27.09.05, 10:05
Sytuacja:
Małżeństwo z kilkunastoletnim stażem i z trojką dzieci 10-15lat.
Wszystko wskazuje na to, że mąz olewa żonę juz zupełnie; jego zyciem stał się
internet i nowe koleżanki do których jezdzi, dla rodziny nie ma na nic czasu,
żona w roli słuzącej z którą nie trzeba się było nigdy liczyć.
Mieszkają w małym mieszkaniu spółdzielczym po jego rodzicach. Ona nie ma dokąd
pójść. Starała się naprawiac to małzeństwo długo ale tylko ona. Czy rozwód to
wyjscie? Jeśli miałaby się wyprowadzac to z dziecmi. Ale nie ma dokąd. Co ma
zrobić?
Obserwuj wątek
    • elein Re: Pytanie 27.09.05, 10:59
      Powiecie mi coś? Proszę. To moja przyjaciółka. Jest załamana. Wszystko co
      wydawało jej się, że sobie w zyciu całkiem dobrze ułożyła, rozsypuje się. Facet
      typ macho, ona zapędzona w kompleksy. Dociera do niej powoli, ze ten typ nie ma
      do niej za grosz szacunku, ale ciagle go usprawiedliwiala wtłoczona w schemat,
      że to ona jest zła i o ku...charakterze a on uczciwy i szlachetny.
      Jak ja wspierać?
      Czy ma jakieś prawa do mieszkania spółdzielczego w którym głównym lokatorem jest
      jej mąż?
      • bezecnymen Re: Pytanie 27.09.05, 11:08
        zacznijmy od tego, że rozwód nie oznacza konieczności wyprowadzki kobiety z
        dziecmi na ulicę... to że on jest głownym lokatorem nie znaczy, że ona nie ma
        tam żadnych praw, a na pewno mają je dzieci, rzecz jest do oszacowania, kto, co
        i jak bierze przy podziale majątku, mozna sądownie, mozna polubownie u
        notariusza.
        nie wiem jak chcesz ją motywować...z tego co piszesz wynika, że twoja
        przyjaciółka nie bardzo zdecydowana jest na rozwód, chcesz do tego przyłożyć
        rekę? serdecznie i stanowczo odradzamsad
        • elein Re: Pytanie 27.09.05, 11:47
          Właśnie dlatego nie wiem jak jej radzić. Bo ja jestem zupełnie inna osoba i na
          jej miejscu w ogóle bym za tego osobnika nie wyszła, lub dawno temu z wielkim
          hukiem spusciła po schodach. Wiem, ze moje odczucia nie powinny decydowac o jej
          zyciu.
          Boje sie, czy powinnam "otwierać jej oczy" że jej mąż to ...piiii...piiii
          Chciałabym ja wspierać w kazdej decyzji jaka uzna za słuszną. Ale jak spróbować
          wymóc na facecie by zaczął się teraz z nią liczyć po kilkunastach latach
          "indoktrynacji" jaką jej urządzał? Były juz rozmowy o rozwodzie kiedy się
          wydało, ze spotykał się z inną kobietą. Wtedy przepraszał, błagał o wybaczenie,
          zapewniał że do niczego nie doszło, że ona jest najlepszą zona jaką mógłby mieć
          i on nie chce rozwodu ani wyprowadzki. Starał się przez kilkanaście dni. W
          wakacje zabrał najmłodsze dziecko i wyjechał do "koleznaki" rozwódki poznanej
          przez internet. Miał tam byc tydzień został dwa. Kilka razy wyjeżdzał "w
          interesach", nigdy nie chciał zabrac z sobą żony. Na zaplanowane wczesniej
          wakacje pojechała żona z dziecmi. On miał przyjechac do nich na tydzień, a
          przyjechał na jeden dzień bo nie miał czasu. A w tym czasie widziano go z jakąś
          dziewczyną na dyskotece. Itditp.
          A ona ciągle go "rozumie", martwi sie że zmęczony, podaje kawę do łóżka,
          codziennie obiadek, codziennie seks, itd. Mąż w domu nie robi praktycznie nic,
          daje jej kasę "na życie" i ona się zajmuje sprzątaniem, praniem, gotowaniem,
          dziećmi itd.oprócz tego ma dorywczą pracę. Dzieci go kochają. Ona o zgodę na
          np wyjazd firmowy na weekend musi pytać męża. Mieszkanie się prosi o remont ale
          on nie ma na to czasu ciagle zabiegany nie wiadomo za czym bo niczego się nie
          udało im dorobić. Potrafi całą noc spędzać na internetowych rozmowach z
          kobietami, ukrywa przed zoną ich treść. Zonę obdarza epitetami "tłusta baba"
          itd, byłą kochankę wychwala jaka zadbana i szczupła.
          Problem w tym, że ONA mu na to pozwala (ma kompleksy w które je wtłoczył, od
          zawsze ją traktował jako tą gorszą z która się musiał żenić bo wpadli(nie
          pamięta, że to wlaśnie on się za nia uganiał a nie odwrotnie...) ).
          Ona nie chce sie rozwodzić ani "zaczynać od początku", bo z nim wyobraża sobie
          życie na przyszłość, łączy ich wiele, ciągle maja o czym rozmawiać, seks jest
          udany. Ale bezsilna w wymuszeniu na mężu jakiegokolwiek szacunku do siebie czy
          zaangażowania się w sprawy rodziny, porzucenia internetowych znajomości, widzi,
          ze to przegrana sprawa. Gdyby miała się gdzie wyprowadzic to by to zrobiła. Chce
          coś zmienić. A trudno coś zmieniać tkwiąc z mężem w jednym mieszkaniu w takim
          samym chorym od lat układzie.
          • akacjax Re: Pytanie 27.09.05, 12:07
            Rozwód dla niej to nie tylko uregulowanie rzeczywistości związanej z obecnym
            związkiem, ale także konieczność poukładania życia na nowo, życia na własny
            rachunek. Oczywiscie ona może wynająć mieszkanie, wyprowadzić się z dziećmi,
            podać go o alimenty na siebie również, ale...do tego trzeba wiele samozaparcia
            i pewnego poparcia ze strony dzieci. Trudno cokolwiek zrobić gdy nastolatki
            będą przeciw niej. Oczywiście jest opcja, że ona zabiera te z dzieci, które
            chcą tego, pozostałe mieszkaja dalej z ojcem.
            Cała ta opisana sytuacja pachnie mi wczesnym stadium przemocy-najpierw
            zmiękczanie, naciski psychiczne, upodlenia, wyzwiska, a stąd już blisko do
            przemocy fizycznej.
            Ona musi sama zadecydować, co będzie dalej, czy zgadza się na takie
            traktowanie, czy nie. Na początek powinna rozważyć mały bunt, wtedy zapewne
            prawda się ukaże...
            Nie można jej pocieszyć, można tylko powoli pokazywać jej, że nie na tym polega
            związek i co ważne-to widzą dzieci, one może i uwielbiaja ojca, ale wyrabiają w
            sobie nienajlepsze zachowania.
            • elein Re: Pytanie 27.09.05, 12:44
              Ten układ zawsze był typu: apodyktyczny manipulator pan i władca+ obiekt do
              posługi i poniewierania czasem się buntujący ale uległy.
              Ona nie ma siły zaczynać od nowa, nie chce rozwalać dzieciom rodziny i boi się
              tego. Z kasą kiepsko ona zarabia niewiele. Mąż "nie jest taki zły" bo przecież
              daje kasę, dzieci go lubią, itd. Wczesniej nieraz były kłótnie w których nie
              pozostawali sobie dłuzni w epitetach. W pół-żartach dzieciaki stwierdziły, że
              zostaną z tym rodzicem u którego będzie komputer do gier.
              Od paru lat jest stabilizacja finansowa(on lepiej zarabia), mieszkanie w końcu
              samodzielne po tesciach, ocieplenie ich kontaktów, jej zadowolenie, ze
              przetrwali kryzysy i teraz będzie juz dobrze ..przerwane informacjami o jego
              nowych ukrywanych znajomościach... To było pierwsze jej "obudzenie" ok 2 lata temu.
              Ona powoli otwiera oczy, gdyz upadł zupełnie mit jego jako szlachetnego i
              uczciwego człowieka w którym ją przez te lata utrzymywał. Swoim zachowaniem
              które teraz ona zaczyna dostrzegać zaprzeczył wszystkiemu co twierdził przez te
              naście lat. Ale poczucie winy jakie jest w niej głęboko wpojone powodowało, że
              za jego zdradę ona obwinia oczywiście siebie i to ona stara się byc dla niego
              milsza a on to wykorzystuje.
              Brak jest konsekwentnej realizacji postanowień bo on zawsze ją zmiękczy i
              zaczyna grać na tym, ze to jej zależy.
              Nie wiem jak z nią rozmawiać by najmniej bolało.
              Moje pokazywanie jej "że na czym innym związek polega" powoduje, że zaczyna
              dostrzegać dużo złych rzeczy na które się godziła, ze spieprzyła sobie zycie i
              wpada w jeszcze większy dół.
    • brzoza75 Re: Pytanie 27.09.05, 13:18
      czy powinnaś doradzać rozwód zgadzam się z opinią, że nie, ponieważ istnieje
      możliwość, że dojdą do porozumienia i wtedy możesz znaleźć się w niekomfortowej
      sytuacji, istnieją też poradnie rodzinne i to także należy do nich samych czy
      zdecydują się czy nie , znam parę małżeństw, którym to pomogło mimo, że żona
      złożyła doniesienie na prokuraturę i wniosek o rozwód, nie każdym to pewnie
      pomaga ale może warto spróbować...jeśli chodzi o pomoc prawną w tym zakresie to
      warto zajrzeć na www.forumprawne.org, tam można znaleźć odpowiedź na wiele
      pytań w tym zakresie.
      • elein Re: Pytanie 27.09.05, 13:28
        To nie jest tak, ze doradzam jej wprost rozwód. Wolałabym umieć jej doradzić co
        ma zrobić żeby jej związek na którym jej zalezy zmienił się na dobry. Tylko czy
        to możliwe w takim układzie?
        • brzoza75 Re: Pytanie 27.09.05, 14:09
          niestety nie wiem czy to możliwe...
          • bezecnymen Re: Pytanie 27.09.05, 14:25
            jak dla mnie mało prawdopodobne, potrzebny byłby solidny kopniak w nienazywalna
            część ciała mężusia by raczył dostrzec w tym swoim ślubnym popychadle
            człowieka, kobietę i żonę... obawiam sie jednak, że twoja pomoc zda sie psu na
            budęsad albo zostaniesz oskarżona o rozbijanie małżeństwa i mężuś ma gotową
            legendę, że chciałaś go poderwać, on się nie dał, a ty teraz się mścisz (prawie
            to widzę!)albo jesli nawet dojdzie do rozwodu, to przestaniesz byc odbierana
            jako przyjaciółka, bo to przez ciebie ona zostanie sama.... i jeszcze kilka
            przynajmniej, równie inteligentnych scenariuszy...
            jeśli ona SAMA nie widzi szansy życia bez niego, to TY jej do tego nie
            przekonasz, wszystko zniesie, przetrzyma, tak jak dotychczas, i będzie sie
            cieszyć, gdy mężuś zechce się z nią przespaćuncertain
            po dzieciakach zaś widać, że skutki taktyki tatusia wydają wspaniałe owocesad
            • arek-zabki jednazmozliwosciodpowiedzi 28.09.05, 02:25
              bezecnymen napisał:

              > jak dla mnie mało prawdopodobne, potrzebny byłby solidny kopniak w nienazywalna
              >
              > część ciała mężusia by raczył dostrzec w tym swoim ślubnym popychadle
              > człowieka, kobietę i żonę... obawiam sie jednak, że twoja pomoc zda sie psu na
              > budęsad albo zostaniesz oskarżona o rozbijanie małżeństwa i mężuś ma gotową
              > legendę, że chciałaś go poderwać, on się nie dał, a ty teraz się mścisz (prawie
              >
              > to widzę!)albo jesli nawet dojdzie do rozwodu, to przestaniesz byc odbierana
              > jako przyjaciółka, bo to przez ciebie ona zostanie sama.... i jeszcze kilka
              > przynajmniej, równie inteligentnych scenariuszy...
              > jeśli ona SAMA nie widzi szansy życia bez niego, to TY jej do tego nie
              > przekonasz, wszystko zniesie, przetrzyma, tak jak dotychczas, i będzie sie
              > cieszyć, gdy mężuś zechce się z nią przespaćuncertain
              > po dzieciakach zaś widać, że skutki taktyki tatusia wydają wspaniałe owocesad

              Rozwód-nie. Ale dlaczego nie podpowiesz jej jako jej przyjaciółka kilku
              kobiecych sztuczek(podobno są takie). Sztuczek które sprawią że ona poczuje się
              dużo lepiej a wtedy może on spojży na nią inaczej. To jego gnębienie jej to nic
              innego jak pozbawianie jej pewnosci siebie, własnego zdania. Zgnębienie jej do
              tego stopnia by z biegiem czasu na coraz więcej się zgadzała, coraz częściej
              przymykała oczy na jego wyskoki. Takie powolne systematyczne tresowanie domowego
              zwierzątka jakim chciał by żeby się stała. Bo on nie odejdzie. Warto w domu mieć
              własną kucharkę, sprzątaczkę, opiekunkę, i(tu przepraszam za wyrażenie)
              "dmuchaną laleczkę", kiedy żadna z jego dam nie będzie miała czasu. Ale ty
              możesz to jeszcze zmienić. Podpowiedz jej, by nagle ni z tego czy owego, zaczeła
              bardziej dbać o siebie. O swoje ubrania, bieliznę. Niech wyskoczy nie raz w
              takim stanie na niespodziewany długi spacer. Poprawiając w biegu włosy, malując
              usta. I NIECH ON TO WIDZI! Niech poczuje się zaniepokojony. A ona wracając już
              nie ma szminki, ani starannie ułożonej fryzury. Ale niech mówi zgodnie z prawdą
              że była TYLKO na spacerze. ON MUSI ZACZĄĆ SIĘ ZASTANAWIAĆ. Jego plan tresury
              zacznie się bużyć.Być może zacznie patrzeć na nią innym wzrokiem. Może w
              początkowym okresie będzie to tylko strach przed tym że może INNY odbiera mu
              jego własność. I zaboli. Ale może sięgnie wtedy głębiej i postanowi WALCZYĆ. Bo
              przecież kiedyś szalał za nią. Bo od ulotnej przygody lepsza stabilizacja. Żona
              dom rodzina dzieci. Facet to już takie zwierze które lubi polować i zdobywać.
              Ona nie chce rozwodu, jeżeli on też nie to zawalczy o nią, i to może ich uratować.
              To tylko jedna z możliwości. Na pewno jest ich więcej.Oni obydwoje muszą coś
              zmienić, i może ona nie powinna być bierna tylko pierwsza zawalczyć.
              ROZWÓD TO OSTATECZNOŚĆ.
              • elein Re: jednazmozliwosciodpowiedzi 28.09.05, 13:16
                Jest to jedna z mozliwości.
                Szkoda, że w zwiazku trzeba grać, robić podchody, żeby "unormalnić"(?) sytuacje,
                a nie udaje się tak po prostu porozmawiać i wyjasnić przyczynę nieporozumień.
