jakże - można było, i to bez trudu. z całą pewnością nie kpię z absolwentów o
                    zerowych szansach na zatrudnienie - uważam natomiast, że przypisywanie sobie w
                    cv umiejętności, jakich się de facto nie posiada, nie jest najlepszą drogą do
                    znalezienia tego zatrudnienia...

                    i wreszcie: nie sram pieniędzmi, jak to zostało elegancko określonym we
                    wpisie, na który właśnie staram się odpowiedzieć. w tej chwili zarabiam akurat
                    nieźle, ale bywa też, że mam tej kasy baaardzo mało. nie licząc okazjonalnych
                    kontraktów przez całe moje życie zawodowe jestem - z wyboru i przekonania -
                    tzw. freelancerem, czyli po polsku mniej więcej wolnym strzelcem. ludzie,
                    którzy też tak pracują, wiedzą dobrze, jak to bywa: zdarzają się załamania
                    rynku, sezony urlopowe, czy wreszcie własne przemęczenie takie, że nie sposób
                    zabrać się do kolejnej roboty... w każdym razie nie jestem krezuską i
                    najpewniej nigdy nią nie będę, staram się natomiast nie narzekać, co zapewne
                    stwarza wrażenie braku kłopotów finansowych w kraju, gdzie wszyscy zajmują się
                    narzekaniem.

                    no i zarzut, który zostawiłam sobie na koniec, bo jest z gatunku tych
                    poważnych: że mianowicie obrażam godność ludzką. wielkie to słowa, tyle że - w
                    tym akurat miejscu - nie całkiem trafne merytorycznie. godność to podstawowe
                    prawo człowieka, oczywiście - ale prawa człowieka odnoszą się do relacji
                    jednostka - państwo, a nie do stosunków między poszczególnymi jednostkami.
                    więc w takim ujęciu zarzut jest bezprzedmiotowy...

                    oczywiście nie poprzestanę na tym, to byłoby pójście na łatwiznę. wiem, że
                    sytuacja braku pracy i konieczność pobierania zasiłku uwłacza ludzkiej
                    godności - podobnie jak mojej własnej prywatnej godności uwłacza proszenie
                    ojca mojego dziecka o wcześniejszą wypłatę alimentów (a zdarza mi się coś
                    takiego, jeśli akurat nie jestem na kontrakcie i chwilowo nie mam zleceń).
                    wbrew podejrzeniom autora/autorki wpisu, który teraz komentuję, bardzo dobrze
                    wiem, jak to jest. więc proszę tylko o jedno: niech mi ktoś powie, gdzie to ja
                    mianowicie obraziłam czy wykpiłam ludzi znajdujących się w takiej sytuacji?
                    krytykując powszechne jak się zdaje poświadczanie nieprawdy w (piękne stare
                    słowo) podaniach o pracę? powątpiewając w skuteczność kursów językowych
                    oferowanych na naszym rynku? sugerując (od tego się wszystko zaczęło), że
                    człowiek oglądający filmy w wersji oryginalnej po kilka razy nie powinien
                    twierdzić, że zna język biegle? hmm...

                    owszem, jestem/bywam arogancka. i rozumiem, że mogę robić wrażenie osoby
                    aroganckiej. znam swoją wartość, jestem zadowolona z własnych osiągnięć - i to
                    widać, a coś takiego zwykle ludzi drażni. przy okazji nieźle władam polskim (w
                    mowie i w piśmie...), co czyni ze mnie trudnego partnera w dyskusji. i tyle.

                    no to juz tak zupełnie na zakończenie tego postu, bo za chwilę gazecie serwery
                    się zapchają przez moją... hmmm... elokwencję: chętnie będę kontynuować ten
                    wątek, włącznie z cierpliwym odpowiadaniem na inwektywy. tym chętniej, że
                    wbrew pozorom robi się coraz poważniej i udzielenie odpowiedzi wymaga coraz
                    większego zastanowienia. to lubię i za to wszystkim serdecznie dziękuję -
                    także i autorowi wpisu, który starałam się tutaj skomentować.
                    • forward Re: Arogancja, kpina, pozbawianie godności 02.11.02, 09:40
                      To był tak zwany akt strzelisty połączony z przyznaniem się do winy tylko kogo?
                      Moim zdaniem osoby mającej czelność pouczać innych w kpiarskim tonie, leczącej
                      samotność w necie i desperacko szukającej podobnych chamków, którzy po
                      odnalezieniu się w kapitaliźmie made in Poland butują innych tak dla zabawy,
                      dla chamskiej poprawy humoru. Chcesz adresy do takich ludzi? wreszcie
                      przestaniesz być samotna. Boże, większego hipokryty nie czytałem w necie od
                      dawna, na co dzień tłumaczy z angielskiego teksty o poszanowaniu godności i
                      praw człowieka a w necie szydzi i leje jadem na lewo i prawo. Plus gadulstwo
                      papugi.


                      Forward
                      • jotembi Re: Arogancja, kpina, pozbawianie godności 02.11.02, 09:44
                        okazuje się, że jednak nie warto było odpowiadać...
                        • forward Re: Arogancja, kpina, pozbawianie godności 02.11.02, 09:53
                          To co chcesz?, czy nie te adresy do kolesi na twoim poziomie?. Słoma wychodzi
                          ci z butów a kpina to najprostszy sposób postrzegania świata przez ludzi
                          ograniczonych i niewrażliwych jak ty.





