Względem syna. Ogólnie rzecz biorąc, to "cudowne dziecko"

, ale ma jedną wadę, która doprowadza mnie, jak szewca do pasji: nie widzi potrzeby informowania mnie o istotnych dla mojego spokoju sprawach. Dziwi się i obrusza, że mnie to w ogóle martwi, czy niepokoi, zapowiada, że nie będzie "jak on" (mowa o starszym, normalnym pod tym względem, bracie) opowiadał się co i gdzie. To tłumaczenie głupiego, bo nigdy nie wymagałam wiele w tym względzie: tylko jakiegoś znaku, że np. dojechali szczęśliwie.
Wczoraj o 17,30 po sylwestrowej zabawie jedli śniadanie gdzieś 200 km od domu. Spytałam, kiedy wracają. "Chyba dziś". Wiem, że jest zależny od innych, więc nauczona doświadczeniem prosiłam o znak, gdyby plany uległy zmianie. Obiecał. Nie ma znaku i nie ma jego. Niepokoję się. Wiadomo, młodzi kierowcy, stan na drogach, zakrapiana promilami impreza...Rozmów na ten temat było bez liku, więc sobie odpuszczę kolejną, ale mam ochotę go udusić.