Dodaj do ulubionych

kiedy decyzja o rozwodzie?

26.10.07, 00:01
witam jako nowa. Od razu wyskoczę z pytaniem, mimo, że miałam ogromną nadzieję
nigdy na tym forum nie pisać (bez urazy wink)
Jestesmy małżenństwem od kilkunastu lat, mamy dwoje dzieci, dzieci są już
"odchowane" aczkolwiek w tzw trudnym wieku (nastoletnie). W naszym małżeństwie
od lat dzieje sie coś złego. Najpierw byliśmy ze sobą wręcz symbiotycznie
związani, teraz jestesmy dwojgiem obcych ludzi mieszkających pod jednym
dachem, mających wspólne problemy, finanse i co najwazniejsze - dzieci.
Kocham mojego męża, on też ponoć mnie kocha, ale nie potrafimy ze sobą już
rozmawiać. jest między nami ogromna bariera pełna żalu, pretensji i czegoś
jeszcze, czegoś, czego nie potrafimy nazwać.
Nie wiem, w którym momencie zaczęlismy oddalać sie od siebie, nie potrafię
tego okreslić. On ma do mnie pretensję o czepialstwo i awanturowanie sie (no
zdarza mi sie czasami) ja mam żal o beztroskę,nieodpowiedzialnosć i egocentryzm.
Nie potrafię ot tak opisać całej złożoności naszej historii, bardzo mi zależy
na jakieś dobrej, mądrej radzie ale nawet nie do końca wiem, czego oczekuję.
Czy to pora aby się rozstać? Czy mamy jeszcze szanse na wspolne życie? Czy coś
co sie rozsypało da sie jescze poskładać? Jeśli tak, to jak? Żadne z nas nie
chce tak na prawdę rozstania, gdyby tak było rozwiedlibyśmy sie już dawno
temu, podejrzewam, że gros par na naszym miejscu dawno by o sobie zapomniało.
my, mimo, że jest bardzo cieżko nadal jestesmy razem (to chyba zbyt duże słowo
na okreslenie naszych relacji) Ale czy to ma sens? Może nie warto?
Czy jest tu ktoś kto ma podobne doświadczenia?
Przepraszam za chaotyczną wypowiedz, ale jestem strasznie rozbita, nie mam już
od dawna na nic siły, jestem psychicznie wykończona, ale jakby znalazł sie
ktoś kto zechciałby pogdać, chętnie odpowiem na "pytania pomocnicze"
dzieki
Obserwuj wątek
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:22
        jutro? cukiernikiem? Rozumiem smile chociaz nie bardzo wink

        Możesz coś więcej o tym zmęczeniu materiału napisac? Jakie chwilowe rozstanie? A
        co powiedzieć dzieciom? Najbardziej na świecie nie chciałabym, żeby takie
        rozstanie się odbiło na ich psychice.
        Chwilowe to jakie? Tydzień? Miesiąc? Rok? Boże.....
        • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:27
          Ja z EX robiliśmy np. osobne wakacje . Dzieciak na tym korzystał i dobrze takie
          chwilowe rozstania na nas wpływały .
          A ile komu potrzeba czasu ? trudno powiedzieć . Zależy od charakterów .

          Cukiernik - patrz wątek obok
          • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:36
            wątek obok zauważyłam, dziękuję.
            Ale jesli to twoja ex, znaczy, że osobne wakacje nie pomogły. Własnie tego się
            boję, jesli oddalamy sie od siebie coraz bardziej, to może być tak, że takie
            przerwy mogą to jeszcze pogłębić.
            Strasznie za nim tęsknię jak go nie ma w pobliżu, a jak tylko pojawia sie to
            ogarnia mnie wściekłość na niego. Dlaczego tak sie dzieje?
            Może to uzależnienie? Czy komuś z was pomogła terapia małżenska? Rozważam taką
            ewentualność
            • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:44
              Strasznie za nim tęsknię jak go nie ma w pobliżu, a jak tylko pojawia sie to
              > ogarnia mnie wściekłość na niego. Dlaczego tak sie dzieje?

              Z moja Ex byliśmy razem na wakacjach a po odeszła
              Rozstanie zapewne by Wam pomogło . Z tego co piszesz to nie jest tak źle . Jeśli
              się kochacie to zatęsknicie za sobą .
              O terapi nie chce się wypowiadać , nie znam zagadnienia
                • aron95 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:32
                  Bo nie jest Ci obojętny gdy go nie ma myśli Twoje są przy nim .
                  Sa pewne rzeczy które Cię w nim denerwują bo jak sie pojawia psioczysz
                  Nie są to reakcje ludzi sobie obojętnych i dlatego sądzę że nie jest tak źle .
                  On prawdopodobnie podchodzi do tego ponad . Nie rozumie o co Ci chodzi.
                  Szuka świetego spokoju
            • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:12
              samaosia napisała:

              > się
              > boję, jesli oddalamy sie od siebie coraz bardziej, to może być
              tak, że takie
              > przerwy mogą to jeszcze pogłębić.
              Przynajmniej będziesz dokładnie wiedzieć, na czym stoisz. Dno sluży
              także do tego, żeby się od niego odbić.
              > Czy komuś z was pomogła terapia małżenska? Rozważam taką
              > ewentualność
              Próbuj, dopóki się kochacie, warto mieć nadzieję.
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:09
            aron95 napisał:

            > Ja z EX robiliśmy np. osobne wakacje . Dzieciak na tym korzystał i
            dobrze takie
            > chwilowe rozstania na nas wpływały .
            Można i tak.
            Lepsze to niż wspólnie wyjechać po to, by poza domem się żreć.
      • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:27
        Dobry wieczór, Samaosiu, jestemsmile
        My rozstalismy sie w jakims podobnym momencie - mnóstwo zalow, pretensji,
        nieumiejetność rozmawiania, kazdy, najbardziej błahy temat prowokował spiecie.
        ktos tu kiedys pisał o takiej mgle, w której samemuu juz sie nie wie kim sie
        jest - jakos tak, tak własnie było.
        Minely lata, nie żaluję, ze sie rozstalismy, choć moze zbyt łatwo, za szybko?
        Nie wiem i nigdy sie nie dowiem.
        • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:41
          Ano własnie, ja nie wiem tak naprawdę skąd te żale i pretensje sie wzięły, po
          prostu narosły przez lata. Najłatwiej by było, jakbyśmy oboje podjęli decyzję -
          rozstajemy się. Na razie żadne z nas nie potrafi tej decyzji podjąć. Ja nie chcę
          jej podejmować, nie wiem czy on tez nie chce czy kieruje sie dobrem dziecim,
          opinią otoczenia, poczuciem obowiązku, strachem... nie wiem.
          Nie wiem jak sobie radzić w obecnej sytuacji, kiedy rozmawiamy codziennie do
          pozna a potem nastepnego dnia jest tak samo. ustalamy coś , ja się stosuję do
          ustaleń a mam wrażenie, że on czeka ze swoimi zmianami aż ja sie zmienię
          ostatecznie.
          Trochę, a własciwie najbardziej mnie boli to, że on ma własne życie (a
          przynajmniej stara sie mieć) w którym nie ma miejsca dla mnie.
          wiem, ze w normalnym związku to jest naturalne, że kazdy ma swoich znajomych,
          ale w takiej sytuacji uważam, ze nie jest fair kiedy ja nie istnieję (mimo, że
          twierdzi inaczej) a istnieje cała masa jego własnych rzeczy, spraw
          • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:47
            taki przykład, może ja histeryzuję, może nie mam racji.
            rozmawialismy, a własciwie rozmawiamy od paru dni, ustalamy, ze będziemy sie
            starać coś zmienić miedzy nami, kazde mówi czego oczekuje od drugiej osoby. mnie
            zależało, żeby zaczął mnie zauważać, traktowac jak żonę, przynajmniej próbowac.
            ja staram sie cos zrobic, on wiedząc, ze bardzo mnie boli ta jego nagła
            "niezaleznosc" nic z tym nie robi. tak jak wychodził na spotkania ze znajomymi w
            dwa weekendy z rzedu tak po tej całej rozmowie poinformował mnie, ze jego
            wyjazdowe spotkanie ze znajomymi jest nadal aktualne i on sie wybiera. czyli
            trzeci samotny weekend, no dobra, nie całe weekendy ale tu chodzi o zasade, że
            woli kogos innego ode mnie.
            czy ja sie czepiam, czy on po prostu połozył "laskę" juz na nasz związek i po
            prostu mówi jedno robi drugie? Jednoczesnie wiedząc jak bardzo do żywego
            dotykają mnie takie wyjazdy (zdradza czy nie? pewnie nie, ale ..., może pozna
            kogos kto sie okaze lepszy, nie chce spedzac czasu ze mną..itd)
            • nangaparbat3 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 01:02
              Takie weekendowe wyjazdy rzeczywiscie nieładnie wygladają, zwłaszcza jesli nie
              wiesz z kim , dokąd. A może wiesz?
              Własciwie to masz trzy wyjścia:
              - nie robic nic i zobaczyc, co bedzie
              - wszcząć śledztwo - sprawdzic komórke, pocztę, co sie da
              - stworzyc sobie wlasne zycie - tez gdzieś wyjechać, zając się czymś - i
              zobaczyć, co będzie
              Pierwsze rozwiazanie jest okropnie dołujace, drugie zostawia co najmniej
              niesmak i chyba nie daje szansy na pozostanie razem (ale kto wie? odkryc, ze ma
              kochanke, i pobic ja parasolką w miejscu publicznym - nasza znajoma tak zrobiła
              i uratowała małżenstwo, moja przyjaciołka pobiła dziewczynę, która jej odbiła
              narzeczonego, i wrocił do niej, pobrali sie, więc kto wie?). Sama bym wybrała
              trzecie - poza wszystkim to w razie rozstania masz sie czego uchwycić, żeby nie
              zatonać.
              • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 01:06
                Sprawdzanie odpada - z jakichś powodów (prywatność?) bardzo dba o to, żebym nie
                miała dostepu do komórki, komputera itp
                Ma jakies swoje kolezanki, ale mówi, ze mnie nie zdradza, jakby to miał zrobić,
                to najpierw bysmy sie rozstali. Tak mówi a ja nie mam innego wyjścia tylko mu
                wierzyć.
                • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:18
                  Nie chcę być czarnowidzem, ale jeśli zmiana podejścia
                  do "prywatności" nastąpiła dosyć gwałtownie i w ostatnim okresie, to
                  ja bym to uznał za sygnał ostrzegawczy.

                  Nerwowe reakcje na dotknięcie telefonu lub skorzystanie z komputera,
                  to dla mnie jeden z pierwszych sygnałów na to, że partner(ka)
                  ma "coś" do ukrycia.
              • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:31
                nangaparbat3 napisała:

                > - stworzyc sobie wlasne zycie - tez gdzieś wyjechać, zając się
                czymś - i
                > zobaczyć, co będzie
                ...
                > w razie rozstania masz sie czego uchwycić, żeby nie
                > zatonać.
                Rozsądnie jak zawsze.
            • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:28
              samaosia napisała:

              > on wiedząc, ze bardzo mnie boli ta jego nagła
              > "niezaleznosc" nic z tym nie robi. tak jak wychodził na spotkania
              ze znajomymi
              > w
              > dwa weekendy z rzedu tak po tej całej rozmowie poinformował mnie,
              ze jego
              > wyjazdowe spotkanie ze znajomymi jest nadal aktualne i on sie
              wybiera. czyli
              > trzeci samotny weekend, no dobra, nie całe weekendy ale tu chodzi
              o zasade, że
              > woli kogos innego ode mnie.
              Może zrezygnuj z zasad, czasami się je błędnie interpretuje, czasami
              są za sztywne. Prócz tego mąż nie mąż nie może być całym Twoim
              światem ani Ty jego, to byłoby niedobre dla związku i dla każdego z
              Was z osobna. Nie znajdujesz niczego, co by Cię przekonało, że choć
              jest z innymi bliskimi ludźmi, Ty jesteś pierwsza?
              > (zdradza czy nie? pewnie nie, ale ..., może pozna
              > kogos kto sie okaze lepszy, nie chce spedzac czasu ze mną..itd)
              Jesteś zazdrośnicą? Brzydko.
          • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 08:22
            samaosia napisała:

            > Ano własnie, ja nie wiem tak naprawdę skąd te żale i pretensje sie
            wzięły, po
            > prostu narosły przez lata.
            Nie *słuchaliście* siebie latami.
            > Najłatwiej by było, jakbyśmy oboje podjęli decyzję -
            > rozstajemy się. Na razie żadne z nas nie potrafi tej decyzji
            podjąć. Ja nie chc
            > ę
            > jej podejmować, nie wiem czy on tez nie chce czy kieruje sie
            dobrem dziecim,
            > opinią otoczenia, poczuciem obowiązku, strachem... nie wiem.
            Rozmawiajcie, pytaj, może Ci odpowie. Jesteście na zakręcie,
            powinien.
            > Trochę, a własciwie najbardziej mnie boli to, że on ma własne
            życie (a
            > przynajmniej stara sie mieć) w którym nie ma miejsca dla mnie.
            > wiem, ze w normalnym związku to jest naturalne, że kazdy ma swoich
            znajomych,
            > ale w takiej sytuacji uważam, ze nie jest fair kiedy ja nie
            istnieję (mimo, że
            > twierdzi inaczej) a istnieje cała masa jego własnych rzeczy, spraw
            Albo on daje za malo, albo Ty chcesz za dużo. Nie da się tego
            ustalić: komu? kiedy? ile?
            W tym miejscu wątku dochodzą do wniosku, że zawaliliście z całą
            pewnością komunikację. Nie informujecie siebie wzajemnie o swoich
            potrzebach i możliwościach zaspokajania, alternatywne rozwiązania na
            pewno istnieją, nie wolno milczeć. Jeśli ma być dobrze, najwyższy
            czas ich poszukać.
    • maslo-09 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 00:44
      Nigdy nie jest dobry moment. Jeśli już widzisz, ze wszystko zgasło,
      nie ma współnych marzeń, to trzeba trochę siebie zresetować. Naa
      pewno chwilowe odejście od siebie pozwoli wam ocenić na ile
      jesteście dla siebie ważni i potrzebni.
    • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:45
      Po prostu walcz. Weż jednak przymiarkę na pomoc forumową. Od takich
      problemów, jak Twoje, czy innych, wyrażanych tutaj czasami w
      skrajnych formach pomocy o ratunek, forumowicze często uciekają.
      Sama widzisz - pojawił się "cukiernik" i cała para poszła w gwizdek.
      Onegdaj był ktoś taki jaki jak phokara, dla której wyznawane zasady
      były probierzem miary człowieka, relacji między jednostkami i
      bezlitosnej oceny, szyderstwa itd. Cienie takich postaw są tutaj
      częste. Nie mają nic wspólnego z wiedzą a raczej np. z okultyzmem.
      Myślałem, że takie forum to pomoc, to płaszczyzna wymiany myśli i
      doświadczeń, jak unikać tragedii rozwodowej, traumy z tym związanej,
      jak ratować małżeństwo i rodzinę, gdy jeszcze jest co ratować.
      Czasami myślę, że ono pcha do rozwodu, bo daje
      miraże "wolności", "samozadowolenia", "spełnienia się" itd. Są tutaj
      różne postawy forumowiczów. Najgorsze są tzw."feministki", czyli te,
      które nie umiały być pewnie matkami, a juz co najmniej żonami. Ich
      przebiegłość nie równa się przebiegłości mężczyzn.Przy czym żona
      dla mnie to partnerka, która umie stać przy swoim mężu na dobre i
      złe, do granic, które nie zostały przekroczone ( inna miłość,
      budowanie innego życia itd. Nie wiedzę tutaj miejsca np. na
      alkoholizm, gdy nie prowadzi do niszczenia relacji rodzinnych).
      Można to czytać odwrotnie.
      Odemnie odeszła żona po dwudziestu paru latach. Powstałem,
      odbudowałem dom, mam młodziutką żonę i czekamy na dziecko (pisałem o
      tym, ale nie musiałaś czytać ). Dlaczego czytam forum? Interesuje
      mnie, a także - inny człowiek, z poczuciem odrzucenia, na krawędzi
      życia, przede wszystkim, dlaczego doszło do mojej osobistej klęski.
      Rozwód to klęska. Całej rodziny. Po rozwodzie nic juz nie jest takie
      samo, chociaż "feminizm" ma inne kolory.
      Dlatego więc - po tym przydługim wstępie - walcz. Korzystaj z
      wszystkich dostępnych środków. Najlepiej z udziałem psychologa i
      wspólnej terapii. Próbuj z mężem rozmawiać, powtarzaj ile się da,
      czego oczekujesz i egzekwuj pożdane zachowanie. Do znudzenia, do
      wyczerpania, do bólu. Daj mu do przeczytania prace o rozwodzie, o
      spustoszeniu, które czyni (są takie, zapomniane w cukiernianym
      pudrze), wydrukuj niektóre słowa choćby z tego forum, które mówią o
      pożarze całej rodziny. "Pozwól" mu wyjeżdżąć, niech szuka swojej
      drogi nie zamykaj domu, niech wie, że czekasz, że jest dom, że jest
      jego, wasza i twoja przystań. Nie rób nic na złość, czekaj, mądrze i
      spokojnie. Mów, że go kochasz, każdego dnia. Jeśli on przechodzi
      obojętnie, przytul się sama, weż jego rękę, odkryj obszary, w
      których dzielisz jego zainteresowania itd. Sama mówisz, że się
      kochanie. To w imię tej miłości rób wszystko, co możliwe. Nie
      pytaj: "kiedy decyzja o rozwodzie", ale "jak odnależć wspólną
      drogę". Mnie się nie udało, ale robiłem wszystko, co było możliwe.
      Mimo mojej dumy, godności; pal licho z tym - tyle lat wspólnego
      życia do czegoś zobowiązywało. A jak nie chcesz walczyć - dołącz
      do "feministek" i szalej z cukiernikiem. Zobacz, ile ma już fanek -
      pewnie siebie warci.


      • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 10:59
        Kcprze wszystko ładnie pięknie, ale chyba zapomniałeś o jednej, ale
        bardzo istotnej kwestii.

        To jest forum tematyczne "Rozwód..i co dalej?" większość jego
        uczestników to osoby starające się przetrwać rozwód lub poukładać
        sobie życie po nim. Często osoby te mają za sobą lata zmagań
        o "uratowanie" związku kosztem olbrzymiego wkładu energii i z
        mizernym skutkiem, więc są bardzo sceptyczne jeśli chodzi o sens i
        szansę takich starań. Ja też do nich należę.

        Twój post byłby bardziej na miejscu na forum "jak uratować
        małżeństwo", a tak w ogóle to z Twojego postu przebija straszne
        poczucie żalu wobec kobiet. Skąd to określenie "feminizm"? Co ona ma
        do rzeczy? Wiele uczestniczek tego forum, to kobiety które wyszły ze
        związków przemocowych (nie chodzi tylko o przemoc fizyczną), w
        których były pozbawione godności i poczucia własnej wartości. Jeśli
        dla Ciebie walka o własną godność jest "feminizmem", to współczuję.
        • kasper254 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 11:53
          Nie zapomniałem o niczym. To ty się mylisz - z całym szacunkiem dla
          ciebie. Wiem, jakie to forum. Kto może najwięcej powiedzieć, jak
          ratowac związek małżeński, jak nie kobiety, które przeszły ewolucję
          jego konania? Kto wie najlepiej, jakich uzywać w tym celu środków?
          Przecież sam mówisz o energii, którą w ten proces ratowania włożyły.
          Jeśli więc pojawia się taki post, to powinien mieć on taka
          oprawę, jaka towarzyszła cukiernikowi lub większą. Ta kobieta
          przyszła po pomoc do "specjalistów" od ratowania upadających
          związków małżeńskich.
          Nie mam żalu do kobiet w ogóle - do byłej partnerki - tak. Ale
          to nie ma nic do rzeczy.
          Wiem, czym jest "feminizm" i feminizm; mogę ci to przedstawić w
          różnych uwarunkowaniach kulturowych, prawnych itd., ale to też nie
          ma nic do rzeczy.
          Jedno jest najważniejsze - pomóżcie tej kobiecie, jak umiecie,
          gdyż to jest właściwe forum. Mizerny skutek dla jednych może być
          kamieniem milowym dla innych.
          • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:01
            Ok, może zbyt ostro napisałem, nie miałem zamiaru Cię urazić.
            Zresztą zgadzam się z Tobą w kwestii tego, że o związek warto
            powalczyć. Jest jednak jeden podstawowy warunek, na tej walce
            powinno zależeć obojgu małżonków. Gdy tylko jedno czyni starania
            prowadzi to własnie do długotrwałej walki zakończonej najczęściej
            porażką i poczuciem zmarnowanego czasu i energii. Takie poczucie ma
            wiele osób obecnych na tym forum.
              • z_mazur Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:41
                Może to i błąd, ale dla mnie inteligencja (o czym pisałem w wątku
                dotyczącym oczekiwań wobec kobiet) to rzecz u mojej partnerki
                niezbędna.

                A w tej dyskusji raczej chodzi o emancypację, a nie feminizm.
                Kobiety stają się po prostu niezależne i oczekują od mężczyzny
                czegoś więcej niż pełnej spiżarni.
                • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 14:43
                  z_mazur napisał:

                  > Może to i błąd, ale dla mnie inteligencja (o czym pisałem w wątku
                  > dotyczącym oczekiwań wobec kobiet) to rzecz u mojej partnerki
                  > niezbędna.
                  Inteligencja do umiejętność plastycznego działania, rozumienia, a co
                  za tym idzie - kompromisu.
                • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 23:42
                  A mój mąż uważał własnie, że ja od niego oczekuję tylko pełnej spiżarni.
                  I jak tu z tego wybrnąć? Czego oczekiwać od partnera, żeby wreszcie był
                  usatysfakcjonowany? Pewnie niczego, byłby najszczęśliwszy, ale jak długo....
                  • a.niech.to Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 23:53
                    Spędziliście ze sobą tyle czasu, że chyba nietrudno określić, co kto
                    ma do zaoferowania, a czego oczekuje od partnera. Przyznam, trochę
                    nie rozumiem problemu, może gdybyś go inaczej ujęła, byłoby mi
                    łatwiej.
                    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 28.10.07, 00:43
                      Wiem, mętnie mówię, chaotycznie. Dlatego pisałam na początku, że pytania
                      pomocnicze by mi pomogły.
                      Nie potrafię całej sytuacji ogarnąć a co dopiero jasno i precyzyjnie ją opisać.

                      A problem jest jasny: oddaliliśmy sie od siebie o lata świetlne. Tylko tyle i aż
                      tyle. I pytanie jak to odkręcić, czy da się odkręcić i co zrobić, żeby sie nie
                      powtórzyło. No i najważniejsze - jak to zrobić. Zgłupiałam.
                      • maslo-09 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 29.10.07, 10:37
                        u mnie mur między nami narastał latami, on realizował swoje cele,
                        dałam mu swobodę, jeździł na swoje spotkanka. Zapewniał ze nie
                        zdradaza, bo nie potrafiłby. Stało się inaczej i od rpoku łapie
                        równowagę, między innymi na tym fotum. Ja walczyłam o związek nie
                        siłą a zrozumieniem jego potrzeb (22 lata małżeństwa) i pewnego
                        wieczoru poinformował , ze on chce nowego życia, że nigdy by sobie
                        nie darował, że nie dał sobie drugiej sznsy, on wie że nasze
                        małżeństwo nie jest azłe, ale on tak nie chce,...... Jestem od roku
                        zrównana z ziemią, bo rozstanie przeprowadził niszczą wszystko co
                        moglo byc wspomnieniem dobrego. Dużo pisać
                        Jeśli masz wątpliwości, widzisz, ze się oddala, to jest kwestią
                        czasu kiedy on złapie wiatr ale we własny żagiel.
                        Postaraj sie porozmawiać o oczekiwaniach, powiedz o co Tobie chodzi
                        i czy on jest w stanie to zaakceptować. Działaj w samoobronie, bo
                        inaczej przegrasz. A to bardzo boli. Twoje starania są tylko Twoimi,
                        moze on ich nawet nie dostrzega. Trzymaj się. Bądź silna, jesteś na
                        początku.
    • farrukh2 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 11:46
      Kazde uczucie predzej, czy pozniej zostaje wystawione na
      probe.Rozczarowanie, zal,brak poczucia bezpieczenstwa...Ale u Ciebie
      nie zdarzylo sie jeszcze nic zlego!Warto sprobowac, jest tyle
      sposobow na odgrzanie wspanialych uczuc.Poszukaj takich porad, nie
      rozwodowych.
      Jestem w drugim zwiazku od kilku lat.Upewnilam sie, ze dobrze
      zrobilam odchodzac od eksmeza, ale ja naprawde mialam powody.
      Widze czasem gesty, zachowania ,ktore powtarza moj obecny partner,
      ale na szczescie mowie o drobiazgach.Mysle, ze kazdy z nas ma
      podobne oczekiwania, marzenia jesli chodzi o milosc i
      partnerstwo.Ale jak niewiele z nas wie, ze milosc naprawde wymaga
      ciaglej pracy,pielegnowania,podsycania.Szukaj takich rad, jak to
      robic.NIe warto burzyc takiego zwiazku,mysle, ze sie pogubiliscie,
      sa dzieci.Sprobuj, warto!
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 13:40
      dziękuję wszystkim za odpowiedzi i podpowiedzi. Wczoraj byłam w kiepskim stanie
      i stąd pewnie moje histeryczne nawoływania. Wybaczcie.
      Po przeczytaniu wszystkiego, co napisaliście powyżej muszę przyznać (mimo, że
      całe moje "ja" sie temu sprzeciwia), że muszę mieć własne życie. Tak jak on to
      sobie uświadomił w pewnym momencie (i przerwał symbiozę) tak ja muszę do tego
      dojrzeć. Bo w tej chwili czuję się porzucona, oszukana, rozżalona... a on ma do
      mnie o to żal. Wściekam się bo się boję.
      Wiem, ze to jeden z powodów naszego oddalenia, ale co zrobić, żeby "wilk był
      syty i owca cała" czyli żebym i ja była szczęsliwa w takim związku i on? Tego
      nie wiem.Ja potrzebuję mężczyzny i jego opiekuńczego ramienia, on mi tego nie
      zapewnia (a zapewniał)
      Sama już nie wiem. Jedno wiem, postaram sie na siłę zająć sobą i swoimi
      sprawami, nie bede strzelać fochów w związku z wyjściami i wyjazdami, zobaczymy
      moze będę potrafiła to zrobić. Jak? nie wiem. Muszę zmienić cały swój sposób
      myslenia.
      Jeszcze raz dziekuję, nie spodziewałam sie, że poczytanie odpowiedzi na forum da
      taki szybki efekt (byc moze chwilowy, ale jednak) terapeutyczny.
      Chętnie poczytam jeszcze. Czy jest tu ktoś komu udało sie jednak uratować
      małżenstwo?
      • a.niech.to Do wszystkich 26.10.07, 14:10
        samaosia napisała:

        > Wczoraj byłam w kiepskim stanie
        > i stąd pewnie moje histeryczne nawoływania.
        Przy okazji warto podkreślić, do jakich zachowań w związkach
        prowadzi codzienny stres i długotrwałe zmęczenie. Gubimy to, co
        najważniejsze, pozostaje rozczarowanie, znużenie i już jesteśmy o
        krok od złożenia pozwu. Pragniemy odejść po spokój, czyli po
        mniejsze zło jak nam się wydaje. W ilu przypadkach brak sił stał się
        kresem małżeństwa? Sądzę, że to częsty finał.
          • a.niech.to Re: Do wszystkich 26.10.07, 14:26
            aron95 napisał:

            > Brak sił i brak chęci zrozumienia partnera
            Czsem umiejętności. Niektórzy korzystają z fachowej pomocy, mediacji
            przyjaciół. Daje się tym sposobem wyeliminować błędy w komunikacji.
            > Małżeństwo to w końcu sztuka kompromisów .
            Wyobrażam sobie, idąc za Twoimi słowami, jakiś rachityczny twór,
            ktory powali byle awantura. Małżeństwo to przede wszystkim miłość,
            dopiero za nią kompromis, by móc jej dać żyć i kwitnąć.
          • a.niech.to Re: Do wszystkich 28.10.07, 07:30
            Nie ma innego wyjścia jak zrzutka. On musi dołożyć coś od siebie,
            jeżeli mu zależy tak samo jak Tobie na przszłości małżeństwa.
            Podobno przegrywa zawsze ten, kto bardziej kocha. Miłość nie jest
            walką, nie wiem, czy macie tego świadomość.
      • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 26.10.07, 23:45
        samaosia napisała:


        Jedno wiem, postaram sie na siłę zająć sobą i swoimi
        > sprawami, nie bede strzelać fochów w związku z wyjściami i wyjazdami, zobaczymy
        > moze będę potrafiła to zrobić. Jak? nie wiem. Muszę zmienić cały swój sposób
        > myslenia.


        HA HA HA. Nie będę strzelać fochów. DObre sobie. Sama z siebie się teraz śmieję.
        Własnie jestesmy po kolejnym wieczorze wymówek i pretensji. No ja nie mogę
        zdzierżyć tego jego wyjazdu. nie mogę i już!
        Właśnie tego konkretnego, teraz kiedy jest tak zle między nami on postanawia sie
        rozerwać.
    • samaosia Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 27.10.07, 00:16
      No dobrze, a jak znaleźć to swoje własne życie, to swoje hobby, swoją
      odskocznię. Jeśli na normalne zycie rodzinne czasu ani siły nie starcza, o
      pieniądzach nie wspomnę. Mnie szkoda kasy na własne przyjemnosci jesli wiem, że
      mam nie zapłacone rachunki albo dzieci potrzebują czegos nowego do ubrania na
      przykład. Dla męża nigdy nie ma złego momentu, żeby sobie coś kupić albo wyjść.
      Jesli tylko ma kase na benzynę i piwo to jedzie i sie nie martwi.
      Może ja za odpowiedzialna jestem? Ale ktoś musi przeciez...
      • nangaparbat3 ja jako feministka - tfu, "feministka" 27.10.07, 00:51
        Wiesz, Samaosiu, wyglada to wszystko kiepsko.
        Facet wyjeżdża tydzień w tydzień, na benzyne ma, na piwo ma, a Ty sie martwisz,
        czy starczy na wszystko co konieczne na co dzień.
        Nie jestem za przegladaniem mezowi komórki, z roznych wzgledow, ale niepokoiłoby
        mnie, gdybym widziała, ze boi się, ze moglabym do niej zajrzeć.
        Szczerze - to wyglada paskudnie.
        Pytasz, skad siły brać jeszcze - i tu jako "feministka" wlasnie powiem:
        Jeśli przekroczysz granicę ratowania małzeństwa za wszelką cenę,
        zostaniesz z niczym - poza oczywiscie goryczą, poczuciem nizszości, rozpaczą,
        nienawiścią. To sie jakos tak robi - widziałam nie raz. Jeśli wszystkie siły
        oddasz na ratowanie małzeństwa - jeśli sie ono jednak i tak rozpadnie, nie
        zostanie Ci sił na ratowanie siebie i dzieci - a takze i męża czy ex-meża - po
        rozstaniu.
        Ja sama zdecydowalam sie na rozstanie - pomysl był meża, postanowil odejść, ale
        jak to on wolal, zebym to ja podjeła decyzję, więc przez 1,5 roku tkwił w domu
        (lub wyjeżdżal, nie mowiąc dokad), a ja ratowalam małżeństwo - więc zdecydowałam
        sie na rozstanie, kiedy z jednej strony on dopiekł mi wyjatkowo jakos bolesnie
        (wlasnie wyjazd), z drugiej - uswiadomiłam sobie nagle, ze jest w nas obojgu
        jeszcze duzo dobrych uczuć do siebie nawzajem, ze te uczucia zanikaja z dnia na
        dzień, i ze jedyna szansą, by je zachować, jest rozstanie.
        Nie wiem, dlaczego zadne z nas nie pomyślalo wtedy o terapii - sama nie moge
        tego pojąć, w żaden sposob nie mogę. Sadzę też, ze terapia pewnie uratowalaby
        nasz związek, to bardzo prawdopodobne. A jednak żadne z nas nie wyszlo z tym
        pomysłem - widac tak mialo być.
        My jestesmy teraz dosyc zaprzyjaźnieni, te dobre uczucia rzeczywiscie
        przetrwały, dzieki nim nie robimy dziecku piekła z zycia

        Pytasz, jak znaleźć to swoje zycie, swoje hobby - nie wiem. Sądzę jednak, ze
        kazdy ma coś, co kiedys robił, czy zawsze marzyl, by robić, a jakos nie było
        kiedy, nie było jak, albo zabrakło odwagi - pogrzeb w pamieci, we wlasnej duszy,
        znajdziesz cos na pewno. I nie zawszystko musisz płacic, naprawdę. Jest na
        swiecie mnóstwo cudownych, dajacych radość zatrudnień, ktore zadnych pieniedzy
        nie wymagają. Wsluchaj się w siebie - na pewno cos znajdziesz.
        • samaosia Re: ja jako feministka - tfu, "feministka" 27.10.07, 01:52
          No nie, niejasno sie wyraziłam, poprzednie dwie soboty spędził stacjonarnie -
          wyszedł ze znajomymi (których ja nie znam) do knajpy. W ten weekend wyjeżdża.
          Dlaczego ja nie potrafię zmusić sie do optymizmu, dlaczego nie potrafię
          stwierdzić "dobrze, że jedziesz, dwa dni odpoczniemy od siebie, ja zajmę sie
          sobą, ty się rozerwiesz, zobaczymy co z tego wyniknie" taki pies ogrodnika ze
          mnie. Czasami wiem, że powinnam tak sie zachować a czasami wszystko we mnie
          protestuje.

          Hobby, własne życie, świetny plan, ale po pierwsze nie ma takiej rzeczy, którą
          moznaby robić bez nakładów finansowych (chyba, że sprzątać, ale tego nie
          traktuję jeszcze jak hobby) a po drugie i wazniejsze nie mam na to czasu a co za
          tym idzie - siły.

          Nie chcę się z nim rozstawać, najabrdziej się boję, że moją "walką o" sprowokuję
          go do odejścia. A z drugiej strony czasami sie zastanawiam czy nie jest tak, że
          on dawno by już odszedł ale sie boi zrobić ten pierwszy krok i na wszystkie
          sposoby próbuje sprowokować mnie do tego.

          Muszę coś z tym zrobić, z sobą, z nami. W przeciwnym razie ta sytuacja wykonczy
          i nas i nasze dzieci.

          Wiem też, widzę to po swoich reakcjach, że jakby przyszło co do czego to nie
          potrafiłabym rozstać się z klasą, dlaczego tak jest? Dlaczego już teraz widzę,
          czuję, że gdyby tylko zechciał odejsć to poniżałabym jego i siebie na zmianę,
          próbowałabym go zniszczyć. Tak tera czuję, czy tak byłoby, mam nadzieję, ze
          jednak nie bedzie mi dane się przekonac.

          Seks zawsze mielismy do bani, własciwie nie tyle sam seks co jego częstotliwość,
          teraz nie ma go wcale (w koncu przeciez nawet sie nie dotykamy)

          Ja z atrakcyjnej kobiety robię się powoli zmęczonym, zapuszczonym babonem (boże,
          godzina szczerości, jutro nie będę mogła spojrzeć w lustro)
          Tak bardzo bym chciala mieć siłę zająć się sobą, znowu stać sie atrakcyjną (choć
          młodsza juz nie bede) seksowną kobietą, która uwodzi go każdym ruchem i gestem.
          Ale chcę tego, tylko po to, żeby móc go odtrącać. Zeby mu pokazać jak to jest
          (mimo, że on mi czesto powtarza, że dobrze wie, jak to jest żebrać o uczucie)

          Mam wrażenie, że mówimy w róznych językach, obok siebie, nie rozumiemy się.

          Jak zmusić sie do życia? Jak zmobilizować się do pracy nad sobą, jesli wszystko
          wokół mi mówi, że nie ma sensu ruszać sie z fotela.

          A tak krótkoterminowo, co zrobić, żeby nie wyjechał?
          Albo inaczej, tu odezwie się moja mniej podła natura, (i widać to cholerne
          rozdwojenie) co zrobić, zeby nie zepsuć mu tego wyjazdu a siebie nie wykonczyc
          nerwowym czekaniem?
          • nangaparbat3 No moja droga! 27.10.07, 11:16
            >>>>Tak bardzo bym chciala mieć siłę zająć się sobą, znowu stać sie atrakcyjną (choć
            młodsza juz nie bede) seksowną kobietą, która uwodzi go każdym ruchem i gestem.
            Ale chcę tego, tylko po to, żeby móc go odtrącać. Zeby mu pokazać jak to jest
            (mimo, że on mi czesto powtarza, że dobrze wie, jak to jest żebrać o uczucie)


            To Ty sie zastanawiasz, co masz robić?
            Pognac do psychologa, powtórzyc mu dokładnie to, co tu napisałaś, i zająć sie sobą.
            Nie wiem, czy to pomoze Waszemu malzeństwu, ale Tobie na pewno.
          • akacjax Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 13:00
            No zgadzam się z z_mazurem to forum nie do końca rokuje szczęśliwe rozwiązania.
            Jednak możemy z perspektywy własnych przejść coś wrzucić dla rozjaśnienia.
            Mało piszesz szczegółów, ale mam wrażenie, że jesteś kobietą domową, zapewniasz opiekę nad mężęm, dziećmi itd.
            Skupiona w tym małym świecie chcesz, by Twoim oknem na szerszy świat był mąż. A to błąd.
            Sama musisz wyglądnąć na świat, ale nie ta drogą. No i znowu zaintrygować męża. A na pewno zyskasz dla siebie coś-z zaczerpnięcia świeżego powietrza.
            Czy jest taka możliwość, ze ubierzesz się "wyjściowo" i pojedziesz z koleżanką do kina, a może po prostu sama wyjdziesz z domu może do rodziny, sąsiadki-choćby..a to mąż zostanie z dziećmi?

            Wydaje mi się też, że tarcisz mnóstwo energii na czekanie i zatrzymywanie męża, a lepiej w tym czasie zając się sobą, poczytac, posłuchać muzyki, obejrzeć film.


            • samaosia Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 13:51
              Kobietą domową już nie jestem. Kiedyś byłam, teraz gdy dzieci są duże z
              powodzeniem prowadzę własną firmę.
              Wychodzę z domu a mąż chętnie zostaje z dziećmi (zresztą z nimi nie trzeba już
              zostawać), zdarza mi sie to, choć niezbyt często.
              Masz rację tracę niepotrzebnie energię, ale to jest silniejsze ode mnie. Mam
              pełną swiadomość (intelekt mówi jedno) sytuacji ale robię coś zupełnie
              odwrotnego (emocje biorą górę)
              I tak w kółko. Wieczorem obiecuję sobie, że odpuszczę a rano gdy sobie
              przypominam (jak dziś), że wychodzi dostaję szału.
              Tylko, żeby sie zaraz nie okazało, że wszystko to moja wina wink
              • akacjax Re: taki wątek-wyzwanie 27.10.07, 14:43
                Otóż to. Nie szukaj winnego, to nie ważne.(wg mnie-teraz)
                Nie dziwię się, ze dostajesz szału, bo on wychodzi-a wszystko dlatego, że on jest niespójny-bo albo chce leczyć związek, albo nie.

                I tego pytania nie można zadać tuż przed jego wyjściem-bo w emocjach nic się nie załatwia.
                On wychodzi-bądź szybsza-wyjdź przed nim, to pozwoli nie patrzeć Ci na jego wyjście.
                I nie tłumacz się obowiązkami domowymi. Wyjdź dzieci z głodu nie padna, potem coś ew. szybko zrobisz.
                Już samo takie działanie poprawi Twoje widzenie siebie.
                • a.niech.to Re: taki wątek-wyzwanie 28.10.07, 09:15
                  Akacja napisała:

                  > Już samo takie działanie poprawi Twoje widzenie siebie.
                  To brzmi rozsądnie, zyska poczucie, że zrobiła wszystko, co
                  potrafiła, a to oznacza spokój tak bardzo jej potrzebny, może
                  najbardziej? Stabilność uczuć to dobry punkt wyjścia.

              • a.niech.to Re: taki wątek-wyzwanie 28.10.07, 09:07
                samaosia napisała:

                > Masz rację tracę niepotrzebnie energię, ale to jest silniejsze ode
                mnie. Mam
                > pełną swiadomość (intelekt mówi jedno) sytuacji ale robię coś
                zupełnie
                > odwrotnego (emocje biorą górę)
                > I tak w kółko. Wieczorem obiecuję sobie, że odpuszczę a rano gdy
                sobie
                > przypominam (jak dziś), że wychodzi dostaję szału.
                Jesteś trudnym człowiekiem, z sobą nieskomunikowanym, tak mi się
                bynajmniej wydaje. Musisz się zdecydować, kto rządzi: emocje czy
                rozum. A potem już jak po sznurku.
                > Tylko, żeby sie zaraz nie okazało, że wszystko to moja wina wink
                Ktoś Ci to kiedyś wmówił? Nie ty wymyśliłaś świat, nie musisz go
                więc ratować, wystarczy go trochę poprawić, zaczynając od tego, co
                najbliższe.
      • marek_gazeta Duży błąd 31.10.07, 18:09
        > Mnie szkoda kasy na własne przyjemnosci jesli wiem, że
        > mam nie zapłacone rachunki albo dzieci potrzebują czegos nowego do
        > ubrania na przykład. Dla męża nigdy nie ma złego momentu, żeby
        > sobie coś kupić albo wyjść.

        Duży błąd, ja sobie wszystkiego żałowałem - bo żona, dzieci itp. W rezultacie miałem zawsze atrakcyjnie ubraną żonę, ja sam chodziłem w byle czym (a pewnie kobieta w pracy oglądała odpicowanych i sympatycznych kolegów), a przy wyprowadzce nie było czego zbierać. Musi być zachowana równowaga - nie mówię o liczeniu każdej złotówki - ale jakaś równowaga musi być. On ma kasę na siłownię, Ty idź na fitness. On kupił sobie skórzaną kurtkę za patyka, Ty zaszalej i zgarnij ekstra kieckę. Albo wydaj na swoje hobby.
    • samaosia odszedł 28.10.07, 22:53
      powiedziałam mu dzis, że moze nie wracac.
      i odszedł.
      Spierdzieliłam sprawę, prawda?
      Co teraz?
      Życie mi sie skończyło własnie
      • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 22:59
        Życie masz przed sobą.
        Niczego nie spierdzieliłaś - nie wyszło Wam, jak i wiekszości (wszystkim?) nam
        tutaj. To sie zdarza.
        Nie wiń sie o nic.
        Nie siedź sama - czy masz przyjaciołkę, ktora by przyszla, zeby z Tobą teraz być?
        Acha, nie daj skusic, by źle o nim mowic dzieciom, nie warto.
        Trzymaj się, pisz tu do nas.
        • samaosia Re: odszedł 28.10.07, 23:02
          nie, nie mam zycia przed sobą.
          nie mam nikogo.
          to bezposrednio moja wina, muszę coś zrobić, żeby to odwrócić


          tylko co? jechac do niego i błagac, żeby wrócił? przepraszac?

          a moze wypiąc się na niego i tak jakpiszesz machnąć reką?
          co ja mam zrobić
          • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 23:13
            Masz dzieci, i to jest wielkie zobowiazanie.
            Jeśli czujesz, ze powinnaś go przeprosic, ze masz za co go przeprosić - zrób to.
            Ale moze lepiej napisać niż do niego jechac.
            Jesli chcesz go przepraszać tylko po to, zeby wrocił - nie rob tego. To by była
            manipulacja.
            Jeśli Wasze małzeństwo ma jeszcze jakieś szanse, on wróci. Jeśli nie wróci -
            trzeba uznac fakty.
            Jestes dzielną osoba, masz firmę, poradzisz sobie - będziesz wreszcie wiedziała,
            na czym stoisz, zaczniesz panować nad swoim zyciem. Zobaczysz, ile energii
            traciłas na zastanawianie się i niepokoje - gdzie on jest, co robi, dlaczego sie
            nie odzywa, czemu patrzy nie tak, jakbys chciała.
            Jeśli macie jeszcze byc razem, to bedziecie.
            Jeśli nie bedziecie - to nie ma sie o co rozbijać.
            Teraz odetchnij, spróbuj sie wyciszyć, zastanowic, jak sobie ułozysz zycie bez
            niego.
            Jeśli on zechce wrocic - dobrze.
            Jeśli nie zechce - zaczniesz nowe, wolne zycie.
          • crazyrabbit Re: odszedł 28.10.07, 23:21
            Nie jechać , nie błagać. Dać sobie i jemu czas na przemyślenie.
            Dzisiaj możesz się upić i ryczeć , ale nie zniżaj się do proszenia
            go o powrót.

            Czytałam Twoje posty , ale nie bardzo mogłam ogarnąć całą sytuację.
            Teraz widzę - facet robił , co chciał , wyjeżdżał nie wiadomo z kim
            i gdzie , pieniądze na paliwo i picie zawsze się znajdowały... A Ty?
            Gdzie Ty byłaś w tym wszystkim?

            Jak dla mnie , to on Cię po prostu olewał. Nie można tak żyć razem ,
            ale osobno.

            Rozstanie dobrze Wam zrobi. Jest szansa , że zatęsknicie za sobą ,
            zaczniecie rozmawiać (bo trzeba będzie i tak ustalic sprawy związane
            chociażby z dziećmi) , może zdecydujecie się na terapię małżeńską?

            Na razie nie rób nic.
          • aron95 Re: odszedł 28.10.07, 23:26
            samaosia napisała:

            > nie, nie mam zycia przed sobą.
            > nie mam nikogo.
            > to bezposrednio moja wina, muszę coś zrobić, żeby to odwrócić
            >
            >
            > tylko co? jechac do niego i błagac, żeby wrócił? przepraszac?
            >
            > a moze wypiąc się na niego i tak jakpiszesz machnąć reką?
            > co ja mam zrobić

            Nic nie robić . Walnij sobie drinka nawet dwa
            • aron95 Re: odszedł 28.10.07, 23:56
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?
              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył

              Bo już wiemy jak to jest , mamy to za sobą . Bo to tylko pewien etap życia ,
              przejściowy .
              Świat istnieje i ma sie dobrze


              >
              >
              > przeciez sie skończył
            • nangaparbat3 Re: odszedł 28.10.07, 23:58
              My juz przez to przeszlismy - i wiemy, ze swiat się nie konczy, nawet wiemy, ze
              sie zaczyna.
              Z czasem i Ty to zobaczysz.
              Teraz musisz wypłakać, wycierpieć swoje - i dobrze.
              potem zaczniesz dostrzegac inne strony.
              Pewnie schudniesz i wyładniejesz.
              Trzymaj sie, dobranoc - n.
            • crazyrabbit Re: odszedł 29.10.07, 00:36
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?

              Bo my jesteśmy po... Przerabialiśmy to wszystko na własnej skórze ,
              czasem po kilka razy.

              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył
              >
              >
              > przeciez sie skończył

              Nie skończył. Wyjrzyj przez okno - jest tam ciagle , co?
              Tak jak pisała Nanga , musisz swoje wypłakać , wykrzyczeć ,
              przeboleć.
              I akurat dzisiaj polecałabym Ci jakiś alkohol w większych ilościach.
              Jak wstaniesz rano z kacem-mordercą , zauważysz że teń cholerny
              świat sie nie skończył , wręcz przeciwnie - że jest upierdliwie
              głośny i jaskrawy smile
            • akacjax Re: odszedł 29.10.07, 11:32
              Bardzo Ci współczuję.
              Myślę, że było okoliczności znacznie więcej niż nam napisałaś i sytuacja bardziej napięta niz z twoich posów wynikało.

              Skąd nasz spokój- przyzwyczajeni do takich sytuacji, bądź z autopsji, bądź z opowieści na forum-mamy już dystans.
              Ty możesz zaufać nam i uwierzyć, że czas ukoi Twój ból.
              Możesz podsycać rozpacz, nawet poza granicę, tego normalnego bólu i żalu..i wpaść w depresję.

              Na takim etapie życia jak jesteś jest tylko tu i teraz i jakaś obciążająca przeszłość. Nie myśl o dalszej przyszłości -bo to projekcja skrzywiona dzisiejszym bólem.

              Radzę poddać się upływowi czasu, przejść ten etap godzenia się z sytuacją. Może będzie Ci łatwiej pisząc z nami.

              Powiem jeszcze-nie warto brać na siebie cała winę, nie warto rozpaczliwie padać do nóg z żebraniem powrotu.
              Warto dać czas na zastanowienie i zostawić uchylone drzwi na rozmowę.
            • cathy_bum Re: odszedł 29.10.07, 19:40
              samaosia napisała:

              > Skąd w was tyle spokoju?
              > Skąd to pogodzenie?
              > Dlaczego czuję sie tak jakby własnie mi sie swiat skonczył
              >
              >
              > przeciez sie skończył

              Chyba każdy z nas kiedy zawitał na forum był bardziej lub mniej
              potrzaskany. Łatwo sprawdzić po starych postach...
              Kiedy tu zawitałam byłam już po najgorszym etapie rozpaczy, ale
              świat jawił mi się w bardzo ciemnych kolorach. Teraz jest zupełnie
              inaczej. Rzeczywiście pogodziłam się z tym, co było. Dziwne, ale
              czasem w ogóle o tym zapominam. I banalnie podsumuję: czas jednak
              leczy rany. Mnie czas pomógł właśnie. I wspaniali ludzie, których tu
              poznałam.
              Musisz się wypłakać, przecierpieć. Tego nikt za Ciebie nie przeżyje:-
              ( Ale świat istnieje nadal i napewno ma Ci jeszcze wiele do
              zaoferowania. Trudno Ci uwierzyć, wiem. Ale ja też nie wierzyłam...
          • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 08:46
            Dobrze zrobiłaś, mówiąc, żeby poszedł. Określiłaś nieprzekraczalną
            granicę między wami, między tobą, nim i rodziną. Jest wszystko
            dobrze. Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
            tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
            ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
            nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
            on będzie silny i mądry - wróci. Z rozstaniem dwojga ludzi kończy
            się na pewno pewna historia - masz rację, że coś się skończyło.
            Myślę, że dla was dwojga ten koniec- paradoksalnie - to początek
            czegoś nowego, trwalszego. Po rozwodzie - tym bardziej - już nic
            nie jest takie, jak było. Nie słuchaj za bardzo nawiedzonych
            wojujących, którzy widzą tylko swoje "szczęście", "nową drogę" itd.
            Nasze indywidualne szczęście dzielimy także z dziećmi i innymi
            członkami rodziny. Poza nimi nie ma świata. Jest - ale ułomny,
            sprowadzony do form, do umizgów, do tandety.
            Po prostu wytrwaj w tym kryzysie - jak znam życie , wszystko się
            skończy dla was dobrze. Wierzę, że twój mąż nie jest pętakiem.
            • z_mazur Re: odszedł 29.10.07, 11:19
              Kasprze, jakoś irytuje mnie Twoje negatywne nastawienie do innych
              osób z tego forum.

              > Nie słuchaj za bardzo nawiedzonych
              > wojujących, którzy widzą tylko swoje "szczęście", "nową drogę"
              itd.

              Skąd Ci się biorą takie hasła? Czy tu ktokolwiek napisał coś na
              temat tego, że to już koniec?

              A co złego jest w swoim szczęściu? Dla każdego to jest coś innego,
              dla jednych będzie to walka o całą rodzinę i jej utrzymanie za
              wszelką cenę, dla kogoś innego niekoniecznie. Nie nam oceniać te
              drogi do szczęścia.

              Rodzina, dzieci? Wcześniej czy później stają się dorosłe i
              samodzielne. Mało tego, często wystawiają rodzicom rachunek. Bardzo
              często zaskakujący, typu: "Mamo jak mogłaś się na to godzić?".

              Chya znasz inne życie niż ja, bo ja jakoś nie jestem tak
              optymistyczny w ocenie tej sytuacji, że to tylko kryzys i trzeba
              wytrwać.
              • aron95 Z irytowany z_mazur 29.10.07, 12:50
                Kasper zapewne jest na początku tej drogi z stąd takie jego wypowiedzi
                I co w tym złego że radzi walczyć do samego końca ?
                Ja sam wielokrotnie zwracałemn uwagę że dziewczyny robią komitet powitalny i
                cieszą sie z każdej nowej kandydatki na rozwódkę . Już się do tego
                przyzwyczaiłem ale na początku bardzo mi się to rzucało .
                • z_mazur Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 13:13
                  No właśnie, z innych postów Kaspra wynika, że on jest już w związku
                  z inną kobietą, w którym jest szczęśliwy, stąd trochę mnie dziwi to
                  jego podejście do tych kwestii.

                  A Twoje reakcje z początku pamiętam.

                  Jak zawsze podkreślam, to forum o rozwodzie i ewentualnie o tym co
                  po nim, a nie o ratowaniu związków. Jeśli komuś zależy na ratowaniu
                  związku i dyskusji na ten temat, to jest taka stronka i forum,
                  wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę hasło "Sychar".
                  • samaosia Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 19:21
                    dzięki, ale na wspólnoty i rekolekcje nie mam siły. sama mysl o tym wzbudza we
                    mnie dreszcze.
                    to nie dla mnie, tu moddlitwa nic nie pomoże, tu trzeba racjonalnie działac.

                    ale jak>? tego nie wiem.

                    dziwne, mam wrażenie, że jemu sprawia satysfakcję cała ta sytuacja, czuje sie
                    taki podniesiony tym, że sie odważył. tak to odbieram.
                    dzis analizuję wszystko i wcale nie jest tak pieknie jakby mężowi sie chciało
                    wydawac, obecna sytuacja jest wynikiem naszego wspolnego działania a nie tylko
                    mojego. czyli reasumując - nie jestem wszystkiemu winna.

                    Ale strasznie mi źle. Widzieliśmy się rano, rozmawialiśmy w ciągu dnia przez
                    telefon (łączą nas też relacje zawodowe) i on był strasznie sztywny, ale jakoś
                    tak nienaturalnie.
                • z_mazur Re: Z irytowany z_mazur 29.10.07, 13:15
                  > Kasper zapewne jest na początku tej drogi z stąd takie jego
                  wypowiedzi
                  > I co w tym złego że radzi walczyć do samego końca ?

                  Bo walka o związek nie ma sensu. Sens ma praca nad związkiem.
                  Ale trudno pracować nad czymś, co przestało istnieć.
              • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 16:36
                Gdy w ciągu ponad dwóch lat walki o mój dwudziestoparoletni związek
                odkryłem to forum, pierwsze, co mnie boleśnie dotknęło to fakt, że
                tutaj jeden drugiemu nie chce pomóc, lecz wręcz podżega do rozwodu.
                Szermowanie hasłami: "masz prawo do szczęścia", "twoje życie jest
                jedyne" itd. miało wręcz wymiar karykaturalny. Jakby inni się
                cieszyli, że oto komuś następnemu potknęła się noga. Phokara,
                inteligentna przecież dziewczyna, była przykładem takie
                triumfującego "gołębia" klęski.Ileż tutaj osób podobnego pokroju na
                tym forum.
                Rozwód to rozpacz wielu ludzi wokół,a jeśli przynosi zysk, to w
                znikomej wielkości przypadków. Rozwód rozrywa rodzinę i pozostawia
                piętno na całym życiu także czasami następnych pokoleń. Nieważne, o
                co dzieci spytają; mają niezbywalne prawo do pełnej rodfziny, jeśli
                nie jest patologiczną. Pewne rzeczy trzeba nazwać po imieniu: dobro
                jest dobrem, a zło złem. Rozwód jest złem. I tak było zawsze,
                niezależnie od tego, kto, kiedy i dlaczego wprowadził instytucję
                małżeństwa.Rozwód tłumaczą tylko sytuacje ekstremalne. I tutaj nie
                ma nic do rzeczy potrzeba poszukiwania szczęścia przez jedną ze
                stron. To nie mieści się w kategorii ekstremalnych przypadków.
                Mylisz się, z_mazur, że nie nam o ceniać cokolwiek czy kogokolwiek.
                Przez porównania budujemy właściwe proporcje, zagospodarowujemy czas
                i przestrzeń. Dzięki tej cesze staramy się komuś pomóc lub cieszymy
                się z czyjejś klęski.
                My nie tworzymy moralności, a tylko funkcjonujemy w tych
                wzorcach, jakie są dane od wieków. Masz rację,że znam inne życie:
                poznałem slamsy, bru i nędzę, ale także mglisty urok nauki, w tym -
                filozofii, sztuki. Wierzę w miłość, szczęście, mądrość. Moją obecną
                żoną jest dziewczyna, która mogłaby być moją córką. Pisałem już -
                oczekujemy dziecka. Podniosłem się po dwóch latach cierpienia. Co
                więc robię na forum - analizuję, jak być dobrym, jak nie krzywdzić i
                nie być krzywdzonym, a także - pytam o symptomy klęski. Wtedy los
                mnie powalił, teraz - nie boję się już niczego. Może dlatego
                dostrzegam schizofrenię postaw na forum i jakąś cichą zgodę na
                czyjeś cierpienie.
                O związek trzeba walczyć, dopóki starczy sił, dopóki można, bo
                to jest także walka o los bliskich.

















                Pytasz, co złego jest w szczęściu? A więc dodaj: szczęściu kogo




                • nangaparbat3 Kasper 29.10.07, 17:38
                  Strasznie mentorski jesteś.
                  Nie zgadzasz sie z pogladami wielu z nas - OK.
                  Rozumiem i akceptuję.
                  Ale nie rozumiem i nie akceptuje patrzenia z gory na innych - dyskusja, kłotnia
                  nawet - tak. Przyjmowanie postawy mędrca - no daj spokoj.
                  • crazyrabbit Re: Kasper 29.10.07, 19:14
                    Nie zawsze rozwód jest złem.
                    Czasem lepiej się rozstać i żyć sobie samemu , niż pozwolić żeby
                    dzieci widziały przemoc , alkoholizm , słuchały wyzwisk i uczyły się
                    na przykład od ojca , że ich matka to szmata.

                    Myślisz że moje dziecko podziękowało mi za wyprowadzkę
                    z "rodzinnego" domu ot , tak sobie?

                    Nie zawsze warto ratowac za wszelką cenę , bo można mocno przepłacić.
                    Swoją godnością , depresją , nierzadko człowieczeństwem. I
                    zafundować dzieciom nienormalne dzieciństwo , w imię ratowania trupa.

                    Nie patrz na nas z góry. Mamy swoje przejścia i swoje racje , nie
                    jesteś od nas lepszy.
                • samaosia Re: odszedł 29.10.07, 19:26
                  dzięki Kasper. smile
                  Mam podobne odczucia, ale z drugiej strony boję się, że przegapię moment, w
                  którym walka o związek zamieni się w walkę dwóch obcych osób, albo gdy jedna z
                  nich nie będzie robiła nic dla związku a druga będzie sie z poczuciem
                  winy/żalu/klęski (niepotrzebne skreslić) przed nią czołgała.
                  • kasper254 Re: odszedł 29.10.07, 22:06
                    Nie przegapisz, samaosiu. Jeśli tak odbierasz to, co pisze ponad 50-
                    letni facet, który mimo wszystko wstał i mimo wszystko zbudował nowy
                    dom,to znaczy, że żyjesz. Jednak nie możesz się czołgać (nikt w
                    związku nie może tego czynić), chociaż ja to robiłem, ale nie
                    wstydzę się. Trwaj, przenieś symbol domu i dom, który teraz masz, na
                    pewno nie będziesz niczego żałowała. Zresztą - to twoja powinność
                    choćby wobec dzieci. Jeśli czegoś będziesz żałować to jednego -
                    zaniechania. Z zaniechania bierze się największe poczucie winy,
                    klęski, żalu. Wierzę głęboko, że przejdziesz ten kryzys. Wierzę że
                    to tylko kryzys i wierzę, że dobrze wybrałaś. Każdy ma prawo do
                    błędu.
                    Masz rację, crazy - rozwód nie zawsze jest złem, ale rozumiesz,
                    bo sama o tym piszesz -tylko wyjątki go usprawiedliwiają.
                    Nie masz racji, nanga, nie patrzę na nikogo z góry, ale z
                    ciepłem, z serdecznością. Mnie była żona zgotowała piekło przez
                    ostatnie ponad dwa lata. Wszystko jej wybaczyłem. Widzisz, jestem
                    ateistą, a patrzę na rozwód, jak patrzył Jan Paweł II. Ty natomiast,
                    posługując się w mottcie słowami księdza - posądzasz mnie o postawę,
                    której we mnie nie ma. A tak w ogóle - musisz być fajnym
                    człowiekiem - żyjesz, emocjonujesz się, czyli nie zaskorupiałaś się,
                    nie zobojętniały ci sprawy innych.
                    • samaosia i nic. nie ma już nic 30.10.07, 00:53
                      Byłam, rozmawiałam, płakałam, błagałam. Nic. Tłumaczyłam, prosiłam, znowu
                      płakałam. Nic.
                      Kompletnie nie rozumiem, nie potrafię i chyba nie chcę zrozumieć tego ratowania
                      związku na odległośc.
                      Jak mamy coś robić dla nas, jeśli mamy mieszkać osobno?
                      Jak to strasznie boli, gdy on mówi, chcę zobaczyć czy będę za tobą tęsknił.
                      Ja za nim tęsknię. Każdego dnia gdy wyjeżdżał, zawsze.
                      Nie byłam bez winy, popełniałam błedy, karygodne i dla niektórych niewybaczalne.
                      Ale przecież każdy ma drugą szansę. On też przecież nie był wcieleniem anielskości.
                      Dzieci chyba robią dobrą minę do złej gry. Muszę dać radę i spokojnie z nimi o
                      tym rozmawiać, nie obwiniając nikogo za zaistniałą sytuację. On tak zrobił dzisiaj.
                      Jak straszliwie chciałabym cofnąć czas.
                      Jak strasznie chcę się zapaść w jakąś nicość. Chcę się obudzic, zeby przekonać
                      sie, że to zły sen. Ale to nie jest sen. to lata naszej wspólnej "pracy".
                      Nie rozumiem jego postępowania, ale nie ma w tej chwili innego wyjścia jak
                      czekać, pracować nad sobą i czekać.

                      Strasznie was zanudzam, ale nie mam nikogo z kim mogłabym porozmawiać. Własciwie
                      poza nim nie mam nikogo. Przecież nie będę z dziećmi rozmawiała o tym, nie będę
                      się przed nimi wypłakiwać. A ja tak bardzo muszę sie wypłakać. Ale nawet tego
                      nie potrafię.


                      • crazyrabbit Re: i nic. nie ma już nic 30.10.07, 01:03
                        Samaosiu , wyprowadzka nie oznacza jeszcze rozstania na zawsze.
                        Rozumiem Twoją rozpacz , ale pomyśl sobie , że to rozstanie jest Wam
                        potrzebne.
                        Jeżeli on zatęskni - dobrze , jeśli nie - to znaczy że nie warto
                        walczyć. Do miłosci nikogo nie zmusisz.

                        Kochana , daj sobie teraz czas. Poukładaj wszystko w głowie. Zrób
                        sobie spis rzeczy za które go kochasz , i tych za które nienawidzisz.
                        Płacz. Wyzywaj. Klnij.

                        Poczekaj , niech opadną trochę emocje. Potrzebujesz dystansu i on
                        też.
                        Dla pocieszenia , na forum niedawno jedna z dziewczyn pogodziła się
                        z mężem po kilkumiesięcznym rozstaniu. Niektórym sie udaje smile))
                        • z_mazur Kasprze 30.10.07, 09:17
                          Oczywiście, że niektórym się udaje.
                          Tylko oni rzadko trafiają na to forum.
                          Jak już pisałem chyba 3 razy w tym wątku - to nie jest forum "kryzys
                          małżeński... jak go rozwiązać?".
                          Osoby które są na tym forum w większości mają za sobą "walkę" o
                          związek zakończoną porażką z wszystkimi jej negatywnymi
                          konsekwencjami, czyli poczuciem klęski, wypalenia, i zmarnowanego
                          czasu. Czego wymagać od ludzi z takim doświadczeniem? Żeby innym,
                          którzy są na początku tej drogi podpowiadali kolejne pomysły na
                          trwanie w tym stanie? To by dopiero było chore i świadczyłoby o
                          jakiejś chorej satysfakcji.

                          Chyba błędnie oceniasz Kasprze intencje, które kierują ludźmi
                          piszącymi tutaj. Ty doszukujesz się w tym jakiejś chorej satysfakcji
                          i radości z tego, że kolejna osoba wstępuje na tą samą ścieżkę, na
                          której większość z nas tutaj na tym forum już jest, albo nawet już
                          ją przeszła. A ja tego tak nie postrzegam.

                          Ludzie tutaj zdają sobie sprawę jak ciężka i trudna to ścieżka i
                          starają się tym nowym pomóc uniknąć potknięć na samym jej początku.

                          A zdabanie o siebie, o własne potrzeby i szczęście jeszcze nikomu
                          nie zaszkodziło. Jeśłi Ty nie potrafisz zadbać o własne szczęście,
                          jak możesz oczekiwać od innych, że będą o nie dbali???
                          • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 12:24
                            Jak obuchem w twarz uderzyla mnie odpowiedz Nangi
                            "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                            Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                            kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                            stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie, wyjdz
                            do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                            napisalas)
                            Samaosiu, jesli Ci zalezy, masz silę, to próbuj Was ratowac. Wez
                            sobie do serca to co napisal Kacper:
                            "Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
                            tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
                            ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
                            nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
                            on będzie silny i mądry - wróci".
                            Dokladnie tak, nie wszystko przegralas, nawet jesli on odszedl.

                            Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                            przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                            naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam robic
                            pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi. Czyli
                            zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby klamka
                            zapadla.
                            Nie jest to forum tak jak napisal Z_mazur forum ludzi
                            rozwiedzionych, lub takich u ktorych decyzja juz zapadla a pozostaly
                            kwestie "formalne". Zagladaja tu tez osoby, u ktorych malzenstwo
                            mocno zgrzyta z roznych powodow, ale chce je ratowac. Coz znikaja z
                            reguly szybko (choc nie zawsze) otrzymujac w odpowiedzi takie
                            porady.
                            • a.niech.to Re: Kasprze 30.10.07, 12:33
                              Julko, zdaje się, że nie ja jedna radziłam podjęcie naprawy przede
                              wszystkim przez szukanie najodpowiedniejszej formy kominikacji.
                              Często to Forum bywa oceniane jako głos nawołujących do rozwodów, a
                              tak przecież nie jest. Rozwód to ostateczność, gdy wszystko zostało
                              zrobione, aby ratować małżeństwo,a co leżało w mocy rozchodzącej się
                              pary. Każdy rozwód to klęska, jeśli spojrzeć z punktu widzenia
                              przeszłości, ale życie toczy się dalej. Nie da się iść do przodu z
                              głową zwróconą w do tyłu, grozi skręceniem karku, dalej paraliż lub
                              śmierć.
                              • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 12:38
                                Drugi akapit mojej wypowiedzi odnosil sie nie tyle do postu Samaosi,
                                ile mowil generalnie o odczuciu jakie to forum czasami we mnie
                                wzbudza.
                            • z_mazur Re: Kasprze 30.10.07, 12:49
                              Juko, ale tak się dzieje na każdym forum. Zagladają na nie różni
                              ludzie i ci którym jego tematyka i podejście do problemu pomaga Ci
                              zostają, inni odchodzą.

                              Wyobrażasz sobie miłośnika motoryzacji uparcie piszącego na forum
                              dla cyklistów i dziwiącego się, że inni forumowicze mają sceptyczne
                              podejście do jego fascynacji?

                              Jak już pisałem i będę się tego trzymał: walka o związek nie ma
                              sensu, ma sens praca nad związkiem i to pod warunkiem, że tą pracę
                              wykonują oboje małżonkowie.

                              Walka o związek dla tej osoby, która ją podejmuje to najczęściej w
                              efekcie wyczerpanie psychiczne, frustracja i poczucie klęski, tym
                              silniejsze im bardziej się starało "walczyć" o związek.

                              > "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                              > Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                              > kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                              > stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie,
                              wyjdz
                              > do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                              > napisalas)

                              A co można napisać na wpis odszedł?

                              Walcz? Błagaj go o powrót? Zapewnij go, że zrobisz wszystko dla
                              niego i dla utrzymania związku?

                              Jeśli on odszedł to nie ma juz "ICH" jest ona i on. Być może nie do
                              końca życia, ale w tym momencie tak.
                              I moim zdaniem nie ma w takiej sytuacji lepszej rady niż: "zatroszcz
                              się o siebie, nie myśl o was".

                              > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                              > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                              > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam
                              robic
                              > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi.
                              Czyli
                              > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby
                              klamka
                              > zapadla.

                              Niezależnie od tego czy klamka nie zapadła, czy zapadła, nie ma
                              sposobu, którym możnaby skutecznie zawalczyć o rozpadający sie
                              związek poza właśnie skupieniem się na sobie, odkryciem siebie i
                              tego czego się naprawdę chce.
                              • betuana Rozwód to nie panaceum na wszelkie bolączki, ale.. 30.10.07, 14:50
                                No właśnie. Jeśli nie ma już związku, jeśli jedna ze stron
                                definitywnie wypowiedziała kontrakt, to wszelkie starania drugiej
                                strony, włącznie ze stawaniem na głowie mają raczej niewiele sensu.
                                Pamiętam czas, kiedy sama usiłowałam ratować coś czego już nie było -
                                w rozmowie z panem specjalistą od rekolakcji małżeńskich usłyszałam,
                                że teraz JA mam się postarać swtorzyć ciepłą, domową atmosferę i
                                czekać aż wtedy jeszcze małżonek oprzytomnieje. Przy okazji
                                usłyszałam jeszcze, że w zasadzie to walnie przyczyniłam się do
                                rozpadu związku bo praca, bo brak dzieci, takie zrzucenie
                                odpowiedzialności na kobietę, bo przecież to kobieta ma być
                                strażniczką domowego ogniska, itp. - oczywiście "bardzo" mnie to
                                podbudowało w sytuacji kiedy moej poczucie wartości wynosiło mniej
                                niż zero.
                                W szaleńczym widzie ratowania robiłam co mogłam, żeby zatrzymać ex w
                                domu, żeby było mu miło i przyjmnie, zgodnie z zaleceniami. Aż w
                                końcu powiedziałam sobie DOŚĆ!! Dlaczego to tylko ja miałabym sie
                                starać, w końcu związek zakłada WSPÓŁistnienie i WSPÓŁdziałanie
                                dwóch osób. Odpuściłam sobie staranie o związek, którego już nie
                                było, w zamian za to powoli zaczęłam starać się o siebie. Nie było i
                                nie jest łatwo, ale wiem jedno: warto ratowac związek jeśli ten
                                związek jest, może pokaleczony, może nie najszczęśliwszy, ale jest.
                                Gdy jedna z osób z tego związku się wypisuje należy właśnie
                                zatroszczyć sie o siebie, bo jeśli sami się o siebie nie
                                zatroszczymy to nikt tego za nas nie zrobi...
                              • julka1800 Re: Kasprze 30.10.07, 22:49
                                z_mazur napisał:

                                > A co można napisać na wpis odszedł?
                                >
                                > Walcz? Błagaj go o powrót? Zapewnij go, że zrobisz wszystko dla
                                > niego i dla utrzymania związku? Jeśli on odszedł to nie ma
                                juz "ICH" jest ona i on. Być może nie do końca życia, ale w tym
                                momencie tak. I moim zdaniem nie ma w takiej sytuacji lepszej rady
                                niż: "zatroszcz się o siebie, nie myśl o was".

                                Nie nie i jeszcze raz nie. Jak to nie ma ICH. Sa. To ze ktos
                                odchodzi nie oznacza konca zwiazku. To moze byc proba, desperacka,
                                ratowania zwiazku, nie pomyslales o tym?
                                Zgadzam sie trzeba pomyslec o sobie ale nie na zasadzie teraz jestem
                                tylko ja sam-sama, nie ma nas, i bede sie o siebie troszczyc, ale na
                                zasadzie powinnam-powinienem sie zatroszczyc o siebie wtedy byc moze
                                uda sie odbudowac zwiazek (o ile oczwiscie druga strona tez bedzie
                                chciala)
                                >
                                > > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                                > > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                                > > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam
                                > robic
                                > > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi.
                                > Czyli
                                > > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby
                                > klamka
                                > > zapadla.
                                >
                                > Niezależnie od tego czy klamka nie zapadła, czy zapadła, nie ma
                                > sposobu, którym możnaby skutecznie zawalczyć o rozpadający sie
                                > związek poza właśnie skupieniem się na sobie, odkryciem siebie i
                                > tego czego się naprawdę chce.
                                >
                            • nangaparbat3 Julka 30.10.07, 16:13
                              julka1800 napisała:

                              > Jak obuchem w twarz uderzyla mnie odpowiedz Nangi
                              > "Zycie masz przed sobą itd" na wpis autorki "odszedl".
                              > Moge sobie tylko wyobrazic jak ona sama sie czula. Z jej postu az
                              > kipi przeciez wolanie o pomoc. A tu w odpowiedzi dostaje zimne
                              > stwierdzenie w stylu: zycie masz przed soba, nie zalamuj sie, wyjdz
                              > do ludzi (Nango naprawde nie che mi sie wierzyc ze to wlasnie Ty
                              > napisalas)

                              To była moja odpowiedź na "Moje zycie się skończyło właśnie" - najprostsza, jaka
                              mi wtedy przyszla do glowy, i zresztą też teraz nic innego bym nie napisała.

                              "Wyjdź do ludzi?"
                              Pisałam - jesli masz przyjaciolke, dobrze, by teraz z Tobą była - to wręcz
                              przeciwieństwo "wyjscia do ludzi".

                              > Samaosiu, jesli Ci zalezy, masz silę, to próbuj Was ratowac. Wez
                              > sobie do serca to co napisal Kacper:
                              > "Tak dalej trzymaj - konsekwentnie i twardo. Ale bądż przy
                              > tym dobra, ciepła i serdeczna. W taki piękny spsób tworzysz dalej
                              > ognisko domowe, widoczne choćby z najdalszych krańców świata. Jeśli
                              > nie ustąpisz, nie cofniesz się, jeśli będziesz mądra i silna i jeśli
                              > on będzie silny i mądry - wróci".
                              > Dokladnie tak, nie wszystko przegralas, nawet jesli on odszedl.
                              >
                              > Podobnie jak Kacper mam czasem uczucie ze to forum to "klika"
                              > przytakujacych jednym glosem osob (bez urazy sama do tej kliki
                              > naleze poniekad) i na posty w stylu: odszedl maz/zona, co mam robic
                              > pada tuzin podobnych odpowiedzi: ratuj siebie, wyjdz do ludzi. Czyli
                              > zadnej porady w stulu "RATUJ Was" tylko "RATUJ siebie" jakby klamka
                              > zapadla.
                              > Nie jest to forum tak jak napisal Z_mazur forum ludzi
                              > rozwiedzionych, lub takich u ktorych decyzja juz zapadla a pozostaly
                              > kwestie "formalne". Zagladaja tu tez osoby, u ktorych malzenstwo
                              > mocno zgrzyta z roznych powodow, ale chce je ratowac. Coz znikaja z
                              > reguly szybko (choc nie zawsze) otrzymujac w odpowiedzi takie
                              > porady.

                              Julka,
                              wielu z nas - rozwiedzionych - próbowało ratować swoje malzeństwo. I wiele osob
                              przeczytało tu rady, JAK ratować - jak probowac ratować.
                              Ale jesli ktos pisze "odszedł" - to wydaje sie całkiem sensowne, zeby ułatwic mu
                              skonfrontowanie się z mozliwością, ze juz zostanie sam.
                              Że to własnie nie jest koniec swiata, koniec zycia, koniec wszystkiego.
                              Moja przyjaciołka porzucona przez męża probowala sie zabić - uratowała ją
                              przypadkowa wizyta matki.
                              To nie są zarty.
                              I jeszcze jedno - zbyt wysoka motywacja moze bardzo utrudnic albo nawet
                              uniemozliwić osiągniecie celu.
                              O tym pewnie dobrze wiedzą ci z nas, którzy zrobili wszystko, by uratować
                              zwiazek, i przegrali.
                              I jeszcze takie pytanie sie nasuwa: co tak naprawdę chcemy ratować? Małzeństwo
                              czy zwiazek? Mnie się zdaje, ze małżeństwo uratować o wiele łatwiej.
                              W ogole - wiecej pytań niż odpowiedzi, jak zawsze smile
                              • julka1800 Re: Julka 30.10.07, 23:06
                                nangaparbat3 napisała:
                                > Julka,
                                > wielu z nas - rozwiedzionych - próbowało ratować swoje malzeństwo.
                                I wiele osob
                                > przeczytało tu rady, JAK ratować - jak probowac ratować.
                                > Ale jesli ktos pisze "odszedł" - to wydaje sie całkiem sensowne,
                                zeby ułatwic m
                                > u
                                > skonfrontowanie się z mozliwością, ze juz zostanie sam.
                                > Że to własnie nie jest koniec swiata, koniec zycia, koniec
                                wszystkiego.
                                > Moja przyjaciołka porzucona przez męża probowala sie zabić -
                                uratowała ją
                                > przypadkowa wizyta matki.
                                > To nie są zarty.
                                > I jeszcze jedno - zbyt wysoka motywacja moze bardzo utrudnic albo
                                nawet
                                > uniemozliwić osiągniecie celu.
                                > O tym pewnie dobrze wiedzą ci z nas, którzy zrobili wszystko, by
                                uratować
                                > zwiazek, i przegrali.
                                > I jeszcze takie pytanie sie nasuwa: co tak naprawdę chcemy
                                ratować? Małzeństwo
                                > czy zwiazek? Mnie się zdaje, ze małżeństwo uratować o wiele
                                łatwiej.
                                > W ogole - wiecej pytań niż odpowiedzi, jak zawsze smile
                                >
                                I tak i nie. Bo skad wiemy ze owe odejscie nie jest dla ratowania.
                                Oboje razem Z mazurem zakladacie, ze to koniec. Napisze tylko tyle,
                                ja sie wyprowadzlam z naszego domu, mozna powiedziec odeszlam, ale
                                rozwod byl wtedy ostatnia rzecza jaka chcialam. Odeszlam na chwile,
                                bo nie bylam w stanie uniesc ciezaru mieszkania razem i dlatego ze
                                chcialam wszystko przemyslec.
                                Ale tak masz racje czasem konfrontacja i sprowadzenie na ziemie jest
                                konieczne. Niekonieczne w tym wypadku, tak mi sie wydaje.
                                • a.niech.to Re: Julka 31.10.07, 10:42
                                  julka1800 napisała:

                                  > konfrontacja i sprowadzenie na ziemie jest
                                  > konieczne.
                                  Tego wymaga uczciwość i rozum, żeby komuś i sobie w pewnym momencie
                                  powiedzieć: finito. Nie trzeba wszystkiego tłumaczyć,
                                  niejednokrotnie przyjmuje się na drogę pocałunek bez pytań na
                                  odpowiedzi, które i tak niczego nie tłumaczą do końca. Należy
                                  natomiast zostawić po sobie porządek, tzn. zabrać ze sobą wszystkie
                                  zabawki. To wymóg przyzwoitości, dać żyć temu, z kim się spędziło
                                  parę ładnych lat.
                                • nangaparbat3 Juleczko 31.10.07, 18:01
                                  no nie sądziłam, ze przyjdzie mi cytować samą siebie, ale dla Ciebie to zrobię smile

                                  >>>Autor: nangaparbat3 28.10.07, 23:13
                                  Dodaj do ulubionych
                                  Odpowiedz cytując Odpowiedz

                                  Masz dzieci, i to jest wielkie zobowiazanie.
                                  Jeśli czujesz, ze powinnaś go przeprosic, ze masz za co go przeprosić - zrób to.
                                  Ale moze lepiej napisać niż do niego jechac.
                                  Jesli chcesz go przepraszać tylko po to, zeby wrocił - nie rob tego. To by była
                                  manipulacja.
                                  Jeśli Wasze małzeństwo ma jeszcze jakieś szanse, on wróci. Jeśli nie wróci -
                                  trzeba uznac fakty.
                                  Jestes dzielną osoba, masz firmę, poradzisz sobie - będziesz wreszcie wiedziała,
                                  na czym stoisz, zaczniesz panować nad swoim zyciem. Zobaczysz, ile energii
                                  traciłas na zastanawianie się i niepokoje - gdzie on jest, co robi, dlaczego sie
                                  nie odzywa, czemu patrzy nie tak, jakbys chciała.
                                  Jeśli macie jeszcze byc razem, to bedziecie.
                                  Jeśli nie bedziecie - to nie ma sie o co rozbijać.
                                  Teraz odetchnij, spróbuj sie wyciszyć, zastanowic, jak sobie ułozysz zycie bez
                                  niego.
                                  Jeśli on zechce wrocic - dobrze.
                                  Jeśli nie zechce - zaczniesz nowe, wolne zycie.
                                  • julka1800 Re: Juleczko 02.11.07, 09:43
                                    Nango, nadal twierdze ze gdyby Samaosia podjela madre kroki mogloby
                                    to pomoc jej mezowi podjac decyzje o powrocie (choc kierunkek w
                                    jakim to wszystko zmierza, widzac po ostatnich postach, jest zgola
                                    inna)
                                    • nangaparbat3 Re: Juleczko 02.11.07, 15:47
                                      Ale kto jest na tyle mądry, by wiedzieć, czym są te madre kroki?
                                      Dla mnie mądrym krokiem jest wycofanie się, danie pola, danie oddechu. I
                                      jednocześnie wzmacnianie samej siebie.
                                      Ale wcale nie jestem pewna, ze mam rację.
                                      • z_mazur Re: Juleczko 03.11.07, 10:10
                                        Ależ oczywiście Nango, to najlepsza i jedyna skuteczna metoda i o to mi chodziło w tym wątku.

                                        Jedyny sposób "walki" o związek w takiej sytuacji to odpuszczenie i danie pola do zastanowienia się, zatęsknienia (o czym nawet mówi mąż samoasi). Wywieranie jakiejkolwiek presji w tym momencie daje przeciwny skutek.

                                        Dlatego dla mnie określenie "walka o związek" jest bez sensu, bo brzmi jakby zakładało jakieś spektakularne działania. A takie działania nie istnieją. Jedyny sposób to danie sobie czasu i odrobiny wytchnienia. Dla strony której bardziej zależy, to bardzo trudne, stąd te rady: "skup się na sobie i zadbaj o siebie".
                            • samaosia Re: Kasprze 30.10.07, 16:20
                              Dziękuję. No właśnie, według mnie cały problem jaki zaistniał w naszym
                              małżeństwie to to, że mąż nagle zaczął "ratować" siebie. Tak bardzo
                              skoncentrował się na wychodzeniu do ludzi, na zaspokajaniu swoich potrzeb, że ja
                              kompletnie się w tym zagubiłam.
                              A teraz też ratuje siebie nie chcąc ze mną rozmawiać o powrocie bo ON musi sam
                              sie przekonać.
                              Nie ma nawet z nim żadnego dialogu (choć o sprawach zwyczajnych albo służbowych
                              rozmawiamy zupełnie normalnie). Wczoraj mieliśmy rozmawiać o nas, ale co to za
                              rozmowa, jak ON już przed moim przyjazdem podjął wszystkie decyzje i nawet nie
                              planował ich zmieniać bądź weryfikowac.
                              To po co miała być ta rozmowa?
                              A ja się czuję tak bardzo samotna, potrzeba wygadania i wypłakania się jest we
                              mnie tak wielka, że czasami mam wrażenie, że eksploduję. Co gorsza nie mam
                              zwyczaju, nie potrafię obarczac innych moimi problemami, nie wiem nawet czy
                              jesli znalazłby sie chętny na wysłuchanie to czy potrafiłabym zacząc mówić albo
                              płakać.

                              Ale to dobrze, że sa takie głosy jak twoje julko albo kaspra, w przeciwnym razie
                              wbiłabym sobie do głowy, że to co robi mój mąż jest w 100% naturalne i normalne.
                              A ja jestem nienormalna bo tego nie akceptuję
                            • marek_gazeta Julka, julka, pamiętasz 31.10.07, 18:42
                              Mnie się wydaje, że po pierwsze, każdy daje swoje rady ze swojego punktu widzenia, po drugie, w dobrej wierze. Kryterium może być takie - co mnie, w mojej (wtedy) sytuacji, pomogłoby najbardziej, zakładając, że takiej rady bym posłuchał?

                              Prawdą jest na przykład, że czas leczy rany, każde z nas tego doświadczyło. Ale gdyby ktoś coś takiego mi napisał w tydzień przed rozwodem, w sytuacji, gdy w ogóle nie wyobrażałem sobie dalszego życia (wegetacja do końca roku, potem czarna dziura), potraktowałbym to jako tekst z kosmosu.

                              I jeszcze jedno - każda sytuacja jest inna. Inaczej jest wtedy, gdy (dajmy na to) mąż odchodzi z kochanką, a inna - jak w tym wypadku się wydaje - kiedy małżeństwo znajduje się w głębokim kryzysie niezrozumienia, braku komunikacji i marazmu, ale nikt jeszcze nie postawił kropki nad i.
                              • julka1800 Re: Julka pamięta 02.11.07, 09:47
                                marek_gazeta napisał:

                                Ale gdyby ktoś coś takiego mi napisał w tydzień przed rozwodem, w
                                sytuacji, gdy w ogóle nie wyobrażałem sobie dalszego życia
                                (wegetacja do końca roku, potem czar na dziura), potraktowałbym to
                                jako tekst z kosmosu.
                                Marku, nie bardzo wiem, ktory fragment miales na mysli
      • wojtekp67 Re: Samaosiu 30.10.07, 14:20
        Z tego co pisałaś , wyłania sie obraz faceta-egoisty, takiegoo
        Piotrusia Pana. smile , ale nie wiem czy za tym wszystkim nie kryje
        sie coś ( jakaś platoniczna miłosć do zcegoś/kogoś) lub raczej ktoś,
        kto rozumie i przytuli.
        Jest takie powiedzenie: jak chce odejsc to puść, jesli jest twój to
        wróci, jesli nie wróci to Twoj nie był.
      • samaosia Re: Samaosiu 30.10.07, 16:27
        nie mam włączonej poczty na tym koncie. niestety.
        Dla mnie ta cała sytuacja jest tak wstydliwa, tak krępująca, tak nie z tej
        ziemi, że, czemu pewnie się nie dziwicie, na tę okolicznośc założyłam zupełnie
        nowe konto. Nie chciałabym żeby ktokolwiek z jakiegokolwiek forum mnie rozpoznał
        • samaosia i jeszcze jedno 30.10.07, 17:38
          Z przyczyn technicznych mąż chwilowo korzysta z wody u nas. Czyli ogólnie mówiąc
          co rano przyjeżdża się wykąpać i zjeść śniadanie, Zmienić ubranie i pogadać z
          dziećmi. Ja oczywiście, tak, jak do tej pory te jego ubrania (razem z naszymi,
          jak zawsze) piorę i prasuję. On przyjeżdża, rozmawia z dziećmi i wychodzi po
          jakimś czasie. Czy to jest takie w 100% normalne? Oczywiście nie kłócimy się w
          tym czasie, normalnie rozmawiamy. Czy to dobrze czy źle rokuje? A może to
          świadczy o jego skrajnej bezczelności i egoizmie? Oczywiście ja nie zamierzam
          stwarzać mu trudności, przecież nie chodzi mi o jątrzenie tylko raczej o
          łagodzenie sytuacji, ale tak sie zastanawiam...
          W najbliższym czasie planuje coś wynająć w okolicy, żeby mieć blisko do dzieci.
          Mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie i wróci do domu, żebyśmy mogli
          normalnie coś z nami robić sad
          • a.niech.to Re: i jeszcze jedno 30.10.07, 18:31
            samaosia napisała:

            > Mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie i wróci do domu,
            żebyśmy mogli
            > normalnie coś z nami robić sad
            Jeśli dostrzegasz choć małą szansę na normalność, powinnaś ją
            bezwzględnie wykorzystać.
            • samaosia Re: i jeszcze jedno 31.10.07, 00:54
              Dzieci zaczynają pękać, oglądają stare albumy, popłakują. on przyjeżdża,
              przytula ale o powrocie nie myśli. Ja mam wrażenie, że to jakieś ambicjonalne.
              Postanowiłem na tyle i tyle się wyprowadzić i żebym miał się skichać to tyle to
              będzie trwało.

              Czy powinno mnie interesować co robi wieczorami, gdzie chodzi? Czy w takiej
              "separacji" to nie moja sprawa? On sie nie tłumaczy, choć wiem, że dziś wrócił
              (bo wstąpił pogadac z dziecmi) prawie o północy. Według mnie powinno mnie to
              interesowac, ale z drugiej strony popadam w paranoję i boję sie o cokolwiek
              zapytać, żeby nie było "nie twoja sprawa, znowu zaczynasz, srutu tutu"
              Sama już nie wiem. Nie chcę teraz zrobić z siebie uległej owcy, bo zdeptanie
              drugiej osoby to nie jest sposób na naprawę małzenstwa.

              Najbardziej mnie dziś bolało, że mimo iż miałam tragiczny dzień (i w pracy i
              emocje związane z sytuacją) to nie miałam się komu wygadac, wypłakać. Siedziałam
              w samochodzie sama i ryczałam, przywaliło mnie już wszystko
              • nangaparbat3 Re: i jeszcze jedno 31.10.07, 18:09
                Zdecydowanie nie lepiej nie interesować się tym, o ktorej wraca i co robi.
                Zdecydowanie pora przestać go kontrolować.
                Pora tez zacząć się zastanawiać, na ile dla Ciebie to wszystko jest rozgrywka
                ambicjonalną.

                Kontrolowanie go nic Ci nie da poza Twoja frustracją, jego utwierdzeniem się w
                przekonaniu, ze nie da sie z Tobą wytrzymać.
                Przestaniesz go kontrolować - moze go to zafrapuje chociaż.

                I daj mu czas. Im bardziej będziesz teraz nalegać na powrót, tym mniejsze szanse
                - tak mi sie przynajmniej zdaje.

                Acha - uważaj na dzieci. Powiedz im Ty - bo Tobie w tek kwestii łatwiej uwierzą
                - ze ojciec rozstał sie z Tobą, nie z nimi.
                Tudzież: staraj się nie obsadzać siebie samej w roli ofiary, bo to zgubne przede
                wszystkim dla Ciebie i dla dzieci.
              • marek_gazeta Gdzie mieszkasz? 31.10.07, 18:30
                Może ktoś z forum się z Tobą spotka? Zawsze to będzie spora ulga, jeśli ktoś wysłucha, zrozumie.

                Co do faceta i osuszania łez - jest mu ciężko, sytuacja go przerasta, ale jeśli Cię wciąż kocha, to takiej, co mu osuszy łzy, szukał nie będzie. Wiem - jakby to ująć - z autopsji.

                "Zająć się sobą" warto. Uczucia uczuciami, wspólne przeżycia przeżyciami, a fakt jest faktem, że do zadbanej kobiety facet szybciej wróci.

                Z kolei, jeśli chodzi o jego wizyty, to moim zdaniem są dziwne i niepokojące. Jeśli chciał od Ciebie odpocząć, to powinien odpoczywać. Wygląda, jakby traktował dom jak hotel. Ale chyba nie warto teraz stawiać spraw na ostrzu noża. Trudno, pierz i prasuj.
      • samaosia nie mam siły 31.10.07, 09:41
        Mam dość. Dośc takiego traktowania. Zachowuje się jakbym mu wymordowała pół
        rodziny. Nie rozumie, że jesteśmy jednakowo winni zaistniałej sytuacji. Ile
        można to znosić? Czy ja muszę czekać aż on łaskawie przemyśli i zdecyduje czy
        chce być ze mną czy nie? Jak można tak z zimną krwią upokarzać drugiego
        człowieka tłumacząc to własnymi odczuciami.
        Chyba mu dziś powiem, że musi się w końcu zadeklarować w którąś stronę
        (oszaleję, jeśli podejmie decyzję o rozstaniu), ale nie można mnie tak
        traktować. Nie chcę słuchać więcej "nie chcę cię na razie widzieć" "Nie chcę
        jechać z tobą i dziećmi na groby, mogę wziąc dzieci" Przecież nie na tym polega
        to pierdzielone ratowanie małżeństwa!!!!! Dla mnie to jest skrajny egoizm i
        tyle. Z jednej strony wygodnictwo, z drugiej poczucie skrzywdzenia (oboje
        jestesmy przecież skrzywdzeni), z jednej strony "nie wiem czy zatęsknię za tobą"
        a z drugiej "dajmy sobie czas" i nic więcej, nic nie robi, nic się nie dzieje.
        Nowe gniazdko sobie mości?? Zwariujęsad((((
        O sprawach zwyczajnych codziennych rozmawiamy normalnie, gdy zaczynam rozmowę o
        nas twarz mu tężeje i ja wyczuwam ogromną niechęć, jeśli nie nienawiść. A
        przecież nie ma powodów do nienawiści, jeśli ma, to ja mam równie duże. Gubię
        się, nic nie rozumiem. Straciłam grunt pod nogami kilka dni temu, teraz czuję
        się jak leżący, którego jeszcze się kopie po twarzy.
        Nie mogę już!!!
        • julka1800 Re: nie mam siły 31.10.07, 09:56
          Samaosiu, przeczytaj 5 razy to co napisze ponizej.

          Tylko On w jego mniemaniu jest tu skrzywdzony, i to bardzo.
          Nie widzi nie czuje Twojej krzywdy.
          Jesli chcesz cokolwiek uratowac, schowaj swoja krzywde do kieszeni
          na razie. Badz jak struna twarda i nieugieta, stanowcza i
          konsekwentna, ale badz tez ciepla, przyjazna, kobieca dla niego. Nie
          placz mu w mankiet, tylko osuszaj jego lzy, inaczej szybko ucieknie
          do takiej ktora mu je otrze.
          Sztuka trudna, aczkolwiek nie niewykonywalna.


          pozdrawiam
          • z_mazur Re: nie mam siły 31.10.07, 10:05
            Mnie się wydaje, że dla Samaosi mąż stał sie całym światem, a przez
            to przestała być atrakcyjną parterką dla niego. Jeśli w ogóle chce
            myśleć o ratowaniu małżeństwa musi sobie uświadomić, że jest odrębną
            jednostką, a nie tylko elementem małżeństwa.

            Jedynie zadbanie o to żeby stać się partnerką dla męża może
            (podkreślam MOŻE) zmienić jego spojrzenie na nią i ich związek.
            Natomiast ciągłe nastawienie na niego to najszybsza droga, żeby go
            całkowicie zniechęcić.
            • nangaparbat3 Sam sobie przeczysz, Zmazurze 31.10.07, 18:15
              z_mazur napisał:

              > Mnie się wydaje, że dla Samaosi mąż stał sie całym światem, a przez
              > to przestała być atrakcyjną parterką dla niego. Jeśli w ogóle chce
              > myśleć o ratowaniu małżeństwa musi sobie uświadomić, że jest odrębną
              > jednostką, a nie tylko elementem małżeństwa.
              >
              > Jedynie zadbanie o to żeby stać się partnerką dla męża może
              > (podkreślam MOŻE) zmienić jego spojrzenie na nią i ich związek.
              > Natomiast ciągłe nastawienie na niego to najszybsza droga, żeby go
              > całkowicie zniechęcić.
              >


              Ma się stac odrębna jednostką poprzez dbanie o to, by byc atrakcyjna partnerka
              dla meża>

              Ja się domyślam, ze nie to chciałeś powiedzieć, ale tak wyszło - bujda na resorach.
              • z_mazur Re: Sam sobie przeczysz, Zmazurze 01.11.07, 14:33
                Chodziło mi o to, że ma się stać partnerką dla męża.
                Teraz nie jest parterką.
                Mąż nie traktuje jej jak parterki, bo jej nie szanuje.
                Nie szanuje jej emocji, uczuć, bo ona sama ich nie szanuje i przez to nie potrafi żądać dla nich szacunku.
          • samaosia Re: nie mam siły 31.10.07, 10:19
            A kto zobaczy moją krzywdę? Kto osuszy moje łzy? Czyli jak wróci to będzie
            oznaczało akt łaski, bo przecież pan skrzywdzony raczył dać MI jeszcze jedną szansę?

            To jest potwornie niesprawiedliwe, z jednej strony gotowa jestem na wszystko,
            ale z drugiej nie godzę się z tym i mam przeczucie, ze jesli to taki własnie
            będzie scenariusz to będę miała do niego żal o to do konca życia. A wiadomo, że
            to nie jest dobra baza.

            To jest właśnie stały nasz problem - jest on, sa jego decyzje, jego
            przemyslenia, jego uczucia i jego emocje. A ja? Gdzie w tym wszystkim jest
            miejsce na mnie??
            Czuję się zdradzona. Tekst o tym, że musi sprawdzić, czy będzie tęsknił, czy
            będzie chciał wrócić odebrałam jak policzek i cały czas mnie ten policzek pali,
            nie przestaje
            • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:58
              Myślę, że potrzebny Wam ktoś z zewnątrz, żeby się rozeznać najpierw
              w uczuciach każdego z Was osobno, uporządkować je, a potem podjąć
              probę ratowania związku, o ile zgodnie uznacie, że jest o co
              zawalczyć.
          • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:55
            Czy nie wymagasz fałszu?
            Chowanie zawiedzionych nadziei mści się i tak nawet po pewnym
            czasie. Rozmowa otwarta i szczera mogłaby wiele załatwić, ale skoro
            facet nie chce, należy to przyjąć za pewne wskazanie w temacie: Co
            dalej.
          • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 11:05
            Proponujesz jej próbę manipulacji, w której sama się zagubi. Masz
            tego świadomość? Jeśli zdradzi siebie, czy coś jej jeszcze zostanie,
            żeby mieć niezawodne oparcie, gdy się rozpadnie związek, czego nie
            można wykluczyć. Stanowczo nie tak. Nade wszystko musi pozostać
            sobą.
        • kasper254 Re: nie mam siły 31.10.07, 10:28
          Co to znaczy, że nie możesz? Co to znaczy, że masz dość takiego
          traktowania? Jakiego? Bije cię, poniża, ubliża ci? Ile musisz i co
          znosić? Miotasz się od ściany do ściany, od jednego jego widzenia do
          drugiego. Zatrzymaj się. Przemyśl. Zrób sobie przerwę w ciągu dnia
          na medytację, na pogodzenie z sobą.
          Musisz być silną. Jest taki gatunek ludzi - małych ludzi,
          należy dodać(mężczyzn czy kobiet) - którzy triumfują, gdy widzą
          słabość innego człowieka. Jeśli on nie chce cię na razie widzieć,
          okaż mu to samo, z szacunkiem, bez upokarzania, ale to samo i tak
          samo. Gdy przyjdzie,powiedz, że nie masz czasu, niech sobie idzie do
          dzieci, powiedz, że masz inne ważne sprawy. Bądż przy tym
          uśmiechnięta na zewnątrz, zafrapowana setka innych drobiazgów, a w
          tym np. telefonem w sprawie spotkania z inną osobą.
          To gra (wybacz to słowo, ale ci, bezwzględni i cyniczni,
          których w dłuższym swoim życiu poznałem, nie zasłużyli na inne
          określenie ich ról i pozycji. Nie wiem, czy twój mąż się tutaj
          zalicza, ale zachowuje się podobnie), dziewczyno, w której zwycięży
          silniejszy. Bądż więc silna, nie pokazuj słabości, bólu,
          cierpienia.Opanuj sytuację. Jesteś w przełomowym okresie życia, a
          ten etap zaciązy na twoim i dzieci życiu. "Łąka nie jest zieleńsza
          gdzie indziej", a słowa, że "jesteś" są jak poszukiwanie w czasie
          pogrzebu najlepszego makijażu, dostosowanego do pogody.
          On cię nie kopie, być może pogubił się, stracił grunt pod
          nogami. Daj mu poczucie bezpieczeństwa: dom i gniazdo, ale nie proś
          go o nic, nie błagaj, nie wypytuj o nic. Nie zwariujesz, ,jesteś
          silna, szanuję cię, bo wiesz, że walczysz o coś bardzo cennego.
          Wygrasz.


        • a.niech.to Re: nie mam siły 31.10.07, 10:52
          Nie myśl o nim, zapytaj siebie, co dla Ciebie jest dobre. Wydaje mi
          się, że zaczynasz go usprawiedliwiać (racjonalizować), bo wszystko
          byś oddała, żeby do Ciebie wrócił. Nie wyjdzie Wam na zdrowie tego
          typu myślenie - i dalej - postępowanie. On nie jest całym Twoim
          życiem, stanowi jego bardzo istotną część.
    • ludwik_13 Re: kiedy decyzja o rozwodzie? 31.10.07, 14:20
      Wiesz, jakbym czytala o własnym życiu. Kilka lat temu, gdy dzieci
      było jeszcze "nasto" przeżywałam podobne sprawy. Nawet odliczałam
      lata do dnia, kiedy młodsze skończy średnią szkołę i wejdzie w
      dorosłość, bo czułam, że nie mam własnego życia.
      Nie chcę doradzać , ale skoro on ma wlasne sprawy i życie, to może
      Ty też powinnaś ?? SPoro wtedy potrafi się zmienić - i wtedy wóz
      albo przewóz. Albo okazuje się, że jednak żyć bez siebie nie możecie
      i nadal jesteście dla siebie atrakcyjni, albo wręcz przeciwnie.
      Mnie się udało. Pomogły: własne zajęcia bez drugiej połowy, współne
      we dwoje wyjazdy bez dzieci, wyjścia na spotkania z przyjaciółmi i
      wyjazdy (samodzielne). Trochę się boczył na początku, że żonka z
      domu umyka, ale nie bardzo mógl protestować, bo sam zawsze miał dużo
      wlasnych spraw poza domem. Życzę powodzenia w rozwiązaniu problemu,
      w ktorą stronę sprawa by nie poszła. Może warto zasięgnąćporady
      fachowca???