zona_zazdrosnika
09.05.09, 19:58
Cześć,
w końcu się przełamałam, by tu napisać i poprosić o radę, a
własciwie o spojrzenie z boku na moją sytuację i podzielenie się ze
mną tym, co da się wypatrzeć. Postaram się krótko, aczkolwiek 15 lat
małżeństwa trudno streścić w paru zdaniach. Fakty:
- minęła właśnie 15 rocznica naszego slubu
- mamy po 39 lat, dwójka dzieci (Chłopiec lat 12 i dziewczę lat 10)
- miało być na serio, na zawsze
- pracuję na etacie państwowym, w bardzo wąskiej dziedzinie, obecnie
bez żadnych szans na awans czy szkolenie (nie inwestuje się już w
starsze kobiety); szkolenia proponowano przed i po pierwszej ciąży-
wtedy wspólnie z mężem zadecydowaliśmy, że nie warto- lepiej skupić
mi się na wychowaniu dzieci i odciążeniu męża, gdyż jego zarobki
były zdecydowanie wyższe od moich i ciągle miały rosnąć- w
przeciweństwie do moich
- mąż tez pracuje na etacie państwowym, dużo się szkolił, zdobywał
ciągle nowe umiejętności, ma wiele pobytów szkoleniowych za granicą
poza sobą, wysokiej klasy specjalista z przyszłością; ostatnie 3
lata praca poza naszym miastem, weekendowy tato i mąż
Ślub po 4 latach znajomości, z wielkiej miłości. Oznaki zazdrości
nie schlebiały mi, lecz nie traktowałam ich serio, a raczej jako
żart ze strony męża- nawet przez myśl mi nie przeszło, że serio on
jest zazdrosny o każdego mężczyznę (niezaleznie od wieku), z którym
zamienię choćby słowo. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że
można mi nie ufać i uważać, że polecę za innym facetem. Mało
śmiesznie zaczęło być po drugiej ciąży, kiedy zrobił mi awanturę, że
wspólny nasz znajomy czasami zagląda do mnie, wracając z pracy
(mieszkał na tym samym osiedlu). Wtedy sobie pomyslałam, że skoro ja
nie mam sobie nic do zarzucenia, to muszę ignorowac jego zachowania,
jego wybuchy zazdrości, kontrole, zaborczość i żyć tak, jak można,
spotykając się ze wszystkimi znajomymi, bo przecież nic mnie z nikim
nie łączyło i nie widziałam powodu, dla którego miałabym rezygnować
ze znajomych.
Jeszcze w ciąży razem podjęliśmy decyzję, że nie szukamy opiekunki,
która miałaby się zająć dzieckiem na czas mojej nieobecności na
szkoleniach, tylko rezygnuję z tzw. kariery na rzecz opieki nad
dzieckiem i roli kury domowej. Tu od razu chciałam zastrzec, że nie
było to poświęcenie z mojej strony, rezygnacja z planów zawodowych-
nie miałam takich ambicji, ta rezygnacja miała być moim wkładem w
nasz związek. To były czasy, kiedy mąż rzadko bywał w domu, bo
ciągle się szkolił- wiedzieliśmy, że to zaprocentuje i będziemy mieć
normalne dochody, wystarczające na normalne życie i przyjemności.
Początkowo mąż weekendy nam poświęcał, potem w zasadzie wyłączył się
z naszego zycia, bo ciągle gdzieś miał coś do zrobienia, ciągle był
niezastapiony i potrzebny. Zostałam z dwójką dzieci, mieszkaniem,
pracą i problemami dnia codziennego. Rozmawawiałam wielokrotnie z
mężem na temat tego, jak się oddala od nas, aby spasował, bo dzieci
zaczynają go unikać, nie mają o czym ze sobą rozmawiać. Wtedy razem
mieliśmy dochody wystarczające i można było spasować. Niestety,
okazało się, że mąż jest pracoholikiem, a awanse utwierdzały go w
przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym, niezastapionym, no i ja
powinnam po prostu zamilknąć, nie zajmować go przyziemnymi sprawami
i być mu wdzięczna, że jest ze mną- osobą, która w zasadzie nic nie
osiągnęła zawodowo. Drugą ciążę przeleżałam w zasadzie całą plackiem-
zajmowała się córką i mną moja mama. Córka urodziła się jako
wcześniak, z powikłaniami- konieczne były wizyty u lekarza,
rehabilitacja. Byłam przemęczona, bo doszły mi nowe obowiązki i
zostałam praktycznie sama. Prosiłam męża o pomoc- zawsze znajdowało
sie jakieś wazniejsze zadanie do wykonania i ostatecznie mimo
obietnic, musiałam sobie radzić sama. Nauczyłam się więc, że nie ma
co mówić mężowi, planować np. wizyte u lekarza, bo i tak zostanie
przesunięta ze względu na ważne zadania męża, a ostatecznie odbędę
ją sama. Czyli lepiej od razu planować wszystko tak, by nie
angazować męża. Dochodziło wtedy między nami do nieporozumień- ja
przemęczona nie miałam np. ochoty na seks; wg niego właśnie gdyby
nie seks, to bylibyśmy udanym małżeństwem.
Wtedy poznałam rodziców innych dzieci, zaczęły się bliższe
znajomości, a nawet przyjaźnie. No i wzajemne odwiedziny. Niektórzy
panowie podrzucali mi np. sprzęt z pobliskiej wypożyczalni albo od
innych osób- bo wiedzieli, że jestem sama z problemem i mogę sobie
nie poradzić. Zresztą, często ich o to prosiłam. Zazdrość męża
towarzyszyła mi na każdym kroku- ignorowałam ją, bo cóz innego
mogłam robić?
No i razu pewnego, kiedy mąż wyjechał na 3 tygodnie, musiałam
zdecydować się na wizytę u lekarza w innym mieście- chodziło o
konsultację Małej. Wyciągnełam z naszego konta pieniądze- na podróż,
noclegi w hotelu, samą wizytę, dodatkowe badania. Cztery dni
później, już po powrocie do domu, okazało się, że na koncie nie ma
ani złotówki. Nie mogłam się dodzwonić do męża- myślałam, że nas
okradziono i chciałam zgłosić sprawę, ale wcześniej musiałam się
upewnić, czy to jemu nie były potrzebne. Kilka dni później wrócił do
domu - od drzwi wściekły i oświadczył, że złożył pozew rozwodowy do
sądu. No bo ja wydaję jego zarobione ciężko pieniądze. Zamurowało
mnie, bo przecież do tej pory nawet nie interesował się
rehabilitacją Małej. Pozew złożył, bo nie pasuje mu takie małżeństwo-
seksu nie ma, ciągle mu czymś głowę zaprzątam i nie może się
poświęcić waznym sprawom. Byłam w szoku, jak można tak szybko podjąć
tak ważną decyzję- i to bez podejmowania próby naprawy. Na dwójkę
dzieci zostawił mi na miesiąc 550 zł. Zarabiał wtedy chyba ok. 3000
(ja ok. 1000). Jedno dziecko to wiecznie chorujący przedszkolak-
alergik, drugie z ubytkami neurologicznymi, wymagające stałej
rehabilitacji, aby mogło rozwijać się prawidłowo.
To było 8 lat temu. Kochałam go jeszcze wtedy. Wiedziałam, że będzie
mi ciężko, ale tez wiedziałam, że mogę liczyć na rodziców. Mimo
zaskoczenia, stresu, wiedziałam, że wszystko w moich rękach. Wtedy
miałam nawet poukładany plan, jak sobie poradzic z rehabilitacją i -
proponowanymi mi jeszcze wtedy- szkoleniami, które zapewniałyby mi
mozliwość awansów w przyszłości i ostatecznie- godziwe wynagrodzenie.
Podjęłam jednak jeszcze próbę ratowania rodziny- i chyba emocje u
niego opadły, bo ostatecznie uznał moje pretensje i obiecał bardziej
zainteresować się domem, dziećmi.
W postanowieniu wytrwał może kilkanaście dni- potem zaczeło się
stare. Bo awansował. Postanowiłam zacisnąć zęby i dalej sama sobie
dawać radę- bo przyszłość miała mi to wynagrodzić. Tuż po drugich
urodzinach małej okazało się, że rehabilitacja nie jest już
potrzebna- wszystko się wyrównało.
Cztery lata później Mała zaczyna dziwnie chorować- zmiany
zachowania, osłabienie. Znowu nieprzespane noce, zamartwiania,
wymyślania, do którego lekarza iść tym razem po ratunek. Jestem
przemęczona do granic. Parę miesięcy później u mnie pojawiają się
takie same dolegliwości. Codziennie z rana zwlekałam się ledwo żywa,
aby przygotować dzieci do szkoły i pójść do pracy. Lekarze
rozkładali ręce, nie wiedząc, co nam jest. Wreszcie obcy ludzie
podpowiedzieli, co można wziąć pod uwagę. No i strzał w dziesiątkę!
Tyle tylko, że leczenie jest eksperymentalne- pełnopłatne, bo poza
refundacją NFZ. Miesięcznie ok. 2000 zł na osobę. Córa znosi
leczenie bardzo dobrze, szybko objawy ustepują, stan się
stabilizuje. Na dzisiaj jest to końcówka leczenia- może uda jej się
do końca roku z tego wyjść. U mnie jest gorzej- jestem przemęczona,
w przewlekłym stresie- leczenie stoi w miejscu i wg lekarza jeśli
tak ma to wyglądac, to powinnam zrezygnowac z leczenia, bo ono nie
przyniesie spodziewanych rezultatów. Poza nami 25 miesięcy leczenia.
Przy okazji znowu nowe osoby, znajomi, którzy pojawiają się w domu,
których odwiedzam.