NA MIŁOŚĆ!!!!
krąży gdzieś bocznymi uliczkami naszych umysłów (widać to w topikach)
pytanie: czy chcemy jeszcze się zakochać? czy wierzymy w miłość? czy jesteśmy
do niej zdolni? w rozmaitych odmianach i formach...
a to ktoś napisze, że zaśnąć nie może, a to, że nie lubi sam zasypiać, a to,
że kto mnie zechce z dzieckiem (dwójką, trójką)
wydaje mi się, że podstawową kwestią jest to, czy jesteśmy na to
przygotowani, czy doświadczenia poprzedniego, nieudanego (brrrrrr) związku
nie zablokują możliwości uwierzenia komuś nowemu

opowiem o czymś, co zdarzyło mi się kilka lat temu, nie żałuję swojej
ówczesnej decyzji, bo szanse na to, bym uwierzył, były mizerne...
było tak:
na czacie przez kilka miesięcy ''krzaczyłem'' z pewna panią: takie bezecne
dyrdymały, na zmianę z poważnymi tematami, ale rzecz cała nieuchronnie
zmierzała ku umówieniu się na realną randkę. Oboje byliśmy ostrożni z
wiadomych przyczyn, więc wykorzystaliśmy na pierwsze spotkanie zlot czaterii.
Przegadaliśmy (krzycząc sobie do ucha) cały zlot,z kilkoma przerwami na
taniec i właśnie po balansach przy ''takim tangu'' uświadomiłem sobie, że nie
mam najmniejszej ochoty puścić jej dłoni...
w tym momencie włączyły się wszystkie dzwonki alarmowe mojego ego....
dokładnie bowiem takie samo uczucie (pomijając okoliczności)zdarzyło mi się z
exią - byłem na prostej drodze do zakochania...
gdzieś w pobocznym topiku julka zarzuciła mi tchórzostwo...nie gniewam się

,
a wspominam o tym, bo gdyby to było wtedy, miałaby 2000% racji...wystraszyłem
się, ze zlotu wracałem jak pies, który ugryzł rękę swego pana,,,z podkulonym
ogonem
na szczęście starczyło mi odwagi i przyzwoitości, by w kolejnych rozmowach na
gg wyjaśnić (do dziś mam wątpliwości, czy to moje tłumaczenie nie było zbyt
mętne) dlaczego nie chcę się z nią spotykać, przyjęła moje argumenty, może z
politowaniem pokiwała główką, i tak to się skończyło
uffffffff se popisałem noooooo

pozdrawiam wszystkich...gotowych i tych nadal wystraszonych...w miły sobotni
poranek