Dodaj do ulubionych

Jak z tego wyjść? Przydługie trochę...

09.05.09, 19:58
Cześć,

w końcu się przełamałam, by tu napisać i poprosić o radę, a
własciwie o spojrzenie z boku na moją sytuację i podzielenie się ze
mną tym, co da się wypatrzeć. Postaram się krótko, aczkolwiek 15 lat
małżeństwa trudno streścić w paru zdaniach. Fakty:
- minęła właśnie 15 rocznica naszego slubu
- mamy po 39 lat, dwójka dzieci (Chłopiec lat 12 i dziewczę lat 10)
- miało być na serio, na zawsze
- pracuję na etacie państwowym, w bardzo wąskiej dziedzinie, obecnie
bez żadnych szans na awans czy szkolenie (nie inwestuje się już w
starsze kobiety); szkolenia proponowano przed i po pierwszej ciąży-
wtedy wspólnie z mężem zadecydowaliśmy, że nie warto- lepiej skupić
mi się na wychowaniu dzieci i odciążeniu męża, gdyż jego zarobki
były zdecydowanie wyższe od moich i ciągle miały rosnąć- w
przeciweństwie do moich
- mąż tez pracuje na etacie państwowym, dużo się szkolił, zdobywał
ciągle nowe umiejętności, ma wiele pobytów szkoleniowych za granicą
poza sobą, wysokiej klasy specjalista z przyszłością; ostatnie 3
lata praca poza naszym miastem, weekendowy tato i mąż

Ślub po 4 latach znajomości, z wielkiej miłości. Oznaki zazdrości
nie schlebiały mi, lecz nie traktowałam ich serio, a raczej jako
żart ze strony męża- nawet przez myśl mi nie przeszło, że serio on
jest zazdrosny o każdego mężczyznę (niezaleznie od wieku), z którym
zamienię choćby słowo. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że
można mi nie ufać i uważać, że polecę za innym facetem. Mało
śmiesznie zaczęło być po drugiej ciąży, kiedy zrobił mi awanturę, że
wspólny nasz znajomy czasami zagląda do mnie, wracając z pracy
(mieszkał na tym samym osiedlu). Wtedy sobie pomyslałam, że skoro ja
nie mam sobie nic do zarzucenia, to muszę ignorowac jego zachowania,
jego wybuchy zazdrości, kontrole, zaborczość i żyć tak, jak można,
spotykając się ze wszystkimi znajomymi, bo przecież nic mnie z nikim
nie łączyło i nie widziałam powodu, dla którego miałabym rezygnować
ze znajomych.

Jeszcze w ciąży razem podjęliśmy decyzję, że nie szukamy opiekunki,
która miałaby się zająć dzieckiem na czas mojej nieobecności na
szkoleniach, tylko rezygnuję z tzw. kariery na rzecz opieki nad
dzieckiem i roli kury domowej. Tu od razu chciałam zastrzec, że nie
było to poświęcenie z mojej strony, rezygnacja z planów zawodowych-
nie miałam takich ambicji, ta rezygnacja miała być moim wkładem w
nasz związek. To były czasy, kiedy mąż rzadko bywał w domu, bo
ciągle się szkolił- wiedzieliśmy, że to zaprocentuje i będziemy mieć
normalne dochody, wystarczające na normalne życie i przyjemności.
Początkowo mąż weekendy nam poświęcał, potem w zasadzie wyłączył się
z naszego zycia, bo ciągle gdzieś miał coś do zrobienia, ciągle był
niezastapiony i potrzebny. Zostałam z dwójką dzieci, mieszkaniem,
pracą i problemami dnia codziennego. Rozmawawiałam wielokrotnie z
mężem na temat tego, jak się oddala od nas, aby spasował, bo dzieci
zaczynają go unikać, nie mają o czym ze sobą rozmawiać. Wtedy razem
mieliśmy dochody wystarczające i można było spasować. Niestety,
okazało się, że mąż jest pracoholikiem, a awanse utwierdzały go w
przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym, niezastapionym, no i ja
powinnam po prostu zamilknąć, nie zajmować go przyziemnymi sprawami
i być mu wdzięczna, że jest ze mną- osobą, która w zasadzie nic nie
osiągnęła zawodowo. Drugą ciążę przeleżałam w zasadzie całą plackiem-
zajmowała się córką i mną moja mama. Córka urodziła się jako
wcześniak, z powikłaniami- konieczne były wizyty u lekarza,
rehabilitacja. Byłam przemęczona, bo doszły mi nowe obowiązki i
zostałam praktycznie sama. Prosiłam męża o pomoc- zawsze znajdowało
sie jakieś wazniejsze zadanie do wykonania i ostatecznie mimo
obietnic, musiałam sobie radzić sama. Nauczyłam się więc, że nie ma
co mówić mężowi, planować np. wizyte u lekarza, bo i tak zostanie
przesunięta ze względu na ważne zadania męża, a ostatecznie odbędę
ją sama. Czyli lepiej od razu planować wszystko tak, by nie
angazować męża. Dochodziło wtedy między nami do nieporozumień- ja
przemęczona nie miałam np. ochoty na seks; wg niego właśnie gdyby
nie seks, to bylibyśmy udanym małżeństwem.

Wtedy poznałam rodziców innych dzieci, zaczęły się bliższe
znajomości, a nawet przyjaźnie. No i wzajemne odwiedziny. Niektórzy
panowie podrzucali mi np. sprzęt z pobliskiej wypożyczalni albo od
innych osób- bo wiedzieli, że jestem sama z problemem i mogę sobie
nie poradzić. Zresztą, często ich o to prosiłam. Zazdrość męża
towarzyszyła mi na każdym kroku- ignorowałam ją, bo cóz innego
mogłam robić?

No i razu pewnego, kiedy mąż wyjechał na 3 tygodnie, musiałam
zdecydować się na wizytę u lekarza w innym mieście- chodziło o
konsultację Małej. Wyciągnełam z naszego konta pieniądze- na podróż,
noclegi w hotelu, samą wizytę, dodatkowe badania. Cztery dni
później, już po powrocie do domu, okazało się, że na koncie nie ma
ani złotówki. Nie mogłam się dodzwonić do męża- myślałam, że nas
okradziono i chciałam zgłosić sprawę, ale wcześniej musiałam się
upewnić, czy to jemu nie były potrzebne. Kilka dni później wrócił do
domu - od drzwi wściekły i oświadczył, że złożył pozew rozwodowy do
sądu. No bo ja wydaję jego zarobione ciężko pieniądze. Zamurowało
mnie, bo przecież do tej pory nawet nie interesował się
rehabilitacją Małej. Pozew złożył, bo nie pasuje mu takie małżeństwo-
seksu nie ma, ciągle mu czymś głowę zaprzątam i nie może się
poświęcić waznym sprawom. Byłam w szoku, jak można tak szybko podjąć
tak ważną decyzję- i to bez podejmowania próby naprawy. Na dwójkę
dzieci zostawił mi na miesiąc 550 zł. Zarabiał wtedy chyba ok. 3000
(ja ok. 1000). Jedno dziecko to wiecznie chorujący przedszkolak-
alergik, drugie z ubytkami neurologicznymi, wymagające stałej
rehabilitacji, aby mogło rozwijać się prawidłowo.

To było 8 lat temu. Kochałam go jeszcze wtedy. Wiedziałam, że będzie
mi ciężko, ale tez wiedziałam, że mogę liczyć na rodziców. Mimo
zaskoczenia, stresu, wiedziałam, że wszystko w moich rękach. Wtedy
miałam nawet poukładany plan, jak sobie poradzic z rehabilitacją i -
proponowanymi mi jeszcze wtedy- szkoleniami, które zapewniałyby mi
mozliwość awansów w przyszłości i ostatecznie- godziwe wynagrodzenie.

Podjęłam jednak jeszcze próbę ratowania rodziny- i chyba emocje u
niego opadły, bo ostatecznie uznał moje pretensje i obiecał bardziej
zainteresować się domem, dziećmi.

W postanowieniu wytrwał może kilkanaście dni- potem zaczeło się
stare. Bo awansował. Postanowiłam zacisnąć zęby i dalej sama sobie
dawać radę- bo przyszłość miała mi to wynagrodzić. Tuż po drugich
urodzinach małej okazało się, że rehabilitacja nie jest już
potrzebna- wszystko się wyrównało.

Cztery lata później Mała zaczyna dziwnie chorować- zmiany
zachowania, osłabienie. Znowu nieprzespane noce, zamartwiania,
wymyślania, do którego lekarza iść tym razem po ratunek. Jestem
przemęczona do granic. Parę miesięcy później u mnie pojawiają się
takie same dolegliwości. Codziennie z rana zwlekałam się ledwo żywa,
aby przygotować dzieci do szkoły i pójść do pracy. Lekarze
rozkładali ręce, nie wiedząc, co nam jest. Wreszcie obcy ludzie
podpowiedzieli, co można wziąć pod uwagę. No i strzał w dziesiątkę!
Tyle tylko, że leczenie jest eksperymentalne- pełnopłatne, bo poza
refundacją NFZ. Miesięcznie ok. 2000 zł na osobę. Córa znosi
leczenie bardzo dobrze, szybko objawy ustepują, stan się
stabilizuje. Na dzisiaj jest to końcówka leczenia- może uda jej się
do końca roku z tego wyjść. U mnie jest gorzej- jestem przemęczona,
w przewlekłym stresie- leczenie stoi w miejscu i wg lekarza jeśli
tak ma to wyglądac, to powinnam zrezygnowac z leczenia, bo ono nie
przyniesie spodziewanych rezultatów. Poza nami 25 miesięcy leczenia.
Przy okazji znowu nowe osoby, znajomi, którzy pojawiają się w domu,
których odwiedzam.
Obserwuj wątek
    • zona_zazdrosnika Re: Jak z tego wyjść? Przydługie trochę... 09.05.09, 19:59
      Wśród nich także pewien mężczyzna- chory tak samo, jak ja. Ale mąż
      wie swoje- ja zapewne zdradzam go z nim. Tamten dzwoni do mnie- mąż
      wychodzi z pokoju, zamyka za sobą drzwi. Zaczynają się kontrole
      mojej komórki- nie mam nic do ukrycia, więc mi to wisi. To samo z
      gg. To nieważne, że tam nic nie ma- przecież ja kasuję rozmowy! Taki
      jest wniosek mojego męża. Mam serdecznie dość wszystkiego- on
      pracuje poza domem, jest tu tylko na weekend; ja jestem obarczona
      swoją chorobą i uciążliwymi objawami, do tego chore dziecko, no i
      cały dom, drugie dorastające dziecko, problemy w pracy (z powodu
      objawów). Mąż zaczyna być agresywny, trzaska drzwiami, jest
      nieprzyjemny dla dzieci. Modlę się o cud, czyli zdrowie dla córki i
      dla mnie, abym się wyrwała z tego związku, bo nie widzę w nim żadnej
      przyszłości. Mam dość podejrzeń, ograniczania mnie, lekceważenia
      mnie, dzieci, naszych problemów. Wiem, że w obecnej sytuacji nie dam
      rady finansowo- wszelkie nadwyżki, które kiedyś odkładaliśmy, teraz
      ida na leczenie. Jeśli złożę wniosek o rozwód, to będę musiała
      spłacić połowę mieszkania- nie chcę, by dzieci zmieniały środowisko.
      Oznacza to wzięcie kredytu, który pewnie będę spłacać do końca
      mojego życia. To z kolei oznacza, ze nie będę w stanie kontynuować u
      siebie leczenia, mimo, że będę miała szanse na wyzdrowienie. Nie
      zmienię pracy na lepiej płatna, bo to nierealne- nie doszkolę się
      sama (są to szkolenia tylko dla osób wysłanych, starszych pań już
      się nie wysyła). Zawodu nie zmienię, bo to wymaga np. ukończenia
      dodatkowych studiów, a to nierealne- studia kosztują, no i moja
      chora głowa już nie przyswaja normalnie wiedzy. Na rodziców za
      bardzo nie moge liczyć- obydwoje są schorowani, mają mizerne
      emerytury. Pojawia się jednak maleńka szansa- w listopadzie mąż
      oznajmia, że po Wielkanocy na pół roku wyjeżdża służbowo poza
      Polskę – otrzyma dodatkowo ok. 1/6 wartości naszego mieszkania. A to
      już trochę zmniejszy kredyt. Mąż ciągle wyjeżdża, kolejne
      szkolenia, konsultacje za granicą do wyjazdu. Jest jeszcze bardziej
      nerwowy, wszystko go drażni, w domu w zasadzie czasami tylko nocuje.
      Ma o wszystko pretensje, nie odzywa się do mnie. Całymi tygodniami
      nie widuje się z dziećmi. No cóż- ponoć to wszystko wynika z tego
      ważnego, planowanego wyjazdu. Dwa tygodnie przed Wielkanocą
      otrzymuję anonimową wiadomość na gg, że mąż z kimś się spotyka. To
      właściwie wyjaśnia wszystko, ale nie biorę tego na poważnie, bo w
      zasadzie dałabym sobie rękę obciąć za męża. Wielkanoc spędzamy
      dziwnie- nie chce nigdzie wyjeżdżać, chce odpocząć. Pilnuje swojej
      komórki jak oka w głowie. Rozstał się z nią tylko raz- przed
      południem w Wielkanoc, kiedy wyskoczył z mieszkania, bo zobaczył z
      okna, jak ktoś zastawia mu bramę garażową. Wtedy przychodzi sms-
      odczytuję treść: „Króliku, czekam i tęsknię”. SMSa kasuję. Niestety,
      nie przyszło mi do głowy, by zapisac numer, z którego był wysłany.
      Mąż wraca i znowu zasiada w fotelu przed telewizorem, nerwowo
      przeglądając komórkę. Wreszcie koło południa kolejny SMS, po którym
      mąż oznajmia, że ma pilne wezwanie do firmy- w związku z wyjazdem
      (planowany na wtorek po Wielkanocy). Święta spędzilismy więc
      oddzielnie, bo wrócił przed północą, a następnego dnia też
      miał „ważne sprawy”. Przed Wielkanocą zakłada sobie nowe konto-
      ponoć względy bezpieczeństwa wymagają, abym nie miala wspólnego. Wg
      męża wszystko będzie automatycznie przelewane na nasze wspólne
      konto. No i jest-ale tylko pensja, a nie te dodatkowe.

      Mąż wyjechał- utrzymujemy ze sobą tylko formalne kontakty-
      wymieniliśmy do tej pory 3 maile. Dzieciaki nie chcą odpisywać na
      maile, nie chcą rozmawiac na skype- syn od razu po wyjeździe
      uszkodził mikrofon i wręcz błagał, aby nie kupować nowego; nie
      odbierają komórki, kiedy dzwoni. Zresztą, on tez nie bardzo jest
      skory do utrzymywania z nimi serdecznego kontaktu.

      Sorry za przydługi wstęp, ale chciałam opisać wszystko w miarę
      dokładnie. Jestem zdecydowana na rozwód. Czy mam szanse na rozwód z
      orzeczeniem winy męża? czy obsesyjna zazdrość, pracoholizm, wreszcie
      zdrada i emocjonalne porzucenie rodziny może być podstawą do takiego
      orzeczenia? Dodam, że mąż wraca pod koniec września i do tego
      momentu jest calkowicie poza moim zasięgiem- nawet dokładnie nie
      znam miejsca jego pobytu ani tego, co dokładnie robi (tajemnica
      państwowa).

      • kobieta306 Re: Jak z tego wyjść? Przydługie trochę... 09.05.09, 20:46
        trudna sprawa. Choć wyjście zawsze się jakieś znajdzie. Przede wszystkim zanim
        cokolwiek zrobisz nie ujawniaj swoich zamiarów mężowi. Ustal jak wyglądają
        sprawy majątkowe, co się komu przynależy w razie czego. Zbieraj dowody wszelkie
        jakie tylko możesz na udowodnienie winy męża. Bez dowodów sąd nie uzna winy, bo
        powiedzieć można wszystko. Również dokumentacja medyczna może być przydatna, bo
        mąż zostawił dziecko i Ciebie samą w chorobie. Może ustal jednak gdzie obecnie
        przebywa, bo na moje oko to ta kochanka jest z nim. Wtedy zrób na niego
        przyczajkę i porób zdjęcia i może niech ktoś inny go zobaczy, zbieraj dowody.
        Ale on nie może o tym wiedzieć, bo zwiększy czujność i nie nie ugrasz. Może
        detektyw, choć to pewnie kosztuje, ale może się ta inwestycja opłaci jednak.
        Trzymam kciuku za Ciebie. Z tego co napisałaś widać, że jesteś bardzo dobrą
        matką. Taki podlec nie zasługuje na Ciebie i na Twoje łzy.
        zbieraj dyskretnie na niego dowody. A w odpowiednim czasie, przy pomocy prawnika
        go udup.
        • zona_zazdrosnika Re: Jak z tego wyjść? Przydługie trochę... 09.05.09, 22:11
          Wiem, że na razie nie mogę odkrywac kart, aby zgromadzić dowody.
          Tylko tu jest właśnie pies pogrzebany- do powrotu męża ja ich nie
          zgromadzę. Wiem, w jakim państwie mąż przebywa i mniej więcej, w
          której prowincji. Jestem tez pewna, że tam nie ma jego kochanki. On
          jest tam w związku z bezpieczeństwem narodowym. Wydaje mi się, że
          ona jest nawet z naszego miasta, a nasze mieszkanie traktował jako
          bazę wypadową do niej własnie. Wiem, że takie wyjazdy trwają 6
          miesięcy- i taka informację przekazał mi na samym początku. Potem
          zaczął twierdzić, że wraca dopiero w ostatnich dniach września-
          czyli byłoby to ponad 6 miesięcy. Podejrzewam, że może faktycznie
          wrócić na początku września, a reszte czasu spędzić gdzieś na
          urlopie z kochanką- nie chciał w ogóle rozmawiac na temat
          ewentualnego urlopu w tym roku.
          Dokumentację medyczną mam - z tym nie ma problemu. Także rachunki z
          apteki i laboratoriów. Z tym, że leczenie to może zakwestionować, bo
          jest ono na razie w fazie eksperymentalnej, tzn. na razie brak jest
          dowodów naukowych, że jest skuteczne (po reakcji wielu wiadomo
          jednak, że może być). Majątek nasz to raptem mieszkanie 4 pokojowe
          70 m2 plus niewiele gotówki. Od momentu rozpoczęcia leczenia w
          zasadzie nie daje się już nic zaoszczędzić.
          Jestem wykończona, ledwo ciągnę. Może faktycznie detektyw byłby
          rozwiązaniem, jednak dopiero po powrocie męża do Polski.

          Dziękuję za Twojego posta.
          • tricolour Moim zdaniem... 10.05.09, 13:50
            ... detektyw to strata pieniędzy.

            Zdrada nie jest wystarczającym powodem rozwodu więc posiadanie kochanki trudno
            by było winą. Kochanka jest efektem rozpadu małżeństwa, a nie przyczyną.

            To, co tu opisałaś wystarczy, by samemu (bo masz klarowny sposób wyrażania
            myśli) zająć się udowodnieniem winy mężowi, ale warto przeanalizować, co on może
            podnieść za Twoją współwinę, by uzyskać sądownie winę obu stron i oddalić
            alimenty na Ciebie.
            • zona_zazdrosnika Re: Moim zdaniem... 10.05.09, 22:09
              Może nie wyraziłam się dość jasno- wg mnie kochanka jest efektem
              jego obsesyjnej zazdrości. To zazdrość wg mnie doprowadziła do
              rozpadu naszego małżenstwa. Wielokrotnie analizowałam ostatnie dwa
              lata naszego zycia i wszystko na to wskazuje. Tzn. pewnie w którymś
              momencie doszedł do wniosku, że skoro ja mogę, to on też sobie kogoś
              znajdzie- i mi pokaże. No a potem może się zagalopował, nie mógł
              sobie z tym poradzić, zaangażował się pewnie, więc my mu zaczęliśmy
              przeszkadzać- stąd jego agresja wobec nas, totalne olanie, w
              zasadzie zerwanie więzi emocjonalnych.
              Co on mi może zarzucić? O, bardzo wiele- wszystko związane ze zdradą
              oczywiście:
              - od czasu do czasu (1-2 razy w miesiącu) pojawiał się obcy facet w
              domu (nie ukrywałam, że był, dzieci były świadkami). Tzn. pojawiali
              sie także inni- małżeństwa, ale i same kobiety/ sami mężczyźni.
              Jednak tu chodzi o tego jednego (młodszy? Przystojniejszy? Bardziej
              wygadany?). Mąż nie miał ochoty, aby go poznać- wzbraniał się przed
              tym, jakby to miało zmienić jego tok myslenia (facet w bardzo
              szczęśliwym małżeństwie z super kobietą, dwójka dzieci, trzecie w
              planach---> w zasadzie od początku poznałam ich oboje, utrzymuję
              kontakty także z jego zoną, czasami razem się spotykamy)
              - w ubiegłoroczne ferie i wakacje nie otrzymałam urlopu, więc dzieci
              wyjechały z mężem. Dlaczego ja nie pojechałam z nimi? To jasne-
              wtedy pewnie byłam gdzieś ze swoim kochasiem. Dwukrotnie wieczorem
              nie odbierałam telefonu---> byłam gdzieś z kochasiem, albo
              korzystałam z wolnej chaty (jeździłam na rowerze jak co wieczór,
              jednak tym razem nie zabrałam rozładowanego telefonu)
              - kochaś dzwoni czasami 3-4 razy w tygodniu, czasami coś tam napisał
              na gg (wszystko dotyczy choroby)- to za często, jak na znajomego.
              Inni też dzwonią, ja też dzwonię do innych, jak mam potrzebę- chyba
              normalna kolej rzeczy?? Ale mąż zauważał tylko tego jednego.

              Mąż nie uznaje znajomych, koleżeństwa, przyjaźni- nie ufa nikomu,
              inni nie są mu do niczego potrzebni, a wręcz przeszkadzają, jest
              zapatrzonym w siebie człowieczkiem. Jest zazdrosny o każdego
              mężczyznę, z którym zamienię choćby słówko- niezaleznie od tego, czy
              to chłopiec 2 x młodszy, czy mężczyzna 3 x starszy. Kilka lat temu,
              przed chorobą, na przejażdżki umawiałam się z sąsiadami- pan po 70.
              wraz z małżonką- pani 5 lat młodsza (dzieci były wtedy z moją mamą).
              Potem pani miała złamaną nogę, więc jeden sezon do tyłu. Ale pan
              nadal jeździł, ja też. A wiadomo, że na pewno musiało nas coś
              łączyć, bo skoro razem jeździliśmy tak sobie...

              Dowody chciałabym mieć, jednak sama ich na pewno nie zbiorę. Nie
              wiem, w jaki sposób mogłabym udowodnić obsesyjną zazdość męża- może
              wystarczyłoby mu zadać kilka podstawowych pytań odnośnie podstaw do
              zazdrości, jego poglądów na temat znajomych, koleżeństwa? Wydaje mi
              się, że ta zazdrość ma kluczowe znaczenie. Zastanawiam się- odgadłeś
              moje intencjewink- nad winą i ewentualnymi alimentami na siebie-
              chciałabym przynajmniej dokończyć leczenie siebie (wszystko wskazuje
              na to, że ewentualne złożenie pozwu do sądu nastąpi w końcówce
              leczenia córki), a bez pomocy finansowej nie dam rady. Kredyt nie
              wejdzie w rachubę, bo będę już obciążona tym na mieszkanie, a poza
              tym nie dałabym rady spłacać, leczyć się, wychowywać dzieci i żyć na
              poziomie minimum.

              W jaki sposób powinnam postępować, kiedy mąż ujawniał obsesyjną
              zazdrość? Starałam się ignorować kolejny raz stawiane mi pytania
              ("Dlaczego nie odbierałaś telefonu? Co on znowu tu robił?"); na
              pierwsze zawsze odpowiadałam. Na pewno nie prowokowałam jego
              zachowań, nie przekroczyłam nigdy żadnej granicy w kontaktach z
              obcymi mężczyznami, nie dawałam mu podstaw do podejrzeń. Czy można
              mi zarzucić, że moja wina, bo nie poszłam na terapię, aby to jakoś
              fachowo ogarnąć?
              • zona_zazdrosnika Re: Moim zdaniem... 12.05.09, 18:18
                Czy jeszcze ktoś może napisać, co sądzi o mojej sytuacji? Proszę...
                • maja.gd Re: Moim zdaniem... 12.05.09, 19:30
                  Do rozwodu potrzeba trwałego rozpadu więzi na 3 poziomach: emocjonalnym
                  (wystarczy jedna ze stron - po prostu mówisz, ze nie kochasz męża np. już od
                  roku), seksualnym (tu się nie wczytywałam, ale po pobieżnym przeczytaniu chyba
                  od dawna wasze życie erotyczne leży odłogiem) i gospodarczym (ten trzeci poziom
                  może być pominięty - nie jest najważniejszy i tu sądy idą raczej na rękę, bo
                  rzadko jest tak, że ludzie nie żyją choćby w jednym mieszkaniu przed rozwodem).
                  W moim przypadku żyliśmy jak współlokatorzy - a to więzią specjalnie nie jest.
                  Poza tym najczęściej jadaliśmy już osobno, a i spać przed rozwodem kładłam się w
                  osobnym pokoju - żeby z czystym sumieniem powiedzieć przed sądem, że mieszkanie
                  w pewnym sensie też mamy umownie podzielone.
                  Wydaje mi się, że masz szansę. Najfajniej jakbyś jeszcze poszła do jakiegoś
                  adwokata po poradę prawną.
                  • zona_zazdrosnika Re: Moim zdaniem... 19.05.09, 13:18
                    maju, ja to wiem o tych poziomach więzi- z tym u nas problemu nie
                    będzie: emocjonalny poziom dawno się rozwalił, seksualnu prawie rok
                    temu, a więź gospodarcza w zasadzie 3 lata temu, jednak teraz jest
                    poza Polską, więc tym bardziej nie ma mowy ani o więzi seksualnej,
                    ani o gospodarczej. Mnie chodziło bardziej o rozwód z winy męża-
                    zazdrość i w konsekwencji kochanka. Aby kochanka nie wynikła z mojej
                    winy (czy współwiny), to czy jest zasadne rozdrapywanie obsesyjnej
                    zazdrości męża, przez którą w dużej mierze wykończyła się więź
                    emocjonalna, no i plus jego pracoholizm.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka