hancza47
22.02.05, 20:11
Wieczorem w atmosferze tajemniczości, wśród świateł ustawionych przez
człowieka, przy odgłosach modlitwy z meczetu ( wybudowanego na ruinach ),
zwiedzamy świątynię w Luksorze. Poziomy rogalik księżyca lśni pomiędzy
kolumnadą i kolosalnymi statuami królewskiej mocy sprawczej Ka. Wypijam
szklankę soku z mango – to tak jakby wypełnić szczelinę w niedosycie wrażeń.
Aleja prawdziwych sfinksów liczyła 1950 metrów. Wybór pory wieczornej na ich
oglądanie uznaję za wyborny.
20.10.2004. Długi przejazd z Luksoru do Minya. W pełnej eskorcie policyjnej z
okien autokaru oglądam Egipt środkowy. Biedny, podzielony religijnie, z
żebrzącymi dzieciakami, pralnią w Nilu, suszącym się na płotach łajnem,
wiejskimi domami, bez dachu i podłogi. Tu podobno jest siedlisko egipskiego
fundamentalizmu. Po drodze zwiedzamy świątynię Ozyrysa w Abydos. Uzbrojeni
policjanci na wielbłądach wkomponowani są w pustynny krajobraz. Oglądamy
listę władców Egiptu, sceny z życia Sethi I i jego syna Ramzesa II.
Budowla wyraźnie wymaga konserwacji, niszczeje z powodu obecności wód
gruntowych i grzybów. Wśród reliefów niepokój budzą-podobno ? -wyraźne zarysy
łodzi podwodnej, samolotu i wozu pancernego. Zagadka starożytnych czy też
tajemnica z innego świata ?
Docieramy też w inne magiczne, pustynne miejsce. Tell el Amarna była tu
kiedyś efemeryczna stolica faraona Echnatona, teraz są to tylko zarysy
fundamentów i wielka smutna pustynia. W Minyi nawet nie wolno nam opuścić
hotelu.
21.10.2004. Do Beni Hassan docieramy wczesnym porankiem. Schody w cienistym
chłodzie prowadzą nas do grobowców bogatych dostojników Państwa Średniego, są
one malowane, nie ma reliefów. Oglądamy sceny z życia codziennego i jest to
źródło wielu ciekawych informacji- nazwano je tekstami sarkofagów.
Przez pustynie docieramy do ostatniego celu naszej wyprawy. W oddali jeszcze
majaczą zarysy Oazy El Fajut. Dojeżdżamy do Gizy - są piramidy,
podobno „wszystko się boi czasu, a czas się boi piramid”. Wśród znanych mi z
książek i telewizji widoków oraz w środku piramidy Mykerinosa poszukuję
harmonii, uporządkowania w krainie światłości. Może gdzieś plącze się tu duch
pięknej Rhodopis, egipskiego Kopciuszka poślubionego przez faraona Menkaura.
Nie zobaczę co prawda pierwszej piramidy w Sakkarze, ale nie ominie mnie tu
wspomnienie genialnego mistrza Immenthopa, lekarza, w którego głowie powstał
projekt jej budowy. Wieczorem w naszyjniku z kwiatów jaśminu pływam feluką po
Nilu. Rejs rozpoczynamy co prawda odśpiewaniem swojskich piosenek
żeglarskich, lecz kończymy tańcząc arabskie rytmy. Miłe zakończenie dnia ...
szisza i bajeczny sok z mango.
22.10.2004. Kair... „matka miast”, skrzyżowanie kontynentów i trzech religii.
Skarby nieprzebrane Muzeum Egipskiego... jestem pod wrażeniem złotej maski
Tutanchamona. Biegając w słabo klimatyzowanych pomieszczeniach odczuwam
zawrót głowy, to nie jest możliwe aby wszystko zobaczyć, znaleźć tu to co
chcę zobaczyć... Eksponaty ustawione są chyba dość chaotycznie, zupełnie nie
potrafię się w tym nie zgubić. Mam jednak mało czasu.
Egipcjanie długo nie zdawali sobie sprawy z posiadanych bogactw, nie
rozumieli ich wartości ponad kulturowych, ponadczasowych. Gdyby nie Francuz
Auguste Mariette nie zaczęto by walki o ocalenie ich dla pokoleń. Z piramid
przecież pobierano budulec do budowy domów mieszkalnych !
Po południu zwiedzamy z Jolą wąskie uliczki Dzielnicy Koptyjskiej, Cytadelę,
kościoły chrześcijańskie, synagogę i alabastrowy meczet Muhammada Alego
Paszy. Miasto jest przedziwne, pełne kontrastów, biedy, przeludnione. Ok. 3
milionów ludzi żyje w Mieście Umarłych – w starożytnych grobowcach
przemienionych w mieszkania. „Smak orientu” to również spacer po bazarze Chan
al-Chalili zakończony o zachodzie słońca pod meczetem El Housejna.
Obserwując muzułmanów tłumnie zbierających się na posiłek wypijam herbatą z
miętą.
Miasto spowite gęstym smogiem znów zmusza mnie do myślenia. Nie wiem jakie
ono jest, nie widzę nawet piramid a słońce też zachodzi za szarą ścianę
spalin i dymu. To był bardzo udany dzień.
23.10.2004 i dalej do końca
Hurghada. Miałam tu odpocząć, a już myślę, że marnuję czas leżąc na plaży.
Dopiero za dwa dni opuszcza mnie irytacja ( chyba nie umiem nic nie
robić??? ). Miejscowość nie wzbudza mojego entuzjazmu. Blokowisko hoteli na
pustyni. Morze fajne, ciepłe ale w takim słońcu nie potrafię się opalać.
Dopiero spotkanie z rafą koralową – tak to rozumiem. Świat podwodny może
urzec. Przeżywam niesamowicie jej barwy, dotykam nieśmiało- są twarde. A
ryby... skubią ręce, wprost wpływają na twarz, naprawdę mogą przestraszyć.
Ubieram kapoki i leżę z głową pod wodą. Trzeba uważać, aby fala nie rzuciła
nas na koralowce, można się pokaleczyć. Kolory ryb... proszę bardzo: żółte,
fioletowe, turkusowe, czerwone, są też w paski, w kropki, małe, duże, jest
murena, tuńczyk, są delfiny i różne inne, dostojne i płochliwe, jak na
filmie ..., a jednak prawdziwe.
Wracając z rafy patrzę z zachwytem na widok lądującego samolotu
skomponowanego w kulę zachodzącego słońca. Tak, czas wracać do domu.