Gość: jotembi
IP: 195.187.102.*
21.10.02, 11:32
No tak, obawiam się, że to będzie kijaszek w mrowisko... Ale tak się składa,
że mam wokół siebie sporo tych młodych wykształconych, a sama jestem...
hmmm... stara i wykształcona. Poza tym jestem na świeżo po lekturze
dzisiejszej Wyborczej, więc trudno, niech już będzie ten kijaszek.
Młodzi, wykształceni, chętni do pracy, ze znajomością języków obcych, tak?
Tacy, co to (w dość łzawej jak na moją ulubioną gazetę opowieści) po kilka
razy oglądają filmy w oryginale, żeby doskonalić język? Bo ja wiem, czy to
tak znowu strasznie pomaga...
Prawda jest ponura: bez względu na to, ile języków wpisuje się w odpowiedniej
rubryczce cv czy resume (co kto woli hehe), rzeczywista znajomość tych
języków jest najcześciej właśnie taka, że film trzeba obejrzeć i z dziesięć
razy, żeby coś z niego zrozumieć. Trudno, let's face it: nie najlepiej u nas
uczą języków i osobiście nie znam nikogo, kto dzięki kursom opanowałby język
w stopniu uzasadniającym mówienie o proficiency przy ubieganiu się o pracę.
Naprawdę niepokojące jest zresztą coś innego: nawet dłuuugi pobyt za granicą
wcale tej proficiency nie gwarantuje.
Pracuję sobie od trzech miesięcy - ja, stare babsko, w dodatku postać
liryczna i na ogół niechętnie zatrudniana, bo samotna matka... Dla zabawy
bardziej niż z innych powodów napisałam na kolanie cover letter i resume,
przyniosłam do firmy, która poszukiwała kogoś takiego jak ja (oczywiście za
pośrednictwem ogłoszenia w GW hehe), i następnego dnia zostałam formalnie
przyjęta do pracy. Na dwuletni kontrakt, oczywiście, tak to teraz bywa - ale
jednak. W dodatku kontrakt w tej akurat firmie (bo ja wiem, czy to można
nazwać firmą... no, w każdym razie pracodawca jest w skali baardzo
międzynarodowej) - więc kontrakt ten otwiera drzwi do kolejnych kontraktów, i
tak ad infinitum (niech żyje Irlandia, to tak na marginesie). Dlaczego mi się
tak udało? Ano dlatego, że ja naprawdę znam ten nieszczęsny angielski...
Pierwszym moim zadaniem po podjęciu pracy było - niestety - odesłanie tych
około 200 aplikacji (Polacy nie gęsi, hehe, za mojej młodości "aplikacja"
znaczyła coś zupełnie innego), jakie pozostały po zatrudnieniu mnie i mojego
obecnego sąsiada z pokoju. Odsyłanie wiązało się z wkładaniem tych papierków
w koperty, więc chcąc nie chcąc czasami coś tam przeczytałam. O rany, i ci
ludzie uważają, że świetnie znają język...?! A stanowisko, o jakie się
ubiegali, wymagało tej znajomości na poziomie near native, jesli wręcz nie
native proficiency (dla jasności: urodziłam się i wychowałam w Wawie i mam
zamiar w stosownym momencie tutaj umrzeć).
Tyle jeśli chodzi o te nieszczęsne języki obce. Tylko jeszcze jedna mała
uwaga na temat zapału i chęci do pracy. Mój wspomniany sąsiad z pokoju to
ktoś, kogo śmiało zaliczyć można do takich właśnie "młodych". Zapału ma
mnóstwo: od rana do końca dnia pracy wydzwania ze służbowego telefonu po
całym kraju oraz do wszystkich sieci komórkowych, bo załatwia sobie remont
mieszkania. Wykorzystuje rzecz jasna fakt, że trzecia osoba w biurze - szef
za ścianą - nie rozumie ani be ani me po polsku, a ja oczywiście nie
podkabluję... no bo nie podkabluję, niestety, choć skądinąd żal mi tego
biedaka szefa, porządny obcokrajowiec z niego. Co gorzej, sąsiad poza owym
zapałem wykazuje się znajomością angielskiego w stopniu wyjątkowo miernym jak
na gościa, który podobno 10 lat siedział w Ameryce. Ale za to niewątpliwie
jest młody i nawet ma tytuł magistra czegoś tam, bodajże zarządzania
(ostatnio zaczęło mi się wydawać, że innych magistrów już nie ma...
magistrowie czegoś innego, jeśli jeszcze istniejecie, odezwijcie się!!!).
Pracy szukał przez pół roku (chyba "zaledwie pół roku"?), choć taki wysokiej
klasy fachowiec.
A wniosek? proszę bardzo: a dajcie wy mi święty spokój z tą super znajomością
języków, super fachowością i chęciami do pracy!