                          Forward
                          • forward Re: No wyłaż jotembi brak nam twojej mądrości 02.11.02, 10:13
                            jotembi napisała :
                            no i zarzut, który zostawiłam sobie na koniec, bo jest z gatunku tych
                            poważnych: że mianowicie obrażam godność ludzką. wielkie to słowa, tyle że - w
                            tym akurat miejscu - nie całkiem trafne merytorycznie. godność to podstawowe
                            prawo człowieka, oczywiście - ale prawa człowieka odnoszą się do relacji
                            jednostka - państwo, a nie do stosunków między poszczególnymi jednostkami.
                            więc w takim ujęciu zarzut jest bezprzedmiotowy...

                            Godność człowieka chroni Kodeks pracy
                            Art. 111. Pracodawca jest obowiązany szanować godność i inne dobra osobiste
                            pracownika.

                            i Kodeks cywilny
                            Art. 23. Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć,
                            swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji,
                            nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i
                            racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony
                            przewidzianej w innych przepisach.

                            A teraz powróć do swojego ulubionego zajęcia wpisopisarstwa i kaznodziejstwa.


                            Forward
        • Gość: blanka Biegłość a praca IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.11.02, 13:57
          Ciekawa dyskusja. Dodam coś od siebie - prowadziłam kiedyś wstepną selekcję
          kandydatek na sekretarkę. Biegła znajomość angielskiego była niezbędna. I cóż -
          pierwsze sito - tylko takie osoby zapraszałam na spotkanie. Po czym okazało
          się, że np. jedna pani nie potrafiła przetłumaczyć "z marszu" prostego zdania
          typu "wasza faktura zawiera błąd", a reszta tych "biegłych" coś tam napisała,
          ale był to raczej w stylu listu do cioci a nie listu biznesowego. Większość
          tych osób miała pozdawane jakieś egzaminy i miała certyfikaty. Ale np. masa
          osób, które wysławiały się płynnie (np. po pobycie za granicą) nie ma pojęcia o
          klasycznych zwrotach typowych dla listów biznesowych i używają bardzo
          potocznego słownictwa. Może się czepiam, ale pisząc list dla firmy powinno się
          mieć pojęcie że używa się trochę innych zwrotów i konstrukcji zdania.
          • jotembi Re: Biegłość a praca 02.11.02, 20:12
            witaj blanka, o właśnie dokładnie o to mi chodziło! jak fajnie, że ktoś to
            rozumie!
            także i moim zdaniem "biegłość" powinna polegać na umiejętności dostosowania
            stylu do okoliczności - w równym stopniu, co na płynnym gadaniu w ramach tzw.
            small talks albo na pisaniu ślicznych listów do cioci. business english to nie
            jest moja ukochana dziedzina, ale jego znajomość należy do tych uciążliwych
            obowiązków dzisiejszego pracownika, więc - mówi się trudno...
            • Gość: livetowork Re: Biegłość a praca IP: *.reshsg.uci.edu 06.11.02, 08:02
              jotembi napisała:

              > także i moim zdaniem "biegłość" powinna polegać na umiejętności dostosowania
              > stylu do okoliczności - w równym stopniu, co na płynnym gadaniu w ramach tzw.
              > small talks albo na pisaniu ślicznych listów do cioci. business english to

              "Small talks", co? Niech zgadne, chodzi o male przemowy?

              Nie dziw sie ze sie czepiam.

              Znacznie ciekawsze jest moim zdaniem zagadnienie ile lat mozna spedzic poza USA
              i nie tracic akcentu (amerykanskiego, zakladajac ze sie go mialo). To pewnie
              zalezy od osoby ale mysle ze srednia jest gdzies kolo 3 lat. Jakies opinie?

              IMO bariera "native speaker" a "plynny z malym akcentem" jest bardzo duza,
              zwlaszcza jesli chodzi o pierwsze wrazenie i szybkie nawiazywanie znajomosci.

          • goga.74 Re: Biegłość a praca 03.11.02, 00:35
            > Ale np. masa
            > osób, które wysławiały się płynnie (np. po pobycie za granicą) nie ma pojęcia
            o
            >
            > klasycznych zwrotach typowych dla listów biznesowych i używają bardzo
            > potocznego słownictwa. Może się czepiam, ale pisząc list dla firmy powinno
            się
            > mieć pojęcie że używa się trochę innych zwrotów i konstrukcji zdania.

            Chwileczke,
            Jesli przyjmimy ze bieglosc w danym jezyku polega tez na umiejetnosci pisania
            listow biznesowych, to wyjdzie na to, ze calkiem spora grupa Polakow nie mowi
            biegle po polsku. Czasami kraza w internecie jako dowcipy listy do firm, czy
            tez listy motywacyjne, napisane stylem w jakim wstyd nawet do ciotki list
            napisac. Wiec moze to akurat nie jest najlepszy przyklad. Choc oczywiscie
            rozmumiem, ze jezyk business english byl wymagany do tego stanowiska. I co nie
            zmienia faktu, ze niektorzym ludziom brak samokrytycyzmu a nie brak tupetu.
          • goga.74 Re: Biegłość a praca 03.11.02, 00:37
            > Ale np. masa
            > osób, które wysławiały się płynnie (np. po pobycie za granicą) nie ma pojęcia
            o
            >
            > klasycznych zwrotach typowych dla listów biznesowych i używają bardzo
            > potocznego słownictwa. Może się czepiam, ale pisząc list dla firmy powinno
            się
            > mieć pojęcie że używa się trochę innych zwrotów i konstrukcji zdania.

            Chwileczke,
            Jesli przyjmimy ze bieglosc w danym jezyku polega tez na umiejetnosci pisania
            listow biznesowych, to wyjdzie na to, ze calkiem spora grupa Polakow nie mowi
            biegle po polsku. Czasami kraza w internecie jako dowcipy listy do firm, czy
            tez listy motywacyjne, napisane stylem w jakim wstyd nawet do ciotki list
            napisac. Wiec moze to akurat nie jest najlepszy przyklad. Choc oczywiscie
            rozmumiem, ze jezyk business english byl wymagany do tego stanowiska. I co nie
            zmienia faktu, ze niektorzym ludziom brak samokrytycyzmu a nie brak tupetu.
            • jotembi Re: Biegłość a praca 03.11.02, 08:37
              właśnie się zaczęłam zastanawiać, na czym niby ta biegłość powinna polegać...
              chyba jednak najlepiej byłoby to porównywać do znajomości języka ojczystego, w
              polskim też niestety spory odsetek narodu biegły nie jest, a przecież
              powinniśmy wykazywać się tutaj czymś, co się zwie "native proficiency".
              "native" to "native", dla Polaka niejako z definicji niedostępny, ale trochę
              niższy stopień to "near-native" i ktoś znający jakikolwiek język na tym
              właśnie poziomie powinien moim zdaniem znać także słownictwo i styl języka
              biznesu. polskie listy biznesowe, jeśli jeszcze po necie nie krążą, to
              zdecydowanie powinny, zdarzają się kwiatki przecudnej urody. a przecież polski
              język biznesu jest (tak na moje lingwistyczne oko) chyba trochę łatwiejszy od
              np. angielskiego, bo rządzą nim mniej sztywne zasady co do stylu itp. ciekawa
              jestem, czy inni myślą podobnie...?
      • jotembi WIECIE CO??? 03.11.02, 09:20
        link do naszej dyskusji jest na stronie głównej gazety, no no...
        no to pchajmy dalej te taczki
        • forward Re: BRAVO,BRAVO 03.11.02, 09:34
          Widzisz Jotembi już nie jesteś samotna, jesteś celebrity, popraw mnie jeżeli
          mylę się i wreszcie znajdziesz sobie faceta. Same plusy z tego wirtualnego
          pchania taczek.







          Forward
          • Gość: eli Re:kijaszek w mrowisko IP: *.atl.client2.attbi.com 03.11.02, 21:59
            Gratulacje dla wzystkich bioracych udzial w dyskusji. Poraz pierwszy na forum
            wymiana opinii i spostrzezen odbywa sie bez zlosliwej napastliwosci i
            wzajemnego obrazania. Pozdrowienia.
      • jotembi Re: kijaszek w mrowisko 03.11.02, 12:35
        to się staje nudne, więc niniejszym oznajmiam:
        na dziwaczne zaczepki osoby o nicku "forward" nie będę reagować. gdyby to był
        chat, dałabym ignor... jest szansa, że po jakimś czasie osoba ta znudzi się
        brakiem reakcji i da spokój. jeśli nie - cóż, trudno, niech sobie pisze
        • forward Re: kijaszek w mrowisko 03.11.02, 13:11
          Szanowna Pani

          Dziękuję bardzo że pozwoliła mi Pani pisać na tym forze. Wiem że Pani łaskawość
          nie zna granic i mogę dzięki Pani uprzejmości dokonywać wpisów na Pani wątku.





          Z wyrazami szacunku

          Forward
        • jana_ Do jotembi 03.11.02, 13:19
          Jotembi mam do Ciebie takie pytanie. Jaki z Twego doświadczenia jest najlepszy
          sposób na naukę języka obcego? Czy tylko wyjazd do kraju, w którym ludzie
          posługują się tym językiem umożliwia biegłe oponowanie tegoż?
          Przyznam się że zamierzam zacząć uczyć się języka obcego zupełnie samodzielnie
          w domu. Niestety nie stać mnie na kursy i wyjazd za granicę. Czy wogóle jest to
          możliwe? Czy można opanować język ucząc się samodzielnie z podręcznika?
          Pytam bo mam znajomego, który twierdzi że samodzielnie nauczył się niemieckiego
          w domu, z samouczka, w ciągu pół roku, poświęcając na to 6 godzin dziennie.
          Pozdrowienia,
          jana
          • jotembi Re: Do jotembi 03.11.02, 13:58
            wyjazd baaardzo dużo daje, ale też nie wszystkim i nie każdy wyjazd (np. żyjąc
            gdzieś w świecie w otoczeniu rodaków można się nauczyć najwyżej lokalnego
            żargonu polsko-obcego...)

            ale w sumie wyjazd pomaga o tyle, że jeśli człowiek musi, to w jakimś momencie
            po prostu zaczyna mówić i przestaje się bać... bo ja wiem, chodzi chyba o to,
            żeby nie wymyślać najpierw całego zdania po polsku i nie tłumaczyć go potem
            mozolnie na język obcy

            no i wyjazd też bardzo pomaga w osłuchaniu się z językiem (chociaż teraz można
            sobie po prostu telewizor włączyć i niech sobie tak gra - polecam!)

            zdziwią się pewno niektórzy, ale moim zdaniem samodzielna nauka może dać duużo
            więcej, niż te nieszczęsne kursy! jasne, to zależy od indywidualnych zdolności
            językowych (naprawdę coś takiego istnieje), ale zdecydowanie WARTO
            SPRÓBOWAĆ!!! moja mała rada: jak najszybciej zacznij po prostu czytać w
            języku, którego się uczysz. ale czytać tak zwyczajnie, jak po polsku, zupełnie
            bez słownika i innych tego rodzaju pomocy naukowych... pierwszym tekstem, jaki
            samodzielnie przeczytałam po angielsku, była "kompozycja na cztery ręce",
            takie dłuższe opowiadanie firmowane przez hitchcocka, świetne zresztą (dlatego
            pamiętam). w pierwszym podejściu nie przebrnęłam chyba nawet przez jedną
            stronę, bo ciągle jak głupia zaglądałam do tego słownika (miałam tak ze 12 lat
            i słownictwo raczej dość ubogie...). w drugim podejściu uparłam się i czytałam
            sobie dalej, po paru stronach okazało się, że tak w sumie wszystko rozumiem.
            więc jak troszkę złapiesz tych podstaw, to weź się za jakiś tekścik z
            ulubionej dziedziny (to ważne! ja będąc dziecięciem kochałam kryminały, stąd
            ten hitchcock), ale niech to będzie tekścik nie okrojony (czyli wersja pełna,
            nie coś z czytanki hehe)
            a poza tym samodzielna nauka jest zdecydowanie tańsza, można sobie wybierać
            godziny tej nauki, a jeśli zupełnie nic z tego nie wyjdzie - zawsze możesz
            pójść na kurs (brrr...)
            więc startuj - odezwij się, jak ci idzie! trzymam kciuki!
            (ps. a niemieckiego to się nauczyłam czytając brigitte i freundin hehe, takie
            sobie babskie żurnale dość średnich lotów - kiedy później znalazłam się w
            niemieckojęzycznym kraju, po paru dniach po prostu zaczęłam mówić)
            • goga.74 Re: Do jotembi 03.11.02, 14:29
              Mnie sie wydaje, ze problem z kursami polega nie tylko na ich jakosci ale
              przede wszytskim na podejsciu ludzi. Wielu osobom wydaje sie, ze wystarczy na
              kurs "chodzic". No i chodza, po kilka lat nawet, bez wyraznych postepow.

              • jotembi Re: Do jotembi 03.11.02, 14:42
                a wiesz, chyba masz rację... podróżuję sobie po wawie metrem i często widuję
                osoby w bardzo różnym wieku z nosem wetkniętym w rozmaite zeszyty czy
                podręczniki - w dwóch egzemplarzach, bo trwa właśnie przepisywanie tzw. pracy
                domowej od kolegi/koleżanki, i to przepisywanie w ostatniej chwili, bo w
                drodze na zajęcia. hehehe, ludzie chyba po prostu automatycznie podchodzą do
                kursów językowych jak do szkoły, gdzie należało się maksymalnie "migać" (tak
                się na to mówiło za moich czasów) czyli unikać wszelkiego wysiłku

                ale swoją drogą jakość kursów tez bywa bardzo różna, wiem coś na temat kursów
                dla dzieci w wieku szkolnym: programy akceptowane przez rodziców (a rodzice
                płacą, więc rządzą niestety) to są dokładnie te same programy, według których
                nieudolnie i bezskutecznie usiłowano nauczyć tychże rodziców... a wykładowcami
                są ludzie, którzy sami powinni się jeszcze sporo nauczyć
                • goga.74 Re: Do jotembi 03.11.02, 15:49
                  > a wiesz, chyba masz rację... podróżuję sobie po wawie metrem i często widuję
                  > osoby w bardzo różnym wieku z nosem wetkniętym w rozmaite zeszyty czy
                  > podręczniki - w dwóch egzemplarzach, bo trwa właśnie przepisywanie tzw. pracy
                  > domowej od kolegi/koleżanki, i to przepisywanie w ostatniej chwili, bo w
                  > drodze na zajęcia. hehehe, ludzie chyba po prostu automatycznie podchodzą do
                  > kursów językowych jak do szkoły, gdzie należało się maksymalnie "migać" (tak
                  > się na to mówiło za moich czasów) czyli unikać wszelkiego wysiłku

                  > ale swoją drogą jakość kursów tez bywa bardzo różna, wiem coś na temat kursów
                  > dla dzieci w wieku szkolnym: programy akceptowane przez rodziców (a rodzice
                  > płacą, więc rządzą niestety) to są dokładnie te same programy, według których
                  > nieudolnie i bezskutecznie usiłowano nauczyć tychże rodziców... a
                  wykładowcami
                  > są ludzie, którzy sami powinni się jeszcze sporo nauczyć

                  Pewnie, jakos kursow jezykowych jest bardzo rozna. I poziom nauczycieli tez.
                  Nie mowiac juz o niektorych samozwanczych korepetytorach ludziach po ... FCE
                  (to ten najlatwiejszy z tych literek).
                  Ale nawet najlepszy kurs nie zastapi wlasnego zaangazowania i jak ktos oprocz
                  biegania z kursu na kurs nic sam nie zrobi,to niestety nic mu to nie da. Oprocz
                  szkolnego "migania sie" mysle ze jest to tez troche przeswiadczenie ze jak
                  place za kurs to wymagam ze mnie naucza.

                  A jak swoja droga mieszkam teraz w Holandii, gdzie angielski, lepiej lub gorzej
                  znaja wszyscy, wiekszosc znanych mi osob bardzo dobrze. I nikt z nich nie
                  biegal po szkole na zadne kursy, bo ucza sie tego po prostu w szkole.
                  • jotembi Re: Do jotembi 03.11.02, 18:19
                    hehe, znowu masz rację: z tym przeświadczeniem, że jak płacę, to na pewno mnie
                    nauczą...
                    wiem, niestety, jak to jest z angielskim w innych krajach europejskich -
                    dlatego podejrzewam jednak, że problem u nas musi tkwić w jakości nauczania
                    (chyba że przyjmiemy tezę o totalnym braku zdolności językowych u Polaków,
                    słyszałam taką opinię wielokrotnie, ale raczej w formie usprawiedliwienia).
                    angielski nauczany w szkołach (zapewne z wyjątkami, tymi droższymi) w naszym
                    kraju nic nie daje i nie sądzę, żeby ostatnie lata coś tu zmieniły
                    • goga.74 Re: Do jotembi 03.11.02, 18:35
                      > dlatego podejrzewam jednak, że problem u nas musi tkwić w jakości nauczania
                      > (chyba że przyjmiemy tezę o totalnym braku zdolności językowych u Polaków,
                      > słyszałam taką opinię wielokrotnie, ale raczej w formie usprawiedliwienia).
                      > angielski nauczany w szkołach (zapewne z wyjątkami, tymi droższymi) w naszym
                      > kraju nic nie daje i nie sądzę, żeby ostatnie lata coś tu zmieniły
                      Teraz ja przyznaje Ci racje.
          • Gość: zenobia Re: Do jana IP: *.interecho.com / 192.168.3.* 03.11.02, 21:09
            witaj jana, mam za sobą uprawianie zawodu tłumacza już przeszło 10 lat (tak
            lepiej może brzmi niż kilkanaście), nie to jest jednak istotne. Pobyt w kraju,
            którego języka się uczysz to niewątpliwie wielka szansa, ale niektórzy i tego
            nie potrafią wykorzystać. Mnie się udało, przyjaźń trwa do dziś i mam poza
            granicami Polski cudowną "rodzinę zastępczą".
            Istotne jest środowisko, ludzie którymi będziesz otoczona. Może w przyszłości
            jakiś wyjazd typu opiekunka (po konsultacjach z ludźmi, którzy już to robili).
            Myślę, że pomysł samodzielnego uczenia się jest godny mojego pełnego poparcia.
            Widzę, że musisz mieć dużą dozę samodycypliny. Gratulacje. A daje się tą metodą
            nauczyć, chociaż późniejszy pobyt w danym kraju to niewątpliwie szalona
            motywacja - udało się, mogę rozmawiać.
            Mnie się tak udało z greckim przed wyjazdem do Grecji, ale uczyłam się
            komputerowo-czy jak to się nazywa obecnie - interaktywnie. Polecam, jak dobry
            kurs to i doskonała zabawa, i efekty pojawiają się tak jakby nie wiadomo
            skąd.Nie mówię, że znam grecki, ale parę lat temu byłam w stanie się dogadać. I
            to było cudowne uczucie.
            Co do kursów, cóż, bywa różnie. Jeśli nie dla papieru o dziwnych literkach masz
            zamiar się uczyć, a z posta wynika, że nie, to heja - dziubanie w domu z
            pewnością przyniesie efekty.
            Pozdrawiam i wspieram (netowo) chęć uczenia się języka obcego dla własnej
            satysfakcji
      • Gość: rada DO JOTEMBI I FORWARDA IP: *.devs.futuro.pl 03.11.02, 17:07
        sadze ze powinniscie sie spotkac i wyjasnic sobie osobiscie wszystkie
        watpliwosci "jezykowe" ...nie tylko te werbalne.
        • jotembi Re: DO JOTEMBI I FORWARDA 03.11.02, 18:15
          hmm... dzięki wielkie za radę, skądinąd niegłupia, ale ja do forwarda nic nie
          mam. jeśli on/ona upiera się przy złośliwym komentowaniu, ja nic na to nie
          mogę poradzić. a na spotykanie się z kimkolwiek w takiej akurat sprawie nie
          bardzo mam czas
      • Gość: akaWill Re: kijaszek w mrowisko IP: *.newt1.cpe.charter-ne.com 03.11.02, 22:52
        A propos zargonu polsko-obcego i rozladowania ciezkiej chwilami atmosfery
        polecam klejnot poezji w ponizszym "linku".

        www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=44&w=3450704


        Pojawila sie tu ciekawa kwestia "bieglosci stosowanej" na przykladzie
        umiejetnosci poslugiwania sie jezykiem biznesowym. Jest to z pewnoscia sprawa
        umiejetnosci jezykowych, ale nie tylko. W USA bardzo duzy nacisk kladzie sie,
        praktycznie bez wzgledu na profil zawodowy, na "communication skills". Wydaje
        mi sie, ze wielu ludzi tak naprawde nie rozumie na czym polega zdolnosc
        komunikacji. To oczywiscie zasob slow i znajomosc dziedziny, ale to tylko
        poczatek. Dalej idzie umiejetnosc wyslowienia swojej wiedzy i doswiadczenia w
        pismie i mowie. Dalej, umiejetnosc zrobienia tego w taki sposob, aby odbiorcy
        to zrozumieli, biorac pod uwage, ze odbiorcy sa w roznym wieku, z roznych
        dziedzin, roznych kultur etc. etc. i zeby sposob ich odbioru pokrywal sie z
        intencjami przekazujacego. Oczywiscie dochodzi tu kwestia ile sie ma czasu na
        przekaz, jakie warunki (e-mail, telefon, fax, list formalny, prezentacja przy
        tablicy czy z komputera). Rownie wazna jest umiejetnosc ...sluchania, ktora
        jest czescia procesu komunikacji.

        Na pewno wielu z Was spotkalo ludzi z wyraznym akcentem, ktorzy byli swietni w
        komunikacji w odroznieni od "natives", ktorych ciezko bylo sluchac przez
        minute. Tak naprawde jezeli ktos zna jezyk na jakims tam poziomie to wyrazny
        akcent nie jest zadna wada. A z "communication skills" jest troche tak jak z
        samymi predyspozycjami jezykowymi tzn. jedni sa bardziej predysponowani, a
        inni mniej. I, niestety, poprawiaja sie one z wiekiem, co oznacza, ze mlodym
        trudniej. Mi sie czasem chce smiac jak slysze, ze ktos idzie na studia MBA i
        uwaza, ze po ich skonczeniu bedzie od razu dyrektorem, bo posiadl tajniki
        zarzadzania instytucjami.

        Do magistrow zarzadzania: "communication skills" powinno byc dla Was
        najwazniejsza umiejetnoscia, jakies sto pietnascie razy wazniejsza niz
        suuuuper angielski.
      • Gość: livetowork Re: kijaszek w mrowisko IP: *.reshsg.uci.edu 04.11.02, 06:16
        Swieta prawda. Polacy ostro kalecza angielski, w
        przeciwienstwie do Niemcow albo Holendrow. Uczylem przez
        wiele lat prywatnie angielskiego. T R A G E D I A.

        Oczywiscie sam nie jestem aniolem. Mieszkam i pracuje w
        Stanach i spedzilem tu prawie polowe zycia ale lekki
        akcent mam (na tyle lekki ze ludzie pytaja sie z ktorej
        czesci USA jestem). Nie zeby to mialo znaczenie, bo tutaj
        wszyscy maja akcent.

        A co do mlodych i ambitnych magistrow to powinni sie
        wziac za kopanie rowow. Jak czytam te rozne oderwane od
        realiow fantazje o swietnej pracy tuz po studiach to sie
        zastanawiam czego ci ludzie sie uczyli w szkole.
        • Gość: absolwent_od_5_lat Re: kijaszek w mrowisko IP: *.swietochlowice.dialup.inetia.pl 04.11.02, 08:49
          Gość portalu: livetowork napisał(a):

          > A co do mlodych i ambitnych magistrow to powinni sie
          > wziac za kopanie rowow. Jak czytam te rozne oderwane od
          > realiow fantazje o swietnej pracy tuz po studiach to sie
          > zastanawiam czego ci ludzie sie uczyli w szkole.

          Napisz proszę jak to jest w USA. Czy b.dobrzy absolwenci dobrych uczelni nie
          dostają sensownej i dobrze płatnej pracy zaraz po ukończeniu studiów?

          Mam znajomą, która skończyła 3-letnią szkołę biznesu z wynikiem b.dobrym.
          Jest Polką. Pierwszą pracę jaką dostała to w Fordzie za 63tys. dolarów rocznie.
          Nie wiem na jakim stanowisku.

          Pozdrowienia
          • Gość: livetowork Re: kijaszek w mrowisko IP: *.reshsg.uci.edu 04.11.02, 21:59
            Gość portalu: absolwent_od_5_lat napisał(a):

            > Napisz proszę jak to jest w USA. Czy b.dobrzy
            absolwenci dobrych uczelni nie
            > dostają sensownej i dobrze płatnej pracy zaraz po
            ukończeniu studiów?

            Z reguly nie. Pierwsza praca po studiach to z reguly
            najnizszy szczebel danej organizacji, przez pierwsze lata
            malo odpowiedzialnosci i duzo zapieprzania. Wszystko to
            oczywiscie pod warunkiem ze sie poszlo do w miare dobrej
            szkoly, mialo sie dobra srednia, uczestniczylo sie w
            praktykach, itp. Kariera "od pucybuta do milionera" jak
            ktos tutaj mowil.

            > Mam znajomą, która skończyła 3-letnią szkołę biznesu z
            wynikiem b.dobrym.
            > Jest Polką. Pierwszą pracę jaką dostała to w Fordzie za
            63tys. dolarów rocznie.
            > Nie wiem na jakim stanowisku.

            3-letnia szkola biznesu? Nie chodzi przypadkiem o MBA?

            Taka pensja to calkiem niezle jak na pierwsza prace.
            Ciekawe jakie stanowisko.
            • Gość: absolwent_od_5_lat Re: kijaszek w mrowisko IP: *.swietochlowice.dialup.inetia.pl 04.11.02, 23:35
              Gość portalu: livetowork napisał(a):

              > 3-letnia szkola biznesu? Nie chodzi przypadkiem o MBA?
              >
              > Taka pensja to calkiem niezle jak na pierwsza prace.
              > Ciekawe jakie stanowisko.

              To nie było MBA. Musiała, by chyba wcześniej skończyć jakąś szkołę wyższą?
              Dziewczyna skończyła najpierw 2 ostatnie lata liceum w Stanach. Rodzice mają
              majętnego wujka, który jest 3-cim pokoleniem emigrantów z Polski. Jest chyba
              prawnikiem, czy lekarzem. Wziął ją do siebie i sfinansował naukę.
              Z maturą międzynarodową wróciła do Polski na studia. Zaraz zaczęły się schody,
              żeby jej uznać maturę itd. Po pół roku na zaocznych dała sobie spokój.
              Zadzwoniła do wujka i wróciła do Stanów. Tam też skończyła 3-letnią szkołę
              biznesu z wynikiem b.dobrym. Nie wiem, czy pracowała gdzieś podczas studiów.

              Miała po studiach kilka propozycji i wybrała właśnie Forda. Było to ok. 2 lata
              temu.

              A tak na marginesie - ile średnio wynosi w USA pierwsza płaca dla absolwenta?
              Jak się to ma do średniej krajowej? ile ona wynosi w USA?

              Pozdrowienia.
              • Gość: livetowork Re: kijaszek w mrowisko IP: *.reshsg.uci.edu 05.11.02, 03:53
                Gość portalu: absolwent_od_5_lat napisał(a):

                > A tak na marginesie - ile średnio wynosi w USA pierwsza płaca dla absolwenta?
                > Jak się to ma do średniej krajowej? ile ona wynosi w USA?

                Zalezy kiedy i gdzie. W regionach bardziej zaludnionych (wschodnie i zachodnie wybrzeze) pierwsza placa to
                30k-45k. Srednia krajowa jest nieco ponizej 30k.

                Czy to duzo czy malo zalezy od regionu. Za 30 tys. nie da sie zyc w Nowym Jorku ale gdzies w centralnych Stanach
                pewnie tak. Jesli absolwent tyle zarabia, mieszka na wschodnim wybrzezu (NJ/NY) i ma jeszcze dlugi studenckie do
                splacenia to znaczy ze zywi sie glownie maslem orzechowym.

                Duzo mozna sie nasluchac historii o swiezo upieczonych absolwentach Berkeley zarabiajacych 100k albo wiecej ale
                to aberracja ostatnich lat i dlugo sie nie powtorzy. Druga strona medalu to management zarabiajacy znacznie wiecej,
                ale znowu - to wyjatek od reguly.
      • Gość: Jan Communication skills IP: 62.2.123.* 05.11.02, 01:26
        akaWill napisał:
        W USA bardzo duzy nacisk kladzie sie, praktycznie bez wzgledu na profil
        zawodowy, na "communication skills".

        Fakt. To znów na temat, jaki język jest potrzebny. Jeżeli ktoś umie tłumaczyć
        Szekspira, to fajnie, jeżeli takie jest jego zadanie. ale w innych przypadkach
        może być istotne, by:
        - poprowadzić kurs, by nie uśpić słuchaczy
        - przekonać klienta do kupna
        ...
        Ważniejsza wtedy jest umiejętność odpowiedniego do poziomu i osobowości
        partnera przekazania informacji. Przy problemie językowym ważniejsze jest, by
        go obejść i się nie zakałapućkać, niż by zdanie nadawało się do Timesa czy BBC.

        livetowork napisał:
        Mieszkam i pracuje w Stanach ... ale lekki akcent mam ...
        Nie zeby to mialo znaczenie, bo tutaj wszyscy maja akcent.

        Byłem na kursie komputerowym w Denver i (z uczestników) Hindusi mówili z
        akcentem hinduskim, Chinka z chińskim, Niemiec z niemieckim, Kanadyjka z
        brytyjskim, a ja ... z moim. Trzeba było uważać, ale wszyscy się dogadali.

        Tu uwaga: są kraje, gdzie zwraca się większą uwagę na język. Należy do nich
        Francja, gdzie publiczne dyktanda pokazywane są w niedzielne popołudnie (lub
        były). Pewnie tak jest w Anglii i po części w Niemczech. Tam poziom języka jest
        oznaką kultury. W krajach o kulturze mieszanej (USA, Szwajcaria), ważniejsze
        jest *jakieś* efektywne porozumienie. W Szwajcarii niemieckojęzycznej językiem
        ojczystym jest grupa ok. 15 dialektów, równie odległych od niemieckiego, jak
        holenderski. Nie da się tego ujednolicić, bo trzeba by było uznać wyższość
        berneńskiego nad zuryskim lub odwrotnie (a bazylejski? Bündner? Walliser? ...).
        Dlatego w dialekcie jest daleko posunięta tolerancja (czy się powie „füfi“,
        czy „foif“ – i tak zrozumieją, że to „5”), a niemiecki (Hochdeutsch) jest dla
        Szwajcarów językiem obcym, więc obcokrajowiec jest na równym gruncie ze
        Szwajcarem. Poza tym jest tu 15% obcokrajowców (wśród pracujących więcej), więc
        są przyzwyczajenie do gadania z wszystkimi. Widziałem raz jako wymaganie dla
        kierownika budowa „włoski”. Myślałem, że to wydziwianie, przecież nie będzie
        czytał sonetów Petrarki. Ale to nie wymysł – Szwajcarię budowali „muratori”. A
        i oni nie mówią językiem Calvino i Eco, więc na budowie panuje jakiś pidgin z
        mieszanki w włoskich dialektów i zasłyszanego lokalnego szwajcarskiego.
        Tu jest ważne, by szybko reagować, gdy komuś deska spada na głowę, następstwo
        czasów można odłożyć.

        Ale jeżeli się tłumaczy dokumenty dyplomatyczne, to inna historia.
      • Gość: piki Re: jaki tam kijaszek w mrowisko. IP: *.lsan03.pacbell.net 05.11.02, 04:27
        Czolko!
        Ja tez sie dopisze,
        Zawsze olewalem ten watek. Ale cos mnie tknelo.
        Musze powiedziec, ze tez jak na razie nie zdawalem ani jednego egzaminu,
        ktory dokumentowalby moja znajomosc angielskiego. Znajomi zawsze mowili, ze
        w ich ocenie znam ten jezyk perfect. Ale moja ocena jest troche odmienna.
        Nie wiem czy to kogos zainteresuje ale czasem z niewyspania brakuje mi jezyka w
        gebie. Czasem tak permanentnie, ze zamiast mowic udaje, ze nie slysze.
        Ale swoja droga po polsku tez nie.
        A z kolei po malutkiej bani akcent znika jak za dotknieciem zaczarowanej
        rozdzki. Czy wy tez macie podobne doswiadczenia?
        Ach i ten Polski! Bardzo sie staram pisac i mowic poprawnie.
        Ale czesto jest tak, ze jak chce cos powiedziec po Polsku to zapominam slow...
        Rany julek!
        Podziwiam ludzi ktorzy znaja oba te jezyki w rownym stopniu.
        Znam jednak tylko jedna taka osobe.
        Angielskim wlada tak, ze native speakers nie odrozniaja.
        Po polsku oczywiscie mowi tak jak my wszyscy.
        Gdzie lezy klucz do takiej znajomosci?
        Ano urodzil sie tu. Mieszkal kilkanascie lat. Wrocil do Polski. Pomieszkal tam
        kilkanascie lat. I wlasnie wrocil.
        Ale o angielskim mowa. Ja nigdy nie musialem chwalic sie znajomoscia
        angielskiego w resume. Ale tez nie chwalilem sie Polskim. Przykro mi jak czytam
        jakie trudnosci przezywaja mlodzi gniewni szukajacy pracy w Polsce.
        Wiem jak trudno jest sie przestawic. Jak za dlugo siedze w Polsce to dobrze po
        angielsku mowie dopiero po piwie. I odwrotnie.
        A co do anglistow? Wiecie panstwo, ja nie wierze w znajomosc angielskiego przez
        Polaka na zadnym poziomie. Chocbysmy sie uczyli caly czas to i tak czegos w
        danym momencie zapomnimy albo powiemy tak ze... zgrzyta. Inny szyk, inna
        kolejnosc slow. Takie tam. Nie ma sily.
        Ale ostatnio przez kwadrans rozmawialem z policjantem.
        Dopiero po sprawdzeniu w komputerze zapytal, ze zdziwieniem:
        "you're not Polish, are you?" i co powie na to Polski Anglista?

        Popieram autorke watku. To interesujacy temat. Ciekawie opisalas swoje
        osiagniecia. Ale nie dziwie sie tez adwersarzom. W Polsce teraz jest takie
        napiecie. Nie ma tego luzackiego podejscia do zycia jak przed kilku laty.
        A do znajomosci jezykow niektorzy podchodza jak do religii, a to chodzi po
        prostu zeby sprawdzic ceny biletow na lot do Polski, dogadac sie z urzedniczka
        w banku, kierowca autobusu, bileterka itp.

        Pa.
        • Gość: luzak Re: jaki tam kijaszek w mrowisko. IP: *.swietochlowice.dialup.inetia.pl 05.11.02, 10:22
          Hej !!!
          Sporo trafnych spostrzeżeń.

          Moja znajomość angielskiego jest raczej marna. Czytanie i rozumienie całkiem
          nieźle - gorzej z prowadzeniem konwersacji. Często brakuje mi słownictwa.
          O błędach gramatycznych nie wspomnę...

          Zauważyłem jednak inną rzecz. Ludzie, którzy znają angielski lepiej niż ja
          bardzo często WSTYDZĄ się mówić !!! Ja jestem człowiekiem komunikatywnym i
          staram się mysleć głównie o tym, żeby się porozumieć z tym kimś po drugiej
          stronie. Forma ma dla mnie mniejsze znaczenie. Z tej prostej przyczyny mam nad
          nimi sporą przewagę. Jeśli brak mi słowa "obchodzę" to poprzez opisanie
          problemu innymi słowami.

          W pewnych aspektach dobra/biegła znajomość angielskiego rzeczywiście jest
          nieodzowna, ogólnie wystarczy jednak znajomość dobra. Moim zdaniem liczy się
          słownictwo i idiomy. Nie tragizujmy więc i przede wszystkim nie bójmy się
          rozmawiać.

          I na koniec - coś z życia wzięte:
          Ja rzadko mam okazję rozmawiać po angielsku. Klika miesięcy temu moją firmę
          nawiedzili Amerykanie. Sprawa dotyczyła mojego działu i mnie polecono żebym się
          nimi "opiekował". Oprócz pracy spędzaliśmy czas w pubach i "na mieście".
          Musiałem więc cały dzień rozmawiać tylko po angielsku - milczeć nie wypadało :-)
          Trwało to kilka tygodni. Czasami siedzieliśmy w pracy po 10-12h.
          Po ok. 4 tygodniach idąc do piekarni po kanapkę, zacząłem się zastanawiać jak
          to będzie po angielsku "kanapka z serem, szynką i sałatą". Dopiero kiedy
          dotarłem do sklepu zorientowałem się, że przecież mogę/powinienem to powiedzieć
          po polsku :-)
          Ale się wtedy z siebie uśmiałem ....

          Pozdrowienia
    Inne wątki na temat:

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka