Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    znajomości = referencje

    11.08.03, 19:22
    Czy nie uważacie że tzw. "znajomości" jeśli chodzi o pracę to nic innego jak
    po prostu referencje , czyli to że im więcej masz znajmomych i przyjaciół
    oraz im więcej osób jest w stanie się za ciebie "podłożyć" ( tak niestety ale
    osoba która defakto załatwia prace komuś jest odpowiedzialna" za kandydata ,
    sa takie niepisane zasady że jeśli kandydat do pracy da ciała to tak naprawde
    nie jemu sie dostanie tylko osobie polecajacej

    Dla przykładu jeśli myslicie o kupnie czegoś poważniejszego np mieszkania
    samochodu to co tak po prostu kupujecie w ciemno ? Czy może próbujecie się
    zorientować , popytać znajmomych , czy nie najlepszą opinia jest np. opinia
    uzytkowników danego auta , lub osoba ktora kupił mieszkanie od danego
    dewelopera i mieszka na tym osiedlu , to są chyba najcenniejsze dane

    Tak samo z pracownikiem lepiej jest jak osoba zna kogos może coś blizej
    stwierdzic czy dana osoba się nadaje na to stanowisko czy nie , bo co tak
    naprawde mozna dowiedziec się o człowieku z CV bądź z 1 godz. rozmowy
    kwalifikacyjnej prawie nic , a co innego już osoba która zna danego kandydata

    I moim zdaniem to im więcej mamy znajomych do których możemy zadzwonic lub
    poprosic o pomoc im lepsze mamy z nimi kontakty tym większe mamy szanse na
    znalezienie pracy

    Nie wiem ale przecież jeśli prace dostaje się tylko po znajomości to znaczy
    że ktoś ja dostaje to znaczy że ludzie pracujący w jakis firmach maja
    przyjaciół o których wiedzą że np poszukuja pracy i wiedzą że można ich
    polecic swojemu szefowi

    Ok cały powyzszy tekst jest moja subiektywna opinią teraz czas na Was i Wasze
    opinie !!!

    Obserwuj wątek
      • adam.67 Re: znajomości = referencje 12.08.03, 07:57
        Okropnie długi ten Twój post, ale ponieważ sam niekiedy pisuję podobne, toteż
        to nie uwaga krytyczna :) ale wyraz uznania dla kogoś, kto chce i umie coś
        napisać.
        Ale ad rem.

        Osobiście też tak uważam. "Znajomości" to kapitał taki sam jak zdrowie i
        informacja, i to ważniejszy od maszyn i innych form kapitału (jak powiadał
        jeden z nieżyjących już profesorów AE w Krakowie).
        Z tym "podłożeniem się" to nie do końca tak jest. To zależy, jakie są relacje w
        firmie, kto jest z kim powiązany i jaką ma odpowiedzialność. Jak "dasz ciała"
        to z reguły sam ponosisz konsekwencje, a jeśli ktoś nie umie zrozumieć prawa do
        popełnienia błędu (tak! błędu, ale nie "błędów", czyli trzeba się uczyć na
        błedach, najlepiej cudzych, choć i własne też mają znaczenie edukacyjne. Wtedy
        jak się "da ciała" to bardziej boli. Bo to własne ciało :)))), to znaczy że
        jest tępakiem, a takich jest niestety sporo i tacy ludzie nie nadają się na
        szefów czy innych menedżerów.
        W końcu ten, kto poleca osobę do pracy nie jest panem bogiem i nie jest w
        stanie przewidzieć co się wykoci w głowie osoby poleconej, i nie należy
        demonizować tego zagrożenia (jak ktoś chce odreagować niepowodzenie swojej
        firmy, to zawsze znajdzie "jelenia" do odstrzału. To wszystko zależy od klasy
        człowieka. Tak - klasy a niekoniecznie kasy, jak uważa duża część
        polskich "biznesmenów".

        Przykład z mieszkaniem czy też inną transakcją jest dość trafny. Dla człowieka
        roszczącego sobie prawa do bycia homo sapiensem, niewiedza powoduje niepewność
        i pewne stany lękowe (choć na różnym podłożu i o różnej skali). Dlatego każdy
        rozsądny człowiek jak nie wie, to stawia pytania, i oczekuje odpowiedzi.
        Ale z pracownikiem to już nie jest taka łatwa analogia - jak wspomniałem
        wcześniej, są rzeczy, których nie da się przwidzieć. Tym niemniej, istotnie
        jedna rozmowa + dane z cv to niemal żadna informacja o człowieku. Pamiętaj, że
        osoba rekomendująca zna rekomendowanego z innego otoczenia, z innych realiów i
        niekoniecznie to musi przekładać się na pracę tam, gdzie się go poleca.

        > I moim zdaniem to im więcej mamy znajomych do których możemy zadzwonic lub
        > poprosic o pomoc im lepsze mamy z nimi kontakty tym większe mamy szanse na
        > znalezienie pracy
        Jak najbardziej. Vide cytat z śp. profesora. Ten sam profesor jednak mawial
        też, że znajomości są jak zwierzątko lub roślina - jak się opiekujesz
        zwierzątkiem to ono się zrewanżuje, a jak nie podlewasz roślinki to więdnie.
        Profesor miał wprawdzie na myśli pewien określony rodzaj "podlewania", no ale...

        > Nie wiem ale przecież jeśli prace dostaje się tylko po znajomości to znaczy
        > że ktoś ja dostaje to znaczy że ludzie pracujący w jakis firmach maja
        > przyjaciół o których wiedzą że np poszukuja pracy i wiedzą że można ich
        > polecic swojemu szefowi.
        I właśnie tak to wygląda, choć różni "doradcy HR" i inni "specjaliści z bożej
        łaski" twierdzą, że jest inaczej. Nawet jeśli nie ma osoby polecającej wprost,
        to zawsze jest możliwy kontakt z poprzednim pracodawcą czy środowiskiem, w
        którym obracał się człowiek starający się o pracę.

        Są przypadki, w których kryterium kwalifikacyjnym są profesjonalizm,
        doświadczenie zawodowe, kwalifikacje. Ale NIGDY te kryteria nie chadzają same
        po rynku (pracy).
        • Gość: Richelieu* Re: znajomości = referencje IP: *.localdomain / 192.168.0.* 12.08.03, 10:58
          adam.67 napisał:

          > Okropnie długi ten Twój post, ale ponieważ sam niekiedy pisuję podobne,
          toteż
          > to nie uwaga krytyczna :) ale wyraz uznania dla kogoś, kto chce i umie coś
          > napisać.
          > Ale ad rem.
          >
          > Osobiście też tak uważam. "Znajomości" to kapitał taki sam jak zdrowie i
          > informacja, i to ważniejszy od maszyn i innych form kapitału (jak powiadał
          > jeden z nieżyjących już profesorów AE w Krakowie).
          > Z tym "podłożeniem się" to nie do końca tak jest. To zależy, jakie są
          relacje w
          >
          > firmie, kto jest z kim powiązany i jaką ma odpowiedzialność. Jak "dasz
          ciała"
          > to z reguły sam ponosisz konsekwencje, a jeśli ktoś nie umie zrozumieć prawa
          do
          >
          > popełnienia błędu (tak! błędu, ale nie "błędów", czyli trzeba się uczyć na
          > błedach, najlepiej cudzych, choć i własne też mają znaczenie edukacyjne.
          Wtedy
          > jak się "da ciała" to bardziej boli. Bo to własne ciało :)))), to znaczy że
          > jest tępakiem, a takich jest niestety sporo i tacy ludzie nie nadają się na
          > szefów czy innych menedżerów.
          > W końcu ten, kto poleca osobę do pracy nie jest panem bogiem i nie jest w
          > stanie przewidzieć co się wykoci w głowie osoby poleconej, i nie należy
          > demonizować tego zagrożenia (jak ktoś chce odreagować niepowodzenie swojej
          > firmy, to zawsze znajdzie "jelenia" do odstrzału. To wszystko zależy od
          klasy
          > człowieka. Tak - klasy a niekoniecznie kasy, jak uważa duża część
          > polskich "biznesmenów".
          >
          > Przykład z mieszkaniem czy też inną transakcją jest dość trafny. Dla
          człowieka
          > roszczącego sobie prawa do bycia homo sapiensem, niewiedza powoduje
          niepewność
          > i pewne stany lękowe (choć na różnym podłożu i o różnej skali). Dlatego
          każdy
          > rozsądny człowiek jak nie wie, to stawia pytania, i oczekuje odpowiedzi.
          > Ale z pracownikiem to już nie jest taka łatwa analogia - jak wspomniałem
          > wcześniej, są rzeczy, których nie da się przwidzieć. Tym niemniej, istotnie
          > jedna rozmowa + dane z cv to niemal żadna informacja o człowieku. Pamiętaj,
          że
          > osoba rekomendująca zna rekomendowanego z innego otoczenia, z innych realiów
          i
          > niekoniecznie to musi przekładać się na pracę tam, gdzie się go poleca.
          >
          > > I moim zdaniem to im więcej mamy znajomych do których możemy zadzwonic lub
          >
          > > poprosic o pomoc im lepsze mamy z nimi kontakty tym większe mamy szanse na
          >
          > > znalezienie pracy
          > Jak najbardziej. Vide cytat z śp. profesora. Ten sam profesor jednak mawial
          > też, że znajomości są jak zwierzątko lub roślina - jak się opiekujesz
          > zwierzątkiem to ono się zrewanżuje, a jak nie podlewasz roślinki to więdnie.
          > Profesor miał wprawdzie na myśli pewien określony rodzaj "podlewania", no
          ale..
          > .
          >
          > > Nie wiem ale przecież jeśli prace dostaje się tylko po znajomości to znacz
          > y
          > > że ktoś ja dostaje to znaczy że ludzie pracujący w jakis firmach maja
          > > przyjaciół o których wiedzą że np poszukuja pracy i wiedzą że można ich
          > > polecic swojemu szefowi.
          > I właśnie tak to wygląda, choć różni "doradcy HR" i inni "specjaliści z
          bożej
          > łaski" twierdzą, że jest inaczej. Nawet jeśli nie ma osoby polecającej
          wprost,
          > to zawsze jest możliwy kontakt z poprzednim pracodawcą czy środowiskiem, w
          > którym obracał się człowiek starający się o pracę.
          >
          > Są przypadki, w których kryterium kwalifikacyjnym są profesjonalizm,
          > doświadczenie zawodowe, kwalifikacje. Ale NIGDY te kryteria nie chadzają
          same
          > po rynku (pracy).
          >



          I zamiast tworzyć wokół siebie siatkę zawodowych znajomości interesowałeś się
          czym innym. Inni w noc na balety a Ty dwie kawy i kucie do rana. Jeden jeste
          towarzyski i mu łatwo, drugi ma na tym polu trudności i uczy się pół życia aby
          potem stwierdzić, że jego kolega ze studiów ten co to wdziękiem zdawał
          egzaminy teraz jest przełożonym jego przełożonego. Bo nie dość, że ma ładny
          uśmiech choć pustą głowę to jeszcze wie do kkogo go skierować.

          A tak swoją drogą. Te wszystkie darmowe staże, praktyki, pisanie artykułów
          gratis, robienie uprzejmości darmowym tłumaczeniem to wszystko rozwija
          znajomości. Inny w tym czasie jeździ na wakacje.
          • vokulski Re: znajomości = referencje 12.08.03, 14:57
            Wiesz ale próbujesz tutaj wykazać jakąś skrajność , że ludzie którzy całe
            studia zakówali , to maja super wiedzę i w ogóle ale nie maja żadnych
            znajomych , a Ci co balowali to są kompletni idioci ale za to maja kupę
            znajomości , a to przecież nigdy tak nie jest ,

            • Gość: Richelieu* Re: znajomości = referencje IP: *.localdomain / 192.168.0.* 12.08.03, 16:51
              vokulski napisał:

              > Wiesz ale próbujesz tutaj wykazać jakąś skrajność , że ludzie którzy całe
              > studia zakówali , to maja super wiedzę i w ogóle ale nie maja żadnych
              > znajomych , a Ci co balowali to są kompletni idioci ale za to maja kupę
              > znajomości , a to przecież nigdy tak nie jest ,
              >


              Na Zachodzie inteligencja emocjonalna jest stawiana na tymn samym poziomie co
              inteligencja, ta standardowa mierzona w IQ. W Polsce nadal się nie docenia tej
              pierwszej. I tak może być delikwent o IQ 150, ale tak nieprzyjemny w obejściu,
              tak konfliktowy, krótko mówiąc oi niskim poziomie int. emocjonalnej, że
              przyjaciół on nie będzie miał w ogóle. I teraz podczas poszukiwań pracownika
              na stanowisko nie wyamgające kontaktów z ludźmi, zupełnie samodzielne nie
              zatrudni się tego delikwenta choć jest on wybitnym specjalistą, bo nie ma kto
              potwierdzić jego kwalifikacji. Fakt, że potrafi się zjednywać sobie ludzi,
              cecha bardzo przydatna na polu towarzyskim, nie powinna wpływać na pracę jeśli
              nie ma ona nic wspólnego ze zjednywaniem sobie ludzi. Osoba o dużym IQ i
              wysokim poziomie inteligencji emocjonalnej to rzadkość i chętniej zatrudnia
              się mniej wykształconego za to sympatycznego bo kolega potwierdził jego
              sympatyczność. Wykształcenie potwierdzone jest dyplomami, a sympatyczność
              poparciem. I wszystko gra choć dla wybranych.
              • vokulski Re: znajomości = referencje 12.08.03, 18:04
                Gość portalu: Richelieu* napisał(a):

                > vokulski napisał:
                >
                > > Wiesz ale próbujesz tutaj wykazać jakąś skrajność , że ludzie którzy całe
                > > studia zakówali , to maja super wiedzę i w ogóle ale nie maja żadnych
                > > znajomych , a Ci co balowali to są kompletni idioci ale za to maja kupę
                > > znajomości , a to przecież nigdy tak nie jest ,
                > >
                >
                >
                > Na Zachodzie inteligencja emocjonalna jest stawiana na tymn samym poziomie co
                > inteligencja, ta standardowa mierzona w IQ. W Polsce nadal się nie docenia
                tej
                > pierwszej. I tak może być delikwent o IQ 150, ale tak nieprzyjemny w
                obejściu,
                > tak konfliktowy, krótko mówiąc oi niskim poziomie int. emocjonalnej, że
                > przyjaciół on nie będzie miał w ogóle. I teraz podczas poszukiwań pracownika
                > na stanowisko nie wyamgające kontaktów z ludźmi, zupełnie samodzielne nie
                > zatrudni się tego delikwenta choć jest on wybitnym specjalistą, bo nie ma kto
                > potwierdzić jego kwalifikacji. Fakt, że potrafi się zjednywać sobie ludzi,
                > cecha bardzo przydatna na polu towarzyskim, nie powinna wpływać na pracę
                jeśli
                > nie ma ona nic wspólnego ze zjednywaniem sobie ludzi. Osoba o dużym IQ i
                > wysokim poziomie inteligencji emocjonalnej to rzadkość i chętniej zatrudnia
                > się mniej wykształconego za to sympatycznego bo kolega potwierdził jego
                > sympatyczność. Wykształcenie potwierdzone jest dyplomami, a sympatyczność
                > poparciem. I wszystko gra choć dla wybranych.

                Zgadzam się z Tobą , że faktycznie są takie stanowiska na które nie jest wcale
                wymagane bycie towarzyskim itp. oraz inteligencja emocjonalna ma małe znaczenie
                (co do tego mogę miec wątpliwości , ale nie o to tutaj chodzi) , tak tylko
                widzisz orientujesz się na temat inteligencji emocjonalnej to ma ona w chwili
                obecnej większe znaczenie w życiu niz IQ , (powołuje się tutaj na książkę chyba
                Golmana nie jestem pewien , i z jego badań wynikało że na to co ludzie osiągali
                w życiu Zdecydowanie większy wpływ miała właśnie I.E. niz IQ (oczywiście te
                badania tez mogły być mocno tendencyjne ;-)

                Reasumujac mozliwe że sa przypadki kiedy reguła korzystania ze znajomych
                mogłaby się nie sprawdzić , co nie zmienia faktu że aktualnie na całym swiecie
                właśnie taki model rekrutacji jest najczestszy (patrz USA) ,
                Nie twierdzę że jest to najlepszy z mozliwych model rekrutacji , ale skoro się
                przyjął to znaczy że jednak nie jest taki zły
      • Gość: Paweł Z. Re: znajomości = referencje IP: 195.117.149.* 13.08.03, 10:38
        To trochę prawda, a trochę nie.
        W większości przypadków na danym stanowisku może pracować właściwie każdy.
        Jeśli będzie miał gorsze kwalifikacje, będzie pracował gorzej, jeśli lepsze, to
        lepiej - firma pewie nie zbankrutuje, jeśli dany pracownik będzie - powiedzmy -
        o 20% mniej efektywny od innego.
        Z drugiej zawsze jest szansa, że proces rekrutacji zakończy się kompletną
        wtopą, więc czasem rzeczywiście lepiej jest przyjąć znajomego lub znajomego
        znajomych - to jest tani sposób rekrutacji.
        Ale z trzeciej strony znajomy znajomych może okazać się fajnym kolesiem z
        knajpy, który jako pracownik nie zachowuje się jednak szczególnie
        odpowiedzialnie.
        A z czwartej strony 20% to może nie aż tak wiele, bo ktoś może wyrabiać
        120% "normy", więc ten brak się zrównoważy - gorzej, jeśli wszyscy pracują na
        80% normy.
        W efekcie więc jestem właściwie całkowiecie pewien, że statystycznie rzecz
        biorąc przyjmowanie znajomych nie tylko prowadzi do wykształcania się sitw,
        które nie służą wcale wzrostowi jakości pracy, bo jeden kolega będzie krył
        drugiego, ale jest wręcz szkodliwe dla gospodarki.
        Na górze sitwy siedzi bowiem pokolenie słabo wykształconych 50-latków, ludzi,
        którzy zdążyli już awansować na kierowników i dyrektorów. W interesie tych
        ludzi wcale nie leży zatrudnianie młodych wykształconych ludzi, lecz kolegów,
        którzy nie będą dla nich zagrożeniem, bo będą tak samo kiepsko wykształceni jak
        oni sami. Mit ważności doświadczenia dla oceny jakości pracownika jest
        generowany właśnie przez to pokolenie po to, by uzasadnić, dlaczego ich koledzy
        po zawodówce są lepszymi pracownikami niż młodzi ludzie po studiach.
        • vokulski Re: znajomości = referencje 14.08.03, 14:52
          Gość portalu: Paweł Z. napisał(a):

          > To trochę prawda, a trochę nie.
          > W większości przypadków na danym stanowisku może pracować właściwie każdy.
          > Jeśli będzie miał gorsze kwalifikacje, będzie pracował gorzej, jeśli lepsze,
          to
          >
          > lepiej - firma pewie nie zbankrutuje, jeśli dany pracownik będzie -
          powiedzmy -
          >
          > o 20% mniej efektywny od innego.
          > Z drugiej zawsze jest szansa, że proces rekrutacji zakończy się kompletną
          > wtopą, więc czasem rzeczywiście lepiej jest przyjąć znajomego lub znajomego
          > znajomych - to jest tani sposób rekrutacji.
          > Ale z trzeciej strony znajomy znajomych może okazać się fajnym kolesiem z
          > knajpy, który jako pracownik nie zachowuje się jednak szczególnie
          > odpowiedzialnie.
          > A z czwartej strony 20% to może nie aż tak wiele, bo ktoś może wyrabiać
          > 120% "normy", więc ten brak się zrównoważy - gorzej, jeśli wszyscy pracują na
          > 80% normy.
          > W efekcie więc jestem właściwie całkowiecie pewien, że statystycznie rzecz
          > biorąc przyjmowanie znajomych nie tylko prowadzi do wykształcania się sitw,
          > które nie służą wcale wzrostowi jakości pracy, bo jeden kolega będzie krył
          > drugiego, ale jest wręcz szkodliwe dla gospodarki.
          > Na górze sitwy siedzi bowiem pokolenie słabo wykształconych 50-latków, ludzi,
          > którzy zdążyli już awansować na kierowników i dyrektorów. W interesie tych
          > ludzi wcale nie leży zatrudnianie młodych wykształconych ludzi, lecz kolegów,
          > którzy nie będą dla nich zagrożeniem, bo będą tak samo kiepsko wykształceni
          jak
          >
          > oni sami. Mit ważności doświadczenia dla oceny jakości pracownika jest
          > generowany właśnie przez to pokolenie po to, by uzasadnić, dlaczego ich
          koledzy
          >
          > po zawodówce są lepszymi pracownikami niż młodzi ludzie po studiach.

          Ujmę to podobnie to troche prawda a troche nie jak to ktos kiedys pisał w
          sposobach na manipulację "przecież 20 mln ludzi na świecie nie może się mylić "
          i tutaj to też uzyje , akurat taka forma rekrutacji się przyjęła aktualnie
          prawie na całym świecie ze względu na oszczędność czsu i kasy ( w momencie
          kiedy jest dość znaczne bezrobocie taka forma rekrutacji ma sens i jeśli chodzi
          o stanowiska w których nie sa wymagane olbrzymie umiejetności

          Natomist jedno jest pewne że jak tylko stopa bezrobocia spadnie , ta forma
          rekrutacji będzie miała coraz mniejsze znaczenie

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka