Piszę, bo... no nie wiem czemu... nie, ku pokrzepieniu serc... nie, zeby sie pochwalić... no ale może komus sie kiedys przyda przy podejmowaniu decyzji...
Jakieś 2 lata temu napisałam tutaj ze 2 płaczliwe i desperackie wątki. Pisalam, że chcę rozwodu, bo małżenstwo to masakra, błąd i w ogóle texańska masakra piłą mechaniczną... pisałam, że wreszcie się zakochałam - tak naprawdę i chcę odejsć od męża... a on się nie zgadza i w ogóle chce mi odebrac dziecko i szantażuje mnie no i piekło mam na ziemi...
I co? Ano poszłam do psychologa... Z początku, zeby nie zwariować i nabrać sił na rozwód... teraz, patrząc na to z dystansu wiem, ze problem, to ja miałam głównie ze sobą, a nie z małżenstwem... no bo kto sie chce rozwodzic ale najlepiej tak, zeby wszyscy sie z tym zgodzili, pogłaskali po głowie a mężo jeszcze najlepiej zrobił kanapki na drogę?
po jakimś czasie trafiliśmy oboje na terapię małżenską... od 3 miesiecy jesteśmy znowu razem...
i tak naprawdę wciaż nie wiem jaki będzie finał tej histori, bo tych parę miesięcy o niczym tak naprawdę nie świadczy, ale doradzam każdem, kto ma siłę, chęci i taką możliwość: zanim podejmiecie decyzję o rozwodzie idźcie na terapię malżeńską.
Pozdrawiam Was wszystkich i trzymam kciuki