kaukonsky
30.01.09, 11:09
Emilia, ekspedientka z Sokółki: - Sobota? Najpierw śpię. Ile się tylko da - nawet do południa. Potem się zdzwaniamy, robimy biforek... U mnie albo u znajomych. Kilka piwek, trochę wódki. Ja, mój brat i Kamila - moja zajebista kumpela. Pijemy, ile damy radę, bo w Fantazji jest bardzo drogo. Piwo siedem zeta. Wódka pięć dych za butelkę. Parę razy się zdarzyło, że na biforku był koniec. Za dużo wypiliśmy. Kama, sama powiedz...
- No - Kamila wodzi oczami po sali.
Pierwsi goście zjawiają się po 19. Płacą za wstęp po 15 zł, grzecznie niosą kurtki do szatni. Dziewczyny obcinają wzrokiem inne dziewczyny. Dominują gołe pępki, choć na zewnątrz śnieg i mróz. Chłopaki - dużo dżinsu, ale dominują różne rodzaje dresu - patrzą spode łba na wykidajłów. Bywalcy mówią, że kiedyś ochroniarze byli tu bardziej agresywni od gości. Teraz Fantazję chroni firma Lewar. Profeska. Firma szczyci się tym, że używa tylko gazu.
Emilia: - Dyskoteka? Człowiek wie, po co żyje! Kama, widzisz tego kolesia w bluzie? Prosił mnie o numer... Dać mu? Nie dawać? Też tak myślę...
(...)
Przy barze w sali VIP (siedzenia z białymi obiciami, w czapeczkach i w obuwiu sportowym wstęp wzbroniony) stoją dwie siostry. Z Białegostoku - podkreślają, żeby nie było wątpliwości. Bucik na obcasie, podkręcone włosy. Elegancja i piękno. Starsza z sióstr ogląda się za siebie i ścisza głos: - Człowieku, jakie tu wieśniaki przychodzą, to nie uwierzysz. Kiedyś mnie jeden na krowy podrywał. "Umówi się ze mną?" - pyta. Mówię, że się nie umówię. "Ale u mnie jest 12 krów" - on na to. To ja odpowiadam, że się dopiero od 15 umawiam - chichocze. - A on: "Ale ja na każdą krowę dopłaty unijne dostał!".
Większość gości zamawia piwo. Drinki biorą głównie ci, co przyjeżdżają z Zachodu. Z Podlasia wyjechały tysiące młodych ludzi. Ile dokładnie, nie wiadomo, ale w każdej wiosce widać, że młodych ubyło.
W Fantazji mówią na nich "londyńczycy" - tak jak w telewizji. Maciek - właściciel - ma z "londyńczykami" problem. Z jednej strony mają kasę i lubią się bawić. To dobrze. Ale z drugiej - dzieciaki z Podlasia za granicą ciężko pracują, słabo znają język i są zahukane. Jak wracają do siebie na wieś - muszą to wszystko odreagować. Chleją, potem się biją, potem rzygają. Ostatnio radiowóz próbowali wywalić. Zupełnie jak w filmie. - Kiedyś tak nie było - kręci głową Maciek.
(...)
Dziennikarza zagaduje chłopak w bluzie z napisem "Puma". - Czy oryginalna? Chyba nie. W Białymstoku na ruskim targu kupiłem. A spodnie mam Wrangler. Też z targu. Napiszesz o mnie w gazecie? Napisz, to ci piwo postawię. I zdjęcie mi zrób! Pstryk. Ładne? Czekaj, zdejmę bluzę. Oooooo! Widzisz, jaki "pudzian"?
Rafał ma 20 lat, mieszka w Tykocinie i marzy, żeby zarabiać puszczaniem płyt na imprezach. - W gazecie napiszcie, że jestem DJ-em. DJ Raffik, zapamiętasz? Jeżdżę na osiemnastki, biorę dwie dychy za osobę. Ale można się targować. Puszczam każdą muzę: disco polo, trans, techno. Bo ja każdą muzę lubię. A gdzie pracuję? Póki co to w piekarni. Ale niedługo, to nie dla mnie robota. Szef chciał mnie zastępcą zrobić. A ja mu na to: ty mi chcesz 1500 płacić? Zapomnij! Będę grał na imprezkach. Z tego będę żył!
Więcej: "W poniedziałek nie ma mnie wcale", Witold Szabłowski, Duży Format -> wyborcza.pl/1,75480,6199612,W_poniedzialek_nie_ma_mnie_wcale.html