toskania8
19.03.06, 22:59
proszę uprzejmie - odcinek pierwszy.
Ósmego Marca – dzień dla nas tak świąteczny jak ongiś bywało, choć bez
goździka w celofanie. Dzień Wyjazdu ! Nakarmione przez Mamę Hani pożywną
zupką i drożdżowymi rogalikami (reszta rogalików do torby, a jakże !)
ruszamy jak zawsze z hejnałem (no prawie).
Tanie linie lotnicze są wielką radością dla wędrowców, pod jednym wszakże
warunkiem – że nie wyruszasz z Warszawy. W innych miastach, gdzie jest jeden
terminal, wszystkie samoloty z niego startują. W Warszawie zaś jest terminal
o melodyjnej nazwie Etiuda . Dworzec PKS-u w Pcimiu Dolnym to komfort w
porównaniu z ową-że Etiudą. Ciasno, ponuro, siedzieć mogą tylko nieliczni
szczęśliwcy. O wypiciu kawy z odprowadzającymi można zapomnieć, dopiero w
hali odlotów barek z niezłą kawą, ale na stojąco. Cóż, jeśli bilet w obie
strony kosztuje 200 złotych, takie niedogodności da się znieść.
Za to w Rzymie lądujemy na Fiumicino. Z lotniska do miasta jeździ kolejka,
za pół godziny jesteśmy na Stazione Termini. Stamtąd już tylko krótki spacer
do naszego hoteliku. Nasze zamiary wieczornego spaceru spełzają na niczym,
marzy nam się już tylko prysznic i łóżeczko.
Za to rano jesteśmy na nogach już o 7.30 , śniadanko i ruszamy.
Pogoda nie jest może radośnie złoto – błękitnie – wiosenna, ale nie jest
zimno. Za to jak na Rzym można powiedzieć, że jest niemal pusto i to jest
niewątpliwą zaletą podróży o tej porze roku. W wysokim sezonie wszędzie
natrafiałybyśmy na niewyobrażalne tłumy.
Zaczynamy od San Giovanni (czyli Świętego Jana) na Lateranie.
Potężny kościół, niegdyś była to siedziba papieży. Pamiątką po tamtych
czasach są skryte w relikwiarzu nad głównym ołtarzem relikwie najcenniejsze
z cennych – głowy Świętych Piotra i Pawła. Oszałamia bogactwo rzeźb, posadzki
z wielobarwnych marmurów.
Stamtąd już blisko do Koloseum. Okazuje się jednak nie tak blisko, jakby się
wydawało, bo choć idziemy z planem w ręku nagle kręte zaułki wyprowadzają nas
znów na plac przed Świętym Janem. Ale za to po drodze znalazłyśmy San
Stefano Rotondo – najstarszy kościół rzymski w kształcie rotundy, maleńki,
wciśnięty między domy, tylko trochę zatarty napis nad bramą. Są tam piękne
mozaiki i bizantyjskie malowidła, ale musimy uwierzyć przewodnikowi na
słowo, bo świątyńka jest w remoncie.
Dochodzimy wreszcie do stóp Koloseum, ale najpierw wzmacniamy nadwątlone
siły filiżanką niedoścignionego włoskiego cappuccino. Z widokiem na Forum
Romanum smakuje niezwykle.
Koloseum – nie, to nie tu umęczono Ligię. To było w Circus Maximus, dziś już
nieistniejącym. Koloseum powstało za cesarza Wespazjana, następcy Nerona.
Ale i tu, oprócz walk gladiatorów odbywały się spektakle męczeństwa
chrześcijan.
Budowla miała 57 metrów wysokości i 620 metrów obwodu – biorąc pod uwagę
ówczesną technikę to prawdziwy kolos. Ale nazwę wzięło od stojącego opodal
(wtedy, dziś go już nie ma) posągu Nerona.
Obok Łuku Konstantyna i Maksencjusza przechodzimy na Forum Romanum. To jest
miejsce, w którym najbardziej widać, jak bardzo określenie Wieczne Miasto
jest prawdziwe. Forum Romanum to ogromna połać pozostałości rzymskiego
Imperium. Z ruin starożytnych budowli wyrastają kopuły to renesansowych to
znów barokowych kościołów. A przez środek Forum przebiega szeroka, ruchliwa
ulica. I tak te wszystkie epoki nakładają się na siebie, współgrają i
wszystko wygląda tak, jak by tak właśnie być miało, nie ma w tym żadnych
dysonansów.
Po przejściu na drugą stronę Forum dochodzimy do centralnego rzymskiego
placu – Piazza Venezia. Obchodzimy dookoła szkaradny, gigantyczny ni to
pomnik, ni to mauzoleum ni to ołtarz Vittorio Emanuele. Budowla ta nazywana
jest Ołtarzem Ojczyzny, jest z białego marmuru i dopiero patrząc na Rzym z
góry widać jak jest ogromny i jak szkaradny. Ale jest doskonałym punktem
orientacyjnym, widać go z każdego miejsca.
Zaprojektowanymi przez Michała Anioła schodami zwanymi Cordonata wchodzimy
na Plac Kapitoliński, też przez Niego zaprojektowany. Na środku placu kopia
pomnika Marka Aureliusza (na nim wzorowany jest nasz Sobieski przed Pałacem
Prezydenckim) , dwie z trzech budowli po bokach kryją zbiory Muzeów
Kapitolińskich. Już na dziedzińcu ciekawostka – potężna marmurowa głowa,
stopa i dłoń – to pozostałości pomnika cesarza Konstantyna – był tak ogromny,
że zawalił się pod własną wielkością.
Wewnątrz fantastyczne zbiory malarstwa i rzeźb antycznych i renesansowych ,
w tym tak sławne jak Wenus Kapitolińska, Wilczyca karmiąca Romusa i
Romulusa , Umierający Gall, Dyskobol, piękny Spinario , Herkules i
dziesiątki innych.
Mamy już dość wrażeń, wracamy do domu na odpoczynek.
Wieczorem jeszcze jedna atrakcja – Piazza Navona. To taki nocny salon Rzymu,
teraz jeszcze nieco pustawy , latem kłębią się tu tłumy. Na środku sławna
Fontanna Czterech Rzek - cztery rzeźby olbrzymów oparte o wysmukły obelisk
symbolizują Ganges, Dunaj, Nil i La Platę . Wokół Placu eleganckie (bardzo
drogie) restauracje. Siadamy przy stoliku i zamawiamy lody . Tak się piękne
nazywają – tartuffo nero, tartuffo bianco i tiramisu. Smakują równe wspaniale.
Nad Placem świeci bliski pełni księżyc, jakiś uliczny grajek przygrywa na
gitarze. Jest pięknie. Spokojnie i dobrze.
Zasypiamy pełne wrażeń. Jutro Watykan.