Dwa lata temu mój mąz podjął decyzje o odejściu. Nie reagował na liczne moje
prosby o terapię lub jakąś szanse dla nas. Poszłam do terapeuty, poskładałam
się i zyje mi się dobrze. Mam z nim neutralne stosunki. Jesteśmy przed
rozwodem, bo dokąd się wyprowadził przestało mu się spieszyć ze złozeniem
papierów. Ostatnio ja nalegam, aby to zrobił. To skrót w celu wprowadzenia
Za 3 tygodnie komunia syna. Postanowiłam zrobić obiad w knajpie z rodziną z
obu stron, bo ogólnie do nich nic nie mam i nie chcę dziecku robić
przykrości. Mam duzo do teściowej, która jest manipulatorką i wredną babą. No
i własnie od niej wprost lub okrężna drogą dowiaduję się, że ma pretensje:
- czemu tylko obiad, a nie wspolne siedzenie w domu potem?
- czemu nie chcę zaprosić jej kuzynki z USA, której ona sama nie widziała od
50 lat, ale będzie akurat w sanatorium w Polsce?
- czemu nie zaprosiłam dalszej rodziny męża (i jej), która mieszka kilkaset
km od naszego miasta? (nadmienię, że ja mam bardzo liczna dalszą swoją
rodzinę, której tez nie zapraszam)
I chwilami czuje się jak nienormalna. Jakby nic się wg tesciowej nie
wydarzyło, jakbyśmy dalej byli jedną wielką, kochającą się rodziną!
Doszłam do wniosku, że gdybym była wredną zołzą, która nie daje dziecka ojcu
i dziadkom kiedy tylko chcą, która wymaga do widzen postanowień sądu i
pilnuje ich co do minuty i robiła tym podobne jazdy to tesciowa byłaby
szczęśliwa, że w ogóle uwzględniłam ich na komunii wnuka.
Chyba mam żal, że nie docenia się w jego rodzinie tego co przeszłam i
zrobiłam, zeby nie utrudniac synowi jeszcze bardziej dziecinstwa.
I jestem zła na siebie, że jeszcze w jakiś sposób mnie wzrusza głupota
tesciowej i jej próby wrobienia mnie w poczucie winy i że jak zwykle wg niej
to ja jestem ta zła i wredna.
tak sobie chciałam "pogadać"
ps pocieszające jest to, że następną wspolną imprezą będzie na szczęście ślub
syna