                Po ostrzejszych kryzysach chciała znalezć sobie kochanka z zemsty na mężu.
    • bursztynowe Syndrom ofiary? 28.09.05, 12:10
      Wydaje mi się, że pierwszą rzeczą jaką powinna zrobić to ona sama, a dokładnie
      zadbanie o siebie. Nie tylko zewnętrznie (to kwestia drugorzędna w tej
      sytuacji, choć czemu nie), ale przede wszystkim wewnętrznie. Mam na myśli jakąś
      terapię, psychologa, warsztaty dla kobiet, koła wsparcia, nie wiem, tak by sama
      dla siebie nabrała szacunku. Uwierzyła w siebie. W to, że żyje przede wszystkim
      dla siebie samej. By zaczęła realizować siebi, swoje potrzeby, marzenia. Bez
      tego raczej niech nie liczy na szacunek męża i w ogóle kogokolwiek.

      Gdy poukłada się sama ze sobą (z tego co piszesz może to trwać całkiem długo),
      to nagle okaże się, że wyjścia z jej sytuacji sa oczywiste.

      Rozwód to kwestia wtórna...


      Reasumując, zamiast naprawiać małżeństwo, powinna chyba "naprawić" siebie.
      • elein Re: Syndrom ofiary? 28.09.05, 13:08
        Mam podobne zdanie. I tak juz przez ostatnie kilka lat dużo osiągneła dzięki
        zmianie pracy na "reprezentacyjną" i dowartościowaniu się w ten sposób. Ale
        nadal mąż jest w stanie ją przekonać, że jest lewa i beznadziejna.
        Ale powiedz mi, jak ją przekonać do tego, żeby np wyjechała gdzieś na weekend i
        dobrze się bawiła? Jeśli od razu mysli o tym, że zostawia w domu dzieci same
        którymi nie ma się kto zająć, że może nie mają obiadu bo mąż przecież nie
        gotuje, że dzieci tęsknią, itd. Do tego wyrzuty sumienia, że sama wydaje
        pieniądze na własne rozrywki a dzieciakom nie jest w stanie zapewnić
        równorzędnych rozrywek? Ja nie mam dzieci, więc przy takich argumentach się
        gubię.
        • buba77 Re: Syndrom ofiary? 28.09.05, 21:15
          Tak nas traktują, jak sobie na to pozwalamy. Gdy nie stawiamy same granic -
          zjedza nas.
          A sztuczki i wybiegi - fuj, ze ktos jeszcze o czyms takim mówi. Ja sie
          brzydze. Mysle ze te czasy juz minely i jest to zwyczajnie upokarzajace.
          Moim zdaniem rozwod powinien byc skutkiem zmian i nie nalezy go przeprowadzac
          na sile, tzn., aby po prostu cos zrobic, bo jest źle. Do rozwodu dana osoba
          musi dojrzec (Twoja koleżanka jest na dobrej drodze, ale moze to jeszcze dlugo
          trwac). Inaczej bedzie tego zalowac, myśleć co by było gdyby itd. Musi
          siegnąć "dna", a wyglada na to, ze to jeszcze nie jest dla niej dno. Moze
          nastapi to dopiero, jak ja ewidentnie zdradzi, wyjedzie z inna (choc mówisz, ze
          to juz miało właściwie miejsce), albo ją pobije (broń Boze). Można jej pomoc
          pośrednio np. zapewniajac, w czym jest dobra, jaką jest dobrą matką, co jej
          dobrze wychodzi, motywujac do zmian, pracy, dbania o siebie (ale tylko dla
          siebie, a nie w celu manipulowania biednym, znudzonym meżusiem). Można
          tłumaczyć, ze dla dzieci najważniejsze, gdy mama jest szczęśliwa, spełniona, ze
          jest dla nich przykładem (zwlaszcza dla córki), ze one beda zyly tak, jak ona
          je nauczy. Jak ona nie daje sie szanować, to i dzieci nie beda jej szanować (aż
          strach myslec, jak chlopcy, mając taką matke będą traktować swoje przyszłe
          żony). No i ze dzieci musza sie usamodzielniać, że nie mozna ich cale zycie za
          rączkę, bo wyrosna na niezaradne istoty. A gdy ona sama zadba o siebie (można
          pokazywać, jak to wszystkim wyjdzie na zdrowie), zmieni się - maz sie zmieni,
          albo... odejdzie i poszuka nastepnej łagodnej i uległej. Niestety. Czasami nie
          cierpie tych facetów. To takie powszechne zachowanie! jaka jestem zła!
          • buba77 Re: Syndrom ofiary? 28.09.05, 21:17
            I jeszcze jedno. Daj jej do przeczytania ksiazke "Kobiety ktore kochaja za
            bardzo". To na pewno ksiazka dla niej, choc nie wiem, czy jest na nia gotowa.
          • arek-zabki Re: Syndrom ofiary? 28.09.05, 23:41
            buba77 napisała:

            > Tak nas traktują, jak sobie na to pozwalamy. Gdy nie stawiamy same granic -
            > zjedza nas.
            > A sztuczki i wybiegi - fuj, ze ktos jeszcze o czyms takim mówi. Ja sie
            > brzydze. Mysle ze te czasy juz minely i jest to zwyczajnie upokarzajace.
            > Moim zdaniem rozwod powinien byc skutkiem zmian i nie nalezy go przeprowadzac
            > na sile, tzn., aby po prostu cos zrobic, bo jest źle. Do rozwodu dana osoba
            > musi dojrzec (Twoja koleżanka jest na dobrej drodze, ale moze to jeszcze dlugo
            > trwac). Inaczej bedzie tego zalowac, myśleć co by było gdyby itd. Musi
            > siegnąć "dna", a wyglada na to, ze to jeszcze nie jest dla niej dno. Moze
            > nastapi to dopiero, jak ja ewidentnie zdradzi, wyjedzie z inna (choc mówisz, ze
            >
            > to juz miało właściwie miejsce), albo ją pobije (broń Boze). Można jej pomoc
            > pośrednio np. zapewniajac, w czym jest dobra, jaką jest dobrą matką, co jej
            > dobrze wychodzi, motywujac do zmian, pracy, dbania o siebie (ale tylko dla
            > siebie, a nie w celu manipulowania biednym, znudzonym meżusiem). Można
            > tłumaczyć, ze dla dzieci najważniejsze, gdy mama jest szczęśliwa, spełniona, ze
            >
            > jest dla nich przykładem (zwlaszcza dla córki), ze one beda zyly tak, jak ona
            > je nauczy. Jak ona nie daje sie szanować, to i dzieci nie beda jej szanować (aż
            >
            > strach myslec, jak chlopcy, mając taką matke będą traktować swoje przyszłe
            > żony). No i ze dzieci musza sie usamodzielniać, że nie mozna ich cale zycie za
            > rączkę, bo wyrosna na niezaradne istoty. A gdy ona sama zadba o siebie (można
            > pokazywać, jak to wszystkim wyjdzie na zdrowie), zmieni się - maz sie zmieni,
            > albo... odejdzie i poszuka nastepnej łagodnej i uległej. Niestety. Czasami nie
            > cierpie tych facetów. To takie powszechne zachowanie! jaka jestem zła!

            Tak. gierki sa złe. Juz to widze jak tłamszona od bóg wie jak długiego czasu
            kobieta nagle zaczyna dbać o siebie. Tylko dla siebie. Brzydzimy się gierkami.
            Czy ty "buba77" chciała byś być na jej miejscu? Nie chcesz rozwodu, ale nie
            zrobisz nic by ratować małżeństwo. No nie. Mylę się. ONA może zacząć dbać o
            siebie. Może tłumaczyć prawie dorosłym dzieciom które są pewnie tak samo za
            ojcem jak i za matką, że ważne jest samopoczucie mamusi. Zapewniać ją jaka jest
            dobra i wspaniała. Jej przyjaciółka pisze o tym że już próbowała i nic z tego
            nie wyszło. Nie wie jak to zrobić. Bo do niej nic takiego nie dociera. A może
            niech żeczywiście "sięgnie dna"!?! I w tedy dojrzeje do rozwodu. A może jej
            psychika będzie już tak zwichrowana że wybierze łatwiejsze wyjście. Zacznie pić,
            albo postanowi zejść z tego świata. Albo ten jak piszesz "biedny, znudzony
            mężuś", pomoże jej w tym. Bo on nie odejdzie. Od łatwego życia. Kiedy może mieć
            i to i kochanki na boku. A nawet gdyby odszedł to już widzę to jej super życie z
            dorywczą pracą i trójką dzieci.
            Ty "buba77" nie masz dzieci ani męża- prawda?
            Ja jestem tylko facetem. Ale nie wyobrażam sobie czekania na dno swojego
            małżeństwa, jeżeli tak jak ONA chciałbym jeszcze o nie walczyć.

            ROZWÓD TO OSTATECZNOŚĆ.
            • akacjax Re: Syndrom ofiary? 29.09.05, 08:31
              Należy załozyć, że nawet jej super zadbanie o siebie nie spowoduje zmiany
              postępowania męża wprost przeciwnie. Może narazić ją na kłopoty, hasła tpu:
              dokąd znowu ta wasza matka się wypuszcza..
              Ja sądzę, że opowiada się tylko fragmenty kłopotów domowych.
              Oczywiście sztuczki odpadają, bo są bez sensu.
              Ale może warto pomyśleć o sobie wg zasady: zadowolona mama-to zadowolone
              dzieci. Bo one są jak barometr, podskórnie wyczują sytuację i mają potem rysy
              na psychice.
              Ciekawa jestem na ile ten codzienny seks jest jej przyjemnością, a na ile to
              próba ułagodzenia męża (czy jakiś jego wymóg).

              Chcesz jej pomóc-mów by pomyślała tak-co poradziłaby znajomej, która miałaby
              taką sytuację-to czasem pozwala spojrzeć z innej perspektywy.
              I zapytaj, jakiego traktowania partnerów nauczą się dzieci w ich związku.
              Mówię to z pozycji matki, która za późno podjęła kroki kończące oficjalną część
              związkusad
            • buba77 Re: Syndrom ofiary? 29.09.05, 20:17
              Rozwód, to ostateczność wg Ciebie, arek, nawet kosztem szacunku. A dla mnie
              najważniejszy jest szacunek (wieloletni związek, gdzie często, choć wierzę, że
              nie zawsze, miłość przemija, ma szansę trwać tylko dzieki wzajemnemu szacunkowi
              i trosce). Zwłaszcza do siebie samej/ego. Cóż, mamy inne zdanie na ten temat.
              Ja uważam, że ucząc się szacunku do siebie, mówiąc nie na zdrady i inne
              upokarzające zachowania partnera (choć tutaj to nie partner) i realizując także
              swoje potrzeby i cele (dzieci nie sa malutkie, na pewno mozna powoli znajdować
              na to czas), uczymy innych, że my tez jesteśmy po prostu ważni. I nie można nas
              traktować jak śmiecia. A tak się moim zdaniem w tym przypadku dzieje.
              I to nie wyklucza dbania o związek i o miłość (ciuch, fryzura i bielizna,
              zaplanowane wieczory, wyjazdy - ile możliwości! - nie wykluczam tego).
              Kochające kobiety są zdolne do wielu rzeczy, żeby tylko zatrzymać mężczyzne
              swojego zycia, na którym im zależy. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że
              nie stracą poczucia godności.
              Byłam 20 lat w zwiazku, mamy dwoje dzieci. Rozstaliśmy się kilka tygodni temu.
              Włąśnie dlatego, ze chciałam codziennie ze spokojem patrzeć w lusto.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka