Dodaj do ulubionych

kiedy decyzja o rozwodzie?

26.10.07, 00:01
witam jako nowa. Od razu wyskoczę z pytaniem, mimo, że miałam ogromną nadzieję
nigdy na tym forum nie pisać (bez urazy wink)
Jestesmy małżenństwem od kilkunastu lat, mamy dwoje dzieci, dzieci są już
"odchowane" aczkolwiek w tzw trudnym wieku (nastoletnie). W naszym małżeństwie
od lat dzieje sie coś złego. Najpierw byliśmy ze sobą wręcz symbiotycznie
związani, teraz jestesmy dwojgiem obcych ludzi mieszkających pod jednym
dachem, mających wspólne problemy, finanse i co najwazniejsze - dzieci.
Kocham mojego męża, on też ponoć mnie kocha, ale nie potrafimy ze sobą już
rozmawiać. jest między nami ogromna bariera pełna żalu, pretensji i czegoś
jeszcze, czegoś, czego nie potrafimy nazwać.
Nie wiem, w którym momencie zaczęlismy oddalać sie od siebie, nie potrafię
tego okreslić. On ma do mnie pretensję o czepialstwo i awanturowanie sie (no
zdarza mi sie czasami) ja mam żal o beztroskę,nieodpowiedzialnosć i egocentryzm.
Nie potrafię ot tak opisać całej złożoności naszej historii, bardzo mi zależy
na jakieś dobrej, mądrej radzie ale nawet nie do końca wiem, czego oczekuję.
Czy to pora aby się rozstać? Czy mamy jeszcze szanse na wspolne życie? Czy coś
co sie rozsypało da sie jescze poskładać? Jeśli tak, to jak? Żadne z nas nie
chce tak na prawdę rozstania, gdyby tak było rozwiedlibyśmy sie już dawno
temu, podejrzewam, że gros par na naszym miejscu dawno by o sobie zapomniało.
my, mimo, że jest bardzo cieżko nadal jestesmy razem (to chyba zbyt duże słowo
na okreslenie naszych relacji) Ale czy to ma sens? Może nie warto?
Czy jest tu ktoś kto ma podobne doświadczenia?
Przepraszam za chaotyczną wypowiedz, ale jestem strasznie rozbita, nie mam już
od dawna na nic siły, jestem psychicznie wykończona, ale jakby znalazł sie
ktoś kto zechciałby pogdać, chętnie odpowiem na "pytania pomocnicze"
dzieki
Obserwuj wątek
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:13
      nikt?
    • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:18
      To "zmęczenie materiału " chwilowe rozstanie by Wam zapewne dobrze zrobiło .
      Dziewczyny z forum zajęte "cukiernikiem " jutro może któraś Ci odpowie
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:22
        jutro? cukiernikiem? Rozumiem smile chociaz nie bardzo wink

        Możesz coś więcej o tym zmęczeniu materiału napisac? Jakie chwilowe rozstanie? A
        co powiedzieć dzieciom? Najbardziej na świecie nie chciałabym, żeby takie
        rozstanie się odbiło na ich psychice.
        Chwilowe to jakie? Tydzień? Miesiąc? Rok? Boże.....
        • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:27
          Ja z EX robiliśmy np. osobne wakacje . Dzieciak na tym korzystał i dobrze takie
          chwilowe rozstania na nas wpływały .
          A ile komu potrzeba czasu ? trudno powiedzieć . Zależy od charakterów .

          Cukiernik - patrz wątek obok
          • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:36
            wątek obok zauważyłam, dziękuję.
            Ale jesli to twoja ex, znaczy, że osobne wakacje nie pomogły. Własnie tego się
            boję, jesli oddalamy sie od siebie coraz bardziej, to może być tak, że takie
            przerwy mogą to jeszcze pogłębić.
            Strasznie za nim tęsknię jak go nie ma w pobliżu, a jak tylko pojawia sie to
            ogarnia mnie wściekłość na niego. Dlaczego tak sie dzieje?
            Może to uzależnienie? Czy komuś z was pomogła terapia małżenska? Rozważam taką
            ewentualność
            • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:44
              Strasznie za nim tęsknię jak go nie ma w pobliżu, a jak tylko pojawia sie to
              > ogarnia mnie wściekłość na niego. Dlaczego tak sie dzieje?

              Z moja Ex byliśmy razem na wakacjach a po odeszła
              Rozstanie zapewne by Wam pomogło . Z tego co piszesz to nie jest tak źle . Jeśli
              się kochacie to zatęsknicie za sobą .
              O terapi nie chce się wypowiadać , nie znam zagadnienia
              • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:48
                skąd wnosisz, ze nie jest zle? DOpytuję sie bo szukam spojrzenia z boku,
                potwierdzenia bądz zaprzeczenia moich odczuć.
                Dzięki za odpowiedzi smile
                • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:32
                  Bo nie jest Ci obojętny gdy go nie ma myśli Twoje są przy nim .
                  Sa pewne rzeczy które Cię w nim denerwują bo jak sie pojawia psioczysz
                  Nie są to reakcje ludzi sobie obojętnych i dlatego sądzę że nie jest tak źle .
                  On prawdopodobnie podchodzi do tego ponad . Nie rozumie o co Ci chodzi.
                  Szuka świetego spokoju
            • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:12
              samaosia napisała:

              > się
              > boję, jesli oddalamy sie od siebie coraz bardziej, to może być
              tak, że takie
              > przerwy mogą to jeszcze pogłębić.
              Przynajmniej będziesz dokładnie wiedzieć, na czym stoisz. Dno sluży
              także do tego, żeby się od niego odbić.
              > Czy komuś z was pomogła terapia małżenska? Rozważam taką
              > ewentualność
              Próbuj, dopóki się kochacie, warto mieć nadzieję.
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:09
            aron95 napisał:

            > Ja z EX robiliśmy np. osobne wakacje . Dzieciak na tym korzystał i
            dobrze takie
            > chwilowe rozstania na nas wpływały .
            Można i tak.
            Lepsze to niż wspólnie wyjechać po to, by poza domem się żreć.
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:23
      Ja tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać
      • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:27
        Dobry wieczór, Samaosiu, jestemsmile
        My rozstalismy sie w jakims podobnym momencie - mnóstwo zalow, pretensji,
        nieumiejetność rozmawiania, kazdy, najbardziej błahy temat prowokował spiecie.
        ktos tu kiedys pisał o takiej mgle, w której samemuu juz sie nie wie kim sie
        jest - jakos tak, tak własnie było.
        Minely lata, nie żaluję, ze sie rozstalismy, choć moze zbyt łatwo, za szybko?
        Nie wiem i nigdy sie nie dowiem.
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:41
          Ano własnie, ja nie wiem tak naprawdę skąd te żale i pretensje sie wzięły, po
          prostu narosły przez lata. Najłatwiej by było, jakbyśmy oboje podjęli decyzję -
          rozstajemy się. Na razie żadne z nas nie potrafi tej decyzji podjąć. Ja nie chcę
          jej podejmować, nie wiem czy on tez nie chce czy kieruje sie dobrem dziecim,
          opinią otoczenia, poczuciem obowiązku, strachem... nie wiem.
          Nie wiem jak sobie radzić w obecnej sytuacji, kiedy rozmawiamy codziennie do
          pozna a potem nastepnego dnia jest tak samo. ustalamy coś , ja się stosuję do
          ustaleń a mam wrażenie, że on czeka ze swoimi zmianami aż ja sie zmienię
          ostatecznie.
          Trochę, a własciwie najbardziej mnie boli to, że on ma własne życie (a
          przynajmniej stara sie mieć) w którym nie ma miejsca dla mnie.
          wiem, ze w normalnym związku to jest naturalne, że kazdy ma swoich znajomych,
          ale w takiej sytuacji uważam, ze nie jest fair kiedy ja nie istnieję (mimo, że
          twierdzi inaczej) a istnieje cała masa jego własnych rzeczy, spraw
          • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:47
            taki przykład, może ja histeryzuję, może nie mam racji.
            rozmawialismy, a własciwie rozmawiamy od paru dni, ustalamy, ze będziemy sie
            starać coś zmienić miedzy nami, kazde mówi czego oczekuje od drugiej osoby. mnie
            zależało, żeby zaczął mnie zauważać, traktowac jak żonę, przynajmniej próbowac.
            ja staram sie cos zrobic, on wiedząc, ze bardzo mnie boli ta jego nagła
            "niezaleznosc" nic z tym nie robi. tak jak wychodził na spotkania ze znajomymi w
            dwa weekendy z rzedu tak po tej całej rozmowie poinformował mnie, ze jego
            wyjazdowe spotkanie ze znajomymi jest nadal aktualne i on sie wybiera. czyli
            trzeci samotny weekend, no dobra, nie całe weekendy ale tu chodzi o zasade, że
            woli kogos innego ode mnie.
            czy ja sie czepiam, czy on po prostu połozył "laskę" juz na nasz związek i po
            prostu mówi jedno robi drugie? Jednoczesnie wiedząc jak bardzo do żywego
            dotykają mnie takie wyjazdy (zdradza czy nie? pewnie nie, ale ..., może pozna
            kogos kto sie okaze lepszy, nie chce spedzac czasu ze mną..itd)
            • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 01:02
              Takie weekendowe wyjazdy rzeczywiscie nieładnie wygladają, zwłaszcza jesli nie
              wiesz z kim , dokąd. A może wiesz?
              Własciwie to masz trzy wyjścia:
              - nie robic nic i zobaczyc, co bedzie
              - wszcząć śledztwo - sprawdzic komórke, pocztę, co sie da
              - stworzyc sobie wlasne zycie - tez gdzieś wyjechać, zając się czymś - i
              zobaczyć, co będzie
              Pierwsze rozwiazanie jest okropnie dołujace, drugie zostawia co najmniej
              niesmak i chyba nie daje szansy na pozostanie razem (ale kto wie? odkryc, ze ma
              kochanke, i pobic ja parasolką w miejscu publicznym - nasza znajoma tak zrobiła
              i uratowała małżenstwo, moja przyjaciołka pobiła dziewczynę, która jej odbiła
              narzeczonego, i wrocił do niej, pobrali sie, więc kto wie?). Sama bym wybrała
              trzecie - poza wszystkim to w razie rozstania masz sie czego uchwycić, żeby nie
              zatonać.
              • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 01:06
                Sprawdzanie odpada - z jakichś powodów (prywatność?) bardzo dba o to, żebym nie
                miała dostepu do komórki, komputera itp
                Ma jakies swoje kolezanki, ale mówi, ze mnie nie zdradza, jakby to miał zrobić,
                to najpierw bysmy sie rozstali. Tak mówi a ja nie mam innego wyjścia tylko mu
                wierzyć.
                • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:18
                  Nie chcę być czarnowidzem, ale jeśli zmiana podejścia
                  do "prywatności" nastąpiła dosyć gwałtownie i w ostatnim okresie, to
                  ja bym to uznał za sygnał ostrzegawczy.

                  Nerwowe reakcje na dotknięcie telefonu lub skorzystanie z komputera,
                  to dla mnie jeden z pierwszych sygnałów na to, że partner(ka)
                  ma "coś" do ukrycia.
              • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:31
                nangaparbat3 napisała:

                > - stworzyc sobie wlasne zycie - tez gdzieś wyjechać, zając się
                czymś - i
                > zobaczyć, co będzie
                ...
                > w razie rozstania masz sie czego uchwycić, żeby nie
                > zatonać.
                Rozsądnie jak zawsze.
            • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:28
              samaosia napisała:

              > on wiedząc, ze bardzo mnie boli ta jego nagła
              > "niezaleznosc" nic z tym nie robi. tak jak wychodził na spotkania
              ze znajomymi
              > w
              > dwa weekendy z rzedu tak po tej całej rozmowie poinformował mnie,
              ze jego
              > wyjazdowe spotkanie ze znajomymi jest nadal aktualne i on sie
              wybiera. czyli
              > trzeci samotny weekend, no dobra, nie całe weekendy ale tu chodzi
              o zasade, że
              > woli kogos innego ode mnie.
              Może zrezygnuj z zasad, czasami się je błędnie interpretuje, czasami
              są za sztywne. Prócz tego mąż nie mąż nie może być całym Twoim
              światem ani Ty jego, to byłoby niedobre dla związku i dla każdego z
              Was z osobna. Nie znajdujesz niczego, co by Cię przekonało, że choć
              jest z innymi bliskimi ludźmi, Ty jesteś pierwsza?
              > (zdradza czy nie? pewnie nie, ale ..., może pozna
              > kogos kto sie okaze lepszy, nie chce spedzac czasu ze mną..itd)
              Jesteś zazdrośnicą? Brzydko.
              • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:37
                Prócz tego mąż nie mąż nie może być całym Twoim
                > światem ani Ty jego, to byłoby niedobre dla związku i dla każdego z
                > Was z osobna.
                Nie znajdujesz niczego, co by Cię przekonało, że choć
                > jest z innymi bliskimi ludźmi, Ty jesteś pierwsza?

                a.niech.to piekne słowa aby je zapamietać powinny być pisane osobno
                • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:47
                  Dwa posty o tym samym? Nie bardzo Cię pewnie zrozumiałam.
                  • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:56
                    a.niech.to napisała:

                    > Dwa posty o tym samym? Nie bardzo Cię pewnie zrozumiałam.

                    Zdanie pisane pojedynczo łatwiej się zapamiętuje . Dobre zdanie wyrażające super
                    myśl pisane wsród innych ble ble się poprostu gubi .

          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:22
            samaosia napisała:

            > Ano własnie, ja nie wiem tak naprawdę skąd te żale i pretensje sie
            wzięły, po
            > prostu narosły przez lata.
            Nie *słuchaliście* siebie latami.
            > Najłatwiej by było, jakbyśmy oboje podjęli decyzję -
            > rozstajemy się. Na razie żadne z nas nie potrafi tej decyzji
            podjąć. Ja nie chc
            > ę
            > jej podejmować, nie wiem czy on tez nie chce czy kieruje sie
            dobrem dziecim,
            > opinią otoczenia, poczuciem obowiązku, strachem... nie wiem.
            Rozmawiajcie, pytaj, może Ci odpowie. Jesteście na zakręcie,
            powinien.
            > Trochę, a własciwie najbardziej mnie boli to, że on ma własne
            życie (a
            > przynajmniej stara sie mieć) w którym nie ma miejsca dla mnie.
            > wiem, ze w normalnym związku to jest naturalne, że kazdy ma swoich
            znajomych,
            > ale w takiej sytuacji uważam, ze nie jest fair kiedy ja nie
            istnieję (mimo, że
            > twierdzi inaczej) a istnieje cała masa jego własnych rzeczy, spraw
            Albo on daje za malo, albo Ty chcesz za dużo. Nie da się tego
            ustalić: komu? kiedy? ile?
            W tym miejscu wątku dochodzą do wniosku, że zawaliliście z całą
            pewnością komunikację. Nie informujecie siebie wzajemnie o swoich
            potrzebach i możliwościach zaspokajania, alternatywne rozwiązania na
            pewno istnieją, nie wolno milczeć. Jeśli ma być dobrze, najwyższy
            czas ich poszukać.
        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:14
          Zawsze będę Was podziwiać, że rozstaliscie się w przyjaźni i
          wzajemnym szacunku. Było i się skończyło. Pozostało piękne.
    • maslo-09 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:44
      Nigdy nie jest dobry moment. Jeśli już widzisz, ze wszystko zgasło,
      nie ma współnych marzeń, to trzeba trochę siebie zresetować. Naa
      pewno chwilowe odejście od siebie pozwoli wam ocenić na ile
      jesteście dla siebie ważni i potrzebni.
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:50
        Wspólne marzenia są. Jest jedno. Takie nasze wspólne, bardzo. Ale co z tego jak
        codziennosć nas wykańcza.
        Nie ma między nami bliskości. Nawet mijając sie nie dotykamy się.
        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:33
          Nie wiem dokładnie jak, lecz jest się o co bić.
        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:35
          Łoooo matko!!! A może stwórzcie wspólną świąteczno/weekendową
          rzeczywistość? Może dałoby się jego i Twój krąg znajomych/przyjaciół
          zlepić w całość?
        • nemezis_nike Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:35
          moze jakies wakacje od dzieci i codzinnosci. Chociaz wspolny weekend?
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:44
            nemezis_nike napisała:

            > Chociaz wspolny weekend?
            Jasne, mieliby wreszcie czas pogadać o tym, czego dotąd nie omówili.
    • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:45
      Po prostu walcz. Weż jednak przymiarkę na pomoc forumową. Od takich
      problemów, jak Twoje, czy innych, wyrażanych tutaj czasami w
      skrajnych formach pomocy o ratunek, forumowicze często uciekają.
      Sama widzisz - pojawił się "cukiernik" i cała para poszła w gwizdek.
      Onegdaj był ktoś taki jaki jak phokara, dla której wyznawane zasady
      były probierzem miary człowieka, relacji między jednostkami i
      bezlitosnej oceny, szyderstwa itd. Cienie takich postaw są tutaj
      częste. Nie mają nic wspólnego z wiedzą a raczej np. z okultyzmem.
      Myślałem, że takie forum to pomoc, to płaszczyzna wymiany myśli i
      doświadczeń, jak unikać tragedii rozwodowej, traumy z tym związanej,
      jak ratować małżeństwo i rodzinę, gdy jeszcze jest co ratować.
      Czasami myślę, że ono pcha do rozwodu, bo daje
      miraże "wolności", "samozadowolenia", "spełnienia się" itd. Są tutaj
      różne postawy forumowiczów. Najgorsze są tzw."feministki", czyli te,
      które nie umiały być pewnie matkami, a juz co najmniej żonami. Ich
      przebiegłość nie równa się przebiegłości mężczyzn.Przy czym żona
      dla mnie to partnerka, która umie stać przy swoim mężu na dobre i
      złe, do granic, które nie zostały przekroczone ( inna miłość,
      budowanie innego życia itd. Nie wiedzę tutaj miejsca np. na
      alkoholizm, gdy nie prowadzi do niszczenia relacji rodzinnych).
      Można to czytać odwrotnie.
      Odemnie odeszła żona po dwudziestu paru latach. Powstałem,
      odbudowałem dom, mam młodziutką żonę i czekamy na dziecko (pisałem o
      tym, ale nie musiałaś czytać ). Dlaczego czytam forum? Interesuje
      mnie, a także - inny człowiek, z poczuciem odrzucenia, na krawędzi
      życia, przede wszystkim, dlaczego doszło do mojej osobistej klęski.
      Rozwód to klęska. Całej rodziny. Po rozwodzie nic juz nie jest takie
      samo, chociaż "feminizm" ma inne kolory.
      Dlatego więc - po tym przydługim wstępie - walcz. Korzystaj z
      wszystkich dostępnych środków. Najlepiej z udziałem psychologa i
      wspólnej terapii. Próbuj z mężem rozmawiać, powtarzaj ile się da,
      czego oczekujesz i egzekwuj pożdane zachowanie. Do znudzenia, do
      wyczerpania, do bólu. Daj mu do przeczytania prace o rozwodzie, o
      spustoszeniu, które czyni (są takie, zapomniane w cukiernianym
      pudrze), wydrukuj niektóre słowa choćby z tego forum, które mówią o
      pożarze całej rodziny. "Pozwól" mu wyjeżdżąć, niech szuka swojej
      drogi nie zamykaj domu, niech wie, że czekasz, że jest dom, że jest
      jego, wasza i twoja przystań. Nie rób nic na złość, czekaj, mądrze i
      spokojnie. Mów, że go kochasz, każdego dnia. Jeśli on przechodzi
      obojętnie, przytul się sama, weż jego rękę, odkryj obszary, w
      których dzielisz jego zainteresowania itd. Sama mówisz, że się
      kochanie. To w imię tej miłości rób wszystko, co możliwe. Nie
      pytaj: "kiedy decyzja o rozwodzie", ale "jak odnależć wspólną
      drogę". Mnie się nie udało, ale robiłem wszystko, co było możliwe.
      Mimo mojej dumy, godności; pal licho z tym - tyle lat wspólnego
      życia do czegoś zobowiązywało. A jak nie chcesz walczyć - dołącz
      do "feministek" i szalej z cukiernikiem. Zobacz, ile ma już fanek -
      pewnie siebie warci.


      • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:59
        Kcprze wszystko ładnie pięknie, ale chyba zapomniałeś o jednej, ale
        bardzo istotnej kwestii.

        To jest forum tematyczne "Rozwód..i co dalej?" większość jego
        uczestników to osoby starające się przetrwać rozwód lub poukładać
        sobie życie po nim. Często osoby te mają za sobą lata zmagań
        o "uratowanie" związku kosztem olbrzymiego wkładu energii i z
        mizernym skutkiem, więc są bardzo sceptyczne jeśli chodzi o sens i
        szansę takich starań. Ja też do nich należę.

        Twój post byłby bardziej na miejscu na forum "jak uratować
        małżeństwo", a tak w ogóle to z Twojego postu przebija straszne
        poczucie żalu wobec kobiet. Skąd to określenie "feminizm"? Co ona ma
        do rzeczy? Wiele uczestniczek tego forum, to kobiety które wyszły ze
        związków przemocowych (nie chodzi tylko o przemoc fizyczną), w
        których były pozbawione godności i poczucia własnej wartości. Jeśli
        dla Ciebie walka o własną godność jest "feminizmem", to współczuję.
        • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 11:53
          Nie zapomniałem o niczym. To ty się mylisz - z całym szacunkiem dla
          ciebie. Wiem, jakie to forum. Kto może najwięcej powiedzieć, jak
          ratowac związek małżeński, jak nie kobiety, które przeszły ewolucję
          jego konania? Kto wie najlepiej, jakich uzywać w tym celu środków?
          Przecież sam mówisz o energii, którą w ten proces ratowania włożyły.
          Jeśli więc pojawia się taki post, to powinien mieć on taka
          oprawę, jaka towarzyszła cukiernikowi lub większą. Ta kobieta
          przyszła po pomoc do "specjalistów" od ratowania upadających
          związków małżeńskich.
          Nie mam żalu do kobiet w ogóle - do byłej partnerki - tak. Ale
          to nie ma nic do rzeczy.
          Wiem, czym jest "feminizm" i feminizm; mogę ci to przedstawić w
          różnych uwarunkowaniach kulturowych, prawnych itd., ale to też nie
          ma nic do rzeczy.
          Jedno jest najważniejsze - pomóżcie tej kobiecie, jak umiecie,
          gdyż to jest właściwe forum. Mizerny skutek dla jednych może być
          kamieniem milowym dla innych.
          • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:01
            Ok, może zbyt ostro napisałem, nie miałem zamiaru Cię urazić.
            Zresztą zgadzam się z Tobą w kwestii tego, że o związek warto
            powalczyć. Jest jednak jeden podstawowy warunek, na tej walce
            powinno zależeć obojgu małżonków. Gdy tylko jedno czyni starania
            prowadzi to własnie do długotrwałej walki zakończonej najczęściej
            porażką i poczuciem zmarnowanego czasu i energii. Takie poczucie ma
            wiele osób obecnych na tym forum.
            • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:06
              z_mazur kasper ma rację pisząc o feminizmie
              Piszą tu inteligentne kobiety a ta połączona z feminizmem nie pomaga
              w związku . A czasem wręcz uniemożliwia
              • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:41
                Może to i błąd, ale dla mnie inteligencja (o czym pisałem w wątku
                dotyczącym oczekiwań wobec kobiet) to rzecz u mojej partnerki
                niezbędna.

                A w tej dyskusji raczej chodzi o emancypację, a nie feminizm.
                Kobiety stają się po prostu niezależne i oczekują od mężczyzny
                czegoś więcej niż pełnej spiżarni.
                • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:43
                  z_mazur napisał:

                  > Może to i błąd, ale dla mnie inteligencja (o czym pisałem w wątku
                  > dotyczącym oczekiwań wobec kobiet) to rzecz u mojej partnerki
                  > niezbędna.
                  Inteligencja do umiejętność plastycznego działania, rozumienia, a co
                  za tym idzie - kompromisu.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 23:42
                  A mój mąż uważał własnie, że ja od niego oczekuję tylko pełnej spiżarni.
                  I jak tu z tego wybrnąć? Czego oczekiwać od partnera, żeby wreszcie był
                  usatysfakcjonowany? Pewnie niczego, byłby najszczęśliwszy, ale jak długo....
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 23:53
                    Spędziliście ze sobą tyle czasu, że chyba nietrudno określić, co kto
                    ma do zaoferowania, a czego oczekuje od partnera. Przyznam, trochę
                    nie rozumiem problemu, może gdybyś go inaczej ujęła, byłoby mi
                    łatwiej.
                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 28.10.07, 00:43
                      Wiem, mętnie mówię, chaotycznie. Dlatego pisałam na początku, że pytania
                      pomocnicze by mi pomogły.
                      Nie potrafię całej sytuacji ogarnąć a co dopiero jasno i precyzyjnie ją opisać.

                      A problem jest jasny: oddaliliśmy sie od siebie o lata świetlne. Tylko tyle i aż
                      tyle. I pytanie jak to odkręcić, czy da się odkręcić i co zrobić, żeby sie nie
                      powtórzyło. No i najważniejsze - jak to zrobić. Zgłupiałam.
                      • maslo-09 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 29.10.07, 10:37
                        u mnie mur między nami narastał latami, on realizował swoje cele,
                        dałam mu swobodę, jeździł na swoje spotkanka. Zapewniał ze nie
                        zdradaza, bo nie potrafiłby. Stało się inaczej i od rpoku łapie
                        równowagę, między innymi na tym fotum. Ja walczyłam o związek nie
                        siłą a zrozumieniem jego potrzeb (22 lata małżeństwa) i pewnego
                        wieczoru poinformował , ze on chce nowego życia, że nigdy by sobie
                        nie darował, że nie dał sobie drugiej sznsy, on wie że nasze
                        małżeństwo nie jest azłe, ale on tak nie chce,...... Jestem od roku
                        zrównana z ziemią, bo rozstanie przeprowadził niszczą wszystko co
                        moglo byc wspomnieniem dobrego. Dużo pisać
                        Jeśli masz wątpliwości, widzisz, ze się oddala, to jest kwestią
                        czasu kiedy on złapie wiatr ale we własny żagiel.
                        Postaraj sie porozmawiać o oczekiwaniach, powiedz o co Tobie chodzi
                        i czy on jest w stanie to zaakceptować. Działaj w samoobronie, bo
                        inaczej przegrasz. A to bardzo boli. Twoje starania są tylko Twoimi,
                        moze on ich nawet nie dostrzega. Trzymaj się. Bądź silna, jesteś na
                        początku.
            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 23:40
              A jeśli oboje walczą, tylko każde na swój sposób, nieakceptowalny przez drugą
              stronę? to co wtedy? pat?
              wygląda na to, że taka sytuacja jest własnie u mnie.
              • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 00:31
                To mi przypomina bardziej walkę nie o związek, tylko o to kto kogo.
              • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 23:55
                Jedynewyjście - pełne rozbrojenie. W związku nigdy nie
                wygranej/przegranej strony, jedno i drugie dotyczy zawsze pary.










































    • farrukh2 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 11:46
      Kazde uczucie predzej, czy pozniej zostaje wystawione na
      probe.Rozczarowanie, zal,brak poczucia bezpieczenstwa...Ale u Ciebie
      nie zdarzylo sie jeszcze nic zlego!Warto sprobowac, jest tyle
      sposobow na odgrzanie wspanialych uczuc.Poszukaj takich porad, nie
      rozwodowych.
      Jestem w drugim zwiazku od kilku lat.Upewnilam sie, ze dobrze
      zrobilam odchodzac od eksmeza, ale ja naprawde mialam powody.
      Widze czasem gesty, zachowania ,ktore powtarza moj obecny partner,
      ale na szczescie mowie o drobiazgach.Mysle, ze kazdy z nas ma
      podobne oczekiwania, marzenia jesli chodzi o milosc i
      partnerstwo.Ale jak niewiele z nas wie, ze milosc naprawde wymaga
      ciaglej pracy,pielegnowania,podsycania.Szukaj takich rad, jak to
      robic.NIe warto burzyc takiego zwiazku,mysle, ze sie pogubiliscie,
      sa dzieci.Sprobuj, warto!
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 12:02
        Cały czas podkreślam, że podstawa, aby ratować związek to zaufanie,
        zwane inaczej wiarą, poparte nakładem pracy z obu stron, czasem
        gorzkich wyrzeczeń. Myślę, że jeśli Samosia i jej mąż się przyłożą,
        będzie dobrze.
        Życzę im siły.
        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 12:20
          Przekręciłam nick, przepraszam. Jestem zmęczona. Ostatnio tak mi
          idzie, że nie wiem, czy się poprawię.
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 13:40
      dziękuję wszystkim za odpowiedzi i podpowiedzi. Wczoraj byłam w kiepskim stanie
      i stąd pewnie moje histeryczne nawoływania. Wybaczcie.
      Po przeczytaniu wszystkiego, co napisaliście powyżej muszę przyznać (mimo, że
      całe moje "ja" sie temu sprzeciwia), że muszę mieć własne życie. Tak jak on to
      sobie uświadomił w pewnym momencie (i przerwał symbiozę) tak ja muszę do tego
      dojrzeć. Bo w tej chwili czuję się porzucona, oszukana, rozżalona... a on ma do
      mnie o to żal. Wściekam się bo się boję.
      Wiem, ze to jeden z powodów naszego oddalenia, ale co zrobić, żeby "wilk był
      syty i owca cała" czyli żebym i ja była szczęsliwa w takim związku i on? Tego
      nie wiem.Ja potrzebuję mężczyzny i jego opiekuńczego ramienia, on mi tego nie
      zapewnia (a zapewniał)
      Sama już nie wiem. Jedno wiem, postaram sie na siłę zająć sobą i swoimi
      sprawami, nie bede strzelać fochów w związku z wyjściami i wyjazdami, zobaczymy
      moze będę potrafiła to zrobić. Jak? nie wiem. Muszę zmienić cały swój sposób
      myslenia.
      Jeszcze raz dziekuję, nie spodziewałam sie, że poczytanie odpowiedzi na forum da
      taki szybki efekt (byc moze chwilowy, ale jednak) terapeutyczny.
      Chętnie poczytam jeszcze. Czy jest tu ktoś komu udało sie jednak uratować
      małżenstwo?
      • a.niech.to Do wszystkich 26.10.07, 14:10
        samaosia napisała:

        > Wczoraj byłam w kiepskim stanie
        > i stąd pewnie moje histeryczne nawoływania.
        Przy okazji warto podkreślić, do jakich zachowań w związkach
        prowadzi codzienny stres i długotrwałe zmęczenie. Gubimy to, co
        najważniejsze, pozostaje rozczarowanie, znużenie i już jesteśmy o
        krok od złożenia pozwu. Pragniemy odejść po spokój, czyli po
        mniejsze zło jak nam się wydaje. W ilu przypadkach brak sił stał się
        kresem małżeństwa? Sądzę, że to częsty finał.
        • aron95 Re: Do wszystkich 26.10.07, 14:19
          Brak sił i brak chęci zrozumienia partnera
          Małżeństwo to w końcu sztuka kompromisów .
          • a.niech.to Re: Do wszystkich 26.10.07, 14:26
            aron95 napisał:

            > Brak sił i brak chęci zrozumienia partnera
            Czsem umiejętności. Niektórzy korzystają z fachowej pomocy, mediacji
            przyjaciół. Daje się tym sposobem wyeliminować błędy w komunikacji.
            > Małżeństwo to w końcu sztuka kompromisów .
            Wyobrażam sobie, idąc za Twoimi słowami, jakiś rachityczny twór,
            ktory powali byle awantura. Małżeństwo to przede wszystkim miłość,
            dopiero za nią kompromis, by móc jej dać żyć i kwitnąć.
        • samaosia Re: Do wszystkich 26.10.07, 23:46
          to prawda.
          ale skąd wziąć te siły?
          • a.niech.to Re: Do wszystkich 28.10.07, 07:30
            Nie ma innego wyjścia jak zrzutka. On musi dołożyć coś od siebie,
            jeżeli mu zależy tak samo jak Tobie na przszłości małżeństwa.
            Podobno przegrywa zawsze ten, kto bardziej kocha. Miłość nie jest
            walką, nie wiem, czy macie tego świadomość.
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 23:45
        samaosia napisała:


        Jedno wiem, postaram sie na siłę zająć sobą i swoimi
        > sprawami, nie bede strzelać fochów w związku z wyjściami i wyjazdami, zobaczymy
        > moze będę potrafiła to zrobić. Jak? nie wiem. Muszę zmienić cały swój sposób
        > myslenia.


        HA HA HA. Nie będę strzelać fochów. DObre sobie. Sama z siebie się teraz śmieję.
        Własnie jestesmy po kolejnym wieczorze wymówek i pretensji. No ja nie mogę
        zdzierżyć tego jego wyjazdu. nie mogę i już!
        Właśnie tego konkretnego, teraz kiedy jest tak zle między nami on postanawia sie
        rozerwać.
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 00:16
      No dobrze, a jak znaleźć to swoje własne życie, to swoje hobby, swoją
      odskocznię. Jeśli na normalne zycie rodzinne czasu ani siły nie starcza, o
      pieniądzach nie wspomnę. Mnie szkoda kasy na własne przyjemnosci jesli wiem, że
      mam nie zapłacone rachunki albo dzieci potrzebują czegos nowego do ubrania na
      przykład. Dla męża nigdy nie ma złego momentu, żeby sobie coś kupić albo wyjść.
      Jesli tylko ma kase na benzynę i piwo to jedzie i sie nie martwi.
      Może ja za odpowiedzialna jestem? Ale ktoś musi przeciez...
      • nangaparbat3 ja jako feministka - tfu, "feministka" 27.10.07, 00:51
        Wiesz, Samaosiu, wyglada to wszystko kiepsko.
        Facet wyjeżdża tydzień w tydzień, na benzyne ma, na piwo ma, a Ty sie martwisz,
        czy starczy na wszystko co konieczne na co dzień.
        Nie jestem za przegladaniem mezowi komórki, z roznych wzgledow, ale niepokoiłoby
        mnie, gdybym widziała, ze boi się, ze moglabym do niej zajrzeć.
        Szczerze - to wyglada paskudnie.
        Pytasz, skad siły brać jeszcze - i tu jako "feministka" wlasnie powiem:
        Jeśli przekroczysz granicę ratowania małzeństwa za wszelką cenę,
        zostaniesz z niczym - poza oczywiscie goryczą, poczuciem nizszości, rozpaczą,
        nienawiścią. To sie jakos tak robi - widziałam nie raz. Jeśli wszystkie siły
        oddasz na ratowanie małzeństwa - jeśli sie ono jednak i tak rozpadnie, nie
        zostanie Ci sił na ratowanie siebie i dzieci - a takze i męża czy ex-meża - po
        rozstaniu.
        Ja sama zdecydowalam sie na rozstanie - pomysl był meża, postanowil odejść, ale
        jak to on wolal, zebym to ja podjeła decyzję, więc przez 1,5 roku tkwił w domu
        (lub wyjeżdżal, nie mowiąc dokad), a ja ratowalam małżeństwo - więc zdecydowałam
        sie na rozstanie, kiedy z jednej strony on dopiekł mi wyjatkowo jakos bolesnie
        (wlasnie wyjazd), z drugiej - uswiadomiłam sobie nagle, ze jest w nas obojgu
        jeszcze duzo dobrych uczuć do siebie nawzajem, ze te uczucia zanikaja z dnia na
        dzień, i ze jedyna szansą, by je zachować, jest rozstanie.
        Nie wiem, dlaczego zadne z nas nie pomyślalo wtedy o terapii - sama nie moge
        tego pojąć, w żaden sposob nie mogę. Sadzę też, ze terapia pewnie uratowalaby
        nasz związek, to bardzo prawdopodobne. A jednak żadne z nas nie wyszlo z tym
        pomysłem - widac tak mialo być.
        My jestesmy teraz dosyc zaprzyjaźnieni, te dobre uczucia rzeczywiscie
        przetrwały, dzieki nim nie robimy dziecku piekła z zycia

        Pytasz, jak znaleźć to swoje zycie, swoje hobby - nie wiem. Sądzę jednak, ze
        kazdy ma coś, co kiedys robił, czy zawsze marzyl, by robić, a jakos nie było
        kiedy, nie było jak, albo zabrakło odwagi - pogrzeb w pamieci, we wlasnej duszy,
        znajdziesz cos na pewno. I nie zawszystko musisz płacic, naprawdę. Jest na
        swiecie mnóstwo cudownych, dajacych radość zatrudnień, ktore zadnych pieniedzy
        nie wymagają. Wsluchaj się w siebie - na pewno cos znajdziesz.
        • samaosia Re: ja jako feministka - tfu, "feministka" 27.10.07, 01:52
          No nie, niejasno sie wyraziłam, poprzednie dwie soboty spędził stacjonarnie -
          wyszedł ze znajomymi (których ja nie znam) do knajpy. W ten weekend wyjeżdża.
          Dlaczego ja nie potrafię zmusić sie do optymizmu, dlaczego nie potrafię
          stwierdzić "dobrze, że jedziesz, dwa dni odpoczniemy od siebie, ja zajmę sie
          sobą, ty się rozerwiesz, zobaczymy co z tego wyniknie" taki pies ogrodnika ze
          mnie. Czasami wiem, że powinnam tak sie zachować a czasami wszystko we mnie
          protestuje.

          Hobby, własne życie, świetny plan, ale po pierwsze nie ma takiej rzeczy, którą
          moznaby robić bez nakładów finansowych (chyba, że sprzątać, ale tego nie
          traktuję jeszcze jak hobby) a po drugie i wazniejsze nie mam na to czasu a co za
          tym idzie - siły.

          Nie chcę się z nim rozstawać, najabrdziej się boję, że moją "walką o" sprowokuję
          go do odejścia. A z drugiej strony czasami sie zastanawiam czy nie jest tak, że
          on dawno by już odszedł ale sie boi zrobić ten pierwszy krok i na wszystkie
          sposoby próbuje sprowokować mnie do tego.

          Muszę coś z tym zrobić, z sobą, z nami. W przeciwnym razie ta sytuacja wykonczy
          i nas i nasze dzieci.

          Wiem też, widzę to po swoich reakcjach, że jakby przyszło co do czego to nie
          potrafiłabym rozstać się z klasą, dlaczego tak jest? Dlaczego już teraz widzę,
          czuję, że gdyby tylko zechciał odejsć to poniżałabym jego i siebie na zmianę,
          próbowałabym go zniszczyć. Tak tera czuję, czy tak byłoby, mam nadzieję, ze
          jednak nie bedzie mi dane się przekonac.

          Seks zawsze mielismy do bani, własciwie nie tyle sam seks co jego częstotliwość,
          teraz nie ma go wcale (w koncu przeciez nawet sie nie dotykamy)

          Ja z atrakcyjnej kobiety robię się powoli zmęczonym, zapuszczonym babonem (boże,
          godzina szczerości, jutro nie będę mogła spojrzeć w lustro)
          Tak bardzo bym chciala mieć siłę zająć się sobą, znowu stać sie atrakcyjną (choć
          młodsza juz nie bede) seksowną kobietą, która uwodzi go każdym ruchem i gestem.
          Ale chcę tego, tylko po to, żeby móc go odtrącać. Zeby mu pokazać jak to jest
          (mimo, że on mi czesto powtarza, że dobrze wie, jak to jest żebrać o uczucie)

          Mam wrażenie, że mówimy w róznych językach, obok siebie, nie rozumiemy się.

          Jak zmusić sie do życia? Jak zmobilizować się do pracy nad sobą, jesli wszystko
          wokół mi mówi, że nie ma sensu ruszać sie z fotela.

          A tak krótkoterminowo, co zrobić, żeby nie wyjechał?
          Albo inaczej, tu odezwie się moja mniej podła natura, (i widać to cholerne
          rozdwojenie) co zrobić, zeby nie zepsuć mu tego wyjazdu a siebie nie wykonczyc
          nerwowym czekaniem?
          • nangaparbat3 No moja droga! 27.10.07, 11:16
            >>>>Tak bardzo bym chciala mieć siłę zająć się sobą, znowu stać sie atrakcyjną (choć
            młodsza juz nie bede) seksowną kobietą, która uwodzi go każdym ruchem i gestem.
            Ale chcę tego, tylko po to, żeby móc go odtrącać. Zeby mu pokazać jak to jest
            (mimo, że on mi czesto powtarza, że dobrze wie, jak to jest żebrać o uczucie)


            To Ty sie zastanawiasz, co masz robić?
            Pognac do psychologa, powtórzyc mu dokładnie to, co tu napisałaś, i zająć sie sobą.
            Nie wiem, czy to pomoze Waszemu malzeństwu, ale Tobie na pewno.
            • a.niech.to Re: No moja droga! 28.10.07, 08:59
              Mas rację, w tle jakaś czarna głębia?
          • akacjax Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 13:00
            No zgadzam się z z_mazurem to forum nie do końca rokuje szczęśliwe rozwiązania.
            Jednak możemy z perspektywy własnych przejść coś wrzucić dla rozjaśnienia.
            Mało piszesz szczegółów, ale mam wrażenie, że jesteś kobietą domową, zapewniasz opiekę nad mężęm, dziećmi itd.
            Skupiona w tym małym świecie chcesz, by Twoim oknem na szerszy świat był mąż. A to błąd.
            Sama musisz wyglądnąć na świat, ale nie ta drogą. No i znowu zaintrygować męża. A na pewno zyskasz dla siebie coś-z zaczerpnięcia świeżego powietrza.
            Czy jest taka możliwość, ze ubierzesz się "wyjściowo" i pojedziesz z koleżanką do kina, a może po prostu sama wyjdziesz z domu może do rodziny, sąsiadki-choćby..a to mąż zostanie z dziećmi?

            Wydaje mi się też, że tarcisz mnóstwo energii na czekanie i zatrzymywanie męża, a lepiej w tym czasie zając się sobą, poczytac, posłuchać muzyki, obejrzeć film.


            • samaosia Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 13:51
              Kobietą domową już nie jestem. Kiedyś byłam, teraz gdy dzieci są duże z
              powodzeniem prowadzę własną firmę.
              Wychodzę z domu a mąż chętnie zostaje z dziećmi (zresztą z nimi nie trzeba już
              zostawać), zdarza mi sie to, choć niezbyt często.
              Masz rację tracę niepotrzebnie energię, ale to jest silniejsze ode mnie. Mam
              pełną swiadomość (intelekt mówi jedno) sytuacji ale robię coś zupełnie
              odwrotnego (emocje biorą górę)
              I tak w kółko. Wieczorem obiecuję sobie, że odpuszczę a rano gdy sobie
              przypominam (jak dziś), że wychodzi dostaję szału.
              Tylko, żeby sie zaraz nie okazało, że wszystko to moja wina wink
              • akacjax Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 14:43
                Otóż to. Nie szukaj winnego, to nie ważne.(wg mnie-teraz)
                Nie dziwię się, ze dostajesz szału, bo on wychodzi-a wszystko dlatego, że on jest niespójny-bo albo chce leczyć związek, albo nie.

                I tego pytania nie można zadać tuż przed jego wyjściem-bo w emocjach nic się nie załatwia.
                On wychodzi-bądź szybsza-wyjdź przed nim, to pozwoli nie patrzeć Ci na jego wyjście.
                I nie tłumacz się obowiązkami domowymi. Wyjdź dzieci z głodu nie padna, potem coś ew. szybko zrobisz.
                Już samo takie działanie poprawi Twoje widzenie siebie.
                • a.niech.to Re: taki wątek-wyzwanie 28.10.07, 09:15
                  Akacja napisała:

                  > Już samo takie działanie poprawi Twoje widzenie siebie.
                  To brzmi rozsądnie, zyska poczucie, że zrobiła wszystko, co
                  potrafiła, a to oznacza spokój tak bardzo jej potrzebny, może
                  najbardziej? Stabilność uczuć to dobry punkt wyjścia.

              • a.niech.to Re: taki wątek-wyzwanie 28.10.07, 09:07
                samaosia napisała:

                > Masz rację tracę niepotrzebnie energię, ale to jest silniejsze ode
                mnie. Mam
                > pełną swiadomość (intelekt mówi jedno) sytuacji ale robię coś
                zupełnie
                > odwrotnego (emocje biorą górę)
                > I tak w kółko. Wieczorem obiecuję sobie, że odpuszczę a rano gdy
                sobie
                > przypominam (jak dziś), że wychodzi dostaję szału.
                Jesteś trudnym człowiekiem, z sobą nieskomunikowanym, tak mi się
                bynajmniej wydaje. Musisz się zdecydować, kto rządzi: emocje czy
                rozum. A potem już jak po sznurku.
                > Tylko, żeby sie zaraz nie okazało, że wszystko to moja wina wink
                Ktoś Ci to kiedyś wmówił? Nie ty wymyśliłaś świat, nie musisz go
                więc ratować, wystarczy go trochę poprawić, zaczynając od tego, co
                najbliższe.
          • a.niech.to Re: ja jako feministka - tfu, "feministka" 28.10.07, 08:57
            A gdybyś tak zaczęła nie od pytań, ale od odpowiedzi. Ustal, co już
            wiesz na pewno, żebyś nie omyliła ani jego, ani siebie, a
            najważniejsze - dzieci. Z tak sporządzonym inwentarzem, łatwiej Ci
            będzie powiedzieć, co dalej?
      • marek_gazeta Duży błąd 31.10.07, 18:09
        > Mnie szkoda kasy na własne przyjemnosci jesli wiem, że
        > mam nie zapłacone rachunki albo dzieci potrzebują czegos nowego do
        > ubrania na przykład. Dla męża nigdy nie ma złego momentu, żeby
        > sobie coś kupić albo wyjść.

        Duży błąd, ja sobie wszystkiego żałowałem - bo żona, dzieci itp. W rezultacie miałem zawsze atrakcyjnie ubraną żonę, ja sam chodziłem w byle czym (a pewnie kobieta w pracy oglądała odpicowanych i sympatycznych kolegów), a przy wyprowadzce nie było czego zbierać. Musi być zachowana równowaga - nie mówię o liczeniu każdej złotówki - ale jakaś równowaga musi być. On ma kasę na siłownię, Ty idź na fitness. On kupił sobie skórzaną kurtkę za patyka, Ty zaszalej i zgarnij ekstra kieckę. Albo wydaj na swoje hobby.
    • samaosia odszedł 28.10.07, 22:53
      powiedziałam mu dzis, że moze nie wracac.
      i odszedł.
      Spierdzieliłam sprawę, prawda?
      Co teraz?
      Życie mi sie skończyło własnie
      • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 22:59
        Życie masz przed sobą.
        Niczego nie spierdzieliłaś - nie wyszło Wam, jak i wiekszości (wszystkim?) nam
        tutaj. To sie zdarza.
        Nie wiń sie o nic.
        Nie siedź sama - czy masz przyjaciołkę, ktora by przyszla, zeby z Tobą teraz być?
        Acha, nie daj skusic, by źle o nim mowic dzieciom, nie warto.
        Trzymaj się, pisz tu do nas.
        • samaosia Re: odszedł 28.10.07, 23:02
          nie, nie mam zycia przed sobą.
          nie mam nikogo.
          to bezposrednio moja wina, muszę coś zrobić, żeby to odwrócić


          tylko co? jechac do niego i błagac, żeby wrócił? przepraszac?

          a moze wypiąc się na niego i tak jakpiszesz machnąć reką?
          co ja mam zrobić
          • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 23:13
            Masz dzieci, i to jest wielkie zobowiazanie.
            Jeśli czujesz, ze powinnaś go przeprosic, ze masz za co go przeprosić - zrób to.
            Ale moze lepiej napisać niż do niego jechac.
            Jesli chcesz go przepraszać tylko po to, zeby wrocił - nie rob tego. To by była
            manipulacja.
            Jeśli Wasze małzeństwo ma jeszcze jakieś szanse, on wróci. Jeśli nie wróci -
            trzeba uznac fakty.
            Jestes dzielną osoba, masz firmę, poradzisz sobie - będziesz wreszcie wiedziała,
            na czym stoisz, zaczniesz panować nad swoim zyciem. Zobaczysz, ile energii
            traciłas na zastanawianie się i niepokoje - gdzie on jest, co robi, dlaczego sie
            nie odzywa, czemu patrzy nie tak, jakbys chciała.
            Jeśli macie jeszcze byc razem, to bedziecie.
            Jeśli nie bedziecie - to nie ma sie o co rozbijać.
            Teraz odetchnij, spróbuj sie wyciszyć, zastanowic, jak sobie ułozysz zycie bez
            niego.
            Jeśli on zechce wrocic - dobrze.
            Jeśli nie zechce - zaczniesz nowe, wolne zycie.
          • crazyrabbit Re: odszedł 28.10.07, 23:21
            Nie jechać , nie błagać. Dać sobie i jemu czas na przemyślenie.
            Dzisiaj możesz się upić i ryczeć , ale nie zniżaj się do proszenia
            go o powrót.

            Czytałam Twoje posty , ale nie bardzo mogłam ogarnąć całą sytuację.
            Teraz widzę - facet robił , co chciał , wyjeżdżał nie wiadomo z kim
            i gdzie , pieniądze na paliwo i picie zawsze się znajdowały... A Ty?
            Gdzie Ty byłaś w tym wszystkim?

            Jak dla mnie , to on Cię po prostu olewał. Nie można tak żyć razem ,
            ale osobno.

            Rozstanie dobrze Wam zrobi. Jest szansa , że zatęsknicie za sobą ,
            zaczniecie rozmawiać (bo trzeba będzie i tak ustalic sprawy związane
            chociażby z dziećmi) , może zdecydujecie się na terapię małżeńską?

            Na razie nie rób nic.
          • aron95 Re: odszedł 28.10.07, 23:26
            samaosia napisała:

            > nie, nie mam zycia przed sobą.
            > nie mam nikogo.
            > to bezposrednio moja wina, muszę coś zrobić, żeby to odwrócić
            >
            >
            > tylko co? jechac do niego i błagac, żeby wrócił? przepraszac?
            >
            > a moze wypiąc się na niego i tak jakpiszesz machnąć reką?
            > co ja mam zrobić

            Nic nie robić . Walnij sobie drinka nawet dwa
          • samaosia Re: odszedł 28.10.07, 23:43
            Skąd w was tyle spokoju?
            Skąd to pogodzenie?
            Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył


            przeciez sie skończył
            • aron95 Re: odszedł 28.10.07, 23:56
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?
              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył

              Bo już wiemy jak to jest , mamy to za sobą . Bo to tylko pewien etap życia ,
              przejściowy .
              Świat istnieje i ma sie dobrze


              >
              >
              > przeciez sie skończył
            • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 23:58
              My juz przez to przeszlismy - i wiemy, ze swiat się nie konczy, nawet wiemy, ze
              sie zaczyna.
              Z czasem i Ty to zobaczysz.
              Teraz musisz wypłakać, wycierpieć swoje - i dobrze.
              potem zaczniesz dostrzegac inne strony.
              Pewnie schudniesz i wyładniejesz.
              Trzymaj sie, dobranoc - n.
            • crazyrabbit Re: odszedł 29.10.07, 00:36
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?

              Bo my jesteśmy po... Przerabialiśmy to wszystko na własnej skórze ,
              czasem po kilka razy.

              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył
              >
              >
              > przeciez sie skończył

              Nie skończył. Wyjrzyj przez okno - jest tam ciagle , co?
              Tak jak pisała Nanga , musisz swoje wypłakać , wykrzyczeć ,
              przeboleć.
              I akurat dzisiaj polecałabym Ci jakiś alkohol w większych ilościach.
              Jak wstaniesz rano z kacem-mordercą , zauważysz że teń cholerny
              świat sie nie skończył , wręcz przeciwnie - że jest upierdliwie
              głośny i jaskrawy smile
            • akacjax Re: odszedł 29.10.07, 11:32
              Bardzo Ci współczuję.
              Myślę, że było okoliczności znacznie więcej niż nam napisałaś i sytuacja bardziej napięta niz z twoich posów wynikało.

              Skąd nasz spokój- przyzwyczajeni do takich sytuacji, bądź z autopsji, bądź z opowieści na forum-mamy już dystans.
              Ty możesz zaufać nam i uwierzyć, że czas ukoi Twój ból.
              Możesz podsycać rozpacz, nawet poza granicę, tego normalnego bólu i żalu..i wpaść w depresję.

              Na takim etapie życia jak jesteś jest tylko tu i teraz i jakaś obciążająca przeszłość. Nie myśl o dalszej przyszłości -bo to projekcja skrzywiona dzisiejszym bólem.

              Radzę poddać się upływowi czasu, przejść ten etap godzenia się z sytuacją. Może będzie Ci łatwiej pisząc z nami.

              Powiem jeszcze-nie warto brać na siebie cała winę, nie warto rozpaczliwie padać do nóg z żebraniem powrotu.
              Warto dać czas na zastanowienie i zostawić uchylone drzwi na rozmowę.
              • a.niech.to Re: odszedł 29.10.07, 16:45
                akacjax napisała:

                > Możesz podsycać rozpacz, nawet poza granicę, tego normalnego bólu
                i żalu..i wpa
                > ść w depresję.
                Tylo po co?
            • a.niech.to Re: odszedł 29.10.07, 16:43
              Myśmy już to przerobili, co Ty dopiero zaczynasz.
              Nie spadł nawet liść...
            • cathy_bum Re: odszedł 29.10.07, 19:40
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?
              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył
              >
              >
              > przeciez sie skończył

              Chyba każdy z nas kiedy zawitał na forum był bardziej lub mniej
              potrzaskany. Łatwo sprawdzić po starych postach...
              Kiedy tu zawitałam byłam już po najgorszym etapie rozpaczy, ale
              świat jawił mi się w bardzo ciemnych kolorach. Teraz jest zupełnie
              inaczej. Rzeczywiście pogodziłam się z tym, co było. Dziwne, ale
              czasem w ogóle o tym zapominam. I banalnie podsumuję: czas jednak
              leczy rany. Mnie czas pomógł właśnie. I wspaniali ludzie, których tu
              poznałam.
              Musisz się wypłakać, przecierpieć. Tego nikt za Ciebie nie przeżyje:-
              ( Ale świat istnieje nadal i napewno ma Ci jeszcze wiele do
              zaoferowania. Trudno Ci uwierzyć, wiem. Ale ja też nie wierzyłam...
          • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 08:46
            Dobrze zrobiłaś, mówiąc, żeby poszedł. Określiłaś nieprzekraczalną
            granicę między wami, między tobą, nim i rodziną. Jest wszystko
            dobrze. Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
            tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
            ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
            nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
            on będzie silny i mądry - wróci. Z rozstaniem dwojga ludzi kończy
            się na pewno pewna historia - masz rację, że coś się skończyło.
            Myślę, że dla was dwojga ten koniec- paradoksalnie - to początek
            czegoś nowego, trwalszego. Po rozwodzie - tym bardziej - już nic
            nie jest takie, jak było. Nie słuchaj za bardzo nawiedzonych
            wojujących, którzy widzą tylko swoje "szczęście", "nową drogę" itd.
            Nasze indywidualne szczęście dzielimy także z dziećmi i innymi
            członkami rodziny. Poza nimi nie ma świata. Jest - ale ułomny,
            sprowadzony do form, do umizgów, do tandety.
            Po prostu wytrwaj w tym kryzysie - jak znam życie , wszystko się
            skończy dla was dobrze. Wierzę, że twój mąż nie jest pętakiem.
            • z_mazur Re: odszedł 29.10.07, 11:19
              Kasprze, jakoś irytuje mnie Twoje negatywne nastawienie do innych
              osób z tego forum.

              > Nie słuchaj za bardzo nawiedzonych
              > wojujących, którzy widzą tylko swoje "szczęście", "nową drogę"
              itd.

              Skąd Ci się biorą takie hasła? Czy tu ktokolwiek napisał coś na
              temat tego, że to już koniec?

              A co złego jest w swoim szczęściu? Dla każdego to jest coś innego,
              dla jednych będzie to walka o całą rodzinę i jej utrzymanie za
              wszelką cenę, dla kogoś innego niekoniecznie. Nie nam oceniać te
              drogi do szczęścia.

              Rodzina, dzieci? Wcześniej czy później stają się dorosłe i
              samodzielne. Mało tego, często wystawiają rodzicom rachunek. Bardzo
              często zaskakujący, typu: "Mamo jak mogłaś się na to godzić?".

              Chya znasz inne życie niż ja, bo ja jakoś nie jestem tak
              optymistyczny w ocenie tej sytuacji, że to tylko kryzys i trzeba
              wytrwać.
              • aron95 Z irytowany z_mazur 29.10.07, 12:50
                Kasper zapewne jest na początku tej drogi z stąd takie jego wypowiedzi
                I co w tym złego że radzi walczyć do samego końca ?
                Ja sam wielokrotnie zwracałemn uwagę że dziewczyny robią komitet powitalny i
                cieszą sie z każdej nowej kandydatki na rozwódkę . Już się do tego
                przyzwyczaiłem ale na początku bardzo mi się to rzucało .
                • z_mazur Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 13:13
                  No właśnie, z innych postów Kaspra wynika, że on jest już w związku
                  z inną kobietą, w którym jest szczęśliwy, stąd trochę mnie dziwi to
                  jego podejście do tych kwestii.

                  A Twoje reakcje z początku pamiętam.

                  Jak zawsze podkreślam, to forum o rozwodzie i ewentualnie o tym co
                  po nim, a nie o ratowaniu związków. Jeśli komuś zależy na ratowaniu
                  związku i dyskusji na ten temat, to jest taka stronka i forum,
                  wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę hasło "Sychar".
                  • samaosia Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 19:21
                    dzięki, ale na wspólnoty i rekolekcje nie mam siły. sama mysl o tym wzbudza we
                    mnie dreszcze.
                    to nie dla mnie, tu moddlitwa nic nie pomoże, tu trzeba racjonalnie działac.

                    ale jak>? tego nie wiem.

                    dziwne, mam wrażenie, że jemu sprawia satysfakcję cała ta sytuacja, czuje sie
                    taki podniesiony tym, że sie odważył. tak to odbieram.
                    dzis analizuję wszystko i wcale nie jest tak pieknie jakby mężowi sie chciało
                    wydawac, obecna sytuacja jest wynikiem naszego wspolnego działania a nie tylko
                    mojego. czyli reasumując - nie jestem wszystkiemu winna.

                    Ale strasznie mi źle. Widzieliśmy się rano, rozmawialiśmy w ciągu dnia przez
                    telefon (łączą nas też relacje zawodowe) i on był strasznie sztywny, ale jakoś
                    tak nienaturalnie.
                • z_mazur Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 13:15
                  > Kasper zapewne jest na początku tej drogi z stąd takie jego
                  wypowiedzi
                  > I co w tym złego że radzi walczyć do samego końca ?

                  Bo walka o związek nie ma sensu. Sens ma praca nad związkiem.
                  Ale trudno pracować nad czymś, co przestało istnieć.
              • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 16:36
                Gdy w ciągu ponad dwóch lat walki o mój dwudziestoparoletni związek
                odkryłem to forum, pierwsze, co mnie boleśnie dotknęło to fakt, że
                tutaj jeden drugiemu nie chce pomóc, lecz wręcz podżega do rozwodu.
                Szermowanie hasłami: "masz prawo do szczęścia", "twoje życie jest
                jedyne" itd. miało wręcz wymiar karykaturalny. Jakby inni się
                cieszyli, że oto komuś następnemu potknęła się noga. Phokara,
                inteligentna przecież dziewczyna, była przykładem takie
                triumfującego "gołębia" klęski.Ileż tutaj osób podobnego pokroju na
                tym forum.
                Rozwód to rozpacz wielu ludzi wokół,a jeśli przynosi zysk, to w
                znikomej wielkości przypadków. Rozwód rozrywa rodzinę i pozostawia
                piętno na całym życiu także czasami następnych pokoleń. Nieważne, o
                co dzieci spytają; mają niezbywalne prawo do pełnej rodfziny, jeśli
                nie jest patologiczną. Pewne rzeczy trzeba nazwać po imieniu: dobro
                jest dobrem, a zło złem. Rozwód jest złem. I tak było zawsze,
                niezależnie od tego, kto, kiedy i dlaczego wprowadził instytucję
                małżeństwa.Rozwód tłumaczą tylko sytuacje ekstremalne. I tutaj nie
                ma nic do rzeczy potrzeba poszukiwania szczęścia przez jedną ze
                stron. To nie mieści się w kategorii ekstremalnych przypadków.
                Mylisz się, z_mazur, że nie nam o ceniać cokolwiek czy kogokolwiek.
                Przez porównania budujemy właściwe proporcje, zagospodarowujemy czas
                i przestrzeń. Dzięki tej cesze staramy się komuś pomóc lub cieszymy
                się z czyjejś klęski.
                My nie tworzymy moralności, a tylko funkcjonujemy w tych
                wzorcach, jakie są dane od wieków. Masz rację,że znam inne życie:
                poznałem slamsy, bru i nędzę, ale także mglisty urok nauki, w tym -
                filozofii, sztuki. Wierzę w miłość, szczęście, mądrość. Moją obecną
                żoną jest dziewczyna, która mogłaby być moją córką. Pisałem już -
                oczekujemy dziecka. Podniosłem się po dwóch latach cierpienia. Co
                więc robię na forum - analizuję, jak być dobrym, jak nie krzywdzić i
                nie być krzywdzonym, a także - pytam o symptomy klęski. Wtedy los
                mnie powalił, teraz - nie boję się już niczego. Może dlatego
                dostrzegam schizofrenię postaw na forum i jakąś cichą zgodę na
                czyjeś cierpienie.
                O związek trzeba walczyć, dopóki starczy sił, dopóki można, bo
                to jest także walka o los bliskich.

















                Pytasz, co złego jest w szczęściu? A więc dodaj: szczęściu kogo




                • nangaparbat3 Kasper 29.10.07, 17:38
                  Strasznie mentorski jesteś.
                  Nie zgadzasz sie z pogladami wielu z nas - OK.
                  Rozumiem i akceptuję.
                  Ale nie rozumiem i nie akceptuje patrzenia z gory na innych - dyskusja, kłotnia
                  nawet - tak. Przyjmowanie postawy mędrca - no daj spokoj.
                  • crazyrabbit Re: Kasper 29.10.07, 19:14
                    Nie zawsze rozwód jest złem.
                    Czasem lepiej się rozstać i żyć sobie samemu , niż pozwolić żeby
                    dzieci widziały przemoc , alkoholizm , słuchały wyzwisk i uczyły się
                    na przykład od ojca , że ich matka to szmata.

                    Myślisz że moje dziecko podziękowało mi za wyprowadzkę
                    z "rodzinnego" domu ot , tak sobie?

                    Nie zawsze warto ratowac za wszelką cenę , bo można mocno przepłacić.
                    Swoją godnością , depresją , nierzadko człowieczeństwem. I
                    zafundować dzieciom nienormalne dzieciństwo , w imię ratowania trupa.

                    Nie patrz na nas z góry. Mamy swoje przejścia i swoje racje , nie
                    jesteś od nas lepszy.
                • samaosia Re: odszedł 29.10.07, 19:26
                  dzięki Kasper. smile
                  Mam podobne odczucia, ale z drugiej strony boję się, że przegapię moment, w
                  którym walka o związek zamieni się w walkę dwóch obcych osób, albo gdy jedna z
                  nich nie będzie robiła nic dla związku a druga będzie sie z poczuciem
                  winy/żalu/klęski (niepotrzebne skreslić) przed nią czołgała.
                  • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 22:06
                    Nie przegapisz, samaosiu. Jeśli tak odbierasz to, co pisze ponad 50-
                    letni facet, który mimo wszystko wstał i mimo wszystko zbudował nowy
                    dom,to znaczy, że żyjesz. Jednak nie możesz się czołgać (nikt w
                    związku nie może tego czynić), chociaż ja to robiłem, ale nie
                    wstydzę się. Trwaj, przenieś symbol domu i dom, który teraz masz, na
                    pewno nie będziesz niczego żałowała. Zresztą - to twoja powinność
                    choćby wobec dzieci. Jeśli czegoś będziesz żałować to jednego -
                    zaniechania. Z zaniechania bierze się największe poczucie winy,
                    klęski, żalu. Wierzę głęboko, że przejdziesz ten kryzys. Wierzę że
                    to tylko kryzys i wierzę, że dobrze wybrałaś. Każdy ma prawo do
                    błędu.
                    Masz rację, crazy - rozwód nie zawsze jest złem, ale rozumiesz,
                    bo sama o tym piszesz -tylko wyjątki go usprawiedliwiają.
                    Nie masz racji, nanga, nie patrzę na nikogo z góry, ale z
                    ciepłem, z serdecznością. Mnie była żona zgotowała piekło przez
                    ostatnie ponad dwa lata. Wszystko jej wybaczyłem. Widzisz, jestem
                    ateistą, a patrzę na rozwód, jak patrzył Jan Paweł II. Ty natomiast,
                    posługując się w mottcie słowami księdza - posądzasz mnie o postawę,
                    której we mnie nie ma. A tak w ogóle - musisz być fajnym
                    człowiekiem - żyjesz, emocjonujesz się, czyli nie zaskorupiałaś się,
                    nie zobojętniały ci sprawy innych.
                    • samaosia i nic. nie ma już nic 30.10.07, 00:53
                      Byłam, rozmawiałam, płakałam, błagałam. Nic. Tłumaczyłam, prosiłam, znowu
                      płakałam. Nic.
                      Kompletnie nie rozumiem, nie potrafię i chyba nie chcę zrozumieć tego ratowania
                      związku na odległośc.
                      Jak mamy coś robić dla nas, jeśli mamy mieszkać osobno?
                      Jak to strasznie boli, gdy on mówi, chcę zobaczyć czy będę za tobą tęsknił.
                      Ja za nim tęsknię. Każdego dnia gdy wyjeżdżał, zawsze.
                      Nie byłam bez winy, popełniałam błedy, karygodne i dla niektórych niewybaczalne.
                      Ale przecież każdy ma drugą szansę. On też przecież nie był wcieleniem anielskości.
                      Dzieci chyba robią dobrą minę do złej gry. Muszę dać radę i spokojnie z nimi o
                      tym rozmawiać, nie obwiniając nikogo za zaistniałą sytuację. On tak zrobił dzisiaj.
                      Jak straszliwie chciałabym cofnąć czas.
                      Jak strasznie chcę się zapaść w jakąś nicość. Chcę się obudzic, zeby przekonać
                      sie, że to zły sen. Ale to nie jest sen. to lata naszej wspólnej "pracy".
                      Nie rozumiem jego postępowania, ale nie ma w tej chwili innego wyjścia jak
                      czekać, pracować nad sobą i czekać.

                      Strasznie was zanudzam, ale nie mam nikogo z kim mogłabym porozmawiać. Własciwie
                      poza nim nie mam nikogo. Przecież nie będę z dziećmi rozmawiała o tym, nie będę
                      się przed nimi wypłakiwać. A ja tak bardzo muszę sie wypłakać. Ale nawet tego
                      nie potrafię.


                      • crazyrabbit Re: i nic. nie ma już nic 30.10.07, 01:03
                        Samaosiu , wyprowadzka nie oznacza jeszcze rozstania na zawsze.
                        Rozumiem Twoją rozpacz , ale pomyśl sobie , że to rozstanie jest Wam
                        potrzebne.
                        Jeżeli on zatęskni - dobrze , jeśli nie - to znaczy że nie warto
                        walczyć. Do miłosci nikogo nie zmusisz.

                        Kochana , daj sobie teraz czas. Poukładaj wszystko w głowie. Zrób
                        sobie spis rzeczy za które go kochasz , i tych za które nienawidzisz.
                        Płacz. Wyzywaj. Klnij.

                        Poczekaj , niech opadną trochę emocje. Potrzebujesz dystansu i on
                        też.
                        Dla pocieszenia , na forum niedawno jedna z dziewczyn pogodziła się
                        z mężem po kilkumiesięcznym rozstaniu. Niektórym sie udaje smile))
                        • z_mazur Kasprze 30.10.07, 09:17
                          Oczywiście, że niektórym się udaje.
                          Tylko oni rzadko trafiają na to forum.
                          Jak już pisałem chyba 3 razy w tym wątku - to nie jest forum "kryzys
                          małżeński... jak go rozwiązać?".
                          Osoby które są na tym forum w większości mają za sobą "walkę" o
                          związek zakończoną porażką z wszystkimi jej negatywnymi
                          konsekwencjami, czyli poczuciem klęski, wypalenia, i zmarnowanego
                          czasu. Czego wymagać od ludzi z takim doświadczeniem? Żeby innym,
                          którzy są na początku tej drogi podpowiadali kolejne pomysły na
                          trwanie w tym stanie? To by dopiero było chore i świadczyłoby o
                          jakiejś chorej satysfakcji.

                          Chyba błędnie oceniasz Kasprze intencje, które kierują ludźmi
                          piszącymi tutaj. Ty doszukujesz się w tym jakiejś chorej satysfakcji
                          i radości z tego, że kolejna osoba wstępuje na tą samą ścieżkę, na
                          której większość z nas tutaj na tym forum już jest, albo nawet już
                          ją przeszła. A ja tego tak nie postrzegam.

                          Ludzie tutaj zdają sobie sprawę jak ciężka i trudna to ścieżka i
                          starają się tym nowym pomóc uniknąć potknięć na samym jej początku.

                          A zdabanie o siebie, o własne potrzeby i szczęście jeszcze nikomu
                          nie zaszkodziło. Jeśłi Ty nie potrafisz zadbać o własne szczęście,
                          jak możesz oczekiwać od innych, że będą o nie dbali???
                          • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 12:24
                            Jak obuchem w twarz uderzyla mnie odpowiedz Nangi
                            "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                            Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                            kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                            stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie, wyjdz
                            do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                            napisalas)
                            Samaosiu, jesli Ci zalezy, masz silę, to próbuj Was ratowac. Wez
                            sobie do serca to co napisal Kacper:
                            "Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
                            tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
                            ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
                            nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
                            on będzie silny i mądry - wróci".
                            Dokladnie tak, nie wszystko przegralas, nawet jesli on odszedl.

                            Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                            przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                            naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam robic
                            pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi. Czyli
                            zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby klamka
                            zapadla.
                            Nie jest to forum tak jak napisal Z_mazur forum ludzi
                            rozwiedzionych, lub takich u ktorych decyzja juz zapadla a pozostaly
                            kwestie "formalne". Zagladaja tu tez osoby, u ktorych malzenstwo
                            mocno zgrzyta z roznych powodow, ale chce je ratowac. Coz znikaja z
                            reguly szybko (choc nie zawsze) otrzymujac w odpowiedzi takie
                            porady.
                            • a.niech.to Re: Kasprze 30.10.07, 12:33
                              Julko, zdaje się, że nie ja jedna radziłam podjęcie naprawy przede
                              wszystkim przez szukanie najodpowiedniejszej formy kominikacji.
                              Często to Forum bywa oceniane jako głos nawołujących do rozwodów, a
                              tak przecież nie jest. Rozwód to ostateczność, gdy wszystko zostało
                              zrobione, aby ratować małżeństwo,a co leżało w mocy rozchodzącej się
                              pary. Każdy rozwód to klęska, jeśli spojrzeć z punktu widzenia
                              przeszłości, ale życie toczy się dalej. Nie da się iść do przodu z
                              głową zwróconą w do tyłu, grozi skręceniem karku, dalej paraliż lub
                              śmierć.
                              • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 12:38
                                Drugi akapit mojej wypowiedzi odnosil sie nie tyle do postu Samaosi,
                                ile mowil generalnie o odczuciu jakie to forum czasami we mnie
                                wzbudza.
                            • z_mazur Re: Kasprze 30.10.07, 12:49
                              Juko, ale tak się dzieje na każdym forum. Zagladają na nie różni
                              ludzie i ci którym jego tematyka i podejście do problemu pomaga Ci
                              zostają, inni odchodzą.

                              Wyobrażasz sobie miłośnika motoryzacji uparcie piszącego na forum
                              dla cyklistów i dziwiącego się, że inni forumowicze mają sceptyczne
                              podejście do jego fascynacji?

                              Jak już pisałem i będę się tego trzymał: walka o związek nie ma
                              sensu, ma sens praca nad związkiem i to pod warunkiem, że tą pracę
                              wykonują oboje małżonkowie.

                              Walka o związek dla tej osoby, która ją podejmuje to najczęściej w
                              efekcie wyczerpanie psychiczne, frustracja i poczucie klęski, tym
                              silniejsze im bardziej się starało "walczyć" o związek.

                              > "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                              > Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                              > kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                              > stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie,
                              wyjdz
                              > do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                              > napisalas)

                              A co można napisać na wpis odszedł?

                              Walcz? Błagaj go o powrót? Zapewnij go, że zrobisz wszystko dla
                              niego i dla utrzymania związku?

                              Jeśli on odszedł to nie ma juz "ICH" jest ona i on. Być może nie do
                              końca życia, ale w tym momencie tak.
                              I moim zdaniem nie ma w takiej sytuacji lepszej rady niż: "zatroszcz
                              się o siebie, nie myśl o was".

                              > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                              > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                              > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam
                              robic
                              > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi.
                              Czyli
                              > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby
                              klamka
                              > zapadla.

                              Niezależnie od tego czy klamka nie zapadła, czy zapadła, nie ma
                              sposobu, którym możnaby skutecznie zawalczyć o rozpadający sie
                              związek poza właśnie skupieniem się na sobie, odkryciem siebie i
                              tego czego się naprawdę chce.
                              • betuana Rozwód to nie panaceum na wszelkie bolączki, ale.. 30.10.07, 14:50
                                No właśnie. Jeśli nie ma już związku, jeśli jedna ze stron
                                definitywnie wypowiedziała kontrakt, to wszelkie starania drugiej
                                strony, włącznie ze stawaniem na głowie mają raczej niewiele sensu.
                                Pamiętam czas, kiedy sama usiłowałam ratować coś czego już nie było -
                                w rozmowie z panem specjalistą od rekolakcji małżeńskich usłyszałam,
                                że teraz JA mam się postarać swtorzyć ciepłą, domową atmosferę i
                                czekać aż wtedy jeszcze małżonek oprzytomnieje. Przy okazji
                                usłyszałam jeszcze, że w zasadzie to walnie przyczyniłam się do
                                rozpadu związku bo praca, bo brak dzieci, takie zrzucenie
                                odpowiedzialności na kobietę, bo przecież to kobieta ma być
                                strażniczką domowego ogniska, itp. - oczywiście "bardzo" mnie to
                                podbudowało w sytuacji kiedy moej poczucie wartości wynosiło mniej
                                niż zero.
                                W szaleńczym widzie ratowania robiłam co mogłam, żeby zatrzymać ex w
                                domu, żeby było mu miło i przyjmnie, zgodnie z zaleceniami. Aż w
                                końcu powiedziałam sobie DOŚĆ!! Dlaczego to tylko ja miałabym sie
                                starać, w końcu związek zakłada WSPÓŁistnienie i WSPÓŁdziałanie
                                dwóch osób. Odpuściłam sobie staranie o związek, którego już nie
                                było, w zamian za to powoli zaczęłam starać się o siebie. Nie było i
                                nie jest łatwo, ale wiem jedno: warto ratowac związek jeśli ten
                                związek jest, może pokaleczony, może nie najszczęśliwszy, ale jest.
                                Gdy jedna z osób z tego związku się wypisuje należy właśnie
                                zatroszczyć sie o siebie, bo jeśli sami się o siebie nie
                                zatroszczymy to nikt tego za nas nie zrobi...
                                • samaosia Re: Rozwód to nie panaceum na wszelkie bolączki, 30.10.07, 16:23
                                  .....on się jeszcze definitywnie nie wypisał.....
                                  chyba....
                              • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 22:49
                                z_mazur napisał:

                                > A co można napisać na wpis odszedł?
                                >
                                > Walcz? Błagaj go o powrót? Zapewnij go, że zrobisz wszystko dla
                                > niego i dla utrzymania związku? Jeśli on odszedł to nie ma
                                juz "ICH" jest ona i on. Być może nie do końca życia, ale w tym
                                momencie tak. I moim zdaniem nie ma w takiej sytuacji lepszej rady
                                niż: "zatroszcz się o siebie, nie myśl o was".

                                Nie nie i jeszcze raz nie. Jak to nie ma ICH. Sa. To ze ktos
                                odchodzi nie oznacza konca zwiazku. To moze byc proba, desperacka,
                                ratowania zwiazku, nie pomyslales o tym?
                                Zgadzam sie trzeba pomyslec o sobie ale nie na zasadzie teraz jestem
                                tylko ja sam-sama, nie ma nas, i bede sie o siebie troszczyc, ale na
                                zasadzie powinnam-powinienem sie zatroszczyc o siebie wtedy byc moze
                                uda sie odbudowac zwiazek (o ile oczwiscie druga strona tez bedzie
                                chciala)
                                >
                                > > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                                > > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                                > > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam
                                > robic
                                > > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi.
                                > Czyli
                                > > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby
                                > klamka
                                > > zapadla.
                                >
                                > Niezależnie od tego czy klamka nie zapadła, czy zapadła, nie ma
                                > sposobu, którym możnaby skutecznie zawalczyć o rozpadający sie
                                > związek poza właśnie skupieniem się na sobie, odkryciem siebie i
                                > tego czego się naprawdę chce.
                                >
                            • nangaparbat3 Julka 30.10.07, 16:13
                              julka1800 napisała:

                              > Jak obuchem w twarz uderzyla mnie odpowiedz Nangi
                              > "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                              > Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                              > kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                              > stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie, wyjdz
                              > do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                              > napisalas)

                              To była moja odpowiedź na "Moje zycie się skończyło właśnie" - najprostsza, jaka
                              mi wtedy przyszla do glowy, i zresztą też teraz nic innego bym nie napisała.

                              "Wyjdź do ludzi?"
                              Pisałam - jesli masz przyjaciolke, dobrze, by teraz z Tobą była - to wręcz
                              przeciwieństwo "wyjscia do ludzi".

                              > Samaosiu, jesli Ci zalezy, masz silę, to próbuj Was ratowac. Wez
                              > sobie do serca to co napisal Kacper:
                              > "Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
                              > tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
                              > ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
                              > nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
                              > on będzie silny i mądry - wróci".
                              > Dokladnie tak, nie wszystko przegralas, nawet jesli on odszedl.
                              >
                              > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                              > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                              > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam robic
                              > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi. Czyli
                              > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby klamka
                              > zapadla.
                              > Nie jest to forum tak jak napisal Z_mazur forum ludzi
                              > rozwiedzionych, lub takich u ktorych decyzja juz zapadla a pozostaly
                              > kwestie "formalne". Zagladaja tu tez osoby, u ktorych malzenstwo
                              > mocno zgrzyta z roznych powodow, ale chce je ratowac. Coz znikaja z
                              > reguly szybko (choc nie zawsze) otrzymujac w odpowiedzi takie
                              > porady.

                              Julka,
                              wielu z nas - rozwiedzionych - próbowało ratować swoje malzeństwo. I wiele osob
                              przeczytało tu rady, JAK ratować - jak probowac ratować.
                              Ale jesli ktos pisze "odszedł" - to wydaje sie całkiem sensowne, zeby ułatwic mu
                              skonfrontowanie się z mozliwością, ze juz zostanie sam.
                              Że to własnie nie jest koniec swiata, koniec zycia, koniec wszystkiego.
                              Moja przyjaciołka porzucona przez męża probowala sie zabić - uratowała ją
                              przypadkowa wizyta matki.
                              To nie są zarty.
                              I jeszcze jedno - zbyt wysoka motywacja moze bardzo utrudnic albo nawet
                              uniemozliwić osiągniecie celu.
                              O tym pewnie dobrze wiedzą ci z nas, którzy zrobili wszystko, by uratować
                              zwiazek, i przegrali.
                              I jeszcze takie pytanie sie nasuwa: co tak naprawdę chcemy ratować? Małzeństwo
                              czy zwiazek? Mnie się zdaje, ze małżeństwo uratować o wiele łatwiej.
                              W ogole - wiecej pytań niż odpowiedzi, jak zawsze smile
                              • julka1800 Re: Julka 30.10.07, 23:06
                                nangaparbat3 napisała:
                                > Julka,
                                > wielu z nas - rozwiedzionych - próbowało ratować swoje malzeństwo.
                                I wiele osob
                                > przeczytało tu rady, JAK ratować - jak probowac ratować.
                                > Ale jesli ktos pisze "odszedł" - to wydaje sie całkiem sensowne,
                                zeby ułatwic m
                                > u
                                > skonfrontowanie się z mozliwością, ze juz zostanie sam.
                                > Że to własnie nie jest koniec swiata, koniec zycia, koniec
                                wszystkiego.
                                > Moja przyjaciołka porzucona przez męża probowala sie zabić -
                                uratowała ją
                                > przypadkowa wizyta matki.
                                > To nie są zarty.
                                > I jeszcze jedno - zbyt wysoka motywacja moze bardzo utrudnic albo
                                nawet
                                > uniemozliwić osiągniecie celu.
                                > O tym pewnie dobrze wiedzą ci z nas, którzy zrobili wszystko, by
                                uratować
                                > zwiazek, i przegrali.
                                > I jeszcze takie pytanie sie nasuwa: co tak naprawdę chcemy
                                ratować? Małzeństwo
                                > czy zwiazek? Mnie się zdaje, ze małżeństwo uratować o wiele
                                łatwiej.
                                > W ogole - wiecej pytań niż odpowiedzi, jak zawsze smile
                                >
                                I tak i nie. Bo skad wiemy ze owe odejscie nie jest dla ratowania.
                                Oboje razem Z mazurem zakladacie, ze to koniec. Napisze tylko tyle,
                                ja sie wyprowadzlam z naszego domu, mozna powiedziec odeszlam, ale
                                rozwod byl wtedy ostatnia rzecza jaka chcialam. Odeszlam na chwile,
                                bo nie bylam w stanie uniesc ciezaru mieszkania razem i dlatego ze
                                chcialam wszystko przemyslec.
                                Ale tak masz racje czasem konfrontacja i sprowadzenie na ziemie jest
                                konieczne. Niekonieczne w tym wypadku, tak mi sie wydaje.
                                • a.niech.to Re: Julka 31.10.07, 10:42
                                  julka1800 napisała:

                                  > konfrontacja i sprowadzenie na ziemie jest
                                  > konieczne.
                                  Tego wymaga uczciwość i rozum, żeby komuś i sobie w pewnym momencie
                                  powiedzieć: finito. Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć,
                                  niejednokrotnie przyjmuje się na drogę pocałunek bez pytań na
                                  odpowiedzi, które i tak niczego nie tłumaczą do końca. Należy
                                  natomiast zostawić po sobie porządek, tzn. zabrać ze sobą wszystkie
                                  zabawki. To wymóg przyzwoitości, dać żyć temu, z kim się spędziło
                                  parę ładnych lat.
                                  • nangaparbat3 Re: Julka 31.10.07, 18:02
                                    Ale mnie nie chodziło o powiedzenie, ze "finito".
                                    Tylko o to, że JESLI "finito", to i tak mozna żyć, i trzeba, i świat sie nie kończy.
                                • nangaparbat3 Juleczko 31.10.07, 18:01
                                  no nie sądziłam, ze przyjdzie mi cytować samą siebie, ale dla Ciebie to zrobię smile

                                  >>>Autor: nangaparbat3 28.10.07, 23:13
                                  Dodaj do ulubionych
                                  Odpowiedz cytując Odpowiedz

                                  Masz dzieci, i to jest wielkie zobowiazanie.
                                  Jeśli czujesz, ze powinnaś go przeprosic, ze masz za co go przeprosić - zrób to.
                                  Ale moze lepiej napisać niż do niego jechac.
                                  Jesli chcesz go przepraszać tylko po to, zeby wrocił - nie rob tego. To by była
                                  manipulacja.
                                  Jeśli Wasze małzeństwo ma jeszcze jakieś szanse, on wróci. Jeśli nie wróci -
                                  trzeba uznac fakty.
                                  Jestes dzielną osoba, masz firmę, poradzisz sobie - będziesz wreszcie wiedziała,
                                  na czym stoisz, zaczniesz panować nad swoim zyciem. Zobaczysz, ile energii
                                  traciłas na zastanawianie się i niepokoje - gdzie on jest, co robi, dlaczego sie
                                  nie odzywa, czemu patrzy nie tak, jakbys chciała.
                                  Jeśli macie jeszcze byc razem, to bedziecie.
                                  Jeśli nie bedziecie - to nie ma sie o co rozbijać.
                                  Teraz odetchnij, spróbuj sie wyciszyć, zastanowic, jak sobie ułozysz zycie bez
                                  niego.
                                  Jeśli on zechce wrocic - dobrze.
                                  Jeśli nie zechce - zaczniesz nowe, wolne zycie.
                                  • julka1800 Re: Juleczko 02.11.07, 09:43
                                    Nango, nadal twierdze ze gdyby Samaosia podjela madre kroki mogloby
                                    to pomoc jej mezowi podjac decyzje o powrocie (choc kierunkek w
                                    jakim to wszystko zmierza, widzac po ostatnich postach, jest zgola
                                    inna)
                                    • nangaparbat3 Re: Juleczko 02.11.07, 15:47
                                      Ale kto jest na tyle mądry, by wiedzieć, czym są te madre kroki?
                                      Dla mnie mądrym krokiem jest wycofanie się, danie pola, danie oddechu. I
                                      jednocześnie wzmacnianie samej siebie.
                                      Ale wcale nie jestem pewna, ze mam rację.
                                      • z_mazur Re: Juleczko 03.11.07, 10:10
                                        Ależ oczywiście Nango, to najlepsza i jedyna skuteczna metoda i o to mi chodziło w tym wątku.

                                        Jedyny sposób "walki" o związek w takiej sytuacji to odpuszczenie i danie pola do zastanowienia się, zatęsknienia (o czym nawet mówi mąż samoasi). Wywieranie jakiejkolwiek presji w tym momencie daje przeciwny skutek.

                                        Dlatego dla mnie określenie "walka o związek" jest bez sensu, bo brzmi jakby zakładało jakieś spektakularne działania. A takie działania nie istnieją. Jedyny sposób to danie sobie czasu i odrobiny wytchnienia. Dla strony której bardziej zależy, to bardzo trudne, stąd te rady: "skup się na sobie i zadbaj o siebie".
                            • samaosia Re: Kasprze 30.10.07, 16:20
                              Dziękuję. No właśnie, według mnie cały problem jaki zaistniał w naszym
                              małżeństwie to to, że mąż nagle zaczął "ratować" siebie. Tak bardzo
                              skoncentrował się na wychodzeniu do ludzi, na zaspokajaniu swoich potrzeb, że ja
                              kompletnie się w tym zagubiłam.
                              A teraz też ratuje siebie nie chcąc ze mną rozmawiać o powrocie bo ON musi sam
                              sie przekonać.
                              Nie ma nawet z nim żadnego dialogu (choć o sprawach zwyczajnych albo służbowych
                              rozmawiamy zupełnie normalnie). Wczoraj mieliśmy rozmawiać o nas, ale co to za
                              rozmowa, jak ON już przed moim przyjazdem podjął wszystkie decyzje i nawet nie
                              planował ich zmieniać bądź weryfikowac.
                              To po co miała być ta rozmowa?
                              A ja się czuję tak bardzo samotna, potrzeba wygadania i wypłakania się jest we
                              mnie tak wielka, że czasami mam wrażenie, że eksploduję. Co gorsza nie mam
                              zwyczaju, nie potrafię obarczac innych moimi problemami, nie wiem nawet czy
                              jesli znalazłby sie chętny na wysłuchanie to czy potrafiłabym zacząc mówić albo
                              płakać.

                              Ale to dobrze, że sa takie głosy jak twoje julko albo kaspra, w przeciwnym razie
                              wbiłabym sobie do głowy, że to co robi mój mąż jest w 100% naturalne i normalne.
                              A ja jestem nienormalna bo tego nie akceptuję
                            • marek_gazeta Julka, julka, pamiętasz 31.10.07, 18:42
                              Mnie się wydaje, że po pierwsze, każdy daje swoje rady ze swojego punktu widzenia, po drugie, w dobrej wierze. Kryterium może być takie - co mnie, w mojej (wtedy) sytuacji, pomogłoby najbardziej, zakładając, że takiej rady bym posłuchał?

                              Prawdą jest na przykład, że czas leczy rany, każde z nas tego doświadczyło. Ale gdyby ktoś coś takiego mi napisał w tydzień przed rozwodem, w sytuacji, gdy w ogóle nie wyobrażałem sobie dalszego życia (wegetacja do końca roku, potem czarna dziura), potraktowałbym to jako tekst z kosmosu.

                              I jeszcze jedno - każda sytuacja jest inna. Inaczej jest wtedy, gdy (dajmy na to) mąż odchodzi z kochanką, a inna - jak w tym wypadku się wydaje - kiedy małżeństwo znajduje się w głębokim kryzysie niezrozumienia, braku komunikacji i marazmu, ale nikt jeszcze nie postawił kropki nad i.
                              • julka1800 Re: Julka pamięta 02.11.07, 09:47
                                marek_gazeta napisał:

                                Ale gdyby ktoś coś takiego mi napisał w tydzień przed rozwodem, w
                                sytuacji, gdy w ogóle nie wyobrażałem sobie dalszego życia
                                (wegetacja do końca roku, potem czar na dziura), potraktowałbym to
                                jako tekst z kosmosu.
                                Marku, nie bardzo wiem, ktory fragment miales na mysli
          • a.niech.to Re: odszedł 29.10.07, 16:40
            Pomyśleć o sobie i najbliższych.
      • a.niech.to Re: odszedł 29.10.07, 16:39
        Jesteś w desperacji. To minie.
    • julka1800 Re: Samaosiu 30.10.07, 12:31
      wieczorem napisze maila, pozdrawiam
      • wojtekp67 Re: Samaosiu 30.10.07, 14:20
        Z tego co pisałaś , wyłania sie obraz faceta-egoisty, takiegoo
        Piotrusia Pana. smile , ale nie wiem czy za tym wszystkim nie kryje
        sie coś ( jakaś platoniczna miłosć do zcegoś/kogoś) lub raczej ktoś,
        kto rozumie i przytuli.
        Jest takie powiedzenie: jak chce odejsc to puść, jesli jest twój to
        wróci, jesli nie wróci to Twoj nie był.
        • samaosia Re: Samaosiu 30.10.07, 16:29
          Nie dobijaj mnie bardziej. Jestem na etapie wierzenia, że nie ma żadnego "kogoś"
          i niech tak zostanie. Co poza wierzeniem w jego słowa mi pozostało?
          • z_mazur Re: Samaosiu 30.10.07, 17:12
            Ty pozostałaś.
            I to wystarczy.
            • samaosia Re: Samaosiu 30.10.07, 17:33
              z_mazur napisał:

              > Ty pozostałaś.
              > I to wystarczy.
              >

              a jakie to ma znaczenie?
              • a.niech.to Re: Samaosiu 30.10.07, 17:42
                samaosia napisała:

                > z_mazur napisał:
                >
                > > Ty pozostałaś.
                > > I to wystarczy.
                A jakie to ma znaczenie?
                Myślę, że zasadnicze móc o sobie powiedzieć "jestem".
      • samaosia Re: Samaosiu 30.10.07, 16:27
        nie mam włączonej poczty na tym koncie. niestety.
        Dla mnie ta cała sytuacja jest tak wstydliwa, tak krępująca, tak nie z tej
        ziemi, że, czemu pewnie się nie dziwicie, na tę okolicznośc założyłam zupełnie
        nowe konto. Nie chciałabym żeby ktokolwiek z jakiegokolwiek forum mnie rozpoznał
        • samaosia i jeszcze jedno 30.10.07, 17:38
          Z przyczyn technicznych mąż chwilowo korzysta z wody u nas. Czyli ogólnie mówiąc
          co rano przyjeżdża się wykąpać i zjeść śniadanie, Zmienić ubranie i pogadać z
          dziećmi. Ja oczywiście, tak, jak do tej pory te jego ubrania (razem z naszymi,
          jak zawsze) piorę i prasuję. On przyjeżdża, rozmawia z dziećmi i wychodzi po
          jakimś czasie. Czy to jest takie w 100% normalne? Oczywiście nie kłócimy się w
          tym czasie, normalnie rozmawiamy. Czy to dobrze czy źle rokuje? A może to
          świadczy o jego skrajnej bezczelności i egoizmie? Oczywiście ja nie zamierzam
          stwarzać mu trudności, przecież nie chodzi mi o jątrzenie tylko raczej o
          łagodzenie sytuacji, ale tak sie zastanawiam...
          W najbliższym czasie planuje coś wynająć w okolicy, żeby mieć blisko do dzieci.
          Mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie i wróci do domu, żebyśmy mogli
          normalnie coś z nami robić sad
          • a.niech.to Re: i jeszcze jedno 30.10.07, 18:31
            samaosia napisała:

            > Mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie i wróci do domu,
            żebyśmy mogli
            > normalnie coś z nami robić sad
            Jeśli dostrzegasz choć małą szansę na normalność, powinnaś ją
            bezwzględnie wykorzystać.
            • samaosia Re: i jeszcze jedno 31.10.07, 00:54
              Dzieci zaczynają pękać, oglądają stare albumy, popłakują. on przyjeżdża,
              przytula ale o powrocie nie myśli. Ja mam wrażenie, że to jakieś ambicjonalne.
              Postanowiłem na tyle i tyle się wyprowadzić i żebym miał się skichać to tyle to
              będzie trwało.

              Czy powinno mnie interesować co robi wieczorami, gdzie chodzi? Czy w takiej
              "separacji" to nie moja sprawa? On sie nie tłumaczy, choć wiem, że dziś wrócił
              (bo wstąpił pogadac z dziecmi) prawie o północy. Według mnie powinno mnie to
              interesowac, ale z drugiej strony popadam w paranoję i boję sie o cokolwiek
              zapytać, żeby nie było "nie twoja sprawa, znowu zaczynasz, srutu tutu"
              Sama już nie wiem. Nie chcę teraz zrobić z siebie uległej owcy, bo zdeptanie
              drugiej osoby to nie jest sposób na naprawę małzenstwa.

              Najbardziej mnie dziś bolało, że mimo iż miałam tragiczny dzień (i w pracy i
              emocje związane z sytuacją) to nie miałam się komu wygadac, wypłakać. Siedziałam
              w samochodzie sama i ryczałam, przywaliło mnie już wszystko
              • a.niech.to Re: i jeszcze jedno 31.10.07, 10:46
                Z tego co piszesz w kilku postach, to całkiem niezły ojciec. Szkoda,
                że nie chce być równie dobrym mężem. Dziwna sytuacja, ale co w życiu
                jest proste?
              • nangaparbat3 Re: i jeszcze jedno 31.10.07, 18:09
                Zdecydowanie nie lepiej nie interesować się tym, o ktorej wraca i co robi.
                Zdecydowanie pora przestać go kontrolować.
                Pora tez zacząć się zastanawiać, na ile dla Ciebie to wszystko jest rozgrywka
                ambicjonalną.

                Kontrolowanie go nic Ci nie da poza Twoja frustracją, jego utwierdzeniem się w
                przekonaniu, ze nie da sie z Tobą wytrzymać.
                Przestaniesz go kontrolować - moze go to zafrapuje chociaż.

                I daj mu czas. Im bardziej będziesz teraz nalegać na powrót, tym mniejsze szanse
                - tak mi sie przynajmniej zdaje.

                Acha - uważaj na dzieci. Powiedz im Ty - bo Tobie w tek kwestii łatwiej uwierzą
                - ze ojciec rozstał sie z Tobą, nie z nimi.
                Tudzież: staraj się nie obsadzać siebie samej w roli ofiary, bo to zgubne przede
                wszystkim dla Ciebie i dla dzieci.
              • marek_gazeta Gdzie mieszkasz? 31.10.07, 18:30
                Może ktoś z forum się z Tobą spotka? Zawsze to będzie spora ulga, jeśli ktoś wysłucha, zrozumie.

                Co do faceta i osuszania łez - jest mu ciężko, sytuacja go przerasta, ale jeśli Cię wciąż kocha, to takiej, co mu osuszy łzy, szukał nie będzie. Wiem - jakby to ująć - z autopsji.

                "Zająć się sobą" warto. Uczucia uczuciami, wspólne przeżycia przeżyciami, a fakt jest faktem, że do zadbanej kobiety facet szybciej wróci.

                Z kolei, jeśli chodzi o jego wizyty, to moim zdaniem są dziwne i niepokojące. Jeśli chciał od Ciebie odpocząć, to powinien odpoczywać. Wygląda, jakby traktował dom jak hotel. Ale chyba nie warto teraz stawiać spraw na ostrzu noża. Trudno, pierz i prasuj.
                • samaosia Re: Gdzie mieszkasz? 31.10.07, 21:50
                  Warszawa.
                  Dziś błagałam.

                  ....
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 09:24
      Mam już dość. Wszystkiego.
      • samaosia nie mam siły 31.10.07, 09:41
        Mam dość. Dośc takiego traktowania. Zachowuje się jakbym mu wymordowała pół
        rodziny. Nie rozumie, że jesteśmy jednakowo winni zaistniałej sytuacji. Ile
        można to znosić? Czy ja muszę czekać aż on łaskawie przemyśli i zdecyduje czy
        chce być ze mną czy nie? Jak można tak z zimną krwią upokarzać drugiego
        człowieka tłumacząc to własnymi odczuciami.
        Chyba mu dziś powiem, że musi się w końcu zadeklarować w którąś stronę
        (oszaleję, jeśli podejmie decyzję o rozstaniu), ale nie można mnie tak
        traktować. Nie chcę słuchać więcej "nie chcę cię na razie widzieć" "Nie chcę
        jechać z tobą i dziećmi na groby, mogę wziąc dzieci" Przecież nie na tym polega
        to pierdzielone ratowanie małżeństwa!!!!! Dla mnie to jest skrajny egoizm i
        tyle. Z jednej strony wygodnictwo, z drugiej poczucie skrzywdzenia (oboje
        jestesmy przecież skrzywdzeni), z jednej strony "nie wiem czy zatęsknię za tobą"
        a z drugiej "dajmy sobie czas" i nic więcej, nic nie robi, nic się nie dzieje.
        Nowe gniazdko sobie mości?? Zwariujęsad((((
        O sprawach zwyczajnych codziennych rozmawiamy normalnie, gdy zaczynam rozmowę o
        nas twarz mu tężeje i ja wyczuwam ogromną niechęć, jeśli nie nienawiść. A
        przecież nie ma powodów do nienawiści, jeśli ma, to ja mam równie duże. Gubię
        się, nic nie rozumiem. Straciłam grunt pod nogami kilka dni temu, teraz czuję
        się jak leżący, którego jeszcze się kopie po twarzy.
        Nie mogę już!!!
        • julka1800 Re: nie mam siły 31.10.07, 09:56
          Samaosiu, przeczytaj 5 razy to co napisze ponizej.

          Tylko On w jego mniemaniu jest tu skrzywdzony, i to bardzo.
          Nie widzi nie czuje Twojej krzywdy.
          Jesli chcesz cokolwiek uratowac, schowaj swoja krzywde do kieszeni
          na razie. Badz jak struna twarda i nieugieta, stanowcza i
          konsekwentna, ale badz tez ciepla, przyjazna, kobieca dla niego. Nie
          placz mu w mankiet, tylko osuszaj jego lzy, inaczej szybko ucieknie
          do takiej ktora mu je otrze.
          Sztuka trudna, aczkolwiek nie niewykonywalna.


          pozdrawiam
          • z_mazur Re: nie mam siły 31.10.07, 10:05
            Mnie się wydaje, że dla Samaosi mąż stał sie całym światem, a przez
            to przestała być atrakcyjną parterką dla niego. Jeśli w ogóle chce
            myśleć o ratowaniu małżeństwa musi sobie uświadomić, że jest odrębną
            jednostką, a nie tylko elementem małżeństwa.

            Jedynie zadbanie o to żeby stać się partnerką dla męża może
            (podkreślam MOŻE) zmienić jego spojrzenie na nią i ich związek.
            Natomiast ciągłe nastawienie na niego to najszybsza droga, żeby go
            całkowicie zniechęcić.
            • nangaparbat3 Sam sobie przeczysz, Zmazurze 31.10.07, 18:15
              z_mazur napisał:

              > Mnie się wydaje, że dla Samaosi mąż stał sie całym światem, a przez
              > to przestała być atrakcyjną parterką dla niego. Jeśli w ogóle chce
              > myśleć o ratowaniu małżeństwa musi sobie uświadomić, że jest odrębną
              > jednostką, a nie tylko elementem małżeństwa.
              >
              > Jedynie zadbanie o to żeby stać się partnerką dla męża może
              > (podkreślam MOŻE) zmienić jego spojrzenie na nią i ich związek.
              > Natomiast ciągłe nastawienie na niego to najszybsza droga, żeby go
              > całkowicie zniechęcić.
              >


              Ma się stac odrębna jednostką poprzez dbanie o to, by byc atrakcyjna partnerka
              dla meża>

              Ja się domyślam, ze nie to chciałeś powiedzieć, ale tak wyszło - bujda na resorach.
              • z_mazur Re: Sam sobie przeczysz, Zmazurze 01.11.07, 14:33
                Chodziło mi o to, że ma się stać partnerką dla męża.
                Teraz nie jest parterką.
                Mąż nie traktuje jej jak parterki, bo jej nie szanuje.
                Nie szanuje jej emocji, uczuć, bo ona sama ich nie szanuje i przez to nie potrafi żądać dla nich szacunku.
          • samaosia Re: nie mam siły 31.10.07, 10:19
            A kto zobaczy moją krzywdę? Kto osuszy moje łzy? Czyli jak wróci to będzie
            oznaczało akt łaski, bo przecież pan skrzywdzony raczył dać MI jeszcze jedną szansę?

            To jest potwornie niesprawiedliwe, z jednej strony gotowa jestem na wszystko,
            ale z drugiej nie godzę się z tym i mam przeczucie, ze jesli to taki własnie
            będzie scenariusz to będę miała do niego żal o to do konca życia. A wiadomo, że
            to nie jest dobra baza.

            To jest właśnie stały nasz problem - jest on, sa jego decyzje, jego
            przemyslenia, jego uczucia i jego emocje. A ja? Gdzie w tym wszystkim jest
            miejsce na mnie??
            Czuję się zdradzona. Tekst o tym, że musi sprawdzić, czy będzie tęsknił, czy
            będzie chciał wrócić odebrałam jak policzek i cały czas mnie ten policzek pali,
            nie przestaje
            • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:58
              Myślę, że potrzebny Wam ktoś z zewnątrz, żeby się rozeznać najpierw
              w uczuciach każdego z Was osobno, uporządkować je, a potem podjąć
              probę ratowania związku, o ile zgodnie uznacie, że jest o co
              zawalczyć.
          • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:55
            Czy nie wymagasz fałszu?
            Chowanie zawiedzionych nadziei mści się i tak nawet po pewnym
            czasie. Rozmowa otwarta i szczera mogłaby wiele załatwić, ale skoro
            facet nie chce, należy to przyjąć za pewne wskazanie w temacie: Co
            dalej.
          • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 11:05
            Proponujesz jej próbę manipulacji, w której sama się zagubi. Masz
            tego świadomość? Jeśli zdradzi siebie, czy coś jej jeszcze zostanie,
            żeby mieć niezawodne oparcie, gdy się rozpadnie związek, czego nie
            można wykluczyć. Stanowczo nie tak. Nade wszystko musi pozostać
            sobą.
        • kasper254 Re: nie mam siły 31.10.07, 10:28
          Co to znaczy, że nie możesz? Co to znaczy, że masz dość takiego
          traktowania? Jakiego? Bije cię, poniża, ubliża ci? Ile musisz i co
          znosić? Miotasz się od ściany do ściany, od jednego jego widzenia do
          drugiego. Zatrzymaj się. Przemyśl. Zrób sobie przerwę w ciągu dnia
          na medytację, na pogodzenie z sobą.
          Musisz być silną. Jest taki gatunek ludzi - małych ludzi,
          należy dodać(mężczyzn czy kobiet) - którzy triumfują, gdy widzą
          słabość innego człowieka. Jeśli on nie chce cię na razie widzieć,
          okaż mu to samo, z szacunkiem, bez upokarzania, ale to samo i tak
          samo. Gdy przyjdzie,powiedz, że nie masz czasu, niech sobie idzie do
          dzieci, powiedz, że masz inne ważne sprawy. Bądż przy tym
          uśmiechnięta na zewnątrz, zafrapowana setka innych drobiazgów, a w
          tym np. telefonem w sprawie spotkania z inną osobą.
          To gra (wybacz to słowo, ale ci, bezwzględni i cyniczni,
          których w dłuższym swoim życiu poznałem, nie zasłużyli na inne
          określenie ich ról i pozycji. Nie wiem, czy twój mąż się tutaj
          zalicza, ale zachowuje się podobnie), dziewczyno, w której zwycięży
          silniejszy. Bądż więc silna, nie pokazuj słabości, bólu,
          cierpienia.Opanuj sytuację. Jesteś w przełomowym okresie życia, a
          ten etap zaciązy na twoim i dzieci życiu. "Łąka nie jest zieleńsza
          gdzie indziej", a słowa, że "jesteś" są jak poszukiwanie w czasie
          pogrzebu najlepszego makijażu, dostosowanego do pogody.
          On cię nie kopie, być może pogubił się, stracił grunt pod
          nogami. Daj mu poczucie bezpieczeństwa: dom i gniazdo, ale nie proś
          go o nic, nie błagaj, nie wypytuj o nic. Nie zwariujesz, ,jesteś
          silna, szanuję cię, bo wiesz, że walczysz o coś bardzo cennego.
          Wygrasz.


        • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:52
          Nie myśl o nim, zapytaj siebie, co dla Ciebie jest dobre. Wydaje mi
          się, że zaczynasz go usprawiedliwiać (racjonalizować), bo wszystko
          byś oddała, żeby do Ciebie wrócił. Nie wyjdzie Wam na zdrowie tego
          typu myślenie - i dalej - postępowanie. On nie jest całym Twoim
          życiem, stanowi jego bardzo istotną część.
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 10:47
        Jeśli to dno, połóż się, odpocznij i nie zapominaj: Życie toczy się
        dalej.
    • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 11:09
      Samaosiu!
      Jest na Forum klub Głupich Cip (mnie pewnie niebawem uczynią
      prezeską). Pomaga 24 godziny na dobę. Zapraszam. smile))))))))))
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 11:13
        dzieki smile
    • ludwik_13 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 14:20
      Wiesz, jakbym czytala o własnym życiu. Kilka lat temu, gdy dzieci
      było jeszcze "nasto" przeżywałam podobne sprawy. Nawet odliczałam
      lata do dnia, kiedy młodsze skończy średnią szkołę i wejdzie w
      dorosłość, bo czułam, że nie mam własnego życia.
      Nie chcę doradzać , ale skoro on ma wlasne sprawy i życie, to może
      Ty też powinnaś ?? SPoro wtedy potrafi się zmienić - i wtedy wóz
      albo przewóz. Albo okazuje się, że jednak żyć bez siebie nie możecie
      i nadal jesteście dla siebie atrakcyjni, albo wręcz przeciwnie.
      Mnie się udało. Pomogły: własne zajęcia bez drugiej połowy, współne
      we dwoje wyjazdy bez dzieci, wyjścia na spotkania z przyjaciółmi i
      wyjazdy (samodzielne). Trochę się boczył na początku, że żonka z
      domu umyka, ale nie bardzo mógl protestować, bo sam zawsze miał dużo
      wlasnych spraw poza domem. Życzę powodzenia w rozwiązaniu problemu,
      w ktorą stronę sprawa by nie poszła. Może warto zasięgnąćporady
      fachowca???
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 15:21
        youtube.com/watch?v=U29W1ljYPuA
        Dół sad
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 15:32
          I jeszcze to:
          youtube.com/watch?v=px9IIElNKRI
          Ta kobieta jest genialna, pisze dokładnie to, co czuję. I to praktycznie w
          każdej swojej piosence.
        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 15:43
          ..więc będzie i górka.
    • movisz Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 17:52
      Przeczytalam tylko twoje posty zeby nie sugerowac sie opinia innych.
      Odrzucasz prawdopodobienstwo posiadania przez niego innej baby.
      To byloby najprostrze i typowe bo szukalby pretekstu do rozwodu
      z twojej inicjatywy. Zawsze najlepiej sie wyglada jak to zona
      glownie chce rozwodu wtedy w oczach innych a na pewno w oczach
      potencjalnej nowej baby jest sie ta osoba pokrzywdzona. A oni
      bardzo to lubia zyskujac sympatie i wspolczucie otoczenia. Stare
      numery.
      Skoro nowa babe odrzucamy to zostaje niedowartosciowanie.
      W jakis sposob czuje sie niedowartosciowany a tlamszenie ciebie i
      lekcewazenie a zwlaszcza twoje ponizanie sie przed nim proszenie o
      powrot czy tym podobne dodaje mu pewnosci siebie i czuje sie wtedy
      prawdziwym mezczyzna.
      Co tez jest niebezpieczne bo moze czuc sie zbyt pewnie siebie i
      probowac rozpoczac nowe zycie skoro jest taki macio no i oczywiscie
      przejechac sie znowu.
      A ty i dzieci beda cierpiec.
      Przypomnij sobie czy w jakis sposob nie moglas go czyms urazic
      zwlaszcza publicznie. Mam na mysli niekoniecznie ponizenie ale moze
      okazalas sie w czyms lepsza niz on. Moze jestes w malzenstwie
      bardziej dominujaca osoba a on sie czuje zbyt maly przy tobie?
      Dowartosciowanie takiego czlowieka to jedyny sposob. Z twojego
      opisu on jest glupio uparty i lubi byc proszony.
      Jak dziecko. Wspolczuje.
      Tak jak ty ja tez nie uwazam zeby separacja byla dobrym wyjsciem.
      Wydaje mi sie ze ludzie wtedy oddalaja sie od siebie jeszcze wiecej
      i rosnie wzajemna obojetnosc. Separacja nie rozwiazuje problemow.
      Trzeba to robic wspolnie.
      Zazdroszcze ludziom ze chce im sie walczyc. Mnie sie nigdy nie
      chcialo.
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 18:33
        movisz napisała:
        >>Tak jak ty ja tez nie uwazam zeby separacja byla dobrym wyjsciem.
        Wydaje mi sie ze ludzie wtedy oddalaja sie od siebie jeszcze wiecej
        i rosnie wzajemna obojetnosc. Separacja nie rozwiazuje problemow.
        Trzeba to robic wspolnie.
        Zazdroszcze ludziom ze chce im sie walczyc. Mnie sie nigdy nie
        chcialo.<<

        Separacja niesie ze sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo; każda ze
        stron może się przekonać, jak bez drugiej jest dobrze, a wtedy...za
        Chiny Ludowe. Zostaje otwarta oczywista droga do rozwodu.
        • movisz Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 18:49
          każda ze
          > stron może się przekonać, jak bez drugiej jest dobrze

          Ze dobrze to wiadomo. Obecnie sa nerwy i jeszcze do tego pranie i
          sprzatanie. Pozniej moga byc takze nerwy ale mniej prania i
          sprzatania. Wiecej wolnego czasu.
          A facet mniej sluchania narzekan kobiety ale tez mniej wolnego
          czasu a i tak bedzie zmuszony znalezc sobie jakas kobiete bo oni
          samodzielnie zyc raczej nie umieja czyli za jakis czas beda miec
          znowu uprane i posprzatane ale tez zacznie sie znowu sluchanie bo
          ktora kobieta bedzie tolerowac na dluzej faceta ktory nie chce
          liczyc sie z nia i nie chce polemizowac?
          I tak w kolko.
          A dzieci cierpia.
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 22:04
          a.niech.to napisała:


          > Separacja niesie ze sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo; każda ze
          > stron może się przekonać, jak bez drugiej jest dobrze, a wtedy...za
          > Chiny Ludowe. Zostaje otwarta oczywista droga do rozwodu.
          >
          >
          Właśnie, cały czas to powtarzam. Cały czas się tego boję. Przeraża mnie to.
          Tłumaczę mu to. Jak grochem o ścianę.

          Jedyna szansa w terapii. Pierwsze spotkanie (mam nadzieję, że nie ostatnie)
          dopiero za tydzień.
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 22:03
        Nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby on był zazdrosny o moje "sukcesy", żeby czuł
        sie zdominowany przez moją osobowośc. Był czas, kiedy on był motorem moich
        działań, mobilizował mnie do pracy nad sobą, do zrobienia prawa jazdy,
        dowartosciowywał mnie. Wydaje mi się, że cieszy się z moich sukcesów, zawsze
        powtarzał, że jest zadowolony z tego, że okazałam się "twardą babką". Owszem był
        taki czas w naszym życiu gdy okazało się, że on nie jest takim supermenem
        (psychicznym) za jakiego uważał sam siebie i za jakiego ja go uważałam (to był
        dla mnie szok, bo traktowałam go do tamtej pory jak opokę. Musiałam sie z tym
        pogodzić, on sobei uswiadomił, że tym supermenem być nie musi. Może od tego się
        zaczęło? Tak jak on rozwiązywał kiedyś moje problemy, tak ja teraz wspieram
        (wspierałam sad) jego.

        Nikogo na boku nie ma. Nie wierzę w to, jest na to za uczciwy (chyba?) Moze być
        problem w doradcach, czasami znajomy chce dobrze, radzi ze swojego punktu
        widzenia (tak jak tu na forum) i on, nie znając innej drogi poddaje sie tym radom.

        Powoli dociera do mnie, że on nie chce już wrócić. Dziś powiedział dziecku, że
        jeszcze nie wie CZY i kiedy wróci.

        Czy czuje sie niedowartościowany? Na pewno. Pod tym względem muszę przyznać, że
        na 100% za mało się starałam. Ale co zrobić w tej chwili? Mogę tylko pluć sobie
        w brodę i liczyć na możliwość naprawienia tej sytuacji.

        Widzę już po paru dniach, że to oddalenie, przeprowadzka nie prowadzi do niczego
        dobrego. Czuję,że on się oddala (w przeciwieństwie do mnie, która szaleję z
        tęsknoty), że coraz łatwiej mu przychodzą te słowa, że być moze nie wróci wcale.

        On jest głupio uparty. Ale czy lubi być proszony? Nie wiem, to chyba nie to.
        Gdyby tak bylo dałby się już uprosić> Moje błagania, chociażby dzisiejsze, były
        żenujące.

        Najgorsze jest to, że on szuka nowego lokum, czyli nie traktuje obecnej sytuacji
        jako coś absolutnie przejściowego.

        Boże jak mi ciężko. Niewyobrażalnie. Dlaczego nie da się cofnąć czasu??sad
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 23:41
          wytłumaczcie mi co to za "znajomi", którzy w takiej sytuacji zamiast namawiać na
          ratowanie zwiazku, natychmiast znalezli mu mieszkanie wolne do wynajęcia? co to
          za ludzie?? podstawienie gotowego rozwiązania - mieszkanie za darmo - zamiast
          namawianie do powortu, do pracy nad naprawą

          słów mi brak

          musze zrobic wszystko, WSZYSTKO zeby wrócił, żebysmy znowu byli szzesliwi jak kiedys

          bardzo prosze o precyzyjne rady. nie chce, błagam nie chce czytac tekstów:
          "zajmij sie sobą, co ma byc to będzie, moze bez niego bedziesz szczesliwa" itd
          nie przyjmuję do wiadomosci, ze moglibysmy sie rozstac. przeraza mnie ta jego
          chec wyprowadzenia sie, bo boje sie że sie oddalimy na tyle, ze on nie zechce
          wrocic.
          prosze o pomoc. bardzo
          • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 01.11.07, 00:01
            A po cholerę chcesz robić coś na siłę?
            On MUSI wrócić??? Nie musi.
            Zrozum dziewczyno , jeżeli nie będzie chciał to NIE wróci.
            Zgódź się na to chwilowe rozstanie , daj Wam obojgu czas!!!

            Wiesz , wiem jak się czuje człowiek ZMUSZONY do powrotu w takiej
            sytuacji. Mój ex też się kiedyś wyprowadził , a moja "kochana"
            rodzinka wymogła na mnie zgodę na jego powrót. Do dzisiejszego dnia
            żałuję , że nie powiedziałam wtedy "nie". Przedłużyło to tylko
            bolesną agonię naszego związku o dwa lata. Ciężkie dwa lata...

            Jeszcze raz napiszę: daj sobie i jemu czas. Oboje tego potrzebujecie.
            Może pójdź szybko sama do psychologa?
        • nangaparbat3 Samaosiu 01.11.07, 09:50
          Obudź, się, Dziewczyno.
          Nie ma magicznej recepty na spowodowanie, by inni robili to, czego od nich
          oczekujemy. Ludzie to nie marionetki, a nawet najlepiej wytresowane zwierzęta
          odmawiają czasem posłuszeństwa.
          Pytasz, dlaczego znajmomi pomogli mu znaleźć mieszkanie zamiast namawiać do
          pozostania w domu? Bo znają jego historię - jego wersję, subiektywna i
          jednostronną, nie znają Twojej wersji, ani moze nawet Ciebie.
          Chcesz rady? Ale Tobie chodzi wyłącznie o taka radę, która umozliwi Ci
          spowodować, by bylo jak Ty chcesz - i nie ma znaczenia, czy sluszność jest po
          Twojej stronie - zapewne jest - nikt Ci takiej jednej i pewnej rady, skutecznej,
          nie udzieli.
          Jest taka reklama - "dopasuj swiat do siebie" - nienawidzę jej, bo wraz z
          wieloma identycznymi w przesłaniu robi ludziom wodę z mozgu. Świata do siebie
          nie przystosujemy - ani Ty, ani Twój mąż, ani ja, ani nikt inny.
          Kiedy byłam ta Twoim miejscu, skupiłam sie na dziecku - na tym, zeby córce
          najbardziej jak to mozliwe ułatwić sytuację, zrozumienie, ze żeby nie wiem co
          sie działo, tato ją kocha, może na niego liczyć, ze nie opuszcza jej, tylko my -
          dwoje dorosłych, rozstajemy sie, bo nie umiemy ze sobą żyć. Skupiłam sie na tym,
          zeby dziecku nie rozwalać świata.
          Męża do powrotu nie zmusisz ani błaganiem, ani grożeniem, ani manipulacją. Nie
          pierz i nie prasuj - bez ostentacji, ale to juz naprawdę nie Twoje zadanie,
          skoro sie wyprowadził. Mozesz mu uzyczyc pralki - ale niech sie obsłuzy sam.
          Ale może - może, bo zadnej gwarancji nikt Ci nie da - pomoze mu powrocić, jesli
          sprobujesz go zrozumieć - jesli sprobujesz uwierzyć, ze pewnie cierpiał, bo
          zwykły, niezaburzony cięzko człowiek raczej nie decyduje sie odejść od rodziny,
          jeśli nie cierpi. To nie jest przeciwko Tobie - tak po prostu jest. I wcale nie
          Ty musisz byc winna tego cierpienia, na pewno nie jesteś, ale to nie zanczy, ze
          tego cierpienia nie bylo/nie ma.
          Jeśli go kochasz, sprobuj spojrzeć na jego uczucia nie przez pryzmat tego, co
          Tobie robi, sprobuj uszanować jego uczucia, jego wolę. Pokaż mu, ze go
          traktujesz serio.
          Może to - paradoksalnie - spowoduje, ze zechce wrocić. Ale myślę, ze tylko
          wtedy, kiedy szacunek nie bedzie manipulacją - kiedy dopuscisz możliwość, że on
          juz nie wroci, nie bedziesz chciała karać go za to - ani gniewem, ani
          rozbudzaniem poczucia winy, ktore i tak na pewno czuje.
          • mieta.pieprzowa Re: Samaosiu 01.11.07, 10:51
            nangaparbat3 napisała:

            I wcale nie
            > Ty musisz byc winna tego cierpienia, na pewno nie jesteś, ale to
            nie zanczy, ze tego cierpienia nie bylo/nie ma.

            Stwierdzenie z lekka paradoksalne. Skoro nie ona jest winna, w jaki
            wiec spsob ma pojac sens tego, ze zostala opuszczona? Byc moze
            rozumuje niepoprawnie, ale ja rozpatruje takie sytuacje w
            kategoriach winy i kary, czyli: zawinilam, zranilam, wiec place. A
            tu dziewczyna zostaje sama, bo on z jakiegos tam powodu cierpi. Dla
            mnie to jakies dziwne usprawiedliwianie niedojrzalosci tego faceta.

            > Jeśli go kochasz, sprobuj spojrzeć na jego uczucia nie przez
            pryzmat tego, co
            > Tobie robi, sprobuj uszanować jego uczucia, jego wolę. Pokaż mu,
            >ze gotraktujesz serio.

            A przez jaki pryzmat patrzec w takiej sytuacji? Przez pryzmat jego
            zranionych uczuc? No dobrze, a co z jej uczuciami? Przeciez tych
            spraw nie da sie tak po prostu rozdzielic, czyli uznac ze kocham go
            i dlatego szanuje fakt, ze postanowil olac mnie i rodzine. I jak
            zechce wrocic to tez bede z nim jak z jajkiem, bo jescze mu sie
            odwidzi...Czy sugerujesz jej po prostu bierna akceptacje jego
            zachowania? OK, tylko nie mow, ze powinna zapomniec o tym, co on
            robi jej. Bo teraz to jest przedze wszystkim to, co on robi jej.
            Sobie juz zrobil lepiej - uciekl i sie "zastanawia". I zle jest
            glownie jej, bo ona teskni, a on nie wie czy zateskni. Nie rozumiem
            twojego rozumowania.



            • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 11:20
              Widzę, ze nie rozumiesz mojego rozumowania.
              Bo ja juz dawno staram się nie rozpatrywać niczego w kategoriach winy i kary -
              wole kategorie problemu, ktory trzeba rozwiazać najlepiej dla wszyskich stron.
              Jesli będziesz szukac winnego i karać go, spowodujesz sytuację, w ktorej nie
              bedzie końca winie i karze. To do niczego nie prowadzi.
              Jeśli chcesz widziec dwie strony, w ktorych jedna jest skrzywdzonym aniołem, a
              druga bezwzglednym wcieleniem zła, to patrz na swiat w ten sposób. Nawet nie
              probuje Cie przekonać, ze nie warto - Twoje zycie, Twoj świat, Twoje poglady. Ja
              mam inne. Mnie tez mąż opuscil, bo uważal, ze "bedziemy szczęśliwsi osobno".
              Cierpiałam strasznie, nawet był moment, ze blagałam, by nie odchodził, ale nie
              widziałam powodu, by stawiac jego w roli dręczyciela, siebie ofiary.
              Powiedziałam: staralismy się, ale nam nie wyszlo. Nie ma winnego.
              I wiesz co? On bronil mnie przed atakami swoich rodziców, ja jego przed atakami
              moich (dokładniej mego ojca, bo mama skwitowala przytomnie, i do dzis jestem jej
              za to wdzieczna: "obojeście siebie warci").
              Przegralam małzeństwo - fakt. Wygrałam (zwłaszcza dla corki) dobre relacje z
              byłym meżem, nienaruszone poczucie godności, pewność, że moge byc szczęsliwa w
              pojedynkę - to daje wielka siłę.
              • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 11:52
                nangaparbat3 mówisz jak mój mąż. Identycznie. Mam tylko nadzieję, że nie jesteś
                jedną z jego znajomych, która mu własnie doradza.
                • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 12:22
                  Nie, Samaosiu, nie znam Twego męża. Gdybym go znała, nie smiałabym Ci udzielać
                  żadnych rad, ani w ogole wypowiadać się w Twoim wątku. Znam Tylko Twoją historię.
                  Sama jestem porzuconą żoną, rozwiedzioną samotna matką z dzieckiem. I to jest
                  mój punkt widzenia.
              • mieta.pieprzowa Re: Samaosiu 01.11.07, 11:55
                nangaparbat3 napisała:

                > Widzę, ze nie rozumiesz mojego rozumowania.
                > Bo ja juz dawno staram się nie rozpatrywać niczego w kategoriach
                winy i kary -
                > wole kategorie problemu, ktory trzeba rozwiazać najlepiej dla
                wszyskich stron.

                I, twoim zdaniem, to ze facet zostawia rodzine, to jest to
                rozwiazanie najlepsze dla wszystkich stron? Bo moim zdaniem jest to
                rozwiazanie swietne, ale dla niego. On sobie daje czas, on decyduje
                o sobie, ale nie tylko. Bo to przeciez osoba odchodzaca podejmuje
                decyzje czy i kiedy zwiazek bedzie istnial znowu. Opuszczonej osobie
                pozostaje tylko czekac i sie godzic z sytuacja. Naprawde uwazasz, ze
                mozna w takich chwilach tak sobie po prostu "zaczac go rozumiec"?

                > Jeśli chcesz widziec dwie strony, w ktorych jedna jest
                skrzywdzonym aniołem, a
                > druga bezwzglednym wcieleniem zła, to patrz na swiat w ten sposób.

                Tego nie powiedzialam. Jednak zawsze mnie zastanawia czemu potepia
                sie takie podejscie u osoby porzuconej, czyli, tak naprawde, bardzo
                skrzywdzonej i to przez kogos, kto najwyrazniej DOKLADNIE w ten
                sposob postrzega swiat, skoro uwaza ze ma prawo odejsc i krzywdzic.

                > Cierpiałam strasznie, nawet był moment, ze blagałam, by nie
                odchodził, ale nie
                > widziałam powodu, by stawiac jego w roli dręczyciela, siebie
                ofiary.

                Osmiele sie zaryzykowac stwierdzenie, ze jestes w swojej
                rekoncyljacyjnej postawie niezwykle nietypowa. I jeszcze to:

                > Powiedziałam: staralismy się, ale nam nie wyszlo. Nie ma winnego.

                Zazdroszcze takiej sily. ja nie potrafilabym powiedziec o
                mezczyznie, ktory mnie porzucil, mimo ze go blagalam, zeby tego nie
                robil, ze on sie staral. Odejsc i zrujnowac wszytsko jest
                najlatwiej, to zabiera czasem tylko kilka chwil. Zbudowac cos i o to
                walczyc jest bardzo trudno. Poza tym chyba jestem bardziej niz ty
                feministyczna, ale niestety mezczyzni duzo czesciej niz kobiety
                wybieraja zwiniecie zagli zamiast walki. I w moim przekonaniu, w
                takiej sytuacji, winny jest i dosc latwo go mozna wskazac.
                • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 12:43
                  mieta.pieprzowa napisała:

                  > I, twoim zdaniem, to ze facet zostawia rodzine, to jest to
                  > rozwiazanie najlepsze dla wszystkich stron?
                  Absolutnie nie. To uwazam za sytuacje zastaną - Facet zostawia rodzinę. Pytanie:
                  co dalej? Jak sie zachować, zeby wszyscy zainteresowani wyszli z tej sytuacji z
                  twarzą. Nieby nikt nie wyszedl z poczuciem przegranej, ponizony i zrozpaczony.
                  Żeby wszyscy mogli zyć i byc jeszcze kiedys szczęśliwi.

                  Bo moim zdaniem jest to
                  > rozwiazanie swietne, ale dla niego. On sobie daje czas, on decyduje
                  > o sobie, ale nie tylko. Bo to przeciez osoba odchodzaca podejmuje
                  > decyzje czy i kiedy zwiazek bedzie istnial znowu. Opuszczonej osobie
                  > pozostaje tylko czekac i sie godzic z sytuacja.

                  Wiele razy pisano na tym forum, zwlaszcza Pho często powtarzała, ze trudniej
                  porzucic niz zostać porzuconym. Ten kto odchodzi, tez cierpi. Trzeba byc slepym,
                  by tego nie widzieć.


                  Naprawde uwazasz, ze
                  > mozna w takich chwilach tak sobie po prostu "zaczac go rozumiec"?

                  KIEDYS trzeba zacząć chocby próbowac rozumieć te drugą osobę - kazdy moment jest
                  dobry.

                  > Tego nie powiedzialam. Jednak zawsze mnie zastanawia czemu potepia
                  > sie takie podejscie u osoby porzuconej, czyli, tak naprawde, bardzo
                  > skrzywdzonej i to przez kogos, kto najwyrazniej DOKLADNIE w ten
                  > sposob postrzega swiat, skoro uwaza ze ma prawo odejsc i krzywdzic.
                  >
                  A tkwiac w złym zwiazku nie krzywdzisz? Porzucenie kogoś jest dla mnie równie
                  złe jak trzymanie kogos w domowym więzieniu.
                  I zeby bylo jasne - zaznałam w zyciu i tego, probowałam manipulacja zatrzymac
                  kogos przy sobie - do dziś dziekuję Bogu, że przyslal kobietę, ktora mi tego
                  kogos wydarła.


                  > Osmiele sie zaryzykowac stwierdzenie, ze jestes w swojej
                  > rekoncyljacyjnej postawie niezwykle nietypowa.

                  Nie ma sprawy - po co te eufemizmy? jestem dziwaczką, troche stuknieta w
                  dodatku, wiem. Ostatnio nawet odkryłam, skad to sie bierze - temat związany z
                  dzisiejszym świętem, moze kiedys opowiem.
                  >
                  > > Powiedziałam: staralismy się, ale nam nie wyszlo. Nie ma winnego.
                  >
                  > Zazdroszcze takiej sily. ja nie potrafilabym powiedziec o
                  > mezczyznie, ktory mnie porzucil, mimo ze go blagalam, zeby tego nie
                  > robil, ze on sie staral. Odejsc i zrujnowac wszytsko jest
                  > najlatwiej, to zabiera czasem tylko kilka chwil. Zbudowac cos i o to
                  > walczyc jest bardzo trudno.

                  Sama siebie podziwiam.
                  A tak serio: takie były fakty. Starał sie jak mógł i na tyle, na ile mógł. Ja
                  też - tyle i tak długo, ile mogłam.
                  A co najdziwniejsze - miał rację: osobno każde z nas jest szczęśliwsze. Córka?
                  Rok po rozstaniu powiedziała: kiedy sie kłociliście, chciałam uciec z domu i
                  nienawidzilam was. Teraz jest o wiele lepiej.


                  Poza tym chyba jestem bardziej niz ty
                  > feministyczna
                  Nie wiem, czy jestem feministyczna, wiem, ze wychowalam mądrą i empatyczną
                  feministkę-demokratkę. Ale nie wiem, czy to moja zasluga - na pewno w duzej
                  mierze jej taty.


                  ale niestety mezczyzni duzo czesciej niz kobiety
                  > wybieraja zwiniecie zagli zamiast walki.

                  Pewnie tak - ale jako feministka powinnas wiedzieć, że wynika to także ze
                  społecznych ograniczeń kobiet, ze żagli nie zwijają.

                  I w moim przekonaniu, w
                  > takiej sytuacji, winny jest i dosc latwo go mozna wskazac.

                  Och, winnego zawsze łatwo wskazać. Własnie to jest jedna z rzeczy, jakie
                  przerażają mnie najbardziej.
                  • mieta.pieprzowa Re: Samaosiu 01.11.07, 14:04
                    nangaparbat3 napisała:

                    > Wiele razy pisano na tym forum, zwlaszcza Pho często powtarzała,
                    >ze trudniej porzucic niz zostać porzuconym. Ten kto odchodzi, tez
                    cierpi.

                    Moim zdaniem Pho chyba nigdy nie byla porzucona. Cierpienie
                    porzucajacego jest smieszne w porownaniu do tego, co czuje
                    porzucony. I nawet w przypadku pogodzenia sie, to wlasnie porzucony
                    musi zyc z urazona duma i poraniony. Sorry, zdarzylo mi sie kilka
                    razy od kogos odjesc i, moze dlatego ze nigdy nie zrobilam tego pod
                    wplywem impulsu, a staralam sie byc pewna ze to koniec definitywnie,
                    nigdy mnie to jakos bardzo nie bolalo. A moze jestem bez serca, po
                    prostu.


                    > KIEDYS trzeba zacząć chocby próbowac rozumieć te drugą osobę -
                    >kazdy moment jest dobry.

                    Ale wtedy juz przewaznie jest za pozno na rozumienie. I za
                    emocjonalnie.


                    > A tkwiac w złym zwiazku nie krzywdzisz?

                    Ale w zlym dla kogo? Bo jesli to "zle" to tylko wydumane pomysly
                    porzucajacego, to wybacz, ale sie zupelnie nie zgadzam. A ja nie
                    wierze w bezwzgledna wine obopolna. Sa przypadki, ze jedyna wina
                    jest fakt, ze ktos kochal za bardzo. I to dla drugiej osoby
                    bylo "zlym zwiazkiem". Oczywiscie, mozna zaczac dywagowac, czy
                    rzucajac osobe, ktora nas kocha mocniej niz na to zaslugujemy, w
                    zasadzie robimy jej przysluge, bo ja w pewnym sensie uwalniamy, ale
                    sprobuj to wytlumaczyc komus, kto cierpi.


                    > Nie ma sprawy - po co te eufemizmy? jestem dziwaczką, troche
                    stuknieta

                    Dziwna jestes na pewno wink


                    > A tak serio: takie były fakty. Starał sie jak mógł i na tyle, na
                    ile mógł. Ja
                    > też - tyle i tak długo, ile mogłam.
                    > A co najdziwniejsze - miał rację: osobno każde z nas jest
                    szczęśliwsze. Córka?
                    > Rok po rozstaniu powiedziała: kiedy sie kłociliście, chciałam
                    uciec z domu i
                    > nienawidzilam was. Teraz jest o wiele lepiej.


                    Tak, tylko takie rzeczy sie wie po latach. A wy tej dziewczynie z
                    watku kazecie po paru dniach od rozstania wiedziec, ze tak walsnie
                    jest. A poza tym to przeciez nie jest regula. Czasem nawet
                    nienajlepszy zwiazek okazuje sie byc czyms, za czym sie teskni, no
                    bo ludzie sie tez przeciez i schodza.

                    > Pewnie tak - ale jako feministka powinnas wiedzieć, że wynika to
                    także ze
                    > społecznych ograniczeń kobiet, ze żagli nie zwijają.

                    Owszem, ale nie demonizowalabym tych czynnikow. Bardziej chyba
                    jednak wchodza tu w gre kwestie biologiczno-emocjonalne, bo tutaj
                    kobieta inwestuje w zwiazek wiecej niz mezczyzna - w koncu ta ja
                    sie "wpedza w lata", prawda? Ale nie zmienia to faktu, ze mezczyzni
                    w ogole maja lzejszy niz kobiety stosunek do zwiazkow, bo sa po
                    prostu bardziej leniwi, tchorzliwi, egoistyczni, wygodniccy itp.


                    > Och, winnego zawsze łatwo wskazać. Własnie to jest jedna z rzeczy,
                    >jakie przerażają mnie najbardziej.

                    I w imie tego wolisz sie wina podzielic? No dziwne, rzeczywiscie...
                    • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 14:33
                      mieta.pieprzowa napisała:


                      > > A tkwiac w złym zwiazku nie krzywdzisz?
                      >
                      > Ale w zlym dla kogo? Bo jesli to "zle" to tylko wydumane pomysly
                      > porzucajacego, to wybacz, ale sie zupelnie nie zgadzam. A ja nie
                      > wierze w bezwzgledna wine obopolna. Sa przypadki, ze jedyna wina
                      > jest fakt, ze ktos kochal za bardzo. I to dla drugiej osoby
                      > bylo "zlym zwiazkiem". Oczywiscie, mozna zaczac dywagowac, czy
                      > rzucajac osobe, ktora nas kocha mocniej niz na to zaslugujemy, w
                      > zasadzie robimy jej przysluge, bo ja w pewnym sensie uwalniamy, ale
                      > sprobuj to wytlumaczyc komus, kto cierpi.

                      Widzisz: ja jestem gleboko przekonana, ze "poziom szczęsliwości" jest jednakowy
                      dla obu osób w zwiazku. Oczywiscie moze byc tak, ze ból jedej z nich jest
                      skutkiem tego, co robi ta druga - ale ta druga tez cierpi, boi się, może nie
                      przez partnera, ale ma to w sobie - bol i strach, i dlatego ból zadaje.
                      No dobrze - moze inaczej w przypadku socjopatow - ale to juz patologia, o tym
                      nie mowimy, Samaosia w zadnym razie nie pisze, ze mąż jest socjopatą.



                      >

                      > Dziwna jestes na pewno wink
                      OK smile


                      >
                      > > A tak serio: takie były fakty. Starał sie jak mógł i na tyle, na
                      > ile mógł. Ja
                      > > też - tyle i tak długo, ile mogłam.
                      >
                      > Tak, tylko takie rzeczy sie wie po latach. A wy tej dziewczynie z
                      > watku kazecie po paru dniach od rozstania wiedziec, ze tak walsnie
                      > jest. A poza tym to przeciez nie jest regula. Czasem nawet
                      > nienajlepszy zwiazek okazuje sie byc czyms, za czym sie teskni, no
                      > bo ludzie sie tez przeciez i schodza.

                      Nie kazemy. Chcemy jej pomoc - bo wiemy, ze bedzie jej lżej, jesli dopusci myśl,
                      ze samej też moze byc dobrze, ze mąż nie jest kanalią, że jego odejscie to nie
                      koniec świata, ze trzeba zyć i zadbać o dzieci, bo one są najbardziej bezbronne.




                      > Owszem, ale nie demonizowalabym tych czynnikow. Bardziej chyba
                      > jednak wchodza tu w gre kwestie biologiczno-emocjonalne, bo tutaj
                      > kobieta inwestuje w zwiazek wiecej niz mezczyzna - w koncu ta ja
                      > sie "wpedza w lata", prawda? Ale nie zmienia to faktu, ze mezczyzni
                      > w ogole maja lzejszy niz kobiety stosunek do zwiazkow, bo sa po
                      > prostu bardziej leniwi, tchorzliwi, egoistyczni, wygodniccy itp.
                      >

                      Niektorzy mężczyźni na pewno są leniwi, tchorzliwi, egoistyczni, wygodniccy etc.
                      Jednak prawdą jest, ze niektóre kobiety sa bezwzgledne, kontrolujace,
                      nadopiekuńcze, zaborcze, manipulujace i wpędzajace w poczucie winy.
                      Z takiego gadania nic nie wynika - a w ogóle najlepiej nikogo nie osądzać i nie
                      etykietować, na ile sie tylko da.


                      > I w imie tego wolisz sie wina podzielic? No dziwne, rzeczywiscie...

                      Nie mówie o dzieleniu sie winą - mówię o nieszukaniu winnych.
                      • sylwiamich Re: Samaosiu 01.11.07, 15:02
                        Dziewczyny...obydwie macie rację.Tyle że Mieta patrzy "w tej
                        chwili", nanga "w przyszłości".
                        Idiotyzmem jest twierdzenie że porzucający cierpi tak samo.Pewnie
                        trochę tam mu żle....musi zmienić trochę zdanie o sobie, jeśli
                        zdradził.Lub skrzywdzić kogoś tam...jeśli po prostu przestał
                        kochać.Ale cierpienie kochającego jest o niebo większe.Bo jest
                        połączone z bezsilnością.Porównanie pwłnosprawnej żaglówki i takiej
                        z zesputym sterem, bez żagla na sztormowym morzu.Porzucany nie może
                        zdecydować o swoim życiu...ktoś podjął decyzję za niego.I
                        zastanawianie się w takiej chwili czy porzucający cierpi zakrawa na
                        świętość lub pernamentną głupotę.Najokrótniejszym sposobem
                        porzucania jest porzucanie po trochu, lub kłamanie że jest
                        nadzieja.A chyba coś takiego robi PAN.Czasami bardzo złe rzeczy
                        można zrobić z klasą i tak żeby nie dać komuś szansy do poniżania
                        się.I wiem co mówię.Mięta...masz rację...ona musi się powściakać,
                        ponienawidzieć, zniszczyć obraz.Ale potem powinna pójśc dalej.Nanga
                        patrzy na to z dystansu....potem się przebacza.Potem się dziękuje
                        Bogu za wiele niezrealizowanych przez niego naszych marzeń.Za to że
                        nie spełnił marzenia o byciu razem, o nieznalezieniu mieszkania, o
                        znalezieniu pracy, o zajściu w ciążę, o korkach które spóżnia go do
                        kochanki itd.Ale na to trzeba czasu... a teraz ona musi nieoszaleć w
                        cierpieniu.Siedze w domu i płaczę razem z Tobą samaosiu....niedawno
                        przechodziłam to co Ty.Doskonale rozumiem ....
                        • mieta.pieprzowa Re: Samaosiu 01.11.07, 15:48
                          sylwiamich napisała:

                          .Najokrótniejszym sposobem
                          > porzucania jest porzucanie po trochu, lub kłamanie że jest
                          > nadzieja.A chyba coś takiego robi PAN.Czasami bardzo złe rzeczy
                          > można zrobić z klasą i tak żeby nie dać komuś szansy do poniżania
                          > się.

                          Zgadzam sie z toba w calej rozciaglosci...az do tego akapitu wink
                          Pewnie wynika to z naszych zyciowych doswiadczen, bo ja kiedys
                          zostalam porzucona przez kogos kogo bardzo kochalam i to wlasnie,
                          jak mowisz, "z klasa". Czyli nie dano mi szansy na to, zebym sie
                          mogla ponizyc. Problem w tym, ze ponizylam sie mimo wszystko, bo po
                          jego calkowicie gwaltownym odejsciu to tez go prosilam, zeby wrocil.
                          Tyle ze to ponizenie bylo okraszone dokladnie tym poczuciem
                          bezsilnosci, o ktorym piszesz. I, co jeszcze bardziej ponizajace,
                          wlasnie poczuciem ze on zadecydowal o moim zyciu nie dajac mi szansy
                          wynegocjowania niczego, jakkolwiek te negocjacje by nie byly dla
                          mnie ponizajace. Wiec ja juz bym wolala tak jak Samaosia - chociaz
                          moc miec nadzieje. Bo jej zwiazek jeszcze sie przeciez nie rozpadl,
                          a to duza roznica ponizyc sie po to, zeby do rozpadu nie dopuscic, a
                          ponizeniem przed kims, kto nas juz rzeczywiscie przestal kochac i
                          opuscil.

                          >Siedze w domu i płaczę razem z Tobą samaosiu

                          Ja tez. Jednego mozesz byc pewna Samaosiu - w tym placzu nie jestes
                          sama...
                          • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 20:02
                            mieta.pieprzowa napisała:

                            >
                            > >Siedze w domu i płaczę razem z Tobą samaosiu
                            >
                            > Ja tez. Jednego mozesz byc pewna Samaosiu - w tym placzu nie jestes
                            > sama...

                            Dziękuję Wam bardzo, to dla mnie ważne, mimo,że czuję sie straszliwie samotna i
                            sama.
                            • marek_gazeta Chcesz się spotkać z kimś z Warszawy?Re: Samaosiu 01.11.07, 23:13

                              • samaosia Chcesz się spotkać z kimś z Warszawy?Re: Samaosiu 01.11.07, 23:18
                                dziekuję, chyba nie jestem na to gotowa. naprawdę dziekuję za troskę.
                                Pisać do obcych ludzi - tak, płakać przy kimś kogo tak naprawde nie znam - nie.
                                Nie potrafię. Jeszcze. Choć czuję, że niedługo zacznę płakac przed panią w
                                sklepie smile
                                • a.niech.to Chcesz się spotkać z kimś z Warszawy?Re: Samaosiu 02.11.07, 09:51
                                  samaosia napisała:

                                  > czuję, że niedługo zacznę płakac przed panią w
                                  > sklepie smile
                                  Nie byłoby w tym nic niestosownego. Masz ochotę płakać, rób to.
                            • marek_gazeta Chcesz się spotkać z kimś z forum z Warszawy? 01.11.07, 23:15
                              Dziewczyny, która ma czas? Zamiast radzić, może po prostu wysłuchać i pocieszyć?

                              Ja chyba mam za mało empatii.
                        • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 20:00
                          Nie Sylwiamich, nie zgadzam się. Nie akceptuję takich argumentów. Ja cierpię i
                          on cierpi. Jest uczciwym człowiekiem, gdyby postanowil odejsc na zawsze -
                          zrobiłby to i powiedziałby mi o tym. Zgodził sie na terapię, nie wierzy zbytnio
                          w jej skutki, ale zgodzil sie. Jest moze egositą, wyprowadził sie "dla siebie",
                          ale trudno, każdy musi byc czasami egoistą. Jest mi bardzo ciężko. Szczególnie
                          jak zabieral dziś trochę swoich rzeczy. Nie zabrał wszystkiego, zabrał tylko
                          najpotrzebniejsze. Moze jest nadzieja. Pomagałam mu nawet w tym pakowaniu, żeby
                          nie oszaleć z bólu patrząc na to, zresztą zawsze pomagałam mu w pakowaniu. Na
                          koniec poprosiłam o przytulenie. Od dawna tego nie robiliśmy. Przytulił mnie,
                          wiem, ze gdyby nie chciał tego zrobić, nie zrobiłby, a on mnie czule przytulił.
                          Nie chcę wierzyć, że to było z łaski, znam go na tyle, że wiem, zę to nie był
                          wymuszony gest, to na pewno, moze to litośc, nie wiem, wątpie. Jestem dobrej
                          mysli, mimo, że jestem na granicy zamroczenia z bólu (strasznie to egzaltowanie
                          brzmi, ale tak własnie sie czuje)

                          Musi sie nam udać! I on wróci. Musi, niezaleznie od tego co piszecie. Musi bo
                          sie kochamy mimo, że nam sie drogi rozlazły dramatycznie.
            • sylwiamich Re: Samaosiu 01.11.07, 11:20
              Coś czuję że mamy następną zawirowaną w tornadzie.To co sie wokół
              ciebie dzieje częściowo jest grą Twojej wyobrażni.Puszczasz sobie
              smutasowe piosenki, nskręcasz się.Twoje myśli galopują jak
              opętane.Jak się nie opanujesz to wylądujesz w psychiatryku.Nie masz
              żadnego wpływu na niego.Zajmij sie sobą, albo tym co na
              zewnątrz.....byle nie nim.Jak nie możesz tego
              zrobić....odpocznij.Pozwól żeby wszystkie te emocje przechodziły
              przez Ciebie.Obserwuj je.Ale staraj się żeby były jak najbardziej
              nie Twoje, jak najbardziej na zewnatrz.I idż po wspomagacze jeśli
              uważasz żę nie dajesz rady.To nie wstyd.Jesli chcesz...napisz do
              mnie na priva.Może mogę pomóc...
          • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 11:49
            nangaparbat3 nie chcę czytać, tego co piszesz, ale masz rację. Nie chcę, żebys
            miała rację, ale masz ją. Co z tego, skoro moje emocje, uczucia są jakie są?
            • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 12:47
              Przepraszam Cie.
              Nie chcę Cie ranić, ale umiem pisac tylko to, co naprawdę myślę.
              Gdybym mieszkała w Warszawie, przyjechalabym do Ciebie i najzwyczajniej w
              swiecie utuliła Cie jak malą dziewczynke. Wiesz, to ta mała dziewczynka w Tobie
              tak bardzo sie boi.
              Teraz ryczę razem z Tobą.
              • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 13:29
                znalazł mieszkanie. Wszystko układa sie tak, jakby sprzysięgło się przeciwko
                nam. Jak ja mam już dośc wszystkiego
                • crazyrabbit Re: Samaosiu 01.11.07, 13:37
                  Najpierw miałaś dosyć jego i sama mu powiedziałaś , że może nie
                  wracać.
                  Teraz masz dosyć tego , że nie wrócił.

                  Kochana , proszę Cię , CZYTAJ co Ci tu piszemy. Każde z nas ma za
                  sobą jakieś doświadczenia , chcemy się nimi z Tobą podzielić.
                  Jesteśmy obok , więc jesteśmy subiektywni. Znamy tylko Twoją wersję.

                  I radzę przeczytaj posty Nangi. To bardzo mądra i ciepła osoba , wie
                  o czym pisze.

                  Uspokój się. Idź po jakieś wpomagacze jak radziła Sylwia , bo się
                  zadręczysz. Zaczynasz się miotać i zapętlać coraz bardziej. Źle jest.
                  • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 20:12
                    Tak, masz rację powiedziałam mu w ZłOSCI że moze nie wracać, ludzie najgorsze
                    rzeczy potrafią w emocjach powiedzieć. Bardzo tego żałuję. On tez nie był bez
                    winy, wiem, jestesmy winni całej sytuacji po połowie. Mam tego świadomość, ale
                    czasami w takich sytuacjach, po czasie człowiek uświadamia sobie co moze
                    stracić. Ja sobie uświadomiłam i zrobię wszystko, żeby tego nie stracić.
                    Czytam to o czym piszecie, ale mam wrażenie, że ile przypadków tyle doswiadczeń,
                    nie mozna zakładac, że wszystko jest powtarzalne. Jestem pełna dobrej mysli,
                    mimo, że na skraju załamania.
                    Musi sie udać, nie bede oswajała sie z żadną inną myślą dopoki on nie powie mi
                    bez emocji prosto w twarz KONIEC, to koniec.
                    Dopóki jest nadzieja, bede o nas walczyc i wierze, że jak on zobaczy, ze walczę
                    też zacznie walczyć. Dlatego części waszych wypowiedzi nie przyjmuję do
                    wiadomosci. Jesli przyjmowałabym je i uznawała za pewnik mogłabym już sobie
                    węzeł wiązać na sznurze.
                    • sylwiamich Re: Samaosiu 01.11.07, 20:35
                      masz maila....prosze odbierz.
                      • sylwiamich Re: Samaosiu 01.11.07, 20:38
                        Nie masz konta?Nie mogę Cie zlokalizować...
                        • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 21:02
                          wysłałam ci maila
                        • aron95 Re: Samaosiu 01.11.07, 21:07
                          pisała wcześniej że nie ma konta

                          Przeczytałem wszystko najbardziej przypadły mi rady kaspra .
                          Lecz niestety samosia tej roli nie odegra .
                          Przez włażenie M w dupę chce uzyskać jego powrót .
                          Dla mnie to jednak wątpliwy sposób
                          • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 21:16
                            wybacz, ale mam prosbę, mam wystarczająco cięzkie dni, żeby jeszcze martwić sie
                            tym,że ktos próbuje mnie obrazić.
                            Nie chcę czytać tego typu tekstów, nie teraz, za jakis czas możesz mi walnąć
                            prosto miedzy oczy co o mnie myslisz, teraz, proszę powstrzymaj sie.

                            Bardzo mi pomaga czytanie tego, co piszecie, wyciągam wnioski, czasami popełniam
                            błedy, bo emocje biora górę, ale jak mówiłam, WYCIAGAM WNIOSKI, a nie przyjmuję
                            bezkrytycznie wszystkich rad. Nie mogłabym niektórych przyjąć.
                            Prosze cię, powstrzymaj sie, nie mam siły teraz na bycie kopaną.
                            • aron95 Re: Samaosiu 01.11.07, 21:28
                              Chyba tego nie czytałaś

                              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=24087&w=71087096&a=71327810
                              Nikt Ci dokopać nie chce
                      • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 21:01
                        nie mam konta na tym loginie. wysle ci maila z innego adresu, ok?
                    • nangaparbat3 Re: Samaosiu 01.11.07, 20:42
                      Samaosiu, nikt chyba (bo nie wszystko uwaznie czytałam) nie wyraził pewności, ze
                      Wam sie nie uda. A skoro zgodził sie na terapię, skoro był w stanie Cie
                      przytulić i było to dobre, ciepłe przytulenie, to znaczy, że jest jeszcze w Was
                      obojgu duzo dobrego dla siebie nawzajem - więc może sie udać.
                      Dzisiaj mozesz spokojnie otrzeć łzy i odpocząć - Twoja nadzieja ma realne podstawy.
                      • samaosia Re: Samaosiu 01.11.07, 21:04
                        nangaparbat3 napisała:

                        > Samaosiu, nikt chyba (bo nie wszystko uwaznie czytałam) nie wyraził pewności, z
                        > e
                        > Wam sie nie uda. A skoro zgodził sie na terapię, skoro był w stanie Cie
                        > przytulić i było to dobre, ciepłe przytulenie, to znaczy, że jest jeszcze w Was
                        > obojgu duzo dobrego dla siebie nawzajem - więc może sie udać.
                        > Dzisiaj mozesz spokojnie otrzeć łzy i odpocząć - Twoja nadzieja ma realne podst
                        > awy.
                        >

                        dziękuję. Dziękuję za ostatnie stwierdzenie, potrzebuję tego, żeby móc walczyc.
                        • julka1800 Re: Samaosiu 02.11.07, 09:54
                          Samaosiu, ja trzymam mocno kciukismile))
                          Pozdrawiam,


                          ps. jesli kiedys w przyszlosci nabierzesz ochoty na spotkanie,
                          mozesz na mnie liczyc
                        • samaosia Re: Samaosiu 02.11.07, 20:52
                          źle mi. Tęsknię. Bardzo
                          • a.niech.to Re: Samaosiu 02.11.07, 21:02
                            Nie chlip. To minie, jak wszystko w życiu.
                            Na forum cicho, też bym pogadała.
                            • samaosia Re: Samaosiu 02.11.07, 21:07
                              minie...taaa.
                              Strasznie tesknię. Mam ochotę zadzwonić do niego. Dziś już rozmawialismy, pomógł
                              mi w potrzebie, nawet wiecej niż prosiłam, to chyba dobry znak, prawda?
                              Najgorsze najbliższe dwa dni. Weekend. Nie spotkamy się. Nie będzie pretekstu do
                              rozmowy, nie będzie zajęcia zabijającego myśli.
                              • crazyrabbit Re: Samaosiu 02.11.07, 21:53
                                Zabierz dzieciaki gdzieś , gdzie będziecie fajnie się bawić.
                                Zorganizuj im i sobie czas tak , żeby nie siedzieć bezczynnie.
                                Chyba jest co robić w Warszawie w weekend???

                                Skoro nie chcesz zająć się sobą , to zajmij się nimi. Lepsze to niż
                                użalanie się nad sobą i powtarzanie jak mantry: tęsknię , tęsknię ,
                                wróć , tęsknię...
                                • samaosia nie chce już mi się pisac 03.11.07, 18:51
                                  dziekuję wam wszystkim za wsparcie i rady, te lepsze i te nieakceptowalne.
                                  Pozdrawiam
                                  • julka1800 Re: nie chce już mi się pisac 03.11.07, 19:06
                                    A co sie konkretnie dzieje? moze jednak napisz...

                                    Powiem Ci jedno, ja w dolku okolorozstaniowym i potem
                                    okolorozwodowym bardzo potrzebowalam ludzi, ale nie tych
                                    wirtualnych, nie umialabym chyba pisac o osobistych sprawach i mozna
                                    powiedziec intymnych w zwiazku, publicznie na forum (ale rozni sa
                                    ludzie), ale tych realnych, moze nie przyjaciol, ale znajomych,
                                    kolezanek, a weekendy planowalam tak by byc sama z dziecmi tylko
                                    rano i tuz przed kolacja. Niektorzy mieli mnie pewnie dosc, bo
                                    potrafilam zjawic sie z 2 dzieci z niespodziewana wizyta, ale ja
                                    wiedzialam ze tylko osoby trzecie sa w stanie mnie utrzymac przy
                                    zyciu, a oni, coz ... wytrzymali jakossmile
    • nangaparbat3 Samaosiu 04.11.07, 17:27
      Wyjeżdżalam, wrociłam, i widzę, że Cię nie ma.
      Prosze Cie, napisz cokolwiek, wiem, że takie wolne od pracy dni sa najgorsze i
      myslę, co tam u Ciebie, jak sobie radzisz z tym wszystkim, - bo jest z czym
      Pozdrawiam serdecznie
      nanga
      • sylwiamich Re: Samaosiu 04.11.07, 17:32
        Odpisałam na maila....
        • samaosia Re: Samaosiu 04.11.07, 18:10
          ja też.
          dziękuję.


          jakbym spotkała tych jego "zyczliwych" znajomych....
          szlag by to trafił!
      • samaosia Re: Samaosiu 04.11.07, 18:09
        fatalnie, z dnia na dzień gorzej. nie chce mi powiedziec gdzie mieszka, a dzieci
        powinny chyba wiedziec gdzie meiszka ich ojciec.
        w ogóle wszystko do dupy.
        • a.niech.to Re: Samaosiu 05.11.07, 08:46
          Wyczerp wszystkie dostępne sposoby odbudowania porozumienia, czyli
          ogarnięcia motywów, które nim kierują w pierwszej kolejności. Jeśli
          nie uda się Wam zawiązać jakigoś nowego początku (jego zdanie jest
          nie mniej ważne niż Twoje uczucia), pozwól/pomóż mu odejść w
          spokoju. Nie podżegam. smile)) Zrobisz to także dla siebie. Życie toczy
          się dalej, od czegoś trzeba zacząć, może od eleganckiego rozstania?
          Cóż, najlepsza jest prawda. Facet w/g mnie jest na tyle sensowny, że
          warto pozostawić go jako dobrego ojca dla dzieci i dla siebie jako
          życzliwą osobę. Exa ma się na zawsze. Trzymaj się, jest nas tu cała
          armia, która przeżyła rozwód. Sporo z nas rozumie, co czujesz. Pisz,
          jakby co. Ktoś zawsze Ci odpowie w miarę swych możliwości.
          Pozdrawiam
        • akacjax Re: Samaosiu 05.11.07, 09:23
          To, co teraz przeżywasz to taka mieszanka uczuć, które zawsze pojawiają się, gdy mamy sobie z czymś poradzić. I zaprzeczamy, i targujemy się i smucimy.
          Ale ponad to wybija się (dla mnie patrzącej na sytuacje przez Twoje posty) Twoje "rozdwojenie". Pisałaś, że wolisz jasną sytuację, i błagałaś o powrót męża.

          Na pewno to jest nauczka-by zastanawiać się, co się mówi, wszak Ty rzuciłaś mu, by nie wracał. Nie przypuszczałaś wtedy, że on z tego tak szybko skorzysta, no i nie przypuszczałaś jaka będzie Twoja reakcja na to. Choć myślę, że bardziej to reakcja na to, że tak szybko to uczynił, a nie na Wasze rozstanie.

          Bo człowiek jest jakioś paradoksalny. Sama tego doświadczyłam. Na etapie, na którym byłam przekonana, że jedynym wyjściem jest rozstanie z m., wręcz szukałam sposobós przeprowadzenia tego dowiedziałam się, że być może mój m. spotyka się z kimś. I choć normalnie wtedy wręcz dopłaciłabym by go jakaś zabrała z mojego domu, to jednak sposób w jaki informacja przyszła spowodował takie ukłuci. Wtedy pomyslałam, że tak czują się zdradzane kobiety.
          Paradoksem było, że równocześnie to poczułam, mimo, że chciałam już wcześniej rozstania z innych powodów i generalnie nie ważne było, czy jest prawdą, czy nie, że mnie zdradza.

          Z Twoich postów widać też wielkie skierowanie na męża. Za mało widzę Twojego osobistego zadbania o siebie. Mam wrażenie, że chciałabyś mu nieba uchylić, że nie wierzysz, że masz prawo stawiać warunki, granice. Wydaje się, że przypisujesz sobie o wiele więcej winy, niz powinnaś, a wręcz wybielasz m.
          Pomyśl o swojej sytuacji-jakby opowiedziała to sąsiadka. Co byś jej radziła? Jak wtedy widziałabys tak z zewnątrz to wszystko?

          I wcale to nie jest tak, że na tym forum tak zawsze radzi sie od razu rozwód. Do rozwodu potzrebny jest całkowity i trwały rozpad związku. U Was na razie jest kryzys, czyli etap w którym jeszcze można pracować nad związkiem-i nawet uratować go.
    • zipka Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 05.11.07, 10:31
      Ja właśnie to takowej dojrzałam.
      Wypaliło się we mnie wszystko co kiedyś czułam do tego faceta. Teraz jest dla
      mnie zupełnie obcym człowiekiem, sam do tego doprowadził, zdrady, obojętność,
      brak rozmowy, sex tylko dla zaspokojenia swoich samczych instynktów, zero
      czułości, zaangażowania, brak moralności brak swojego zdania,brak poczucia
      bezpieczeństwa (on ciągle się wyprowadzał), nie sprawdził się jako ojciec (widzę
      jak go męczą kontakty z dziećmi, zresztą sam mi to kiedyś napisał, że nie nadaje
      się do życia rodzinnego). Walczyłam, właściwie nie wiem po co, chyba dla dzieci,
      teraz widzę, że to nie ma sensu,nie zmienię go,nawet już tego nie chcę. Zaczynam
      życie od nowa,wiem że sobie poradzę, bo jestem silna i mam dzieci.
      • samaosia Dlaczego 05.11.07, 12:41
        Dlaczego tak jest, że faceci (mój mąż powiedzmy, nie wiem jak inni) w takiej
        sytuacji jak nasza, w ciągu dnia przez telefon rozmawia ze mną, zachowuje sie,
        tak jakbyśmy rano wyszli razem z domu, jakby nigdy nic? Czy to brak uczuc,
        emocji czy po prostu maskowanie się? A może odkładanie emocji, zostawianie ich
        "w domu"? Panowie, jak to z wami jest?
        • a.niech.to Re: Dlaczego 05.11.07, 17:03
          Może kontaktują się z nami na innym poziomie? Przestałyśmy być dla
          nich żonami/kobietami, lecz ciągle prowadzimy dom dla nich i dzieci.
          Stawiaja nas na równi z dobrymi znajomymi,z którymi łączy ich czas,
          zainteresowania, czasem interesy. Traktują nas, jak im się zdaje, w
          sposób adekwatny do sytuacji, w jakiej znalazło się
          małżeństwo/rodzina.
          Przyznam się, że trochę nie rozumiem Twojego pytania, z całą
          pewnością nie należę do mężczyzn, niby jak mieliby z nami rozmawiać?
          Z tłumionym szlochem w głosie czy z klątwą na ustach? Przeszli do
          porządku nad tym, co się stało, więc zachowują się w moim odczuciu
          poprawnie.
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 18:45
      a ja nadal czekam na jego powrót.
      czytam was czasami, ale to nie dla mnie. nie potrafie pojąć tej radości z "po".
      przecież "po' nie ma nic!

      to wszystko tak strasznie boli, ale jest szansa w terapii małżeńskiej, ale jaka
      szansa? .... tego nie wie nikt sad
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 19:52
        samaosia napisała:

        > a ja nadal czekam na jego powrót.
        Czyli na co? Na powrót sytuacji wyniszczającej Ci nerwy?
        > czytam was czasami, ale to nie dla mnie. nie potrafie pojąć tej
        radości z "po".
        > przecież "po' nie ma nic!
        "Po" jest przede wszystkim spokój i wolna przestrzeń, którą
        zapełnisz w/g własnego uznania.
        > to wszystko tak strasznie boli, ale jest szansa w terapii
        małżeńskiej, ale jaka
        > szansa? .... tego nie wie nikt sad
        Mąż zgodził się na terpię?
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 20:14
          tak, zgodził sie.
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 20:36
            Nadzieję podeprzyj wiarą, i niech dobrze będzie!
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 19:58
        samaosia napisała:

        > nie potrafie pojąć tej radości z "po".
        > przecież "po' nie ma nic!
        Wszystkim "przed" "po" jawi się jako koniec świata, a to tylko
        niewielki kataklizm na skalę lokalną. Nie wiem, czy znajdzie sie
        ktoś, kto się nie bał budowania na nowo zwyczajnego życia. Poczytaj
        optymistyczne wątki, a zobaczysz, jak wielką robotę wykonał czas
        przy naszej pomocy. Zawsze jest jakoś, po rozstaniu także.
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 20:18
          Ale chodzi o to,że ja nie jestem i mam nadzieję, że nigdy nie bede na etapie
          interesowania sie opcja "po". My się nie rozwiedliśmy jeszcze, jeszcze będziemy
          próbowac, mimo, że mieszkamy osobno. Mimo, że umieram z tęsknoty. Nie chcę
          czytać wątków "po" bo mnie tylko denerwują. Irytuje mnie to, że ludzie sie
          rozstają, wiem że to bezsensowne nerwy, ale nic nie poradze, denerwuję się
          czytając to.
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 20:39
            samaosia napisała:

            > Ale chodzi o to,że ja nie jestem i mam nadzieję, że nigdy nie bede
            na etapie
            > interesowania sie opcja "po". My się nie rozwiedliśmy jeszcze,
            jeszcze będziemy
            > próbowac, mimo, że mieszkamy osobno.
            Jasne, próbuj jak długo widzisz dla Was jakąś szansę.
            Powodzenia!
      • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 21:57
        Rzadko zdarza się czytać takie mądre, głębokie słowa.
        Powiedziałaś: "po nie ma nic". Masz rację. Hurraoptymizmem mogą
        tryskać ludzie lekko patrzący na życie lub głupi, szukający
        zieleńszej trawy lub/i ludzie, którzy faktycznie żyli w małżeństwie
        nie-do-zniesienia ( budowanie nowego związku na boku, fizyczne i
        psychiczne znęcanie się itd. Choroba psychiczna nie jest
        wystarczającą przesłanką do rozbijania związku i dziwne, że Majkel-
        pomagający w różnych sprawach prawnik - nie wypowiedział się w tym
        temacie w innym poście. Było to jego moralnym obowiązkiem). Rozwód
        to koniec historii, pewnego etapu, po którym już nic nie będzie
        takie samo, tak proste, oczywiste, ciepłe. Z rozwodem przychodzi
        kryzys pewnej formy człowieczeństwa, pewnego patrzenia na świat i
        ludzi. Rozwód to koniec historii jednostki, który w procesie
        umierania małżeństwa promieniował na całą rodzinę. Rozprzestrzeniał
        się jak pożar, trawiąc nowe przestrzenie. Rozsiewane tu mity o nowym
        życiu, o arkadii, legalizują pustkę i - proszę wybaczyć - głupotę.
        Wiem także, że przegrany, mimo obrazów pogorzeliska swojego
        życia, czy też na przekór nim, umie budować nowy związek i umie być
        jego ostoją, fundamentem. Pewnie dlatego, że zna wartość
        niespełnienia.
        Jesteś godna największego uznania, samaosiu; jestem z Tobą,ja -
        stary, zmęczony człowiek, ale stojący mocno na ziemi, pełen wiary
        w człowieka i w miłość. Badania naukowe dowodzą, że terapia
        małżeńska jest niezwykle skutecznym narzędziem w przeważającej
        ilości przypadków. Mów mężowi od odpowiedzialności, o dziecku, o
        życiu. Nie błagaj, ale mów; twardo, konsekwentnie - dopóki można. I
        tak wierzę w Ciebie.

        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 09.11.07, 22:46
          Dzięki Kasper za te badania naukowe, potrzebne mi są takie malutkie pociechy.
          Zobaczymy.
          Łatwo mówić "nie błagaj" jak to już drugi tydzień a ja umieram z tęsknoty
          • matylda_n Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 14:25
            A nie pomyslałś, że takimi błaganiami, wzbudzaniem poczucia litości, winy, płaczami, histeriami, wrzaskami, itp to tylko odpychasz faceta od siebie ? Jesli sytuacje pojawiają się często to wręcz uniemozliwiasz nawiazanie jakiejkolwiek rozmowy, bo facet z obawy przed kolejną porcją lamentów czy krzyków poprostu będzie unukał konfrontacji.
            Chcesz koniecznie aby wrócił, a co jestes gotowa mu teraz zaoferowac ? Jesteś roztrzęsiona, reagujesz impulsywnie, nie panujesz nad własnymi emocjami, zachowaniem...
            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 15:01
              A co ty możesz wiedzieć?
              .....
              • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 15:53
                Widzę Samaosiu , że wybierasz tylko te posty , które Ci
                odpowiadają , a cała reszta nie ma racji.

                Naucz się przyjmować krytykę , czytać rzeczy nieprzyjemne dla
                Ciebie , ale prawdziwe i wyciagać z nich wnioski.

                Prosiłaś o rady i wsparcie , a nie słuchasz tego , co piszą Ci
                ludzie ze sporym życiowym doświadczeniem.
                Więcej pokory , moja droga.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 19:28
                  wsparcie nie polega na kopaniu leżącego. Na to przyjdzie pora później
              • matylda_n Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 15:54
                Pewnie, tak najprościej skwitować sprawę...
                Jak z mężem też w ten sposób rozmawiasz, to wcale sie nie dziwię, że komunikacja między wami nawala.
                Możesz uciekac przed takimi pytaniami ale w takim razie czego spodziewasz sie po terapi małżeńskiej ? Sądzisz, ze terapeuta powie: "a teraz podajcie sobie rączki na zgodę" - i juz załatwione...

                • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 16:15
                  Matyldo , widzisz że to jak grochem o ścianę...
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 20:30
                    Zaślepiły ją rozedrgane emocje. Normalna reakcja, którą trzeba
                    przeczekać, aż pojawi się trzeźwy rozsądek.Dopiero wtedy warto
                    gadać, gdy jest szansa, że komunikat dotrze.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 19:30
                  Nie chce mi sie z tobą teraz rozmawiać. Mam swoje przemyslenia, nie potrzebuję
                  teraz kopania. Czasami wystarczy wysłuchanie, wszystko co napisałas wczesniej
                  wiem, ale nie potrzebuję ciągłego uswiadamiania mi tego. Czasami człowiek nie
                  potrafi racjonalnie sie zachowywać i może warto to czasami uszanowac.
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 20:31
                    Przytulam i gładzę po główce.
        • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 17:54
          To ja Ci powiem "po nie ma juz nic" to slowa bzdurne i zle.
          Byc moze można by przejśc spokojnie obok nich, gdyby Samaosia nie byla matką -
          jej zycie, jej problem.
          Ale Ona ma dwoje dzieci. Jest za nie odpowiedzialna. Nie moze dopuscić, by zycie
          zwalilo im sie na glowę. By płacili cene niepowodzenia rodzicow.
          To co proponujesz, to wbrew pozorom potworne samolubstwo - liczy sie tylko
          małzeństwo, tylko ten porzucany i jego uczucia, a potem niech wali sie swiat.
          A świat musi istnieć - dla dzieci wlaśnie.
          Ja od osmiu lat jestem sama - rozumiesz? Cięzko pracuje, uczę sie i wychowuje
          corkę. Wiec może to ja powinnam rwać szaty na dźwięk slowa "rozwód" - a nie Ty,
          ktory załozyłeś nową rodzinę.
          Mnie nawet do glowy nie przyszło wiązanie sie z kimkolwiek dopoki nie odchowam
          dziecka, za nic nie chciałam fundowac corce ojczyma, znam wiele historii takich
          rodzin, niestety nie sa to radosne opowiesci. Mego byłego meża - czyli jej ojca
          - bardzo lubie i szanuje - zawsze bedzie dla mnie w jakis sposób bliską osobą,
          mimo ze to on odszedł - historia rozpadu naszego zwiazku nawet nieco
          przypominala historię Samaosi.
          Pracowałam nad tym, zeby go nie znienawidzić, nie odrzucic w calości -
          przygladalam sie swoim emocjom, staralam sie łagodnie nimi kierować, nieco
          studzić, przygladalam się naszemu zwiazkowi z jego punktu widzenia, starajac sie
          go zrozumieć. Udalo sie, i uważam, ze mimo rozwodu - wygrałam. Wciąż potrafimy
          obdarzać się zyczliwością, rozmawiać i zartować razem z naszą corką, wspolnie
          sie o nią troszczyć.
          Odmawiać zastanowienia sie nad tym, co bedzie jeżeli - to postawa, ktora w razie
          przegranej grozi katastrofą. A ta katastrofa dotyczyc bedzie przede wszystkim
          dzieci.

          Jednocześnie gorąco zyczę Samaosi, by terapia sie powiodła, by kryzys umocnił
          jej związek, by była szczęsliwa.
          • nangaparbat3 to powyzej do Kaspra n/t 10.11.07, 17:55

          • sylwiamich Re: Nango 10.11.07, 18:03
            Bardzo mądry post.Żeby coś takiego napisać trzeba być dobrym i
            mądrym cżłowiekiem któremu obce jest słowo "małostkowość".
          • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 09:15
            Mylisz się, Nango, że to są słowa bzdurne i złe. One są potrzebne.
            Jest potrzebne zaakcentowanie granic działania, możności i
            niemożności, potencjalnmych możliwości, a także - potrzebnej wiary.
            We wszystkich kulturach, od zawsze, jak daleko sięga - nawet -
            tradycja niepisana - ślub był bramą, prowadzącą do nowego, innego
            życia. To miało być inne życie także dla tych, którzy-nieświadomi
            niczego-otrzymali swój byt z racji tego małżeństwa. Zaczyna ono
            swoje racje istnienia, swoja własną ewolucję, ale przecież
            oddziaływuje na wielu innych, dzieci, wnuków, bliską rodzinę, a
            także przyjaciół.
            Rozwód to kres wszystkiego. Rozwodzący się i niczego nieświadome
            dzieci, najbardziej dotknięte, mające zazwyczaj do końca nadzieję,
            że "to niemożliwe", "tak nie może być" itd., już zawsze będą mieć
            problemy z budowaniem historii swojej rodziny. Zrozum i przyjmij -
            bez długich uzasadnień - tak naprawdę jest!
            I w tym znaczeniu napisałem, że rozwód to "koniec historii"
            pewnego małżeństwa i pewnej rodziny. Nie wiem, gdzie znalazłaś w
            moich słowach, nango, że liczy się tylko małżeństwo i tylko uczucia
            przegranego? Chciałem zaakcentować, że Samaosia ma robić wszystko,
            by do tego nie dopuścić, a Wy wszyscy, którzy przeszliście przez
            piekło rozwodowe i po-, macie jej w tym pomóc. I robicie to, dajecie
            rady itd. Jeśli potrzebuje nadziei, musi ją dostać; jeśli wsparcia -
            także. Gdy wyczerpie wszystkie środki - i przegra - to przegrają
            także jej dzieci.
            Na tym forum pisze wielu odpowiedzialnych ludzi (nie mnie
            oceniać, ilu i czy wszyscy, w jakim stopniu itd.), więc jeśli
            Samaosia przegra, to będzie także nasza przegrana. Dlatego jestem z
            nią i wierzę w nią. To, co robi, jest słuszne, jest sprawiewiedliwe.
            Kiedyś będzie dumna z tej walki, z tych załamań, tych potknięć,
            wstawania i upadania. Nie można inaczej, aczkolwiek można i trzeba
            racjonalizować swoje czynności. Ja np. tego nie wiedziałem.
            Natomiast co do mnie; jeśli można, odpowiem na ukryte w Twoim
            komunikacie pytania. Rozumiem Ciebie, Twój ból, ciężkie życie. Ja
            chciałem uratować mojemałżeństwo i rodzine przez około dwóch lat.
            Nie udało się. Tak bywa. Jeśli chodzi o środki materialne
            zabezpieczyłem dostatnio życie moich bliskich. Nie chciałem być sam,
            chciałem mieć rodzinę, bezpieczne jutro, ciepło i serdeczność. Gdy
            moja była żona spaliła mi dom ( w pełnym tego słowa znaczeniu)
            wiedziałem, że muszę go odbudować. To był mój obowiązek - nie
            rozpaczać, ale żyć,być. Po prostu. Gdy spotkasz właściwego
            mężczyznę, na pewno przyjdzie Ci do głowy związać się z nim. Wiesz
            dlaczego? Jesteś bardzo mądra, jesteś uczciwa, masz wiele do
            zaoferowania. Ale nie gań mnie. Zanim zrobiłem, co zrobiłem - długo
            czekałem.

    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 19:46
      wiem, wiem, ze robię źle, wiem, że powinnam zająć sie sobą, wiem, ze duża czesc
      was, jesli nie wszyscy macie racje w tym co piszecie. Ale do cholery, nie
      potrafie tej wiedzy przekuć na działania. Zamęczam faceta, niszczę własne życie,
      zaniedbuję dzieci, wiem, wszystko wiem, robię błedy, ale co zrobic? Związać
      sobie rece? Wyrzucic komórkę? Łatwo wam mówic, rozum wie jedno a serce, emocje
      radzą robic cos innego. i to robię, wiem, ze zle, ze to bład, ale co
      zrobić...... zakneblowac sie. Skoro wszystko we mnie krzyczy, wyje i płacze.
      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 20:36
        Samaosiu!
        Musisz ię skanalizować. Możesz się wygadać, wykrzyczeć albo upić,
        ale stanowczo powinnaś wyzbyć się negatywnych emocji. Często
        wystrczy je z siebie wyrzucić i nabrać dystansu.
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 20:41
          Co mi da wywalenie negatywnych emocji? Mam stanąć na moście i wrzeszczec na
          pociągi? Przecież nie wykrzyczę ich jemu, i tak juz ma pretensje, że to co do
          niego mówie to są pretensje. A to żadne pretensje nie są, to moje mysli i uczucia

          Do dupy z tym wszystkim. Do dupy!
          • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 21:05
            Jesteś w bardzo trudnym momencie...nie wiesz co dalej.Wszystkie
            emocje związane z byciem z nim i porzuceniem przez niego masz
            razem.Twoje wiara że będziecie razem, tak naprawdę Ci
            przeszkadza...bo motywuje do działania.Głupiego działania.Może
            zacznij się godzić z tym że nie będziecie juz razem...
            • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 22:09
              Daj szansę efektom terapii. Nie uprzedzajmy faktów.
            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 22:59
              Nie! Bo to byłby koniec. Nie będę sie z niczym godzić.
              • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:22
                Ale Ty sama sobie ten koniec zgotujesz.Właśnie chceniem.
                • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:32
                  A może gdybyś potrafiła sobie wyobrazić że możesz żyć bez niego, on
                  mógłby wrócić do tego domu i Ciebie
                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:36
                    Nie do końca rozumiem twój tok myślenia. Skąd on będzie wiedział, że umiem zyć
                    bez niego. A skąd on będzie wiedział, że umie żyć beze mnie? Mamy wspolne
                    interesy, finanse, widujemy sie codziennie, nie jestesmy w stanie sie nie
                    kontaktowac.
                    Wyjaśnij mi, proszę, co dokładnie miałaś na mysli
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 09:11
                    Proponujesz jej jakąś ekwilibrystykę emocjonalną. Życie jest dużo
                    prostsze, bywa jak grzmotnięcie pięścią między oczy. Oberwiesz i
                    robi się jasno. Wtedy zaczynasz widzieć, co dalej.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:34
                  To co mam robić? Jak sie zajmę sobą i będę udawała szczęśliwą i zadowoloną to on
                  sobie pomyśli, że wcale go nie kocham już i szybko pogodziłam sie z odejsciem.
                  Jeśli skoncentruję się na sobie, to on pomyśli, że mi nie zależy.
                  To, co robię teraz, też jest złe, wiem, ale to jest silniejsze ode mnie. Mam mu
                  powiedzieć "mam cie w dupie, rób co chcesz?" przecież to chore. Mam nic nie
                  robić, zostawić sprawy własnemu tokowi i czekać na rozwój wydarzeń? Oszaleję.
                  Wiem, zachowuję sie jak histeryczka, mam tego świadomosc w przebłyskach
                  rozsądku, ale czy wy nigdy nie zachowywałyscie sie jak histeryczki? Jesli jednak
                  tak, to co wam wtedy pomogło? Ja dodatkowo mam zaburzenia hormonalne, które
                  totalnie rozchwiały moją psychikę (to pewnie jeden z gwozdzi do trumny naszego
                  związku), więc czasami racjonalizowanie nie pomaga, emocje wygrywają.
                  Ale z drugiej strony boję sie tego, że on pomysli, ze sie pogodziłam z tą
                  sytuacją i odpuści.
                  No co ja poradzę, że jestem w totalnym dołku?!
                  • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:42
                    Biło mi okrótnie...posunęłabym się niemalże do wszytkiego.Ale
                    kurde...okres opamiętania musi być.Wcześniej czy póżniej.Ciągłe
                    powtarzanie sobie jak mantrę "bez niego świat przestanie istnieć" to
                    samobójstwo.Samosprawdzająca się przepowiednia.Nie jesteś pierwsza i
                    ostatnia.I przestań się wreszcie nakręcać.A jesli dasz mu spokój i
                    on sobie szybko odpuści...nie kocha Cię juz i ucieszy się z szybko
                    odzyskanej wolności.Nie da się zakląć rzeczywistości...kurde...nie
                    da się.Nikt Ci nie każe mówić że masz go w dupie.Daj mu czas.Umówcie
                    się na jakiś termin z tą decyzją.Jesli dalej nie będzie
                    wiedział...zacznij myśleć o sobie tylko.Można.Ja jestem tego
                    pzrykładem.Przed Tobą Twoje życie...sama je sobie projektujesz.
                  • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:43
                    A leczysz te zaburzenia? Bo to przeciez przede wszystkim Tobie same utrudnia zycie.
                    Jemu mozesz powiedzieć: kocham cie i chce z tobą byc - jesli jednak nie wiesz,
                    czy też tego chcesz, poczekam, i zaakceptuje taka decyzję jaka podejmiesz.
                    Kocham cie tak bardzo, że nie bedę cie przymuszać do powrotu,tak bardzo, ze
                    jeśli nawet wybierzesz rozstanie, nie bedę cie za to karać i zawsze mozesz być
                    pewien mojej przyjaźni. Ale jesli postanowisz wrocić, będę bardzo szczęśliwa.
                    To ze zajmiesz się wsobą, a jemu dasz odetchnąć, w zadnej mierze nie moze
                    swiadczyc o tym, ze juz go nie kochasz, ze już Ci nie zalezy. Jedno z drugim nie
                    ma nic wspólnego.
                    Ale, Samaosiu, wciąż pamietam, jak napisałaś, że chcialabys, by Ciebie pragnal,
                    po to, żeby go odtrącić.
                    Czy to jest miłość?
                    Bo co, do diabla,innego mozna powiedzieć komus, kogo sie kocha?
                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:56
                      O rany, być może tak napisałam w złości, być moze chciałam go ukarać za to, że
                      mnie opuścił. Być może. Być może czasami jeszcze tak czuję. To moje odczucia i
                      mam do nich prawo, mam prawo czuć sie skrzywdzona i porzucona, dokładnie tak
                      samo jak on ma prawo czuć sie tak, jak sie czuje.
                      Nic nie robię ze swoimi problemami, teraz zacznę robić, ale do tego potrzebne
                      jest wsparcie kogoś. Kogoś bliskiego, kogoś kto przypilnuje, przynajmniej w
                      początkowym okresie, kogoś kto czasami poprowadzi za reke. A ja kogoś takiego
                      nie mam. Nigdy nie miałam. Słyszałam tylko "zrób cos z tym", ja mówiłam "dobra,
                      później" i tak sie toczyło. a teraz nie mam już nikogo kto mógłby mi pomóc
                      zadbać o to.
                      Uzgodniliśmy, że jesteśmy wspólnie winni temu co działo sie do czasu
                      wyprowadzki, ale co z sytuacją po wyprowadzce? Co z moim poczuciem winy po jego
                      odejsciu? Co z moim poczuciem żalu i skrzywdzenia po jego odejsciu? Co z jego
                      emocjami po odejsciu? Jak sobie z tym poradzić w razie chęci naprawy i
                      ewentualnego powrotu? W końcu, nie wszystko stracone, mamy chodzić na terapię.....
                      • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:31
                        samaosia napisała:

                        > O rany, być może tak napisałam w złości, być moze chciałam go ukarać za to, że
                        > mnie opuścił. Być może. Być może czasami jeszcze tak czuję. To moje odczucia i
                        > mam do nich prawo, mam prawo czuć sie skrzywdzona i porzucona, dokładnie tak
                        > samo jak on ma prawo czuć sie tak, jak sie czuje.

                        Z tego co pamiętam, pisałaś tak zanim Cie opuscił. Ale nieważne. Oczywiscie ze
                        masz prawo czuc co czujesz. Masz takze prawo czuc pragnienie dokopania mu.
                        Pragnienie zemsty. Ale w zestawieniu z Twoimi deklaracjami milosci brzmi to
                        niepokojaco. Prędzej bym rozumiała wbijanie szpilek w laleczkę.
                        Zastanawiam sie, dlaczego to dla mnie brzmi tak falszywie. Moze dlatego, ze jest
                        instrumentalnym traktowaniem seksu.


                        > Nic nie robię ze swoimi problemami, teraz zacznę robić, ale do tego potrzebne
                        > jest wsparcie kogoś. Kogoś bliskiego, kogoś kto przypilnuje, przynajmniej w
                        > początkowym okresie, kogoś kto czasami poprowadzi za reke. A ja kogoś takiego
                        > nie mam. Nigdy nie miałam. Słyszałam tylko "zrób cos z tym", ja mówiłam "dobra,
                        > później" i tak sie toczyło. a teraz nie mam już nikogo kto mógłby mi pomóc
                        > zadbać o to.

                        Samaosiu, jest takie powiedzenie, bardzo madre (bo talmudycznewink

                        JEśLI NIE JA, TO KTO, JEśLI NIE TERAZ, TO KIEDY?

                        Jestes dorosłą, wykształconą kobietą - wbrew pozorom potrafisz stac na wlasnych
                        nogach. Zacznij terapię - tę wlasną, hormonalną, nie jestes juz małą
                        dziewczynką, ktora ktos dorosły musi prowadzic za raczke. Trafisz, dojdziesz tam
                        sama.
                        I chyba dobrze by bylo pochodzic do psychologa i popracować nad obrazem siebie
                        samej, nad swoim funkcjonowaniem wśród ludzi i w ogóle w swiecie - równolegle do
                        terapii malzeńskiej, jesli takie rzeczy sie stosuje.
                        > Uzgodniliśmy, że jesteśmy wspólnie winni temu co działo sie do czasu
                        > wyprowadzki, ale co z sytuacją po wyprowadzce? Co z moim poczuciem winy po jego
                        > odejsciu? Co z moim poczuciem żalu i skrzywdzenia po jego odejsciu? Co z jego
                        > emocjami po odejsciu? Jak sobie z tym poradzić w razie chęci naprawy i
                        > ewentualnego powrotu? W końcu, nie wszystko stracone, mamy chodzić na terapię..
                        > ...
                        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:42
                          Instrumentalnym traktowaniem seksu?? Nie, tego nigdzie nie napisałam (chyba, bo
                          zaczynam wątpic w swoją poczytalnośc)
                          zanim mnie opuścił, tak tylko wtedy już mnie opuścił emocjonalnie, zrobił coś
                          czego nie potrafiłam zaakceptować w świetle naszych wczesniejszych ustaleń
                          (teraz pewnie bym to bez mrugnięcia zaakceptowała, wiedząc jak mogłoby sie skonczyc)
                          Nie wiem, nic nie wiem, chyba oboje potrzebujemy tej terapii.

                          Niektóre zaburzenia robią takie spustoszenie w psychice, ze czasami
                          (dowiedziałam sie od terpauety, nie miałam o tym pojęcia, obwiniałam sie za
                          swoją opieszałosć) potrzeba kogoś kto wesprze. Objawami są skłonności do
                          autodestrukcji, wiem usprawiedliwiam sie, ale tego mi teraz potrzeba, odrobiny
                          usprawiedliwienia.

                          > I chyba dobrze by bylo pochodzic do psychologa i popracować nad obrazem siebie
                          > samej, nad swoim funkcjonowaniem wśród ludzi i w ogóle w swiecie - równolegle d
                          > o
                          > terapii malzeńskiej, jesli takie rzeczy sie stosuje.

                          Stosuje się. Taki jest plan. Poza mężem mam wiele nie przepracowanych waznych
                          spraw, to wszystko złożyło sie na zaistniałą sytuację i mój stan.
                          • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:59
                            samaosia napisała:

                            > Instrumentalnym traktowaniem seksu?? Nie, tego nigdzie nie napisałam (chyba, bo
                            > zaczynam wątpic w swoją poczytalnośc)

                            Nie wątp, Boze broń, ja to piszę, tak rozumiem marzenie o tym, by on Cie pragnąl
                            i bys go mogła odtrącić wtedy.
                            > zanim mnie opuścił, tak tylko wtedy już mnie opuścił emocjonalnie, zrobił coś
                            > czego nie potrafiłam zaakceptować w świetle naszych wczesniejszych ustaleń
                            > (teraz pewnie bym to bez mrugnięcia zaakceptowała, wiedząc jak mogłoby sie skon
                            > czyc)
                            > Nie wiem, nic nie wiem, chyba oboje potrzebujemy tej terapii.
                            >
                            > Niektóre zaburzenia robią takie spustoszenie w psychice, ze czasami
                            > (dowiedziałam sie od terpauety, nie miałam o tym pojęcia, obwiniałam sie za
                            > swoją opieszałosć) potrzeba kogoś kto wesprze. Objawami są skłonności do
                            > autodestrukcji, wiem usprawiedliwiam sie, ale tego mi teraz potrzeba, odrobiny
                            > usprawiedliwienia.

                            >
                            > Stosuje się. Taki jest plan. Poza mężem mam wiele nie przepracowanych waznych
                            > spraw, to wszystko złożyło sie na zaistniałą sytuację i mój stan.

                            To dobrze, mnie sie zdaje, ze przepracowac trzeba coś z dzieciństwa - w kazdym
                            razie Ci zyczę, zeby sie powiodlo i zebyś była szczęsliwa.
                            Acha - skoro Ty jestes w tak kiepskiej formie, a on sie wyniosł, na pewno pomocy
                            z zewnatrz potrzebuja tez dzieci.
                            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:05
                              Tak dzieciństwo to temat na dłuuuuugą opowieśc, nie to forum, nie ten czas.
                              Dzieci na pewno potrzebują teraz wsparcia, na razie sobie radzimy, ale rozważam
                              możliwośc czasowej "zamiany ról", czyli dzieci z nim a ja sama. Boli, ale dla
                              dobra dzieci być moze bedzie to konieczne
                      • nangaparbat3 za szybko kliknełam 11.11.07, 00:33
                        Jeśli postanowicie do siebie wrocic, pewnie terapeuta pomoze Wam poradzic sobie
                        z emocjami PO. I w ogole - po co sie martwic na zapas?
                        • a.niech.to Re: za szybko kliknełam 11.11.07, 09:52
                          nangaparbat3 napisała:

                          > po co sie martwic na zapas?
                          Rozwijanie czarnych scenariuszy jest szkodliwe.
                      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 09:47
                        Nieźle sobie radzisz. Umiesz zanalizować swoje uczucia, daj im teraz
                        upust, i będzie w porządku. Jeśli z nich się nie wydobędziesz, nie
                        widzę szans na powodzenie terapii.
                    • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 09:45
                      nangaparbat3 napisała:

                      > Jemu mozesz powiedzieć: kocham cie i chce z tobą byc - jesli
                      jednak nie wiesz,
                      > czy też tego chcesz, poczekam, i zaakceptuje taka decyzję jaka
                      podejmiesz.
                      > Kocham cie tak bardzo, że nie bedę cie przymuszać do powrotu,tak
                      bardzo, ze
                      > jeśli nawet wybierzesz rozstanie, nie bedę cie za to karać i
                      zawsze mozesz być
                      > pewien mojej przyjaźni. Ale jesli postanowisz wrocić, będę bardzo
                      szczęśliwa.
                      > To ze zajmiesz się wsobą, a jemu dasz odetchnąć, w zadnej mierze
                      nie moze
                      > swiadczyc o tym, ze juz go nie kochasz, ze już Ci nie zalezy.
                      Jedno z drugim ni
                      > e
                      > ma nic wspólnego.
                      Nango, hamuj. Po mojemu nikt Cię nie zrozumie, a przynajmniej nie
                      Samo. Mówisz o ideale, życie jest bardziej przyziemne, i dobrze.
                      Proponujesz ofiarnictwo, najczęściej bywa brane za głupotę. Zdajesz
                      sobie sprawę, jakiej trzeba krzepy, że tak kochać i dalej...gdy się
                      sprawa rypnie. Hm...Ty uniosłaś, ale nie każdy, stanowczo nie każdy.
                      • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 15:06
                        Kiciusia, nie widze w tym zadnego ofiarnictwa. widze jedyne wyjscie, by nie
                        robić z siebie ofiary, a jednocześnie nie iść w zemstę, agresję, szukanie na
                        silę nowego zwiazku.
                        A że to wymaga krzepy - fakt. Ale tez krzepy dodaje.
                        • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 18:30
                          Rozumiem, co piszesz. Zwracam jedynie uwagę na potencjalny odbiór
                          Twojego tekstu, którym Samo w tym momencie życiorysu możesz
                          dodatkowo namącić. I tak nie radzi sobie z chaosem uczuć, a Ty
                          wprowadzasz dodatkowe kategorie. Nie wiem, czy mam rację. Pragnę Cię
                          jedynie uczulić, że nasze słowa trafiają do konkretnych adresatów,
                          gdzie podlegają dalszej obróbce, oby intelektualnej. Piszę także o
                          sobie, dość często "bloguję".smile
                          • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 18:46
                            Pewnie masz rację smile
                            • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 19:09
                              Czytając Twoje posty Samaosiu odnosze wrażenie że całą energię jaka
                              masz wkładasz w "niemoc".Sama omotałaś się kajdanami i
                              łańcuchami.Nie szukasz pomocy dla siebie.Ty chcesz żeby on wrócił i
                              nic więcej.Nie chodzi Ci o to żeby mniej bolało.Ani żebyś się
                              zmieniła.Nie...Ty chcesz żeby On wrócił.Tak się nie da.Rozumiem Twój
                              strach, ból.Przechodziłam coś takiego.Ale ten stan trwał jakiś czas
                              a potem pobiegłam kłusem do lekarza po pomoc.Nie dlatego żeby on się
                              dowiedział jak bardzo cierpię...chciałam pomocy dla siebie.Nie rady
                              co zrobić aby wrócił.W zasadzie rozpoczęło się od tego momentu moje
                              odchodzenie od niego.Bo juz nie miałam wiary w to co nas
                              łączy.Wykorzystywałam każde zdarzenie żeby zapominać i zacząć żyć na
                              własny rachunek.Bo zakładałam że możemy ze sobą nie być.TO był
                              wielomiesięczny proces.Były tąpnięcia.Były.Ale one utrwalały we mnie
                              tylko pzrekonanie że na niego nie mogę liczyć...że ja bez niego
                              muszę istnieć.I istnieję.Coraz lepie...ze świadomością że nie dałam
                              mu się utopić...bo chyba o to mu chodziło...żeby ktoś go tak bardzo
                              kochał jak ja.Nie o bycie ze mną.
                              • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 19:37
                                Tak, całą energię jaka mi jeszcze pozostała wkładam w to, żeby coś zrobić, zeby
                                on wrócił.
                                Zmienić sie tez chcę, chcę żebyśmy spróbowali znowu. Zasługujemy na to.
                                A ja nie chcę zapominać, nie chcę od rozpoczynac procesu odchodzenia, bo my
                                bylismy dobrym małzenstwem w ogolnym rozrachunku, tylko jakos nam sie rozjechało.
                                Nie zakładam, że mozemy ze sobą nie być, jeszcze nie teraz.
                                A ja na niego zawsze mogę liczyć. Zawsze mogłam i nadal mogę, więc nie chcę sie
                                tak od razu poddawać, to dopiero dwa tygodnie, my naprawde mamy szanse byc dobrą
                                parą jeszcze, tylko coś sie musi wydarzyc, ale nie wiem co sad(
                                • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 19:45
                                  Niunia...ja już ciebie słuchać nie mogę.Jakbym była przy Tobie to
                                  mocno bym Cię przytuliła.Ja nie każę Ci odchodzić od niego.Dobrze że
                                  chcesz jeszcze spróbować.Ale zrób coś żeby mu pomóc.Idż do lekarza,
                                  porób badania.Weż antydepresanty, hormony...cokolwiek co cię postawi
                                  na nogi.Niech on złapie powietrze w płuca...jeśli nei dal
                                  siebie...zrób to dla Was
                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 19:53
                                    ......

                                    Zrobię to.
                                    Ja już też nie mogę sie słuchać.
                                    • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:00
                                      Zrób to...wszyscy trzymamy za Ciebie kciuki.Przytulam mocno.A to
                                      pomoże Ci zająć czas...na seriosmile)
                                      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:00
                                        ehhh
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 09:28
                    Bądź sobą. Emocje nie zawsze są dobrym doradcą, lecz nie da się im
                    zaprzeć ani ich oszukać. Pozwól sobie na płacz, złość i co tam
                    jeszcze. Zastanów się tylko nad formą - masz dzieci.
                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 14:04
                      a.niech.to napisała:

                      > Bądź sobą. Emocje nie zawsze są dobrym doradcą, lecz nie da się im
                      > zaprzeć ani ich oszukać. Pozwól sobie na płacz, złość i co tam
                      > jeszcze. Zastanów się tylko nad formą - masz dzieci.

                      Raz jeden rozpłakałam sie przy dzieciach. Staram sie stwarzać im pozory
                      normalnosci, ale wątpię, żeby wierzyły w moje starania. Nie potrafię pod maską
                      skryć tego co czuję. Mąż potrafi, przyjeżdża po dzieci jest zadowolony,
                      uśmiechnięty, wygłupia sie z nimi. Ja nie potrafię, rozrywa mnie od środka.
                      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 14:12
                        Spokojnie tłumacz dzieciom, co czujesz. To zapobiegnie wybuchom.
                        Wiem, ze łatwiej powiedzieć, a trudniej wykonać, tym bardziej że
                        masz małe dzieci. Umieć do nich mówić tak, żeby zrozumiały też nie
                        jest prosto. Wszystko lepsze niż życie w poczuciu zagrożenia, że
                        może nastąpić coś złego, czego się nie pojmuje.
                        • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 15:21
                          Staralismy sie nie klocic przy corce, chronic ja, na ile sie tylko da.
                          Miała 8 lat, kiedy wracalismy z wakacji i w aucie powiedzielismy jej, ze teraz
                          tatus bedzie mieszkal osobno. Usmiechnela się i oznajmiła: Spodziewałam się
                          czegoś takiego....
                          Apotem powiedziała, ze kiedy sie kłocilismy (a robilismy to akrajnie dyskretnie)
                          chciała uciec z domu, i woli, kiedy mieszkamy osobno.
                  • farrukh2 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 03.12.07, 09:49
                    Bardzo trudny moment dla Ciebie.
                    Mysle, ze jednak sama powinnas znalezc wyjscie z tego dola.Opinie
                    forumowiczow moga byc cenne,ale sa subiektywne.Zreszta to widac po
                    postach.Kazdy ma swoje doswiadczenie i po swojemu z tego
                    wychodzil.Ktory sposob jest wlasciwy?Ten, ktory da efekt pozadany.A
                    ktory Ty masz wybrac?Nikt tego Tobie nie powie.Musisz wybrac sama.
                    Ja z mojej strony wiem, ze czas jest najlepszym lekarstwem.Do tego
                    stosowalam ziolowe leki uspokajajace nerwy, plywalam do utraty
                    tchu.Czas jaki sobie dalam zmienil wiele.Dzis wiem, ze wybralam
                    dobrze.Ale place ogromna cene za to, moje dzieci tez.
                    Ale wiem, ze gdy ma sie swiadomosc,ze zycie nie polega tylko na
                    stapaniu po platkach roz, odkrywamy tyle jego pieknych stron...
                    Nastaw sie pozytywnie,uspokoj sie przedewszystkim, bo widac, ze
                    stres Cie calkowicie rozregulowal i latwo bedzie popelnic ogromne
                    bledy, ktorych moze bedziesz bardzo zalowac.
                    Mysl o sobie.Mysl o dzieciach.I pokochaj siebie,
              • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:36
                Samaosiu,
                Sylwia ma racje - kiedy za bardzo chcemy, działamy na swoja niekorzyść.To jest
                opisywane w psychologii - ani brak motywacji, ani zbyt silna motywacja nie
                sprzyjaja osiagnieciu celu.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 10.11.07, 23:41
                  sad rozumiem,
                  ale jak to sobie samej przetłumaczyć, szczególnie w takie dni jak dzisiaj, kiedy
                  nie potrafię zająć sie żadnymi sprawami domowymi a obowiązki zawodowe sie
                  skonczyły koło 16stej.
                  To już dwa tygodnie a mój stan sie nie zmienia, żeby nie powiedzieć że sie
                  pogarsza. Przecież ten pierwszy szok już powinien minąć.
                  A z drugiej strony ja wiem, że takie naciski na niego nie pomagają.
                  Jutro, obiecuję, nie zadzwonię ani razu, nie wyślę ani jednego smsa, wystarczy,
                  że sie zobaczymy jak przyjedzie po dzieci.

                  czasami jak sie widujemy normalnie rozmawiamy, przez telefon tez, a czasami nie
                  mogę przebywac w jego towarzystwie bo rozsadza mnie złośc i żal i daję mu to
                  odczuć, a znowu czasami tak tęsknię, że jestem w stanie go błagać. Po prostu
                  huśtawka nstrojów, szalejąca i wirujaca huśtawka, nie wiem co przyniesie mi
                  nastepna minuta (jesli chodzi o moje zachowanie, emocje) i najgorsze jest to, że
                  nie jestem w stanie tego kontrolować!!
                  • lapina Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:05
                    rety,mam dziwne uczucie jakbym słyszała siebie z przed kilkunastu
                    miesięcy, szalałam płakałam, czułam się jak wahadło z jednej
                    skrajności w druga, od bezślności i płaczu po złośc i gniew, czułam
                    się okropnie jakby mi ktoś odciął część ciała, czułam ,że moje życie
                    nie ma sensu, że chce umrzeć...mi pomogł psycholog i codzienne
                    rozmowy z przyjaciółką.
                    Dodam, ze rozstaliśmy się z mężem po ponad 2 letniej terapi
                    małżeńskiej... teraz jestem pewna, że zrobiłam za dużo, sama sobie
                    przedłużałam agonię, ale widzę to dopiero teraz wtedy nie byłam w
                    stanie tego zauważyć.
                    Jesli mogę Ci jakoś pomóc to bardzo chętnie! , dzisiaj pracuje do
                    późna moje córki są ze swoim ojcem
                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:19
                      Dziękuję.
                      Dlaczego rozstaliście się po tak długiej terapii. Co było nie tak w waszym związku?
                      Dlaczego terapia sie nie udała?????????????
                      • lapina Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:27
                        Jak to w życiu nic nie jest proste... mój mąż wszystkich
                        oszukiwał... jest narkomanem, okazało się, że cały czas bierze,
                        oszukiwał wsystkich... rodzinę , przyjaciół, swojego terapeutę,
                        psychologów, 10 miesiecy temu zrobił wyznanie życia, wyznał,że cały
                        zcas brał, terapie, leczenie na nic, moje wysiłki aby ratować
                        związek okazały sie...bezsensowne, czułam sie... rety czułam sie
                        jakby swiat wywalił się do góry nagami i w dodatku spadł mi na
                        głowe... poza tym czułam sie wykorzystana...och nawet teraz cięzko o
                        tym pisać bolało... i jeszcze moje córki potwornie to przezyły
                        zwłąszcza młodsza(wtedy 7 i 12 lat)
                        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:32
                          Przykro mi, bardzo mi przykro. Też mam córki. Mogę sie tylko domyślać co czują.
                          • lapina Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:40
                            Mineło parę miesięcy i jest zdecydowanie lepiej smile, tzn na pewno mi
                            i moim córkom, tak naprawdę cieszę sie zę się wyjasniło smile Początki
                            były trudne teraz powolutku jest coraz lepiej. Starsza korzystała z
                            pomocy psychologa, młodsza była dwa razy na wizycie ze mna, teraz
                            od 2 miesiecy chodzimy we trzy na terapię i jestem zadowolona bardzo
                            duzo te rozmowy nam dają smile Ja w każdym razie polecam ,służe w razie
                            czego namiarami, na dobrą terapię małżeńską też jeśli uznasz, że
                            jednak jeszcze warto.
                            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:44
                              Dziekuję, już jesteśmy umówieni. Kazde z nas było juz indywidualnie. Teraz kolej
                              na wspolną wizytę. Niezależnie od wyników terapii bede musiała pomyśleć o paru
                              spotkaniach terapeuty z dziecmi.
                          • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:43
                            Samaosiu , nikt Cię nie chce kopać!
                            Naprawdę życzę Ci , żeby Wam się udało , żeby terapia przyniosła
                            skutek , żebyście się porozumieli i żeby on wrócił. Wbrew temu , co
                            pisze Kasper , ja naprawdę ciesze się , jak komus sie udaje!!!

                            Tylko , że z tego co piszesz , wynika że sama kopiesz sobie dołek.
                            Nie możesz osaczać faceta ,bo tym bardziej go zniechęcisz!
                            Tak , własnie masz teraz dac sobie czas na spotkania z kolezankami ,
                            wizyty u kosmetyczki , zajęcie się sobą. On nie pomyśli , że go
                            odstawiłaś. Im bardziej naciskasz , tym bardziej on jest na nie.

                            Wiem to , bo sama wpadłam w taką pułapkę. Oni zwiewaja tym
                            szybciej , im bardziej na nich naciskamy i osaczamy.
                            Przerobiłam to na własnej skórze , niestety sad((

                            Ktos mi wczoraj napisał w mailu mądrą rzecz: Jak cos kochasz , puść
                            to wolno. Jeśli nie wróci, to znaczy , że nigdy nie było twoje.
                            Chociaż trochę się wkurzyłam , to musiałam przyznac rację.
                            Weź to sobie do serca , bo mam wrażenie , że swoim zachowaniem
                            przegrywasz. A ja Ci naprawdę dobrze życzę. Jak wiele osób na tym
                            forum.

                            Widzisz , naszym celem nie był rozwód jako taki. Próbujemy znaleźć
                            się po , ale nauczeni przykrym doświadczeniem wiemy , gdzie
                            popełnilismy błąd. I chcemy innych od tego uchronić.
                            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:46
                              Rozumiem. W tej chwili rozumiem, jutro albo za godzinę nie bede potrafiła tego
                              zrozumiec. Nie bede mogła zaakceptować tego co napisałaś. I tak wygląda moje
                              całe życie, jedno wielkie rozchwianie emocjonalne, ku*wa!
                              • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 00:58
                                Cholera , naprawdę chciałabym Ci pomóc , ale nie umiem...
                                Rozumiem Twój ból , rozterki , żal , złość... naprawdę...

                                A tak a'propos... czy bierzesz jakieś leki na Twoje problemy
                                hormonalne? Koniecznie idź do lekarza. Widziałam efekty terapii ,
                                bardzo Ci może pomóc.
                                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:08
                                  Nie biorę. Jestem na etapie umawiania sie na wizyty i badania, od lat już nie
                                  badałam stanu hormonów. Dodatkowo te leki tragicznie dzialają na psychikę, na
                                  samopoczucie, na wszystko, pół tabletki wyłącza z życia na conajmniej dobę. Jak
                                  mam je brać sama będąc tylko z dziecmi? One mają koszmarne skutki uboczne,
                                  dlatego zresztą przestałam je brac.
                                  • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:13
                                    Teraz są nowe leki, moze zreszta tamte byly źle dobrane. Nie boj sie lekow, byle
                                    je przepisal madry lekarz, ktory widzi całego pacjenta, a nie tylko kawalek.
                                    Dobrej nocy, Samaosiu
                                    n.
                                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:16
                                      sad To najnowsze leki. Niestety. Zobaczymy. dobranoc
                                      • lapina Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:23
                                        Życzę, żebyś jutro poczuła się choć trochę lepiej!!! Śpij dobrze!
                                        Dobranoc wszystkim , koniec pracy, zbieram sie do spania smile
                                  • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:14
                                    Miałaś po prostu źle dobrane leki.
                                    Zmień lekarza i koniecznie zacznij terapię od nowa. Leki powinny
                                    poprawiać stan psychiki , a nie ją demolować. Troszkę w tym siedzę ,
                                    chociaż nie jestem lekarzem smile
                                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:26
                                      Tak, antydepresenaty powinny poprawiac psychikę, to fakt. Ale leki na zaburzenia
                                      hormonalne niekoniecznie. Leki były jak najbardziej dobrze dobrane, zaczynałam
                                      od najprostszego, najbardziej popularnego i zarazem najtańszego - odpadł dośc
                                      szybko bo wśród objawów ubocznych pojawiały sie nawet halucynacje smile poźniej
                                      trochę lepszy, droższy - prawie to samo, poźniej jeszcze lepszy i jeszcze
                                      droższy - minimalnie lepiej ale dodatkowe objawy. Próbowałam równiez najnowszego
                                      i najdroższego (kilkaset złotych za klika sztuk tabletek) - bardzo podobnie, ot
                                      taka moja natura, tak reaguję na te leki. Dodatkowo zniechęcili mnie lekarze, co
                                      badanie to inny wynik, raz tak raz owak, w koncu powiedziałam sobie dośc i
                                      odpuściłam. Nikt mi nie powiedział, że wszystkie objawy jakie mam (a jakie tak
                                      strasznie zle działają na mojego męża) to wynik tych zaburzeń, żaden lekarz
                                      endokrynolog nie powiedział mi, że problemy emocjonalne, skłonnosci do depresji,
                                      autodestrukcji, obniżenie libido to wszystko jest związane z tą konkretną
                                      jednostką chorobową. Trochę sie domyslałam, trochę bagatelizowałam, zrzucając
                                      winę na przemęczenie i stresową sytuację życiową. I tak sie toczyło, spirala
                                      wzajemnych żalów i pretensji sie nakręcała, mąz miał swoje problemy, wszystko
                                      sie rozlazło, zamotało i pękło. Teraz nie mam siły zajmować sie sobą, nie mam
                                      siły zajmowac sie niczym, stresująca sytuacja sie pogłębia, dół sie pogłębia, ja
                                      zapadam sie coraz bardziej, robię głupstwa, co zresztą widać po moich postach,
                                      on sie usztywnił, dzieci cierpią i kółko sie zamyka. Jest jakieś wyjscie?
                                      Rozwiązanie? Zaczynam poważnie wątpić. Ja sie chcę już obudzić z tego
                                      koszmarnego snu!!!
                                      • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 10:03
                                        samaosia napisała:

                                        > Ja sie chcę już obudzić z tego
                                        > koszmarnego snu!!!
                                        To twardy punkt wyjścia Twoich poszukiwań. Wystarczy jeszce
                                        odpowiedzieć na pytanie: Jak? Niezłą wbrew pozorom jest metoda prób
                                        i błędów przy wzmożonej samoobserwacji. Próbuj wszystkiego: terapii,
                                        separacji, rozwodu. Coś się najlepiej sprawdzi dla Ciebie i dzieci.
                                  • panda_zielona Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 01:39
                                    Witaj,bardzo Ci współczuję.Nie będę udzielać mądrych rad,bo
                                    dziewczyny prawie wszystko powiedziały.
                                    TYlko w sprawie terapii hormonalnej.Piszesz,ze od lat nie badałaś
                                    stanu hormonów,To ktoś Ci przepisywał te proszki na "ładne oczy"?
                                    Jak najszybciej powinnaś zrobić badanie i dopiero wówczas lekarz
                                    może zastosować odpowiednią dla Ciebie terapię np.specjalne
                                    plasterki.
                                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 02:06
                                      Nie, wtedy gdy miałam brac te leki to miałam robione wszystkie badania łącznie z
                                      rezonansem.
                                      Plasterki to nie ta opcja. Ale dzięki.
                                      Zobaczymy co będzie jutro. Idę spać.
                                      Dobranoc. To był ciężki dzień.
                                      • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:19
                                        Samaosiu,
                                        Moja sytuacja jest podobna - 2 dni temu moja żona powiedziała mi
                                        koniec, od dwóch dni wyję i niestety wychodzi na to, że alko pomaga
                                        (tylko przez upicie odważylem się to napisać). Nie mamy dzieci,
                                        jesteśmy razem od 13 lat, 6 lat temu był ślub. Też chcę i próbuję
                                        walczyć, a sam wiem najlepiej gdzie dałem dupy. Może się uda. Od
                                        dwóch dni ryczę, ale słucham cały czas tego - i po aloko i ty6m da
                                        się zasnąć. Życzę sukcesu www.youtube.com/watch?v=kjeh6P4sRfw
                                        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:28
                                          Dzięki, trzymaj się smile
                                          Chyba też w końcu zacznę robić sobie drinki.
                                          • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:33
                                            właśnie wychlałem wszystko co było w domu - nawet waniliowego
                                            absoluta. Nie odpuszczaj - ja też nie odpuszczę.
                                            • oinga Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:06
                                              Watpię, żeby to był dobry sposób na rozwiązanie problemów, ale
                                              owszen skuteczny na chwilowe ich odsunięcie. Niestety kiedy reset
                                              się kończy okazuje się , że wszystko powróciło do poprzedniego stanu
                                              i co znowu zalewac robaka?
                                              Pozdrawiam
                                          • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:50
                                            serdecznie pozdrawiam - będzie dobrze!
                                            • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 20:59
                                              Musi być dobrze!
                                              Chyba jutro sobie kupię jakiś alkohol i bede sie upijac co wieczór. Chociaż nie,
                                              wtedy byłabym jeszcze bardziej niepoczytalna, wystarczy, że go zamęczam na trzeźwo.
                                              Chociaż dziś ani razu nie zadzwoniłam i nie wysłałam ani jednego smsa (jeszcze
                                              sie dzień nie skonczył niby ale wytrwam), tylko dwa maile z piosenkami.....ale
                                              to się nie liczy wink
                                              Widzieliśmy się i nie zaczynałam żadnej rozmowy. Nie tryskałam jednak energią,
                                              tego nie potrafiłam udawać, stałam jak trzęsący sie kołek pod ścianą, jak
                                              przyjechał po dzieci. (jak wygląda trzęsący sie kołek??)
                                              Już jutro terapia wspólna, denerwuję się. Boję się ostatecznego "koniec".
                                              Oczywiście, żeby nie było za dobrze, zwaliły mi sie w ostatnim tygodniu na głowę
                                              gigantyczne problemy w pracy, finanse sie posypały, plany i projekty również.
                                              Jak się wali to wszystko na raz, co jeszcze mnei czeka, czym los mi jeszcze
                                              przywali w głowę....


                                              może faktycznie sie spić, ale nie chce mi sie wychodzic z domu, żeby coś kupić
                                              sad Do dupy wszystko.
                                              • lapina Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:05
                                                Ej no całkiem nieżle Ci poszło, zero telefonów zero smsów !,
                                                eh też pamiętam, dumna była z siebie ze nie zadzwoniłam...dałam
                                                radę smile
                                                Moze spróbuj jakoś konstruktywnie podejśc do wieczoru... moze jakiś
                                                konspekt na jutro, na terapie?, czego oczekujesz po tym wspólnym
                                                spotkaniu? uściski
                                                • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:26
                                                  w ciągu dwóch dni napisałem 10 sms'ów - odpowiedzi są mało ciekawe.
                                                  Może aż tak przwiniłem. Robota - olej to proszę - jeżeli dobrze
                                                  rozumiem, to Twoja firma ale może jest ktoś, komu możesz
                                                  zaufać.Jutro rano idę na zarząd mojego zakłdu i pierwszy raz w tym
                                                  roku biorę urlop - siedzę w domu i nie czytam służboych maili. Będę
                                                  czekałna telefon /sms'a - cokolwiek... Być może dla
                                                  niektórych "nieproszenie się" to powód do dumy - ja mam inaczej
                                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:38
                                                    dobranocc napisał:

                                                    > w ciągu dwóch dni napisałem 10 sms'ów - odpowiedzi są mało ciekawe.

                                                    Ehh, znam to, wyjątkowo często mi się przepełnia skrzynka. Poczytaj tego co do
                                                    mnie pisali wyżej ludzie, ja sie przeciwko temu buntuję, ale oni mają rację, daj
                                                    jej trochę oddechu. Ale nie odpuszczaj. Ja dziś dałam trochę oddechu, własnie
                                                    wysłałam pierwszego smsa i to nie błagalnego raczej techniczno-informacyjnego
                                                    nie zwiazanego z naszą sytuacją, wiec sie nie liczy.

                                                    > Może aż tak przwiniłem. Robota - olej to proszę - jeżeli dobrze
                                                    > rozumiem, to Twoja firma ale może jest ktoś, komu możesz
                                                    > zaufać.
                                                    Niestety a może stety muszę pracować, muszę prostować to co sie namotało w
                                                    ostatnich dniach.


                                                    Jutro rano idę na zarząd mojego zakłdu i pierwszy raz w tym
                                                    > roku biorę urlop - siedzę w domu i nie czytam służboych maili. Będę
                                                    > czekałna telefon /sms'a - cokolwiek...

                                                    Po dwóch tygodniach czekania mogę ci powiedzieć - lepsza jest praca, im ciezsza
                                                    i bardziej absorbująca tym lepiej. Najgorsze są weekendy, siedzienie i czekanie
                                                    przynajmniej mnie zabija. W tygodniu, w godzinach pracy normalnie ze sobą
                                                    rozmawiamy, kontaktujemy sie, to tez plus dni roboczych.
                                                    Ja tam wolę mieć coś do zrobienia, wtedy mniej mysle.

                                                    Być może dla
                                                    > niektórych "nieproszenie się" to powód do dumy - ja mam inaczej

                                                    Ja też mam. Ale rozumiem, że czasami źle pojęta duma nie pozwala wyciągnąć ręki,
                                                    wiem, znam to dobrze, bo nie raz robiłam taki błąd.
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:45
                                                    idę spać - jestem za pijany, żeby jescze coś pseud-mądrego napisać.
                                                    WYJĘ!
                                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:59
                                                    Pozazdrościłam i znalazłam wino, pierwszy raz w życiu sama własnoręcznie
                                                    otworzyłam wino (myslałam, że to jest trudniejsze), zrobiłam sobie grzańca.
                                                    Zobaczymy czy alkohol mi pomaga czy mnie dokumentnie rozwali
                                                  • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 22:02
                                                    Samaosiu i Dobranocc!
                                                    Macie wielkie , ogromniaste , puchate , ciepłe przytulaństwo ode
                                                    mnie!
                                                    Bedzie dobrze kochani smile))
                                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 22:03
                                                    smile
                                                    Jak ja bym chciała w to wierzyć, Boże jak ja bym chciała w to wierzyć
                                                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 08:02
                                                    Jakby nie było, zawsze będzie jakoś. A jak, tego się wkrótce
                                                    dowiesz. Wtedy będziesz wiedzieć, nie musisz w nic wierzyć.
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 20:07
                                                    właśnie zdałem sobie sprawę, że Jej imie jest moim hasłem i tutaj i
                                                    na wszystkich programach w pracy. Jest gorzej. We czwartek się
                                                    zobaczymy.
                                              • crazyrabbit Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:34
                                                Brawo Samaosiu smile
                                                Ale z alkoholem radziłabym uważać... ja zorientowałam się , że się
                                                zapętlam w momencie , kiedy nie udawało mi się zasnąć bez butelki
                                                wina albo czterech drinków sad((
                                                • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 11.11.07, 21:37
                                                  Pewnie masz rację, ale nie mam innego sposobu...
                                                  • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 22:21
                                                    Jest jeden: nie starac się zasnąć, tylko zająć się czymś.
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:20
                                                    wczoraj, a właściwie dzisiaj obudziłem się o 4 rano i zająłem się
                                                    paleniem papierosów, ale nie polecam tego zajęcia. Chyba kupię
                                                    jednak telewizor.
                                                  • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:26
                                                    Budzenie sie o 4 rano to jeden z objawow depresji. Od dawna tak masz?
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:30
                                                    zawsze zasypiałem późno - 1-2 w nocy, teraz od kilku dni budzę się o
                                                    4.
                                                  • marek_gazeta Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:36
                                                    Dokładnie, objaw depresji. Ja spałem po ok. 3 godziny dziennie przez jakiś dłuższy czas, nie pamiętam dokładnie, myślę, że ok. 1,5 - 2 miesięcy. W weekendy ratowałem się winem - jedna butelka wystarczała na dwie "sesje" po niecałe 3 godziny.

                                                    Najgorzej było obudzić się ok. 3.30 i rozmyślać do 7-mej. Beznadzieja, dół maksymalny.
                                                  • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:40
                                                    Ja zasypiałam cudnie...żeby obudzić się za 2-3 godziny tak wściekła
                                                    że rozwaliłabym cały świat.Te wakacje były przepite.Ale co
                                                    tam...wszystko juz za mną.
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:44
                                                    Zrobiłem sobie w tym tygodniu urlop - dzisiaj w dzień przysypiałem
                                                    kilka razy po 30 minut. Wczoraj, mówiąc wprost nawaliłem się i około
                                                    22 padłem. Wstałem o 4... Kilka miesięcy mówicie - fajnie nie
                                                    będzię.
                                                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 07:43
                                                    dobranocc napisał:

                                                    > nawaliłem się i około
                                                    > 22 padłem. Wstałem o 4... Kilka miesięcy mówicie - fajnie nie
                                                    > będzię.
                                                    Wystarczy, żebyś zamiast jednego problemu miał dwa. Piszę to nie na
                                                    żarty, słyszałam, że miejsce współmałżonka u niektórych osób zajął
                                                    nałóg. Idź do lekarza. To chyba najprostsze i najlepsze wyjście.
                                                    Wyciągają za uszy tłumy rozwodników.
                                                  • a.niech.to Przegapiłam 13.11.07, 07:39
                                                    sylwiamich napisała:

                                                    > Te wakacje były przepite.Ale co
                                                    > tam...wszystko juz za mną.
                                                    ..taką okazję! Zaliczyłam na żywca. A można było popaść w ramiona
                                                    nałogu...Ech...
                                                  • sylwiamich Re: Przegapiłam 13.11.07, 07:52
                                                    A.niech.to...to straszna nadinterpretacjasmile))Myślisz że to
                                                    zozżewnienie?smile))Nie w każde ramiona jestem tak bardzo skłonna
                                                    popaśćsmile)Raczej erotoman gawędziarz ze mnie.Wiesz...się
                                                    przyzwyczaiłam do gadania tylko o dupie...u mnie w pracy ciągle
                                                    żartują i ja też polubiłamsmile))
                                                  • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:42
                                                    No coż, leczenie depresji alkoholem to u nas w Polsce codzienność, nawet
                                                    najwieksi tak robili - ale to prosta droga do piekła.
                                                    Parę dni to jeszcze nie musi byc depresja, może byc stres.
                                                    ale jak sie bedzie przeciagać, poradzilabym sie lekarza. Teraz sa naprawde dobre
                                                    leki i nie uzalezniają - w przeciwieństwie -
                                                  • sylwiamich Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 12.11.07, 23:46
                                                    Nanga...brałam antydepresanty.Gdy zrobiło mi się lepiej rzuciłam się
                                                    w wir zabawy.Żeby sie śmiać, wygłupiać i nie mysleć.Czasami trzeba
                                                    tak głośno krzyczeć żeby właśnych mysli nie słyszeć.Ja tak głośno
                                                    krzyczałam.Są ludzie którzy potrafia lepiej to rozegrać...nie ja z
                                                    moim temperamentem
                                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 01:40
                                                    Właśnie, wczorajszy alkohol mnie powalił, w dosłownym sensie.
                                                    A dziś terapeuta skierował mnie na cito do psychiatry.
                                                    Uważaj na siebie dobranocc.
                                                    Ja w dwa tygodnie (może dlatego, że wcześniej miałam nie wyprostowaną sytuację)
                                                    zapadłam się na samo dno żalu, rozpaczy i tęsknoty.
                                                    Dzisiaj poczułam ramiona męża i jest mi minimalnie lepiej, muszę wierzyć, że
                                                    będzie lepiej, że nam sie uda, muszę!
                                                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 07:46
                                                    samaosia napisała:

                                                    > Właśnie, wczorajszy alkohol mnie powalił, w dosłownym sensie.
                                                    Dzieci są z Tobą.
                                                    > A dziś terapeuta skierował mnie na cito do psychiatry.
                                                    Nie zaniechaj wizyty.
                                                    > Dzisiaj poczułam ramiona męża i jest mi minimalnie lepiej, muszę
                                                    wierzyć, że
                                                    > będzie lepiej, że nam sie uda, muszę!
                                                    Alko Ci pomoże.
                                                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 07:37
                                                    marek_gazeta napisał:

                                                    > Dokładnie, objaw depresji.
                                                    Depresję diagnozuje się na podstawie kilku objawów. Bezsenność leczy
                                                    się inaczej niż wspomnianą chorobę. Wielu rozwodników jest
                                                    zmuszonych szukać pomocy u psychiatry. Kto korzystał, ten wie, że
                                                    lepsza kuracja psycho/farmakologiczna niż wielomiesięczna samotna
                                                    męka.
                                                  • marek_gazeta Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 08:38
                                                    > Depresję diagnozuje się na podstawie kilku objawów.

                                                    Miałem wszystkie prócz myśli samobójczych. Spoko, wiem, o czym mówię.
                                                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 07:31
                                                    nangaparbat3 napisała:

                                                    > Budzenie sie o 4 rano to jeden z objawow depresji.
                                                    Niekoniecznie, tak mają także nerwicowcy i starcy.
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 19:45
                                                    mam 34 lata. Nerwic wcześniej nie zdiagnozowano
                                                  • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 01:35
                                                    Ja się obudziłam o 5:30 i zajęłam się myśleniem. sad
                                                    Czyli objawy podobne.
                                                    dziś bylismy na terapii wspólnie. Widzę malutkie, malusieńkie światełko w tunelu.
                                                    Trzymajcie kciuki!
                                                  • dobranocc Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 13.11.07, 12:32
                                                    trzymam Samaosiu.
                                                  • samaosia wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 13:53
                                                    a mi nadal tak strasznie źle..
                                                    poczytałam sobie posty z początku wątku, jaka szkoda, że nie można cofnąć czasu,
                                                    jak bardzo wszystko byłoby inaczej, jak inaczej.
                                                    Nawet czytanie tytułu wątku mnie boli.
                                                  • sylwiamich Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 14:01
                                                    Wcale by nie było inaczej.Tylko w innym tempie, w innym rytmie.Ty
                                                    czas po prostu trochę przyśpieszyłaś.Nie katuj się...
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 19:43
                                                    niestety po alko (czyli teraz) mam nadzieję, że będzie dobrze a bez
                                                    alko nie mam nic. Korzystny bilans
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 22:18
                                                    jeżeli ktoś z Was mógłby polrecić szrinka w wawie będę wdzięczny -
                                                    niby to dopiero kilka dni, ale źle się zapowiada. coraz gorzej
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 22:46
                                                    co polecić??

                                                    a co robisz w kierunku prób ratowania? czy nie da sie już nic zrobić? moze załóż
                                                    nowy wątek, wiem po sobie, że wygadanie sie pomaga, minimalnie, ale jednak cokolwiek
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:04
                                                    psyhiatrę - widzę w sobie więcej złych objawów niż chlanie i pobudki
                                                    o 4 rano. Nie będę już zaśmiecał swoimi wątpliwej jakości wpisami
                                                    jakichkolowiek wątków. Napisałem, bom pijany
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:05
                                                    psychiatrę miało być
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:13
                                                    Mogę tu linka wstawić czy to bedzie kryptoreklama? bo poczty nie mam aktywnej,
                                                    zeby na priv wysyłac.


                                                    Pytam tak ogólnie, bo nie wiem kogo pytac
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:11
                                                    Ja znam. własnie do niego chodze. Full terapia. Psycholog, psychiatra, poradnia
                                                    małzenska. pełen wypas. POlecono mi, jest OK jak najbardziej.
                                                    zaśmiecaj, zasmiecaj, to pomaga.
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:23
                                                    gdzie chcesz - albo tutaj albo dobranocc@gmail.com
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:29
                                                    www.hilaritas.pl/
                                                    tylko ja bardzo proszę, żeby nikt kto zna tę placówke nie wypowiadał głosno
                                                    swoich negatywnych komentarzy. Ja jestem zadowolona, mój mąz chyba tez, nie chcę
                                                    się zniechęcać i szukać nie wiadomo czego.
                                                    Jesli jakies negatywy to nie mnie a dobranocc można powiedziec po cichu tak,
                                                    zebym nie slyszała
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:39
                                                    dziękuję. Jako praktyk reklamy, gdyby nie Twoja rekomendacja bym
                                                    uciekł po zobaczniu i usłyszeniu tej strony
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 13.11.07, 23:45
                                                    smile strony na szczęscie nie słyszałam (czasami warto miec wyłączony dzwiek w
                                                    kompie), nie strona i nie wnętrze poradni jest najważniejsze. Naprawde atmosfera
                                                    i fachowcy godni polecenia. Otoczyli mnie i mojego męza troskliwą opieką.
                                                  • dobranocc Re: wątek się zrobił tasiemcowy 14.11.07, 00:07
                                                    Dzięki Samaosiu,
                                                    Chyba nie poradzę sobie sam - alko (niestety) u mnie działa dobrze,
                                                    ale wiem, że to droga w jedną stronę. Walcz, ja będę walczył o ile
                                                    przetrwam jutro
                                                  • nangaparbat3 Re: wątek się zrobił tasiemcowy 14.11.07, 00:20
                                                    Słyszałam dobre rzeczy o przynajmniej kilku osobach tam pracujacych - wyglada na
                                                    to, ze rzeczywiscie dobrze trafiłaś.
                                                  • samaosia Re: wątek się zrobił tasiemcowy 14.11.07, 00:27
                                                    smile to dobrze, bardzo dobrze.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka